Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

piątek, 8 stycznia 2016

[Fallout 4] Próbuję (Hancock x Aina x Nick)


Jestem syntem. Syntetycznym mężczyzną. Wszystkie części, minus kilka czerwonych krwinek.




Jednak nie pojechali z Nate'em do Finlandii. Już nigdy nie dowie się, jak wyglądał kraj, z którego pochodzą jej przodkowie, jej matka... Nigdy nie zobaczy ostrej fińskiej zimy.

Nigdy już nie zobaczy Nate'a.

- Aina? - Głos Hancocka wyrwał ją z zamyślenia. Nick stał nieco z tyłu, jakby czekając; ci dwaj coś kombinowali, czuła to w kościach. Psochłap lekko trącił jej dłoń, oczekując pieszczot. Przynajmniej ich jeszcze miała. Przynajmniej nie była całkiem sama.
- Tak? - Chyba było słychać, że nie była zupełnie na miejscu, bo Hancock przykucnął przed nią, blisko, i odgarnął jej włosy z twarzy. Uśmiechnął się lekko, jak to on, tym półgrymasem, który ledwo było widać na jego twarzy. Jego czarne oczy sunęły po jej rysach, niby to z troską, niby badawczo.
- Niedaleko są ruiny starej faktorii - rzekł. - Nick i ja pójdziemy ją sprawdzić, a nuż znajdziemy coś przydatnego. Co ty na to? Zostaniesz tu z kundlem?
Parsknęła. - Nie nazywaj go kundlem.
- No dobra, zostaniesz tu z futrzakiem? - Rzuciła mu poirytowane spojrzenie, choć wiedziała, że tylko bardziej będzie się chciał z nią przekomarzać. - Kupą sierści? Autostopem dla pcheł? - Nie wyglądało na to, żeby jakoś z trudem przychodziło mu wymyślanie nowych przezwisk, prawie jakby układał je sobie w głowie w wolnych chwilach; istniało więc prawdziwe niebezpieczeństwo, że mógłby tak nadawać do jutra. - Jedynym jakimś cudem dorastającym do kolan czworonogiem w całej Wspólnocie, który nie wydaje się chcieć nam skoczyć do gardeł?
- Okej, idź, zejdź mi z oczu. - Strzeliła go w ramię, tłumiąc śmiech. Pocałował ją szorstkimi wargami w czoło i razem z Nickiem odeszli na północny wschód. Nie mogła oderwać wzroku od jego durnego czerwonego płaszcza szarpanego przez budzący się wieczorny wiatr. Hancock obrócił się jeszcze ku niej zanim zniknęli za pagórkiem, więc uśmiechnęła się do niego; nie widział już, jak jej twarz momentalnie wraca do poprzedniego wyrazu. Czuła się, jakby ją staranowało stado braminów, i nie w tym samym sensie, co Hancock każdego ranka; jakby ją to stado obskoczyło i pozostawiło za sobą tylko to, co zawsze zostawia za sobą stado braminów. Jedno wielkie morze gówna.
Ostatnio zbyt często myśli o Nate'cie i Shaunie. Nie powinna sobie na to pozwalać. Powinna po prostu ufiksować wzrok na najbliższym celu i nie odwracać, póki go nie osiągnie. Ale... Nie umiałaby, nawet gdyby spróbowała. Nie potrafiłaby tak po prostu przestać żyć przeszłością. Zapomnieć o porwanym synie i skupić się na jednym. Nie. To by nie wyszło.
Minęło dziesięć lat od śmierci Nate'a. Shaun był już chłopcem. A co, jeśli się uda? Co jeśli rzeczywiście stanie z nim twarzą w twarz? Co mu powie? Czy uwierzy jej, że jest jego matką, czy uzna ją za wariatkę? Co Kellogg i Instytut nawciskali mu do głowy przez cały ten czas? Czy będzie potrafiła go do siebie przekonać mimo ich propagandy?
Nawet nie zauważyła, gdy zapadła w lekki sen, z którego wybudził ją dopiero zbolały jęk Hancocka. Otworzyła natychmiast oczy, ale nie był ranny. Półleżał właśnie oparty o jakiś kamień, z głową opuszczoną do tyłu i ręką nałożoną na twarz.
- Mówiłem, żebyś nie brał tego cholerstwa - rzucił Nick, grzebiąc jakimś kijem w ognisku.
- Ale Ultralot, człowieku... - Hancock podniósł się tylko po to, żeby prawie natychmiast opaść z powrotem. - Wiesz, jakie to jest rzadkie?
- A teraz wiesz dlaczego.
Hancock machnął na niego słabo ręką.
- Serio, jesteś w takim stanie, a nie żałujesz swojej głupoty?
- To jest złoty graal, Nick, ten... No. Jak to się...? Nie odlot, tylko...
- Ultralot.
Hancock pstryknął palcami. - Właśnie.
- Chociaż z mojego miejsca wygląda bardziej jak Ultrakatastrofa.
- Pierdol się, Valentine.
- Jak zawsze do usług.
Aina, jeszcze nie do końca obudzona, ledwo rozumiała, co się dzieje, ale uśmiechnęła się do siebie w myślach. Panowie milczeli przez dłuższą chwilę, albo po prostu przysnęła i tego nie zarejestrowała, aż w końcu Hancock mruknął:
- Zresztą, dobrze wiesz, że długo mnie to nie będzie trzymać. - I dodał półszeptem: - Przynajmniej taką mam nadzieję.
- A co się dzieje? Gorzej ci? - Nick parsknął do siebie sucho. - Co ja się pytam; gorzej być nie może.
- Przestań już - warknął Hancock, nagle rozeźlony. - Myślisz, że potrzebuję ciebie, żebyś mi o tym przypominał?
- No nie, Hancock, tylko nie świruj...
- Serio, czuję się tak, jakbym żył na pożyczonym czasie - mówił Hancock dalej, choć ledwo go było słychać, bo twarz miał już całkiem zasłoniętą rękami. - Co za cholerne zrządzenie losu sprawiło, że tylu ludzi umarło w Goodneighbor, zastrzeleni przez ludzi Vica, a ja to jakimś cudem przeżyłem?
- A gdybyś nie przeżył, to myślisz, że ktoś by to ogarnął tak, jak ty to zrobiłeś? - odparł mu od razu Nick, jakby był przygotowany na tę okoliczność. - A nawet jeśli, to kiedy? Ilu ludzi by jeszcze zginęło? Byłem w Goodneighbor za rządów Vica i byłem za twoich. I uwierz mi, widać różnicę na pierwszy rzut oka.
- Zawsze chciałem zrobić gdzieś różnicę... - głos Hancocka był prawie że płaczliwy.
- No i zrobiłeś. Powinieneś być z siebie dumny.
- To czemu nie mogłem tam po prostu zostać? Siedzieć na tyłku i mieć spokój?
- Bo nie miałeś spokoju? - Nick przewracał oczami już prawie bez przerwy. - A poza tym przyszła taka jedna, zarżnęła dla ciebie kilkadziesiąt osób, broniła twoich interesów, no i się zauroczyłeś, co poradzisz. Nie dziwię ci się, że z nią poszedłeś; w końcu sam też rzuciłem wszystko, żeby się z wami szwendać po Wspólnocie. Zresztą, gdyby cię wtedy nie było u jej boku, to nie wiem, czy bym się zgodził tak łatwo.
- Serio? Co ja mam do tego?
- Ufam twojemu osądowi, ty katastrofo ultralotnicza. - Nick z kamienną twarzą zdjął Hancockowi kapelusz, zmuszając go do podniesienia się, żeby go zabrać z powrotem. - Jakkolwiek na haju byś nie był, jeszcze nie dałeś mi powodu, żebym przestał.
- Och, do diabła z tym wszystkim. - Hancock, wyraźnie nieprzekonany, założył swój kapelusz, zdjął go, położył na swoim śpiworze i zawiesił wzrok na płomieniach. - Czym ja sobie zasłużyłem na twoją przyjaźń?
Nick ostentacyjnie pogładził brodę. - Zaraz... Coś mi świta... - Kłamca. Jego mechaniczny mózg doskonale wszystko pamiętał. Nick jeszcze przez chwilę się tak znęcał nad Hancockiem, aż niby to sobie przypomniał. - Była taka sytuacja w Diamond City... Jak tamten alfons i dwóch typów próbowali mnie przyspawać do czyjegoś domu, kojarzysz? Ten, któremu się nie podobało, że moje prowadzenie śledztwa zahaczyło o jego... podopieczną, i wyciągnął palnik acetylenowo-tlenowy? Któremu oddałeś swój tygodniowy zapas chemów, żeby, jak to ująłeś, "odpierdolił się ode mnie i poszedł sprzedawać swoje i cudze tyłki gdzie indziej". - Nick poruszył swoją szkieletową ręką. - A potem pomagałeś mi zdjąć tę stopioną dłoń, żeby mi chociaż to zostało? To tym. To, jak mnie potem nazwałeś "głupim, pakującym się w kłopoty Szturmotronem bez jaj" też było ujmujące.
Hancock parsknął. - Ja ci mówię, powinieneś poznać Kl-E-0. - Chyba trochę wytrzeźwiał, bo spojrzał po sobie, potem przerzucił wzrok na ognisko, a w końcu na Ainę. Chyba nie zauważył nad płomieniami, że patrzyła wprost na niego. - A czym sobie zasłużyłem na nią? - mruknął żałośnie. - Nie jestem jej wart.
- No nie. - Nick położył mu dłoń na ramieniu. Hancock rzucił mu takie spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: "Co z ciebie za przyjaciel?", ale Nick kontynuował: - Ale jak zaćpany byś nie był, i tak jesteś lepszy niż ja kiedykolwiek mógłbym być.
- Co ty gadasz.
- Popatrzyłeś sobie na mnie ostatnio?
Hancock zmrużył przeraźliwie oczy, próbując zogniskować na nim wzrok, ale po chwili dał sobie na spokój. - Aina cię lubi.
- A ja lubię ją; i tak nic by z tego nie wyszło. - Nick znów pogrzebał w ognisku z taką miną, jakby nie mógł uwierzyć, że mówi to wszystko Hancockowi. Aina doskonale go rozumiała. Sama nie mogła w to uwierzyć. - Gdyby była ze mną, miałaby bardziej przesrane niż ma teraz. Weź Bractwo Stali na przykład. Nie lubią ghuli, ale dużo z tym zrobić nie mogą. Ale z tym ich przeświadczeniem, że synty to abominacje? Nawet by nie chcieli z nią rozmawiać.
- Ich bigoteria do nas to dokładnie powód, dla którego ich już nie odwiedzamy. - Hancock wzruszył ramionami. Sprawiał wrażenie, jakby trzeźwiał z każdym słowem. Nick machnął ręką.
- Nie ma znaczenia - rzekł. - Te wspomnienia Nicka mnie ciągle uwierają. Nie mógłbym się całkiem zaangażować, kiedy za każdym razem, gdy myślę o związku, przypominam sobie Jenny.
- Ta, wiem, co czujesz - odparł Hancock kiwając wolno głową. Nick wydał z siebie coś między rozbawionym parsknięciem a lekceważącym prychnięciem.
- A kogo ty sobie przypominasz? Irmę, Heili, Ginę, Dianę, Avę...? - Nick wymienił jeszcze kilka imion, ale Hancock w ogóle nie odpowiedział, więc przestał.
- Nic ci nie stoi na przeszkodzie sobie poużywać - rzucił tylko Hancock.
- Ocipiałeś.
- No co? Jeśli masz taką potrzebę... - Nagle coś wpadło Hancockowi do głowy. - Chyba że... Hyy! Nick, rozumiem, że jesteś poharatany, ale nie spodziewałem się, że aż tak... Chłopie, tak mi przykro...
- Pierdol się, Hancock, wszystkie części mam na miejscu. Diagnostycznie przynajmniej.
- No to w czym problem? Mi casa es su casa.
- To nie powinno się odnosić do kobiet. - Nick pokręcił głową z rezygnacją.
- Mhm, masz absolutną rację. Aina!
Kobieta poderwała się na łokciu, niby to gwałtownie obudzona. - Co? Nie śpię. Nie śpię. Co chcesz? Kiedy wróciliście?
- Nie chciałabyś zobaczyć, co Nick chowa pod tym swoim trenczem? - rzucił Hancock z sugestywnym półuśmiechem. Aina bezwiednie omiotła Nicka wzrokiem i... Nie no, cholera. Już kiedyś do tego doszło. Zastanawiała się, jak daleko sięgają jego ubytki w skórze, i niechcący zaczęła sobie wyobrażać, że go rozbiera... A potem dała sobie w twarz i poszła popływać w lodowatym jeziorze. A teraz zdała sobie sprawę, że przecież Nick bez większego problemu mógłby...
- Co?! - rzuciła znów Hancockowi w nadziei, że nie zauważył, jak się zawiesiła.
- Nick ma dziś kiepski humor - rzucił ten tak, jakby sam go wcale przed chwilą nie miał.
- No to jest nas dwoje - odburknęła.
- Ale pomyślałem, że moglibyśmy go rozweselić. - Półuśmiech ani na moment nie zniknął z jego twarzy. - Co myślisz?
- Myślę, że jesteś doszczętnie naćpany.
- Oczywiście, że jestem. - Hancock wstał tylko po to, żeby znów ukucnąć tuż przy niej. - Ale mówię serio. - Odgarnął jej włosy z twarzy, sięgnął na kark, a potem od razu przeniósł szorstką dłoń na jej szyję, szczękę... Ścisnął, zmuszając ją do otworzenia ust. Uwielbiała, gdy to robił. Poddała się, wysuwając język ledwie o ćwierć cala, a Hancock pocałował ją głęboko. Odrywając się, szepnął jej prosto w usta:
- No, daj się skusić... - jeszcze zanim przejechał językiem po jej wardze. Załaskotało i zagryzła ją lekko, przenosząc wzrok na Nicka. Siedział wciąż na swoim miejscu, prawie że bez ruchu, obserwując ich z jakąś dziwaczną mieszaniną tęsknoty i podniecenia w mechanicznych, żółtych oczach. Aina uśmiechnęła się do niego, ale zaraz przyłapała się na zastanawianiu, czy dwie głowy u braminów to zaleta... Spojrzała znów na Hancocka.
- Jesteś szalony - powiedziała potępiająco, a przynajmniej taką miała nadzieję. - Dlaczego w ogóle z tobą jestem?
To skutecznie zmazało mu uśmiech z twarzy, i Aina poniewczasie zdała sobie sprawę, co takie słowa zrobią z jego poszarpanym narkotykami i niepewnością mózgiem.
- Zasługujesz na coś więcej - przyznał, wciąż z ręką na jej szczęce, jakby nie mógł się od niej oderwać, choćby chciał.
- Hancock... - szepnęła z bólem, kładąc dłoń na jego i gładząc lekko jego szorstką, cienką skórę. Czuła pod palcami jego napięte ścięgna, jego żyły i towarzyszące im pulsowanie leżących głębiej tętnic. Wpatrzył się w tę jej dłoń, jakby nie wierzył własnym oczom. - Błagam, przestań tak myśleć.
Jego twarz jakby zmiękła. Aina patrzyła w górę na niego i widziała, że coraz bardziej się poddaje jej oczom. - Jesteś taka śliczna... - szepnął tylko, bezwiednie opuszczając dłoń i sunąc palcem po jej szyi, coraz niżej, aż przeszedł ją przyjemny dreszcz, i niżej. Prześlizgnął się między jej obojczykami i pogładził lekko obrączki, które nosiła na łańcuszku na pamiątkę Nate'a. - I taka wierna. - Serce Ainy podskoczyło, gdy zobaczyła, że Hancock zaciska szczękę.
Teraz zrozumiała. To nie była kwestia chemów ani udawania. Hancock rzeczywiście jest pewny siebie i zawsze był, tak jak go poznała. Chodziło o nią. Zakochał się w niej. Która ciągle nosi obrączkę zmarłego męża na szyi. Ciągle nie może przestać o nim myśleć. Ciągle żyje przeszłością, przypomina sobie swój dawny dom, tęskni za zaginionym synem i chce go odzyskać po to, żeby mieć choć cząstkę Nate'a z powrotem. A Hancock wciąż trwa u jej boku, mimo że musi na to patrzeć i go to zabija. To to miał na myśli, gdy powiedział Nickowi "Wiem, co czujesz". Dlaczego nigdy wcześniej nie dał jej niczego poznać? Dlaczego z nią o tym nie porozmawiał? Nie chciał jej zawracać tym głowy w tej sytuacji i czekał, aż to wszystko się skończy? Czy bał się jej reakcji? Aina zdała sobie z bólem sprawę, że jeszcze nigdy nie powiedziała mu, że go kocha... i nie miała pewności, czy byłaby w stanie. Teraz rozumiała.
Hancock przez cały czas patrzył na nią, obserwując drobne zmiany na jej twarzy, i czuł, jakby mięśnie mu się powoli rozluźniały. Frustrację zastąpił strach. Nie powinien był jej tego mówić. Było jeszcze za wcześnie. I tak nie będzie mogła się na tym skupić, nie dopóki nie znajdzie Shauna i nie położy kresu temu wszystkiemu. Chciał tylko, żeby to się już skończyło i żeby mogli być razem bez oglądania się za siebie. Tak byłoby najlepiej. Tylko co, jeśli Aina pomyśli, że odbiera jej wolność, że chce jej odmówić odnalezienia syna? Nigdy nie odważyłby się tego zrobić. Zależy mu na głowie. I jajach. I najpewniej wszyskim innym, co uznałaby za słuszne mu odciąć.
- Przepraszam - powiedział jeszcze, choć sam czuł, że wyszło jakoś inaczej, i powtórzył: - Zasługujesz na więcej.
- I dlatego starasz mi się wcisnąć więcej osób? - Wskazała brodą na Nicka, który wciąż siedział na swoim miejscu, choć Hancock szczerze nie rozumiał dlaczego.
- Tak - odparł z przekonaniem. - Zasługujesz na kogoś rozsądnego. - Rozpiął jej śpiwór, uśmiechając się znów szelmowsko. Twarz Ainy od razu się rozpromieniła, i Hancock poczuł małą falę spokoju. Porozmawiają o tym kiedy indziej. - Wiesz, kogoś, kto ma zasadniczo kalkulator zamiast mózgu. - Nick przewrócił ostentacyjnie oczami, ale Hancock sięgnął ustami do szyi Ainy i udał, że tego nie dostrzegł.
Aina spięła się przez moment, jej oczy utkwione w Nicku, który obserwował ich bez śladu emocji na twarzy, ale Hancock już wiedział, co jego dziewczyna lubi, i w końcu odchyliła głowę z cichym westchnięciem. Uwielbiał, gdy się mu tak poddawała, uwielbiał to uczucie, gdy jej gładka skóra uginała się nieco pod jego palcami, i ten ból, gdy jej paznokcie wbijały mu się w ramiona. Uwielbiał ją.
Oddychała jakby ciężej i szybciej. Hancock rzucił okiem za siebie i samym kącikiem zobaczył, że Nick, choć siedział tam, gdzie poprzednio, zdążył w międzyczasie opuścić rękę do spodni i teraz zapamiętale się przez nie masował, choć na jego syntetycznej twarzy nie zagościła ani krztyna pożądania. Aina patrzyła na to jak zahipnotyzowana. Hancock uśmiechnął się do siebie i wrócił do całowania jej szyi i szukania sposobu, żeby wsunąć dłonie pod jej koszulkę. Nie opierała się zupełnie, wciąż wpatrzona w Nicka, który w końcu wstał i zaczął iść ku nim, obchodząc ognisko szerokim łukiem i wciąż lewą dłonią robiąc sobie dobrze. Aina zaczęła oddychać jeszcze szybciej, widząc, jak nadchodzi. Przez chwilę, ułamek sekundy dosłownie, odezwały się jeszcze jakieś resztki złej fazy po Ultralocie i Hancock poczuł ukłucie zazdrości; musiało się to odbić w jego pieszczotach, czy może w tym, jak zacisnął dłoń na jej boku, bo Aina przyjrzała mu się z uwagą, a potem szeptem, żeby Nick nie usłyszał, rzuciła:
- Hancock, to ty jesteś moim ulubionym półtrupem... - I od razu sięgnęła do jego rozporka.

Gdy wsunął się, najciszej jak potrafił, żeby jej nie obudzić, do jej kwatery w Zamku, ku swojemu zdumieniu zobaczył, że Aina już nie śpi i właśnie przebiera się w odzież podróżną. Na dźwięk otwieranych drzwi natychmiast się zakryła, ale gdy zobaczyła, że to on, opuściła ręce, odpuszczając sobie jakiekolwiek ubieranie. Hancock przez dłuższą chwilę, idiotycznie, nie mógł oderwać oczu od jej piersi, ale w końcu zamknął drzwi i przekręcił klucz. Ruszył ku Ainie; jej oddech przyspieszył wyraźnie, ale nie uznała za słuszne się zakryć, co tylko bardziej go nakręciło.
- Powinniśmy ruszać w drogę - mruknął, a ona tylko pokiwała głową, zagryzając wargę, jakby tylko czekała, aż jej dotknie. Hancock nie omieszkał czym prędzej spełnić jej niemej prośby. Gdy poczuła jego dłoń na swojej nagiej talii, wydała z siebie prawie nieme westchnięcie; a gdy jednym ruchem obrócił ją do siebie tyłem, bezwiednie wygięła się ku niemu, bezczelnie podstawiając mu szyję. Wpił się w nią ustami, sunąc językiem po jej konturach, a Aina tylko z trudem powstrzymała jęk. - Hmm? - mruknął jeszcze, ale mimo to nie odpowiedziała. Z uśmiechem przygryzł jej ramię, ścisnął jej talię tak mocno, że aż pisnęła z czegoś bardzo blisko bólu i natychmiast przycisnęła dłoń do ust. Zabrał ją i ucałował jej wargi.
- Niech wiedzą - szepnął, sięgając niżej, aż wsunął rękę za jej opięte spodnie. Jęknęła, ale że owinął ramię wokół jej talii, unieruchamiając ją całkiem skutecznie, nie mogła już się prowizorycznie zakneblować. Wsunął w nią dwa palce i przyspieszył, i patrzył, jak pieszczotami doprowadza ją do szaleństwa. Zaciskała palce na jego ręce, drapała wręcz, jakby chciała tylko, żeby dał jej chwilę odetchnąć, ale Hancock odkrył swojego wewnętrznego sadystę i siłą utrzymał ją w miejscu; dopiero gdy jej jęki wydłużyły się wyraźnie, wzrosły i w końcu przerodziły się w przeciągły krzyk, a sama Aina złożyła się w pół, gdy nogi odmówiły jej posłuszeństwa, podczas gdy Hancock czuł, jak jej ciepła wilgoć rozlewa mu się po dłoni, dopiero wtedy dał jej chwilę odetchnąć.
Rzucił ją na łóżko. Spoczęła bezsilnie; a te przeklęte obrączki uderzyły w pościel przy jej głowie. Hancock poniewczasie zdał sobie sprawę, że Aina mogła jeszcze nie być gotowa, tak jak nie była dotychczas. Z drugiej strony, gdyby tak było, najpewniej nałożyłaby swoją zbroję i poszliby... gdzie tam tym razem by ją wysłał Garvey. Nie stałaby półnaga, czekając tylko, aż Hancock jej dotknie.
Nie przejmując się już, ściągnął jej spodnie, korzystając z tego, że, jeszcze słaba, nie mogłaby mu się oprzeć nawet gdyby chciała. Jej uda lśniły wilgocią. Nim zaprotestowała, Hancock opadł i ustami przylgnął do jej warg i skóry, rozkoszując się jej słonawym smakiem. Aina przez moment poddawała mu się tylko z cichymi jęknięciami, niezdolna do niczego więcej, ale w końcu uniosła się na łokciach i patrzyła mu w oczy, gdy on językiem odnajdywał coraz to nowe miejsca. Nie mógł nasycić nią wzroku: wszystko, od ud zawieszonych na jego ramionach, przez kształtne biodra, brzuch złożony teraz wpół, piersi, smukłe ramiona i jeszcze smuklejszą szyję - wszystko składało się na jego wzrastające pożądanie. Nie był pewien, jak długo da radę to znieść, ale Aina sama chyba już miała dość, bo strąciła mu kapelusz z głowy, jak to ona, złapała go za kołnierz i wciągnęła na łóżko. Palce plątały jej się, gdy próbowała niemal równocześnie rozwiązać jego szarfę i rozpiąć mu guziki koszuli.
Hancock, nie czekając, aż to ogarnie, zrzucił płaszcz, rozpiął spodnie, założył sobie jej nogę na ramię i, wpijając się w jej usta, wbił się w nią naraz tak głęboko, jak tylko mógł sięgnąć. Nie spodziewał się tego, nie z jej historią szczęśliwego małżeństwa i rodzenia dziecka, ale była tak ciasna, że przez ułamek sekundy szczerze się przeraził, że straci kolejną część ciała na rzecz ghulowego osłabienia tkanek. Oparł się ciężko na łokciu, zaciskając powieki na zebranych w kącikach łzach. Aina nagrodziła jego zachłanność cichym śmiechem, czym tylko jeszcze bardziej go ścisnęła. Już miał zamiar błagać ją o litość.
- Nawet nie dałeś mi się ostrzec... - szepnęła, całując go w ucho, choć palce miała mocno zaciśnięte na jego ramionach. Po prawie rozerwaniu jego koszuli dała sobie spokój z rozbieraniem go i tylko wiodła wzrokiem w dół jego piersi wyglądającej spomiędzy rozchełstanych pół. Hancock wciąż bał się poruszyć, ale nie mógłby nawet gdyby chciał. - Przepraszam... - szeptała dalej, kładąc się na wznak, żeby nie napinać niepotrzebnie mięśni. - Nie panuję nad tym.
- Nie zabolało? - spytał z troską. Wzrok Ainy jakby na moment uciekł gdzieś na bok. Wzruszyła lekko ramionami, jeżdżąc palcami po jego karku.
- Jestem przyzwyczajona. - Z jej wilgocią owijającą go wciąż tak ciasno i mocno, że czuł, że się topi, miał pewne problemy z myśleniem, ale nie ominął go fakt, że to nie znaczyło "nie".
- Przepraszam, nie chciałem cię skrzywdzić. - Pocałował ją i dopiero teraz poczuł, że zaczyna się lekko rozluźniać.
- Musiałbyś się najpierw skurczyć... - szepnęła niby to do siebie, spoglądając przelotnie w dół, a potem pocałowała go w jego szeroki uśmiech.
- Nie pomyślałem - wyjaśniał dalej. - Nie miałaś seksu od ponad dwustu lat, czego ja s...
- Nie przypominaj - rzuciła na wpół ze złością, na wpół z rozbawieniem. - Ruchaj.

Nim się obejrzała, mechaniczne palce Nicka wsunęły jej się między nogi, podczas gdy Hancock, zupełnie nie pomagając, ściągał z niej po kolei wszystko, co było do ściągnięcia. Sapnęła z przestrachem, czując zimny metal na udzie. Nick na szczęście nie postanowił ich nigdzie wkładać, a tylko zaczął delikatnie masować jej łechtaczkę, gdy ustami sięgnął jej ucha; nie było przy tym żadnego odgłosu oddechu i dawało to nieprzyjemne wrażenie, że ma omamy.
Nie do końca wiedziała też, co zrobić z rękami. Jak na razie zaciskała jedną na szkieletowym nadgarstku Nicka, gdy on pieścił jej łechtaczkę tak, jakby był do tego stworzony, i to dosłownie; drugą zaś lekko i bezmyślnie szarpała kołnierz Hancocka, który właśnie ściągał jej bieliznę. Niech to szlag. Niech to szlag!
Nick nagle chwycił jej szczękę, metaliczne palce zacisnęły się na jej skórze, i niemalże siłą zmusił ją, by go pocałowała. Poddała mu się bez walki, uchwyciła się jego karku i zassała lekko jego żółty język bez smaku. Wciąż nie mogła się mu nadziwić. Teraz również nie czuła podnieconego oddechu, do którego była tak przyzwyczajona, i nie mogła nie odczuwać tego jako zdystansowanego chłodu.
Potem jednak Hancock poderwał jej biodra do góry aż uklęknęła, wbijając kolana w śpiwór i opierając się ciężko na Nicku. Zacisnęła mu palce na ramionach, ustami sięgnęła jego chłodnych, sztucznych warg; strąciła mu kapelusz i nagrodził to lekkim uśmiechem. Gdy spojrzała za siebie, Hancock właśnie umiejscawiał się ostrożnie między jej nogami i patrzył na nią, na nią całą, z takim błyskiem pożądania w oczach, że od razu poczuła, że staje się dla niego mokra. Coś w środku skurczyło się lekko z niecierpliwością. Hancock jednak zupełnie się nie spieszył, zrzucił płaszcz i zaczął powoli odpinać kaburę i rozwiązywać swoją amerykańską szarfę. Aina warknęła ze złością i bezmyślnie sięgnęła ustami do rozharatanej szyi Nicka zaciskając wargi na krawędziach jego powłok, ucha, na jego sztucznym gardle.
- Ostrożnie tam - mruknął na nią tym jego głosem mówiącym wyraźnie "w sumie, nie obchodzi mnie to". Ugryzła go lekko i ku jej zdumieniu poczuł to, bo odsunął się nieco i złapał ją za szyję. - Powiedziałem coś.
- Przepraszam - próbowała wydusić, ale wyszedł jej z tego tylko ledwo słyszalny szept, bo Nick, niechcący czy z premedytacją, tak ścisnął jej krtań, że przez moment nie mogła oddychać. Złapał ją więc za żuchwę i nakierował jej twarz na siebie i wpatrywał się w nią tak przez moment, gdy próbowała jednocześnie zdjąć mu płaszcz i utrzymać równowagę w nienaturalnej pozycji. Wtedy jednak Hancock, już - wreszcie! - najwyraźniej gotowy, zaczął się w nią wbijać, tym razem powoli i ostrożnie, nauczony dawnymi traumatycznymi doświadczeniami. Żółte oczy Nicka śledziły dokładnie każdą zmianę na jej twarzy, od lekkiego zmarszczenia brwi, po zęby zaciśnięte, by zatrzymać wyrywający się jęk; jego wargi rozwarły się lekko w podnieconym, nieobecnym oddechu.
- Och... John... Nick... - wyrwało jej się zupełnie wbrew woli, ale Nick nie narzekał. Teraz on jedną ręką ściągnął płaszcz i krawat, a potem opadł na kolana i zaczął rozpinać spodnie, a Aina patrzyła na jego kamienną, zdeterminowaną twarz ze wzrastającym podnieceniem. Był nieprzewidywalny w swojej syntetyczności i to z jakiegoś powodu niesamowicie na nią wpływało.
Hancock dotarł już do końca i teraz zaczynał się wreszcie cofać, poruszając się tak sadystycznie powoli, że byłaby już dawno zaczęła sama na niego nabijać, gdyby Nick nie trzymał jej tak mocno, że groziłoby to permanentnym urazem twarzy.
- Och, cholera... - szepnęła, zdając sobie sprawę, że jest zdana na ich łaskę. - Wy sucze syny, wy. Hancock, przestań się ze mną zabawiać - rzuciła do tyłu, choć nie mogła ruszyć głową - a ty, Nick, napr...
- Milcz. - Nick bezceremonialnie zacisnął te ludzkie palce na jej włosach i opuścił ją na swoją już odsłoniętą męskość. Nie zdążyła nawet spojrzeć, a już był w jej gardle, a ona poczuła, jak gęsta ślina spływa jej strumieniami po wewnętrznej stronie policzków, żeby zalać jego sztuczne jądra. Nick ruszył głową, jakby patrzył w górę; i zaraz, jak na znak Hancocka, odpuścił jej nieco, pozwalając cofnąć się trochę, nabrać powietrza i wyczuć pod językiem te same zagłębienia, które znaczyły całe jego ciało na złączeniach polimerowych płyt.
Hancock za to uprzejmie przychylił się do jej prośby i znacznie przyspieszył, rżnąc ją nagle w takim tempie, że i bez pomocy Nicka zaczęła się dławić jego męskością. Zacisnęła mu palce na spodniach, z jednej strony chcąc im obu je zerwać, żeby nie tylko ona czuła te powiewy chłodnego, nocnego wiatru, a z drugiej zdając sobie doskonale sprawę, że przynajmniej w przypadku Nicka nie zrobi to żadnej różnicy; na marginesie myśląc, z trzeciej strony nie można było powiedzieć, że dodałoby im to uroku, a z czwartej... dość szybko przestawało jej być zimno.
- Niech to, stary - rzucił Hancock, najwyraźniej zauważając kątem oka wyposażenie przyjaciela, gdy Aina oderwała się od niego na moment, żeby złapać oddech i odgarnąć sobie włosy z twarzy. Nick od razu odpowiedzialnie zebrał je w dłoń. - Nie, że narzekam czy coś, ale widziałem synty drugiej generacji, i one nie pakują tyle... centymetrów.
- Ta - odparł Nick - też to zauważyłem. Doszedłem do wniosku, że to jakiś chory żart tego, kto mnie stworzył w Instytucie, którego z oczywistych względów nie może powtórzyć. Wiesz, przymocujmy syntowi wibrator i zobaczmy, co się stanie. Albo może nie chcieli, żebym miał problemy z tożsamością, jak mi wgrają wspomnienia Nicka.
Hancock przez moment nie odpowiadał, jakby się lekko zawiesił, choć nie przestawał jej rytmicznie na siebie nabijać. Czuła jego szorstkie dłonie a to zaciskające się na jej biodrach, a to sunące po jej gładkiej skórze. - To wibruje?!
Aina zakrztusiła się Nickiem ze śmiechu, bo akurat w tym momencie postanowił nacisnąć jej na potylicę, i zaraz puścił, a ona poczuła raptem fale wibracji w ustach i aż odskoczyła od niego ze zdziwieniem. Hancock wysunął się z niej, i gdy rzuciła okiem do tyłu, patrzył na Nicka z lekko uniesioną z uznaniem brwią. Pokręciła na niego głową, więc położył jej dłoń na policzku i delikatnym naciskiem obrócił ją w swoją stronę. Nick nie czekał na pozwolenie - od razu uniósł się i wbił w nią głęboko, ostro i gwałtownie, aż krzyk wyrwał jej się z ust; spojrzała na Hancocka, na jego czarne oczy i ścięty nos, i cienkie, wręcz niewidoczne wargi, i policzki poznaczone pasmami zbliznowaciałej skóry. Piszcząc, jęcząc i naprawdę starając się nie krzyczeć, uwiesiła się na nim, sunąc dłonią w dół jego nagiej piersi. Rześkie nocne powietrze zostało już całkiem zastąpione przez ich podniecone oddechy i nieuchwytny, ciężki zapach feromonów.
- No już, kochana - szepnął, wsuwając palce do jej ust, przeciągając jej szorstkimi opuszkami po języku. Poddała mu się, i tak niezdolna do zrobienia niczego konkretnego, kiedy Nick rżnął ją od tyłu tak zapalczywie, że z trudem utrzymywała się nawet na kolanach i kontrolowała oddech. Hancock przyciągnął ją i pocałował, choć nie mogła wiele z tym uczynić, czując męskość Nicka tak głęboko, że nie sądziła, że jest to w ogóle możliwe; jakby próbował ją zrujnować, jakby rozwierał ją bardziej z każdym ruchem.
- John, John... - pisnęła Hancockowi prosto w usta. - Rany boskie, John, on mnie zabije...
- Staram się - mruknął Nick między jednym pchnięciem a drugim. Aina krzyknęła z obezwładniającej rozkoszy, wczepiając się w nagie ramiona Hancocka tak, że poczuła, jak trochę jego skóry zostaje jej pod paznokciami. On jednak jakby nie zwrócił na to uwagi; rzucił Nickowi niezadowolone spojrzenie, a synt w odpowiedzi tylko włączył znów swoje wibracje. Aina mogłaby przysiąc, że niebawem straci poczucie samej siebie i już nigdy nie będzie taka sama.
- Już, kochana, no już... - znów szepnął jej Hancock do ucha, niemalże siłą utrzymując jej głowę w pionie. Nauczyła się już widzieć jego oczy za tą pozornie bezkresną zasłoną czerni; teraz patrzył na męskość Nicka wsuwającą się w nią w mechanicznym rytmie i niby bezwiednie opuścił ją na swoją. Był twardszy i większy niż zapamiętała, ale z rozkoszą, niby dobrze wytrenowana niewolnica, zaczęła go wielbić.
Nick nie potrafił się opanować, powstrzymać ani choćby zwolnić. Po prostu nie mógł. Nie po tylu latach. Nie po, kurwa, ponad dwustu latach. Więc zaciskał swoje prawie ludzkie i zupełnie nieludzkie palce na jej biodrach, rżnąc ją tak, jakby miało nie być jutra po raz drugi; i z każdym ruchem miał nadzieję, że poczuje w końcu to, co pamiętał, że w jakiś sposób magicznie go to naprawi i będzie czymś więcej niż czyimś eksperymentem, sztuczną parodią, przerośniętą mechaniczną lalką. Że poczuje naprawdę to ciepło i ucisk, zamiast odczytywać i analizować sygnały elektronicznych receptorów. Ale ta nadzieja nigdy nie miała być spełniona.
A w końcu też się wypaliła. Została już tylko skorupa dawnego Nicka, syntetyk ze świadomością, że jest tylko wrakiem dawnego człowieka, który naprawdę kochał i naprawdę nienawidził, i nie był tylko niepełną imitacją, i, do cholery jasnej, czuł.
I gdy już był pewien, że Aina dochodzi, wykalkulowawszy to nie z jej feromonów, a z sygnałów jej pochwy, z tego ucisku, którego, pamiętał, nie powinien czuć, a jednak odbierał; zmuszając się nieco, wypuścił swoje sztuczne nasienie i... och, KURWA. Nagle to poczuł. Zesztywniał, jakby go poraził niewyobrażalny ładunek elektryczny, ale nie było bólu, który również, mgliście, pamiętał, a jedynie wszechogarniający ucisk.
Nagle przed oczami mignęła mu twarz Jenny, jej usta rozwarte w krzyku rozkoszy, jej włosy rozrzucone po błękitnej poduszce, każdy najmniejszy szczegół wrócił do niego tak dokładnie, jakby wcale nie minęły dwa wieki, i wtedy Nick zrozumiał. To wciąż nie było to. Został zaprogramowany, by jakimś cudem odblokować te wspomnienia, o których nigdy wcześniej nie myślał. To było najbliższe, co mógł osiągnąć, ale to nie było czucie. Tego nigdy więcej nie doświadczy, tak jak i smak powietrza, jedzenia, wody, jak i zapach morskiej bryzy, kwiatów w jej włosach, niej - to wszystko pozostanie już tylko w jego pamięci.
Gdy doszedł do siebie, do tego zimnego, syntetycznego siebie, Aina właśnie opadała biodrami na ziemię, podkulając lekko kolana, podczas gdy Hancock wciąż eksplorował jej gardło na wszystkie możliwe sposoby. Kobieta była już właściwie nieprzytomna, ale Hancock wcale nie wyglądał, jakby się choćby powoli zamierzał zbliżać do szczytu. Na skanerach Nicka był już niemal tak ciepły, jak jeszcze płonące ognisko. Aina jednak z godną podziwu wytrwałością nieprzerwanie zatapiała go w swoich ustach. W końcu, kiedy Nick już się ubierał, Hancock jakby poddał się, zdjął ją z siebie i złożył delikatnie na śpiworze, choć widać było, że przynajmniej jego męskości jeszcze było mało.
- Nie doszedłeś - powiedziała bardzo cicho z bardzo lekkim wyrzutem. Hancock uśmiechnął się i pocałował ją w czoło, a potem mocno wpił się w jej usta.
- No, Aina, kochana - mruknął jej prosto do ucha. - To ty idź teraz spać, a ja jeszcze posiedzę z Nickiem i jego wibratorem. Muszę przyznać, że jestem nim... zafascynowany.
- Pierdol się, Hancock. - Nick rzucił mu spojrzenie zimnego mordercy.
- Właśnie próbuję, mój przyjacielu, właśnie próbuję.


- Nick, w porządku?
- Jasne, Hancock. Zastanawiam się tylko... w czym ja jestem lepszy od tego prawdziwego Nicka?
- Stary. WIBRUJESZ.
[#neverforget]

piątek, 1 stycznia 2016

[Star Wars] Mocna strona (Kylo Ren x Errai)

Balans między Jasną i Ciemną Stroną został zachowany podczas pisania tego opowiadania.
(Tak naprawdę to nie, ale ćśś.)

Tak, oto kolejne opowiadanie z serii "Nie znam postaci, nie znam filmu, ale jasne! napiszę fanficka". (No co? Lubię wyzwania.) I kolejne opowiadanie z postacią pewnej rudej suki. Trzecie już. I z dedykacją dla pewnej rudej suki, żeby nie było! (Muszę jej wymyślić jakieś porządne przezwisko.)
[Ogólnie, jeśli OC w opowiadaniu jest ruda, to na 90% należy do pewnej rudej suki.]

---

[Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...]
Już z daleka wyczuła Jego irytację, lekkie drgania Mocy, które rezonowały w niej tak głęboko i tak silnie, że aż szarpnął nią dreszcz. Przełknęła ślinę. Jej Mistrz, choć zazwyczaj opanowany i zimny, gdy wybuchał, był w istocie przerażający... dla większości ludzi. Dla niej jednak czytanie delikatnych zaburzeń, drobnych słów w kronice Jego Mocy, stało się już po trzech latach nauki jej drugą naturą. I jedno spojrzenie wystarczyło, aby wiedziała już, kogo zastanie w pokładowym szpitalu i czego należy się po tej osobie spodziewać. Pozwoliła kolejnemu dreszczowi sobą targnąć - im więcej tego rezonansu pozbędzie się nim stanie przed Jego obliczem, tym lepiej. Nie miała dla niego dobrych wieści.
Przez okno wewnętrzne dostrzegła Go, siedzącego w fotelu i wpatrującego się ze złością w generała Huxa, podczas gdy bezimienny lekarz, jeden z wielu spotykanych tu i ówdzie bez żadnego wyraźnego celu, omacywał Mu ranę na twarzy. Niewiele brakowało, a serce pękłoby jej zupełnie podobną. Z daleka widać było, że została zadana mieczem świetlnym - brzegi były ciemne i zupełnie nie krwawiły, ale znaczyło to również, że nie zrosną się poprawnie i zostawią sporą szramę. Mimo to nie mogła się zdobyć, by myśleć o Nim jakkolwiek inaczej niż dotychczas; jeśli jej wyobraźnia miała choć odrobinę racji, blizna zupełnie nie odejmie Mu niczego. Odetchnęła, zdając sobie sprawę, że przygryzała niepokornie wargę.
Generał Hux ukłonił się i ruszył do wciąż zasuniętych dźwiękoszczelnych drzwi, ale przez okno Errai widziała, że jeszcze obrócił się, jak zawsze, by mieć ostatnie słowo. Cokolwiek nie powiedział, Mistrz nie przyjął tego dobrze. Gdy Hux wyszedł, skłaniając jej lekko głowę, gdy przechodził obok, trwała wciąż złowroga cisza, aż nagle lekarz odrzucony nawet nie brutalnym Pchnięciem wylądował na szybie. Errai przyspieszyła, podczas gdy jej eskorta, dwaj szturmowcy, wykonali w doskonałej synchronizacji w tył zwrot i czym prędzej zniknęli z oczu.
Gdy weszła do sali, lekarz jeszcze zbierał się z podłogi, a Mistrz właśnie wyjmował swój miecz świetlny, niewątpliwie zamierzając rozładować wściekłość na tym, co tylko by się mu nawinęło. I nim choćby zdała sobie sprawę z tego, co robi, Errai Mocą zatrzymała Jego dłoń.
Szarpnęło nim zaledwie o pół cala, a ona natychmiast puściła, gdy dotarło do niej, jakiej zniewagi się dopuściła. Cel zostął jednak osiągnięty - skutecznie wybiła Go z rytmu i miast tracić bezwzględnie cenne siły na bezcelowych atakach na przedmioty nieożywione, Mistrz obrócił się do niej... bardzo powoli.
Czując na sobie Jego wzrok, uniosła brodę, jakby osiągnęła dokładnie to, co zamierzała - choć z pewnością wiedział, że było inaczej - i wyciągając lekko rękę, miękkim głosem powiedziała:
- Mistrzu, mógłbyś chcieć oddać mi miecz...? - Do samego końca nie mogła się zdecydować, co powiedzieć, i w efekcie wyszło coś między pytaniem a wręcz bezpośrednią prośbą. Poczuła przypływ gorąca. Jeśli Mistrz uznałby, że... On jednak, automatycznie wręcz, być może ze zmęczenia, wyciągnął rękojeść ku niej, zanim w ogóle zdał sobie sprawę, co robi. Czerwone mięso w głębi rany zalśniło lekko w świetle szpitalnych lamp.
- Dlaczego miałbym? - spytał, ale w Jego głosie nie zabrzmiała wyraźna wściekłość. Errai odetchnęła w duszy. Nigdy dotychczas jej nie ukarał, nie bezpośrednio, nie cieleśnie, ale im dłużej szukali fragmentów mapy i im bardziej przegrywali na rzecz rebeliantów, tym realniejsze stawało się takie zagrożenie. Ta kampania wyzuła z Niego już niemal ostatnie cząstki jej dawnego Mistrza. Gdyby nie była tak wyczulona na Jego Moc, mogłaby wręcz uznać Go za obcego człowieka.
Wtedy zdała sobie sprawę, że wpatruje się w Mistrza w milczeniu, co z pewnością jedynie irytowało Go bardziej, więc czym prędzej przełknęła ślinę i wyprostowała się. Postąpiła krok.
- Obawiam się, że mam złe wieści, mój Mistrzu - powiedziała na tyle cicho, żeby nie słyszał jej wypędzany z sali przez strach lekarz. Mistrz przysiadł na brzegu stołu, przymykając oczy i ze zrezygnowanym westchnięciem oddał jej miecz. Przesunęła palcami po jego rękodziele, tylko troszkę, gdy zakładała ręce za plecy.
- Doszły nas informacje, że rebelianci skompletowali mapę, mój Mistrzu, i organizują wyprawę, by odnaleźć... - Nie wiedziała, jakiego słowa użyć, ale na szczęście nie musiała się z tym zmagać. Mistrz bowiem warknął wściekle, odwrócił się i obiema pięściami rąbnął w stół, o który przed chwilą się opierał. Stół o dziwo wytrzymał, choć huk poszedł taki, i w powietrzu, i po Mocy, że Errai podskoczyła wbrew woli. A potem wszystko stało się zbyt szybko, by to poprawnie zarejestrować, i tylko analizując to zaraz kilkakrotnie w myślach, zdołała zrozumieć, co się stało. Mistrz wyciągnął ku niej rękę, skupił się, a Errai momentalnie poczuła jakąś niewidzialną obręcz zaciskającą się bezlitośnie na jej szyi. Sapnęła ostatnim oddechem, a potem pozostały już tylko Jego ciemne, wściekłe i wręcz puste oczy, utkwione w jej siniejącej twarzy.
Mogła Go powstrzymać. Pojedyncza myśl tłukła jej się po pustoszejącej czaszce. Mogłaby Go powstrzymać. Gdyby chciała. Wystarczyło małe Pchnięcie. Leciutkie. Ledwie by poczuł. Ale przestałby. Na pewno... Ale... czy chciała?
A potem nagle strumień powietrza wcisnął się jej do piersi z taką siłą, że ból powalił ją na podłogę. Mistrz był już obok; rozedrganą dłoń z trudem powstrzymywał od opadnięcia jej na nagi kark. Jego Moc zadrżała niepewnie. Mistrz... wahał się?
- Errai, przepraszam - szepnął tak cicho, jak ciche jest westchnięcie, a gdy uniosła na Niego załzawione zdumione oczy, podniósł ją i posadził na krześle. Jego Moc była znów stateczna, a na Jego twarzy poruszała się jedynie rana, pulsująca nieprzyjemnie w rytm bicia Jego serca, które Errai mogłaby przysiąc, że słyszała w tej straszliwej ciszy.
- Jesteś ranny, mój Mistrzu - wychrypiała. - Powinieneś udać się na spoczynek.
Nie powiedział już nic. Skinął lekko głową, prawie niezauważalnie, i wyszedł z sali.

A co, jeśli Go zawiodła?
Errai chodziła w kółko po swoim pokoju, mimo że powinna już dawno spać. O świcie, czy raczej jego statkowym odpowiedniku, zaczyna swój codzienny trening. Po wszystkim, co się wydarzyło, nie powinna móc nawet ustać na nogach. Powinna nieprzytomnie odsypiać wrażenia. A tymczasem nie mogła usiąść na dłużej niż kilka sekund, żeby znów nie zacząć niespokojnie krążyć.
A co, jeśli to wszystko jej wina?
Mistrz złamał dla niej Zasadę Dwóch. Dotychczas oboje byli przekonani, że to tylko wymysł, który może i miał kiedyś swoje powody, ale w innych czasach i warunkach. Teraz ograniczał tylko wolność Mistrzów, bo teraz nie było już Jedi. Oczywiście, gdyby Snoke dowiedział się, że Mistrz ją trenuje, nie wiadomo, co by zrobił ze wściekłości. Ale Snoke był daleko i Mistrz kazał jej się nim nie przejmować.
To Mistrzem się w tej chwili przejmowała. Nic nie poszło po Jego myśli. Cały misternie uknuty plan został zniszczony przez Rebeliantów, a teraz, na dokładkę, znaleźli mapę. A co, jeśli Zasada Dwóch nie jest tylko reliktem przeszłości? A jeśli to, że ją złamali, położyło cień na wszystkim, czego się od teraz dotkną? Ona jak ona, jeszcze nic nie wie, ale co, jeśli Mistrz tak uważa?
A co, jeśli Mistrz chce jej śmierci?
Co jeśli sam ją zabije?
Dopiero teraz usiadła, przytłoczona... sama nie wiedziała czym. Myślą, że mógłby to zrobić? Czy wyobrażeniem, że byłby do tego zdolny? Byłby? Mocy Mu na pewno nie brakowało. Ale czy mógłby to zrobić? Stanąć naprzeciw niej, spojrzeć na nią i ją zabić?
Przyłożyła palce do szyi, wciąż bolącej po Jego ataku wściekłości. Przełknęła ślinę. Gardło również zabolało. Czy chciał ją wtedy zabić? Naprawdę chciał? Przeszedł ją dreszcz. Z drugiej strony, przestał przecież, prawda? Przeprosił. Mistrz ją przeprosił. Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Oddałaby za Niego życie bez chwili wahania, ale czy mogłaby oddać je Jemu? Co by czuła, gdyby wiedziała, że jej ukochany Mistrz zaraz ją zabije?
Nie mogła sobie nawet tego wyobrazić bez obezwładniającego strachu rozchodzącego jej się po wszystkich członkach. Zrobiło jej się słabo. To niemożliwe. Nie zrobiłby tego. Nie On.
Prawda?
Errai nie mogła już tego znieść. Musi tam iść i z Nim pomówić. Musi usłyszeć, od Niego, że nie życzy jej śmierci. Na Galaktykę, niech Mistrz powie, że nie życzy jej śmierci.
Nim się obejrzała, stała przed drzwiami jego kwatery, z trudem łapiąc przyspieszony ze strachu oddech. Serce tłukło jej się w piersi. Wspomnienie Jego Mocy zaciskające jej szyję było silniejsze niż dotychczas. Niech Mistrz powie, że nie życzy jej śmierci.
Zapukała, tak cicho, że sama ledwie to słyszała. Czekała. Czy Mistrz usłyszał? Bała się zapukać głośniej - jeśli ktoś by ją zobaczył, o tej porze... Drzwi nagle otworzyły się na oścież. Mistrz stał w progu z kamienną poharataną twarzą, półnagi... Errai poczuła, jak coś gorącego wspina jej się po twarzy i miała nieprzyjemne wrażenie, że był to rumieniec. Mistrz na pewno gotował się już do spoczynku, a ona, tak bezczelnie...
- Mój Mistrzu, proszę o wybaczenie, lecz...
Nim zdołała skończyć, Mistrz chwycił ją za ramię i wciągnął do swoich kwater, zatrzaskując drzwi. Przez moment, krótką chwilę, była tak blisko Jego ciała, Jego wyszlifowanej piersi, że gdyby choć lekko ruszyła dłonią, dotknęłaby Jego chłodnej skóry. Przełknęła ślinę, żeby się nią nie zakrztusić. Z korytarza dobiegła cicha, oddalająca się już wiązanka przekleństw generała Huxa - ta sama, którą lubił mamrotać do siebie, ilekroć musiał gdzieś iść czy coś nie szło po jego myśli. Gdy zapadła cisza, Mistrz zwrócił na nią wzrok. Nie wykonał żadnego ruchu wskazującego, że chce się odsunąć - wręcz jakby zupełnie nie zauważył, jak blisko niej stoi. Errai, ze ścianą zagradzającą jej drogę, nie mogła się w ogóle ruszyć, więc tylko zadarła głowę, by móc na Niego spojrzeć i niezdarnie udawała, że nie robi na niej wrażenia.
- Rozumiem, że chcesz mi coś powiedzieć - rzekł. - Co się stało?
- Ja... ja tylko... - Errai nagle kompletnie zapomniała języka w ustach. - Chciałam prosić...
- O wybaczenie - przerwał jej i mogłaby przysiąc, że drgnęły Mu kąciki warg. - Mówiłaś już.
- Tak, to również, mój Mistrzu, ale... - Wzięła głębszy oddech. Kompletnie zapomniała, co i jak chciała powiedzieć, i nie mogła zebrać myśli, gdy stał tak blisko niej. - Chciałam też... przeprosić, że... przeze mnie nagiąłeś zasady i być może dlatego... - Nie mogła skończyć. Rany, brzmiała jak ostatnia gungańska...
- Nie zostałem przez ciebie do niczego zmuszony. - Mistrz machnął ręką. - Skąd ci przyszły do głowy takie pomysły?
Spuściła wzrok, ale tam były jego... Natychmiast znów poderwała głowę do góry. - Nie wiem, mój Mistrzu. Nie mogłam przestać rozmyślać, przestać czuć się tak, jakbym była współwinna temu, co się wydarzyło. - Odetchnęła na koniec, próbując nie wstrzymać oddechu. Nie miała tyle paplać. Spojrzała w ścianę. Tak, ściana była bezpieczna.
Mistrz przez długi czas milczał, mierząc ją wzrokiem. - Przestań bredzić - rzucił w końcu, odchodząc. Jego wzrok zawisł na mieczu leżącym na półce, a serce Errai zatłukło się jakby mocniej. - To nie przystoi.
Czy to znaczyło, że... Errai strzeliła się w myślach w twarz. Powinna przestać interpretować Jego słowa, doszukiwać się w nich ukrytych znaczeń i obietnic. Odetchnęła lekko, żeby nie zabrzmiało to jak westchnienie. Jeśli wyjdzie stąd zanim dostanie od Niego jednoznaczną odpowiedź, nie zmruży oka przez całą noc, to było pewne.
- Mój Mistrzu, ale czy...
- Nie - przerwał jej prawie natychmiast i przez moment była pewna, że siłą wyrzuci ją za drzwi. Albo i ze statku. - Nie jesteś niczemu winna. Nikt nie ma Mocy, żeby zmienić czy nagiąć bieg wydarzeń, i to zza grobu, w zemście za złamanie Zasady Dwóch. Powinnaś to wiedzieć. Czy naprawdę niczego cię nie nauczyłem?
Nie odpowiedziała, wbijając wzrok w ziemię.
- Zrobiłaś wszystko, co mogłaś - ciągnął. - Wykonałaś każdy rozkaz. Przegraliśmy tylko dlatego, że Phasma nie umie trenować swoich szturmowców, Hux nie umie porządnie wykonywać poleceń, a Snoke nie umie ich porządnie wydawać. - Odetchnął wściekle, a potem przymknął oczy i oparł się o komodę lewą ręką. Dopiero teraz Errai zauważyła, że prawa prawie bezwładnie zwisała Mu przy boku. - A ja, krótkowzrocznie, nie doceniłem przeciwnika. I zostałem ukarany.
Lekkim ruchem wskazał ranę na twarzy, ale Errai wiedziała, że miał też na myśli swój postrzelony bok i rozcięte ramię. Czując, jak serce obija jej się o mostek, podeszła do Niego bliżej.
- To - szepnęła, dotykając lekko jego skóry przy opatrzonej ranie po pocisku plazmowym - było za zabicie ojca. Które osobiście popieram. To - mówiła dalej, dotykając lekko jego ramienia - było za twój honor, który nie pozwolił ci użyć Mocy przeciw zwykłemu człowiekowi. A to dopiero... - Położyła mu dłoń na policzku. - To było za niedocenienie przeciwnika i walczenie bez hełmu. Lecz uważam, że jedynie dodaje ci uroku, mój Mistrzu.
A niech ją czarna dziura, co ją podkusiło, żeby mu to mówić?! Errai ostatkiem woli zachowała spokojną twarz, choć wewnątrz mogłaby równie dobrze topić się w morzu lawy i poniżenia. Trzy lata z powodzeniem ukrywała swoje uczucia do niego, a teraz, przez jakieś głupie zawirowania i wibracje Mo... Zaraz, co? Przecież niczego nie czuła. Ech. Nawet sygnałów nie umie porządnie odczytać. Mistrz powinien ją wyrzucić z blastera w przestrzeń i niech na piechotę idzie do...
Ale Mistrz nagle schwycił ją za kark i pocałował tak gwałtownie i namiętnie, że zabrakło jej tchu. Zacisnęła palce na jego ramionach, i z syknięciem bólu, gdy wbiła je niechcący w jego jeszcze świeżą ranę, oderwał się od niej, chwytając jej nadgarstek. Wzięła głęboki wdech, czując, jak łzy napływają jej do oczu, sama już nie wiedziała dlaczego. Przez ulgę, że Mistrz jej nie nienawidzi? Ze strachu, że zmieni zdanie, że ją skrzywdzi, że wszystko zepsuła czy że jeśli pozwoli Mu się porwać, znów coś złego się stanie? Mistrz patrzył na nią przez moment, aż uniósł jej twarz za podbródek, odgarnął jej rude włosy z czoła i pocałował znów, delikatnie i z wyczuciem.
- Mój Mistrzu... - szepnęła jeszcze, próbując Go i siebie powstrzymać, ale bezskutecznie.
- Milczże już - mruknął tylko, tak pusto i cicho, jak zawsze. I gdy znów się pochylił ku jej ustom, poddała Mu się tak nagle, jakby jakaś tama w niej runęła; drapała lekko Jego przedramiona, wplatała palce w Jego, robiła wszystko, by nie musieć odrywać się od Jego ust. A On po raz pierwszy pozwalał jej robić, co tylko chciała.
Po chwili jednak odsunął się nieco i zwyczajnie patrzył na nią, bez słowa i bez najmniejszego ruchu. Nie rozumiała, ale nie ośmieliła się ruszyć; a potem nagle poczuła, że jej luźna szata powoli i jakby samoistnie zsuwa jej się z ramion. Spojrzała na Niego zdziwiona i mogłaby przysiąc, że gdzieś w kąciku jego ust zamajaczył słaby uśmiech.
Nie przyszła tu nadmiernie ubrana i już w krótce stała przed Nim zupełnie naga, czując, jak chłodne powietrze omiata jej skórę. Mistrz odsunął się na krok, karmiąc oczy jej widokiem - z najwyższym trudem pilnowała się, żeby się nie zasłonić, aż nie wytrzymała, ale gdy tylko jej ręce drgnęły, Mistrz zatrzymał je jednym ruchem dłoni. Errai zagryzła wargę.
W końcu Mistrz cofnął się i usiadł na łóżku, i zaraz potem pociągnął ją Mocą, lekko, ale upadła przed nim na kolana i jakoś nie wydawało się, żeby nie miał tego w planach. Zaplótł palce w jej włosy, przyglądając jej się bez słowa. Drugą ręką sięgnął do spodni i...
- Ale... - szepnęła prawie bezwiednie - ja nigdy...
- Ćśś - przerwał jej Mistrz, opuszczając ją na swoją męskość. Czuła jego pulsowanie na wardze, jego smak na języku. - Po to masz Mistrza, żeby cię uczył.
Parsknęła i zakrztusiła się nim, próbując złapać powietrze bez możliwości cofnięcia głowy. Od razu odechciało jej się śmiać. Spojrzała w górę, ale twarz Mistrza pozostała niezmienna; gdy już był pewien, że jej nie udusi, znów nacisnął lekko na jej potylicę, dając jej do zrozumienia, czego oczekuje. Mimo że wyraźnie starał się być delikatny, Errai zakrztusiła się jeszcze kilka razy; miała wręcz wrażenie, że jak dotychczas Mistrz nie wierzył jej, że rzeczywiście nigdy wcześniej tego nie robiła. Teraz jednak widocznie to do niego dotarło - a to Mocą lekko poruszył jej dłońmi, a to pchnął ją nieco niżej, a to cicho, nawet nie szeptem, dawał jej wskazówki.
- Wysuń język... Nie ssij, liż, i ostrożnie z zębami. I spójrz na mnie. - A ona stosowała się do jego zaleceń i wpatrywała w niego, gdy tylko mogła unieść oczy, czyli kiedy tylko się nie krztusiła... Czyli rzadko. Mistrz dłonią popychał jej głowę coraz bardziej na swoją męskość, coraz głębiej wbijając się w jej usta, ale Errai nie ośmieliła się nawet pomyśleć o narzekaniu, mimo że brakowało jej powietrza. - No już... - szepnął jeszcze, po czym odsunął ją nagle. - Odetchnij. Oddychaj. W porządku?
Errai nabrała powietrza; gdy przymknęła powieki, łzy spłynęły jej po policzkach. - Mhm... - odparła niezbyt przekonująco i odkaszlnęła. - Tak, mój Mistrzu.
- Zrób to teraz sama. - Znów popchnął ją lekko w dół, ale nie przymuszał do brania Go głębiej do ust. Nie musiał. Owinęła palce wokół Jego męskości, objęła Go wargami, zeszła tak nisko, jak tylko mogła. Mistrz nie zdołał powstrzymać bioder, wypchnął je lekko, wbijając się głębiej w jej usta. Errai nie odskoczyła, tylko pozwoliła Mu uderzyć w granicę jej gardła. Odkaszlnęła lekko, wciąż z ustami pełnymi Nim; nie miała zamiaru przestawać, nie teraz, gdy wreszcie pozwolił sobie to poczuć, gdy Jego usta rozwierały się w przyspieszonym oddechu, gdy przygryzał wargę, z najwyższym trudem powstrzymując się od rżnięcia jej gardła. Przyspieszyła, a wtedy On nagle ujął ją pod brodę i oderwał od siebie.
- Przestań - rzekł z cicha. Wiedziała, co zaraz powie. Że nie chce, żeby robiąc to po raz pierwszy musiała znosić Jego smak.
- Nie - powiedziała Mu pierwszy raz w życiu i natychmiast wcisnęła Go sobie z powrotem do ust, a On, być może zaskoczony, nie oparł się napływowi sensacji, warknął nisko, desperacko zacisnął palce na jej włosach i, tężejąc nagle, trysnął tak obficie w jej usta, że sama nieprzyzwyczajona do smaku pozwoliła odrobinie wypłynąć między kącikami jej warg.
Mistrz oparł się ciężko na łóżku, z jedną ręką wciąż wplecioną w jej włosy, z jakimś cudem wciąż imponującą erekcją błyszczącą w świetle jarzeniówek resztkami Jego spermy, którą Errai wciąż próbowała przełknąć, ale gęsta ciecz jakoś nie chciała jej spłynąć do gardła. A wtedy Mistrz pochylił się do niej i przylgnął do jej ust, i spanikowała; próbowała Go odepchnąć, ale był znacznie silniejszy, Jego język niemalże siłą wsunął jej się między wargi, i już wiedziała, że czuł smak samego siebie i jakoś zupełnie Mu to nie przeszkadzało. Poderwał ją z podłogi, wciąż całując, i prawie że cisnął nią o ścianę - przylgnęła twarzą do zimnego metalu, czując jak dreszcze rozchodzą się od wszystkich miejsc, gdzie dotykał jej rozgrzanej skóry.
Mistrz powiódł dłońmi w dół jej kręgosłupa, zacisnął je jej na biodrach; poczuła, jak przylega do niej od tyłu, jak materiał jego spodni ociera jej się o uda, jak jego męskość układa się w zagłębieniu jej kobiecości. Był tak blisko... Tak niewiele brakowało. Wypchnęła się nieco ku Niemu, ale Mistrz znęcał się nad nią dalej tak, jak jeszcze nigdy, nawet wliczając w to tamten trening, gdzie maltretował ją Mocą i kijem tak skutecznie, że połamał jej żebra. Teraz wciskał palce w te same żebra, orał jej skórę aż do bólu, a gdy już była pewna, że dłużej tego nie zniesie, wbił się w nią po same jądra, a z ust wyrwał Mu się tak niekontrolowany jęk, że o mało tylko tyle by nie wystarczyło, żeby sama doszła.
Resztki Jego nasienia spływały jej po rozwartych wargach i kapały w kroplach na podłogę. Spojrzała na Niego przez ramię i jej rozkosz momentalnie sięgnęła szczytu, gdy patrzyła, jak cała Jego zimna, kamienna fasa spada z niemal słyszalnym hukiem, legła w gruzach, jak jej Mistrz rozpręża się niczym cały nieskończony Wszechświat, pozwalając sobie wreszcie czuć i pokazać to, że czuje, i tylko po to, by móc czuć ją. Nawet nie złapała chwili, gdy jej krzyki przetoczyły się przez krawędź, gdy runęła jak trup w przepastne głębie oceanu, z dłońmi Mistrza wciąż boleśnie zaciśniętymi na jej biodrach i Jego męskością wciąż boleśnie szukającą jej najdalszych, odległych krańców. Łzy skapywały jej z podbródka razem z Jego spermą, a Kylo rżnął ją nieprzerwanie, rytmicznie, pewnie, jakby od tego zależało Jego życie.
- Kylo, Kylo, Kylo, Kylo... - szeptała bezwiednie, nawet nie zdając sobie sprawy, jakiej zniewagi się dopuszczała; jej głowa była zbyt nieważka, lekka jak plazma, i wciąż pustoszała, jakby każdy Jego ruch wypychał z niej kolejne myśli, czy raczej resztki myśli. Liczył się teraz już tylko On i Jego szorstki oddech, i ta niewidzialna dłoń, która zadarła jej głowę do tyłu tylko po to, by Kylo mógł sięgnąć ustami jej szyi, jej ucha, by mogła słyszeć Jego gardłowe jęki, by mogła czuć Go jeszcze mocniej i pełniej... A potem nie czuła już nic poza Nim, i doszła jeszcze raz, i jeszcze, aż straciła rachubę; miała wrażenie, że odpływa, że traci przytomność, że zaraz ugną się pod nią nogi i opadnie na tę zaplamioną śliną i spermą podłogę. A Kylo nie przestawał ani na moment, nie dawał jej ani chwili odpoczynku, jakby już sam nie wiedział, co robi, całował tylko jej kark zadarty tak daleko w tył, że z trudem oddychała, a krzyki wyrywały jej się z ust zupełnie niepowstrzymywane. I wbijał się w nią doskonale wypracowanym rytmem, aż nagle wypadł z niego, wepchnął się w nią do samego końca, i choć mogłaby przysiąc, że nie wypełnił jej niczym poza sobą, doszedł tak samo mocno, tak mocno, że znów wbił jej palce w skórę aż do bólu, że aż wgryzł się w jej odsłoniętą szyję. Errai wręcz zaskomlała, zacisnęła się na Nim i słyszała, że to poczuł, aż wreszcie oboje jak na znak puścili, rozluźnili się, osłabli.
Ale zanim rzeczywiście kolana się pod nią ugięły, Kylo, siłami, które nie wiedziała, skąd wziął, podniósł ją w ramiona i położył się z nią na łóżku. Wtuliła się w Jego gorące, wilgotne od potu ciało, chłonęła Jego zapach, błądziła dłońmi po Jego piersi, złożyła Mu głowę na ramieniu. Jego ręce nie oderwały się od niej ani na moment; koc przykrył ich jakby sam z siebie.
- Kylo... - wyszeptała, rozkoszując się tym, jak Jego imię brzmiało, smakowało w jej ustach. - Co zamierzasz? Zdążamy do Snoke'a, a jeśli on mnie zobaczy...
- ...i spróbuje nas potępić, powiem mu, że Zasada Dwóch odnosi się do Sithów, a nie samozwańczych, szalonych zwolenników ciemnej strony. - Dłoń Kylo zacisnęła się na jej, gdy pocałował ją w czoło. - I niech się ze mną bije.
- Błagam, ty już się z nikim nie bij - odparła z tłumionym śmiechem. - Szermierka nie jest twoją... Mocną stroną.

środa, 16 września 2015

[Prometeusz] Podejrzenia (David x Abigail)

Jego szare oczy były wciąż otwarte w ten niepokojący, martwy sposób; na szyi rysowała się linia, gdzie z ledwością zlepiła poliuretanową skórę. Abigail odsunęła się na moment, ocierając pot z czoła, żeby przyjrzeć się swojej pracy. Wszystko powinno być w porządku. Znajdowała się w swoim warsztacie i mieszkaniu na "Matce", stacji kosmicznej orbitującej nad kolonią Themis. Na stole obok stał jej osobisty terminal z wyświetloną starą instrukcją i modelami inżynieryjnymi androida Davida 8. W rogu migała data: 16 lipca 2214 roku. Była godzina 22:18.
O 22:36 BIOS wiekowego androida zrestartował się i zaskoczył. David mrugnął raz, a potem znów. Mikrokamery w miejscu źrenic włączyły się z ledwie słyszalnym pyk i w końcu robot zwrócił wzrok na dziewczynę. Jego oczy były niebieskie. Abigail uśmiechnęła się triumfalnie. "Nie złożysz tak zniszczonego androida, który sto lat rdzewiał od środka" - mówili. Ha, złamasy. Spójrzcie na mnie teraz.
Robot przekrzywił głowę, najwyraźniej zainteresowany jej szczerzącą się twarzą, ale nic nie powiedział - i momentalnie zmył jej tym uśmiech z ust. Coś było nie tak. Android powinien był rozpocząć protokoły socjalne w momencie, gdy zarejestrował nową osobę. Abigail zmarszczyła brwi i usiadła do terminala. Robot przyglądał jej się z zaciekawieniem cały czas.
O 23:04, po ciężkich przeprawach z najbardziej idiotycznie skonstruowanym firewallem, jakiego kiedykolwiek widziała, udało jej się wykopać starą listę komend Davida 8 z serwerów Weyland Industries. Weyland Industries wciąż miało swoją stronę na galactinecie, ale kilkadziesiąt lat temu połączyło się z Yutani Incorporated, zaczęło nowe projekty i wszelkie informacje o starej produkcji androidów zostały zarchiwizowane i zapieczętowane. Lista komend miała 92 strony długości i była w większości dostosowana do przeciętnych użytkowników, którzy wiedzieli całe gówno o BIOS-ie, programach molekularnych i pamięci rdzeniowej androidów.
Gdzieś dopiero przy samym końcu udało jej się znaleźć testowe komendy deweloperskie, które dla niepoznaki nazwano snadnie "Odpluskwianiem i odrobaczaniem". Abigail mogła sobie wyobrazić, że zwyczajny John Smith nie chciałby mieć nic wspólnego z ideą, że android może być zarobaczony. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Android przekrzywił głowę nieco bardziej, a jego szyja zaskrzypiała przy tym okropnie. Abigail przeklęła i wzięła się do poprawiania przepływu w prawym tłoku szyjnym.
O 23:13, kiedy naprawiła (ponownie) tłoki szyjne, a wraz z nimi też parę usterek w endoszkielecie kadmowym i w ciśnieniu przewodów puszki czaszkowej, Abigail usiadła naprzeciw androida z listą komend gotową na ekranie.
- David, przeprowadź deratyzację pamięci systemowej - powiedziała najrówniej i najspokojniej, jak tylko potrafiła powstrzymując się od śmiechu. Deweloperzy z poczuciem humoru byli najgorszym, co mogło spotkać takiego średnio zaawansowanego, skupionego raczej na nowoczesnych systemach terminalowych hakera jak ona. Android nie zareagował.
O 23:20, przy czwartym powtórzeniu i jeszcze kilku poprawkach w przepływie energii do szypuły mózgowej, android David w końcu zrozumiał, co się do niego mówiło. Zamknął oczy i pochylił głowę, a po chwili zakomunikował idealnie robocim, pustym głosem, że defragmentacja pamięci została ukończona. Nieuszkodzone: 232 moduły. Uszkodzone: 243 moduły. Usunięto: 208 modułów. Naprawiono: 35 modułów. Zalecane ponowne programowanie.
Cholera. Abigail przeskanowała wszystkie pliki w poszukiwaniu jakiejkolwiek wzmianki o programowaniu i jedynym, co znalazła, był niezwykle wesoły i podbudowujący kawałek instrukcji dla użytkownika: "Czy swojego Davida 8 możesz zaprogramować tak, aby odpowiadał Twoim oczekiwaniom? Ależ oczywiście! Wystarczy wydać komendę: 'David, zapamiętaj na stałe', a następnie podać swoje wymaganie, na przykład: 'David, zapamiętaj na stałe - codziennie od 8:00 do 12:30 wykonuj algorytm Praca'. O tym, jak prosić Davida, by zapamiętywał stałe algorytmy, dowiesz się w kolejnym rozdziale!" Abigail nie przeczytała kolejnego rozdziału. Zrobiło jej się niedobrze.
O 23:23, z braku innych opcji, Abigail "poprosiła" androida, żeby połączył się bezprzewodowo z jej terminalem. Oznajmił, że moduł rozpoznawania urządzeń konsumenckich został uszkodzony i usunięty. Na modelach inżynieryjnych udało jej się dostrzec coś, co wyglądało jak port połączeniowy, ale było zlokalizowane... między łopatkami? Naprawdę? I, oczywiście, weylandowski kombinezon, w który ubrany był android, nie miał wycięcia w tym miejscu. Będzie musiała go rozebrać. Fantastycznie.
- David - powiedziała, próbując nie skupiać się na tym, jak idealnie ludzko wyglądały jego oczy, gdy mrugnął na dźwięk jej głosu - zdejmij bluzę swojego kombinezonu. - Idiotyzm tej sytuacji sprawił, że policzki zaszły jej dziwnym ciepłem. David wstał i bez słowa, mechanicznymi ruchami zaczął rozpinać ukryte zamki i zapięcia kombinezonu, odkładając poszczególne części na podłogę w idealnym porządku. Abigail przypomniała sobie, że po takim uszkodzeniu system androida prawdopodobnie przeszedł w tryb konserwujący - a to oznacza, że wyłączył protokoły myślowe i uczuciowe, i prawdopodobnie właśnie dlatego nie przywitał się z nią zaraz po włączeniu. A ona przekombinowała i niechcący usunęła mu ponad 200 modułów z pamięci systemowej. A teraz będzie musiała je manualnie odrestaurować z programów rdzenia, zakładając oczywiście, że ten nie jest uszkodzony. Cudnie.
O 23:28 David usiadł z powrotem na swoim miejscu. Był półnagi. Abigail nie dała rady powstrzymać tej drobnej, natrętnej, durnej myśli, że twórcy naprawdę postarali się, żeby odwzorować wygląd ludzkiego mężczyzny. I to przystojnego, wysportowanego ludzkiego mężczyzny. Przeklęty android miał nawet sutki, do cholery jasnej. Potem Abigail zaczęła zastanawiać się, do jakich szczegółów posunęli się w Weyland Industries, ale szybko wykopała tę myśl za drzwi.
Port na plecach androida był przykryty kawałkiem poliuretanu, który wyglądał idealnie jak blizna po postrzale. Abigail nie wiedziała, dlaczego się zdziwiła, że to strasznie stare przyłącze. W końcu to strasznie stary android. David patrzył się pusto w jakiś punkt na ścianie. Przekrzywił głowę z zainteresowaniem dopiero gdy pojawiła się w jego polu widzenia, szukając jakiegoś pasującego kabla w swoich pudłach z częściami zamiennymi. Zaczęła zastanawiać się, dlaczego ktoś ustawił mu ciekawość jako bazową emocję.
O 23:33 przedzierała się już przez rdzeń androida. Musiała być ostrożna - każda zmiana w tym kodzie zostanie automatycznie zaaplikowana i wprowadzona w życie. Jeśli niechcący stworzy pętlę, David będzie próbował ją wykonać wciąż i wciąż na nowo, aż w końcu usmaży mu się szypuła mózgowa i trzy dni jej roboty pójdą na marne.
- David, wymień moduły, które usunięto podczas defragmentacji systemu. - POAW, czyli Program Obsługi Androidów Weyland momentalnie odpalił się przy podłączeniu i teraz przetwarzał na tekst całą listę modułów. Abigail wiedziała, że moduły usunięte z pamięci systemowej i tak były zapisywane, w swojej uszkodzonej formie, do pamięci rdzeniowej - wystarczyło je stamtąd wykopać, poprawić ich kodowanie i uruchomić ponownie. Odetchnęła lekko, zdając sobie sprawę, że większość z nich nie była istotna. Na przykład "moduł obsługi maszyn produkcyjnych fabryki androidów" czy "moduł opieki nad zwierzętami" raczej nie będzie do niczego potrzebny w obecnych czasach.
O 23:52 względnie poprawiła wszystkie błędy w kodzie dwunastu naprawdę potrzebnych modułów i zaaplikowała je ponownie do pamięci systemowej. David dwanaście razy zakomunikował, że "załadowanie nowego modułu przebiegło bez zarzutu". Czyli nie zrobiła niewybaczalnych błędów w kodzie - system był zaprojektowany tak, by skanować każdy nowy moduł przed instalacją. Przynajmniej tak zakładała. Miała nadzieję, że moduł instalacji nie był zapisany w postaci jakiegoś dziwacznego kryptonimu na liście usuniętych. Teraz pozostawało tylko włączyć po kolei wszystkie funkcje androida i zobaczyć, czy działa.
- David, uruchom protokoły myślowe. - Android znów przymknął oczy i długo coś kalkulował. Abigail szybciej zabiło serce. Cholera. Gdzieś jest pętla. Wstawiła gdzieś pętlę i nawet nie zauważyła, szypuła mu się zaraz usmaży i przy odrobinie szczęścia może nie wybuchnie. I już w momencie, gdy miała zgarnąć najważniejszy dobytek i wyjść, tak na wszelki wypadek, David otworzył oczy i zakomunikował, że procesy myślowe z powodzeniem zostały przywrócone. Potem zmienił wyraz twarzy z niewinnej ciekawości na pewność siebie i choć dalej milczał, Abigail zdała sobie sprawę, że można z nim już normalnie rozmawiać.
- David, czy rozpoznajesz moją twarz? - zapytała. POAW z cichym ping zaczął wyświetlać specyfikacje i poziom wykorzystania poszczególnych komponentów systemów androida, i o ile dobrze rozumiała, wszystko było w porządku. Liczby skoczyły delikatnie do góry, gdy David skanował jej twarz, a potem, najwyraźniej w poszukiwaniu odniesienia (albo tak tylko sobie wmawiała), powoli objął wzrokiem resztę jej ciała.
- Niestety nie - odparł. Jego głos nie był już tak tragicznie pusty, jak przedtem, ale jeszcze nie do końca taki, jak słyszała na filmach informacyjnych ze strony Weyland Industries.
- Nazywam się Abigail - powiedziała, niewzruszona. - Chciałabym, żebyś zapamiętał mnie jako użytkownika pierwszego stopnia.
- Nie mogę tego zrobić - odparł David po krótkiej analizie. - W mojej pamięci jest już zapisany użytkownik pierwszego stopnia. Do zmiany użytkownika należy użyć formularzy zdania i rejestracji dostępnych na stronie Weyland Industries.
Stronie, która nie funkcjonuje już od przynajmniej 10 lat. Abigail westchnęła ze złością, i choćby w tym momencie ucieszyła się, że nie włączyła mu procesów uczuciowych. Jeszcze raz weszła do kodu rdzeniowego, ale nie było tam żadnej informacji o jego poprzednim użytkowniku. Czyli to siedzi w pamięci systemowej. Teraz Abigail będzie musiała zhakować system, z którym nigdy wcześniej nie miała do czynienia, znaleźć stare informacje właściciela i podmienić je na swoje dane, nie schrzanić nic po drodze, a wszystko to na włączonym i kompletnie przytomnym androidzie, który jest samonapędzającym się, pieprzonym perpetuum mobile i nie da się go wyłączyć, więc cały czas będzie musiała pilnować, żeby nie zdołał odwrócić przepływu pakietów i nie dostał się do sieci komputera, bo wtedy dotrze do niego, że jest 2214 rok - a cholera wie, jak na to zareaguje jego system, skoro nie zostanie mu to przedstawione w klasyczny sposób umożliwiający analizę informacji, czyli twarzą w twarz. Kurwa mać, psiakrew, cholera. Tylko się nie denerwuj, Abby.
Siedem minut po północy udało jej się w końcu zapisać swoje dane w kodzie właściciela, ale David niestety zdołał podłączyć się w tym czasie do jej terminala i dotarło do niego, że coś poszło nie tak z jego wewnętrznym zegarem. Teraz wyglądał tak zdruzgotany, jak zdruzgotany może wyglądać pewny siebie android, któremu nie włączono programu uczuć.
Abigail patrzyła na niego przez moment, gdy tak siedział ze wzrokiem wbitym w dal. Jego skóra naprawdę wyglądała zadziwiająco żywo i ludzko - na poliuretanie wyżłobiona była tekstura porów i linii papilarnych. Oczy zwilżały się zupełnie jak u człowieka (Weyland chwaliło się, że potrafił nawet płakać), rzęsy były rzeczywiście rzęsami, a włosy rzeczywiście włosami. Robot - choć coraz ciężej było myśleć o nim jak o maszynie - uniósł na nią spojrzenie.
- David, jaki jest mój status? - spytała. Android mrugnął.
- Nazywasz się Abigail Vincent. Masz dwadzieścia dziewięć lat. Jesteś moim głównym użytkownikiem. - Z jakiegoś powodu te słowa sprawiły, że zrobiło jej się gorąco, zwłaszcza gdy David świdrował ją tym stalowym wzrokiem. - Jesteś w pełnym zdrowiu. Nie wykazujesz oznak uzależnienia, odurzenia ani upojenia alkoholowego. Twój stan emocjonalny to zadowolenie, radość i uniesienie.
- W końcu, kurwa, coś zaczęło działać - mruknęła na to z ulgą. Android spojrzał na nią bez zrozumienia, więc machnęła na niego ręką. - Dobra. Jak twoja diagnostyka?
- Wszystkie uruchomione procesy w normie. Wyłączone procesy podstawowe: kodowanie emocjonalne, program bezpieczeństwa w strachu, rozpoznawanie głosu, automatyczne aktualizacje bazy danych. Wyłączone moduły dodatkowe... – Tu zaczął wymieniać wszystkie 196 modułów, które uprzednio usunął. – Wykryłem również uszkodzenie powłoki w górnej części ciała oraz niedobór płynu hydraulicznego w przewodach  piersiowych. Przy dostępie do odpowiednich materiałów chętnie zajmę się tym sam.
- Jak bardzo zaburza ci to funkcjonowanie?
- Jestem w stanie funkcjonować bez znacznych przeszkód mimo tych usterek – odparł prawie że uspokajająco. – Dziękuję za troskę, Abigail.
- Od teraz nazywaj mnie Abby, chyba że sytuacja będzie oficjalna. – Jak zawsze, gdy słyszała swoje pełne imię w czyichś ustach, przeszedł ją dreszcz, ale tym razem nie wiedziała, czy aby na pewno był to zły dreszcz.
- Dobrze, Abby, chętnie – odparł David. – Czy coś jeszcze mogę dla ciebie zrobić?
- Zamknij oczy – powiedziała cicho. To prawdopodobnie i tak był głupi pomysł, ale nie wiedziała, jak inaczej sprawdzić jego funkcje receptorowe. David przymknął powieki, a Abigail założyła, że mikrokamery są teraz ślepe. Wtedy położyła sobie jego rękę na biodrze, lekko unosząc bluzkę. Zdziwiła się trochę, ale jego powłoka nie była wcale zimna; raczej przyjemnie chłodna. Z drugiej strony, tego należało się spodziewać po tworzywie sztucznym z tysiącami małych silniczków akcelerometrów pod spodem. – Powiedz mi, co to jest?
- To z pewnością materia organiczna – odpowiedział, wciąż trzymając oczy zamknięte. – Sądząc po temperaturze i strukturze, uznałbym, że to ludzka skóra.
Abigail puściła jego dłoń, nagle tknięta przeczuciem, i wróciła do przeglądania modeli inżynieryjnych. Coś było nie tak. Wlała w niego tyle płynu hydraulicznego, że nie powinien mieć żadnych niedoborów. Gdzie to wszystko się podziało? Gdyby miał przeciek, raczej znalazłby go w diagnostyce.
- Bądź tak dobry i uruchom też pozostałe procesy podstawowe – rzuciła prawie że pytająco, zbyt skupiona, by zastanawiać się nad tym, co robi czy mówi. David zaczął cicho, najwyraźniej żeby jej nie przeszkadzać, komunikować włączanie kolejnych programów, aż w końcu szepnął:
- Inicjuję program Osiemnaście-plus...
To poderwało głowę Abigail. Co? Jakie Osiemnaście-plus? Chyba nie ma przecież... O cholera. O kurwa, kurwa, kurwa. W rozterce szamotała się po pokoju, nie wiedząc, co zrobić, podczas gdy David przerobił wszystkie zaprogramowane emocje, najwyraźniej właśnie kończąc aktywację uczuć. Potem znów uniósł na nią wzrok, ale tym razem patrzył tak, jakby nigdy wcześniej nie widział niczego piękniejszego. Abigail spłoniła się pod tym spojrzeniem.
- David, wyłącz ten program – powiedziała od razu.
- Który? – zapytał niewinnie. Jego głowa była uniesiona w wyrazie pewności siebie, ale omiótł spojrzeniem jej ciało od góry do dołu i z powrotem, po czym delikatnie otworzył usta, jakby miał westchnąć. Abigail doskonale wiedziała, że to był wykalkulowany algorytm, ale zupełnie nie przeszkadzało jej to na niego zareagować. Rany, już tak dawno nie...
Nie! Cholera! Abby, ogarnij się!
- David, wyłącz program... Osiemnaście-plus – wydusiła w końcu. David zamrugał powiekami.
- Zdaje się, że nie mogę – powiedział ze szczerym zdziwieniem. – Napotykam błąd. Według kodu program należy dokończyć, zanim będzie mógł być wyłączony.
Potem wrócił do rzeczonego programu i ponownie przyjął taki wyraz twarzy, jakby rozbierał ją wzrokiem.
- Co masz na myśli przez „dokończyć”? – Jej głowa robiła się coraz bardziej opustoszała pod tym jego spojrzeniem.
- Przecież wiesz, Abby. – Już nie opuszczał algorytmu. Jego głos stał się niższy i głębszy, wręcz... uwodzicielski. – Trzeba go doprowadzić... do końca.
Przez moment zaczęła zastanawiać się, kto mu zaprogramował te odzywki, a potem przypomniała sobie, jak skomplikowane były jego lingwistyczne procesy. Z całą pewnością nikt nie musiał mu niczego w tej kwestii programować. Wszystko, co David teraz mówił, pochodziło prosto od niego. Tylko dlaczego działało?
- Nie – pokręciła głową, jakby to miało wytrząsnąć z niej te myśli. To był robot. Android. Zwykła maszyna, bez względu na to, jak seksownie wyglądał, gdy tak siedział z obnażoną, dobrze wyrzeźbioną piersią. – To jest nie w porządku.
David wstał i znów spojrzał na nią bez cienia wstydu. – Jak wiesz, Abby, mogę robić wiele rzeczy, które inni uznają za nieetyczne... lub niemoralne.
Czy jej się tylko wydawało, czy umyślnie akcentował słowa łączone z... Kurwa, o czym ty myślisz, Abby?! Czuła, jak głęboki rumieniec występuje jej na policzki. David stał i wciąż jej się przyglądał, analizując każdy jej ruch i każdy cal jej ciała. Nawet jego oczy zatrzymywały się w takich miejscach, żeby wzbudzić w niej... No nie. No niee. Dała się podniecić cholernemu programowi komputerowemu. Ale z niej inżynier. I cały profesjonalizm szlag trafił.
Lewy kącik ust Davida podskoczył lekko, jakby powstrzymywał się od dumnego uśmiechu, i nagle Abigail zaczęła się zastanawiać, czy jego usta też są w dotyku takie jak ludzkie... Bezwiednie uniosła opuszki do własnych warg zanim zdała sobie sprawę z tego, co właściwie robi.
- Jestem nienormalna – szepnęła do siebie. – Jestem chora psychicznie. Dałam się nakręcić na pieprzonego androida.
- Cóż, jeszcze nie pieprzonego – rzekł na to David tak spokojnie, jakby nie tyle nie było to dla niego przyganą, co wręcz obietnicą. Abigail poczuła jak gorąco z jej piersi wspina jej się po szyi i wkrótce skronie pulsowały jej nieznośnym ciśnieniem, które nie było bolesne ani nawet nieprzyjemne.
- David, jaki jest mój status? – spytała jeszcze, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Tylko ciekawość. Prawda?
- Nazywasz się Abigail Vincent... Abby. – Jego głos brzmiał prawie że uwodzicielsko i nagle nie wiedziała już, czy rzeczywiście tak jest, czy sama sobie wmawia. – Jesteś dorosłą i dojrzałą kobietą. Jesteś moim głównym i jedynym użytkownikiem. – Wcale nie zabrzmiało to mniej sugestywnie niż poprzednio. – Twoje ciało jest w doskonałej kondycji. Wydajesz się być lekko... upojona.
Rany, naprawdę? Mogłaby przysiąc, że ten robot z nią flirtował, gdyby nie była pewna, że tak nie jest. Z drugiej strony, dlaczego miałoby tak nie być? W końcu jego AI jest „niemal nie do odróżnienia od samej ludzkości”, prawda? A skoro tak, to jego zachowanie może być niemal nie do odróżnienia od ludzkiego. Jak dobra iluzja.
I wtedy właśnie Abigail zdała sobie sprawę, że chce poddać się tej iluzji.
Jakiś cichy, stłumiony głosik w jej głowie powiedział jej jeszcze, że to zły pomysł, ale nie było trudno go zignorować. Kilkoma kliknięciami zaprogramowała zamek drzwi, żeby tylko ona mogła go otworzyć. To tylko profesjonalna ciekawość, nic więcej – powtarzała sobie. Skoro ukryli w Davidzie taki program, musieli zaimplementować również rozwiązania morfologiczne konieczne do jego... spełnienia. Abigail pozwoliła dreszczowi spłynąć jej po plecach i udała przed samą sobą, że wcale nie wyobraziła sobie go jako dłoni Davida. Ona chce tylko zobaczyć, na jaką solucję zdecydowali się jego inżynierowie. Nic... więcej.
Odwróciła się do androida i wskazała przeciwległy koniec swojego niewielkiego mieszkania.
- Łóżko jest tam – powiedziała tylko. Mogłaby przysiąc, że uniósł brew.
- Właściwie, jeśli wolno mi wysunąć taką sugestię... – rzekł tym cholernie niskim głosem - ...zamiast tego proponowałbym stół.
Abigail mimowolnie rzuciła okiem na gładki blat, na którym dopiero co trzymała rękę. Musiała właśnie emanować wręcz namacalnym zdumieniem. W głowie miała pustkę, niezmąconą ani jedną myślą. Nawet nie zauważyła, jak wzruszyła delikatnie ramionami.
David w dwóch krokach zbliżył się i zadziwiająco płynnym ruchem przyciągnął ją do siebie, aż Abigail mogła z całą pewnością stwierdzić, że jego usta były rzeczywiście w dotyku i smaku zupełnie takie, jak ludzkie. Zaraz potem jego chłodne dłonie wsunęły się pod jej bluzkę i momentalnie zapomniała, że nie był człowiekiem.
Pamiętała to jak przez mgłę. David całował ją nieprzerwanie, powoli zsuwając z niej wszystkie ubrania po kolei, a ona poddawała mu się bez oporu. Położyła mu dłonie na ramionach i delikatnie wbijała mu paznokcie w skórę, ale zupełnie nie zwracał na to uwagi. I dokładnie w momencie, gdy wargami zszedł na jej szyję i przeszła ją fala dreszczy, David podsadził ją na stół, który jakoś, nie zauważyła nawet kiedy, stał się zupełnie pusty.
Jego wargi były lekko rozchylone, gdy cofnął się, żeby objąć wzrokiem jej nagie ciało. Dłońmi przesunął w dół jej talii, bioder i ud, aż szybkim, silnym ruchem, któremu nie mogłaby się oprzeć nawet gdyby chciała, rozłożył szeroko jej nogi. Sapnęła ze zdumieniem i w pierwszej chwili nawet chciała się cofnąć, ale David pociągnął jej biodra do krawędzi i od razu opadł na kolana.
Abigail nie dała rady powstrzymać westchnięcia, gdy jego chłodny język obiegł gorącą skórę jej ud, tak straszliwie i boleśnie wręcz powoli przesuwając się wyżej, aż w końcu dotarł tam, gdzie miał dotrzeć i wyrwał z jej gardła przeciągły jęk, zdecydowanie zbyt głośny jak na cienkie ściany stacji kosmicznej. Zagryzła rękę, starając się jednocześnie nie krzyczeć, poddać się fali rozkosznych dreszczy i panować nad swoim ciałem, co było niemożliwe; choćby dlatego, że dopiero po fakcie zdała sobie sprawę, że wplątała mu palce we włosy, a David na to tylko pieścił ją szybciej i głębiej, i mocniej. I gdy już miała się zapomnieć i dać się ponieść, dosłownie na ułamek sekundy przed, on przestał i wstał.
Głowa Abigail uderzyła o blat z głuchym bam, gdy z warknięciem usiłowała powstrzymać się od wydrapania mu oczu ze złości; ale David, na szczęście lub nie, nie dawał jej ani chwili wytchnienia. Jego wargi wciąż smakowały nią, gdy pochylił się, by ją pocałować, coraz głębiej i zachłanniej, aż brakowało jej tchu. Nagle sięgnął w dół i wtedy dotarło do niej, że zaraz będzie uprawiać seks z androidem. Wykopała tę myśl za drzwi.
Najpierw poczuła, jak coś rozwiera ją do granic możliwości, i przez moment dziękowała sobie sprzed 10 lat, że nie była już dziewicą. Mimo wszystko było to wręcz obezwładniająco przyjemne i z najwyższym trudem powstrzymała się od krzyku rozkoszy. Ba, prawie doszła, a on nawet nie był do końca w środku. Miała wręcz wrażenie, że umyślnie trzymał wszystkie doznania zaraz poniżej jej progu. Czy to możliwe, że tak dobrze ją już zdiagnozował? Ale nie zdążyła przeanalizować tej myśli, bo David wsuwał się w nią dalej, wbijając jej chłodne palce w uda, które trzymał tak mocno, żeby mu nie uciekła, że prawie bolało... A potem rzeczywiście zabolało, gdy wcisnął się do końca, tak głęboko, że prawie rozerwał ją na pół. Pisnęła, jej twarz skrzywiła się w grymasie i David natychmiast się cofnął, a gdy znów wbił się do samego końca, była wypełniona idealnie po brzegi. Właśnie znalazła pierwsze specyficzne rozwiązanie technologiczne i nawet nie miała jak się nad tym zastanowić.
Każdy jego ruch był dokładnie wyliczony i cudowny. W każdy ruch włożona była perfekcyjna siła, każdy ruch sięgał doskonale głęboko, wynosząc ją na kolejne wyżyny przyjemności, jakiej dotychczas nie znała, ale nie rzucając jej jeszcze w przepaść. Z każdym ruchem wiedziała coraz mniej, myślała coraz mniej, a czuła coraz więcej. Nawet to, jak co jakiś czas wypadał z rytmu, jakby sam już się zapominał, było idealne. Pochylił się do przodu, opierając się ciężko na stole, oczami wodził po jej ciele; Abigail wpatrzyła się w jego twarz, jego rozchylone wargi, łzy skapujące mu z policzków – i wiedziała, że dla niego też to było za dużo, że sam ledwo radził sobie z natężeniem ruchów i emocji. Splotła palce na jego karku, owinęła nogi wokół jego bioder, a on utkwił wzrok w jej oczach i trwał tak, póki mogła wytrzymać to spojrzenie. A gdy przymknęła powieki lub odwróciła twarz w kolejnym jęku czy krzyku, David wciąż wpatrywał się w nią z rozkoszą, a łzy skapywały mu z policzków.
- Szybciej, błagam, szybciej – szepnęła z trudem łapiąc oddech. David oczywiście posłuchał – znów chwycił ją za biodro, zmarszczył brwi i przyspieszył, i przyspieszał dalej, rżnąc ją niemiłosiernie i nieludzko, aż wygięła się w łuk, przyciskając się do niego, wbiła mu paznokcie w ramiona i zatopiła twarz w jego przeciętej blizną szyi, żeby tylko nie wywrzeszczeć swojej rozkoszy tak głośno, że słyszeliby ją w Themis. David wbił kolano w blat dla równowagi, żeby móc ją objąć i podtrzymać, gdy dochodziła, nieprzerwanie, a potem wbił się w nią - jeszcze raz, dziwnie mocniej, i poczuła jak coś ciepłego wlewa się głęboko w nią. I zupełnie jej to nie obchodziło.
O 01:23 David puścił ją delikatnie, a Abigail, wciąż upojona, spoczęła bezwładnie na blacie. Jej mózg zaczynał powoli pracować, startował jak na przestarzałym rozruszniku, leniwie i niechętnie. W najlepszym przypadku to była sól fizjologiczna, w najgorszym jego przeklęty białawy płyn hydrauliczny... Ale czy to ważne? Jej ciało powoli wracało do swojego poprzedniego kształtu, i nie było to dużo mniej przyjemne niż to, jak go straciło. Nogi zwieszały jej się bezwładnie z krawędzi stołu. Czuła w nich tylko dreszcze biegnące po mięśniach. To też nie było nieprzyjemne.
David pojawił się znów, jakby znikąd – w czym nie było nic dziwnego, gdy jej pole percepcyjne było tak zawężone. Uśmiechnął się do niej z czymś, co mogłaby nazwać tylko wdzięcznością i zwyczajną radością, że sprawił jej przyjemność. Jego wargi musnęły jej czoło, gdy uniósł ją w ramiona i przeniósł na łóżko. Jej kręgosłup ucieszył się z tego pomysłu. Ona ucieszyła się, gdy David pomógł jej opatulić się kołdrą i zrobiło jej się tak przyjemnie ciepło, że zaczęła odpływać.
- Czy masz zamiar teraz spać, Abby? – zapytał spokojnie. Skinęła głową. – Czy zanim uśniesz, możemy chwilę porozmawiać?
- Hm? – otworzyła na niego jedno oko. Klęczał przed łóżkiem i wpatrywał się w nią z dziwaczną mieszanką niepokoju, zadowolenia i niepewności. Wyglądał, jakby czegoś potrzebował, ale bał się jej przeszkadzać. – Co jest?
- Czy mam wyłączyć program Osiemnaście-plus?
- Absolutnie tak – odparła prawie że naburmuszona. David ściągnął brwi niepewnie. - I, rany, musimy temu wymyślić inną nazwę. Może Czarny Program.
- Dlaczego?
- Na wypadek, gdyby wpadło ci do głowy wspomnieć o nim przy innych, może normalniejszych ode mnie ludziach. – Miała wrażenie, że David naprawdę przejął się jej nadąsanym głosem.
- Obiecuję, że nie będę wspominał Czarnego Programu przy nikim innym – zapewnił. – Ani przy tobie, jeśli tego nie chcesz. Skoro idziesz spać, czy będzie ci przeszkadzać, jeśli trochę posprzątam?
Rzuciła na niego na pół otwartym okiem przez ramię. Wciąż łaził półnagi. – Oczywiście, że nie. A jeśli znajdziesz trochę poliuretanu albo... płynu hydraulicznego, to też się... nie krępuj.
Trochę czerwonego znów wstąpiło jej na policzki, więc nakryła głowę ręką. Kątem oka widziała, jak David stanął w bezruchu i patrzył na nią przez chwilę. Nagle usiadła z szeroko rozwartymi oczami, pchnięta na wskroś szokiem.
- Czy ja właśnie dowiedziałam się, gdzie się podział twój brakujący... – mruknęła tylko trochę do siebie i przerwała wpół słowa. David patrzył na nią jeszcze przez chwilę i powiedział:
- Nie użyłem płynu hydraulicznego, gdyż mógłby być alergenny dla twojego ciała. – Abigail odetchnęła z ulgą. Nie czułaby się komfortowo mając w sobie coś, co trzymała w plastikowych torebkach zawieszonych nad warsztatem. David uśmiechnął się, jakby z zadowoleniem, że ją uspokoił. – Do Czarnego Programu używam specjalnie syntetyzowanej mieszanki, która jest neutralna i całkiem bezpieczna. Powiedzieć ci, co to dokładnie jest?
- Nie, dzięki – odparła już bez złości i położyła się z powrotem. David zaczął krzątać się po pomieszczeniu, ale Abigail nie mogła jeszcze zasnąć. – David?
Od razu zatrzymał się i obrócił w jej kierunku. – Tak, Abby?
- Wybierz sobie mniej zaawansowane części Czarnego Programu i, ym... – Zakryła głowę kołdrą i obróciła się do ściany. Rany, jaka ona jest głupia. - Kiedy jesteśmy sami, możesz sam je inicjować. Pozwalam.
- Dziękuję, Abby – mruknął jakby automatycznie, ale zaraz poczuła, że łóżko ugina się pod jego kolanem. David odsunął kołdrę i złożył kilka dłuższych pocałunków na jej szyi, nie tak mocnych, żeby ją rozbudzić, ale wystarczająco, żeby znów zrobiło jej się wyraźnie cieplej. – Dobranoc, Abby.
Jeszcze zanim odpłynęła, zdążyła przeanalizować kilka spraw... Musiała po prostu użyć za mało płynu, w takim razie. Nic dziwnego. Ani w instrukcji, ani w modelach nie było słowa o prawidłowych poziomach inżynieryjnych. Dobrze tylko, że nie przeszkadzało mu to zupełnie w prawidłowym działaniu. Właśnie. Od czasu jak go włączyła, wszystko działało bez zarzutu. Poza tym jednym błędem. Czy to możliwe, że tak naprawdę mógł wyłączyć to cholerstwo w każdej chwili? No i nabrała podejrzeń.