Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

środa, 8 lutego 2017

[Rzeka Mgieł] Sear Rouse (Lyeiess x Illa Fond Veems + Lyeiess x Żyrafka)

Usilnie polecam przeczytać najpierw pozostałe opowiadania o Lyeiessie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Niektóre rzeczy są tak połączone, że może być ciężko zrozumieć, o co lub o kogo chodzi, jeśli się nie wie, co było "wcześniej".


W miarę jak zapadał zmierzch, rozświetlały się kolejne świece w jego komnatach – nie same z siebie, oczywiście; zapalała je Fari, jego osobista służąca, niosąc ogniki zamknięte w dłoniach jak zranione pisklęta, jakby bała się, że jeden zły ruch i ich płomyk zgaśnie. Yevhe pomagał jej, znacznie mniej delikatnie, ze świecami w kandelabrach i innych miejscach, do których nie była w stanie dosięgnąć. Lyeiess obserwował ich kątem oka znad „Legend, które wszyscy znamy i kochamy”, a które poczytywał sobie ostatnimi czasy w rzadkich momentach wolnego czasu. Gdy skończyli, Yevhe rozpalił jeszcze w klepisku i wyszedł, podczas gdy Fari zabrała się do sprzątania. Po ponad dwóch latach pracy w tej roli wiedziała już dokładnie, co miało gdzie swoje miejsce, a także których przedmiotów nie wolno jej było ruszać, i miała wypracowaną rutynę, która pozwalała jej utrzymywać jego komnaty w czystości dzięki ledwie piętnastu minutom pracy raz na dwa dni. Resztę czasu teoretycznie miała wolną, ale Lyeiess wiedział, że Yevhe cichaczem zrobił z niej swoją własną asystentkę, czyli notabene pierwszą służącą księcia Iao, co niekoniecznie podobało się pozostałym, starszym i bardziej doświadczonym służkom. Z drugiej strony, stanowisko było w istocie jedynie umowne, jako że Yevhe wiedział, że na oficjalną decyzję nawet w tej kwestii Lyeiess potrzebowałby zgody Rady Książęcej, a o to zawsze było ciężko. Dlatego oficjalnie pierwszą służącą księcia Iao dalej była podstarzała, zupełnie ślepa babuszka, która z dużym zapałem kleciła na drutach wszystko, co wpadło jej do głowy, kołysząc się na stołku przy piecu w kuchni. Służba darzyła ją niezwykłym wręcz szacunkiem i podskakiwała na każde jej skinienie, jakby ta właśnie staruszka była co najmniej królową dystryktu, co również Yevhe potrafił wykorzystać zwykłym szepnięciem jej słówka na ucho – zwłaszcza że Bezimienna, jak mówiło się na kobietę, której prawdziwego miana nikt nie pamiętał, tudzież Beza dla co bardziej spoufalonych, zawsze bardzo centaura lubiła, diabli wiedzą dlaczego. Jednak nie nadawała się babuleńka zupełnie do tego, żeby w razie potrzeby, pędząc korytarzami i galeriami, obiec cały zamek, co Fari z kolei potrafiła zrobić niemalże równie prędko, co sam Yevhe. Była więc dla nich obu niezastąpionym narzędziem i wydawało się, że bardzo jej się to podoba.
Teraz jednak Fari sprężnym krokiem przenosiła się od mebla do mebla, jakby w rytm jakiejś wewnętrznej melodii, odstawiała na miejsce wykorzystane przez Lyeiessa wcześniej kielichy i karafki, zbierała przy wejściu tace, naczynia, porwane pergaminy i wszystko inne, co będzie musiała wynieść z jego komnat, a on mógł ukradkiem obserwować, jak to się działo, że gdy zaczynał czytać, pomieszczenie nosiło zazwyczaj wyraźne ślady użytkowania, a gdy podnosił znad książki głowę, nagle nie było po niczym śladu. Nowy stan rzeczy rozwijał się teraz przed nim stopniowo w miarę jak Fari posuwała się ku skrytej w głębi komnat łaźni. Lyeiess uśmiechnął się do siebie. Dziewczyna, tak najwyraźniej przyzwyczajona do jego rutyny, nawet nie pomyślała, że mogłaby mieć na sobie jego wzrok.
Fari również uśmiechnęła się do siebie. Lyeiess, tak najwyraźniej przyzwyczajony do jej obecności, nawet nie pomyślał, że mogłaby doskonale zdawać sobie sprawę z jego ukradkowych spojrzeń. Jej kariera służebna trwała już kilka lat zanim w ogóle trafiła do jego komnat – a umiejętność obserwowania bez patrzenia była jedną z pierwszych, które każda służąca musiała opanować. Teraz więc Fari obserwowała księcia bez patrzenia – spod rzęs zwróconych ku komodzie, ale nad pochylonym ramieniem spoglądała na jego półnagie ciało spoczywające swobodnie na bawełnianej pościeli, której Fari wciąż nie mogła się nadziwić. Gdyby ona była szlachcianką, codziennie spałaby w jedwabnych satynach, rozkoszując się ich gładkością i miękkością. Gdy tu zaczęła, kilkakrotnie sugerowała to księciu, ale on za każdym razem odmawiał, tłumacząc jej cierpliwie, że woli taki stan rzeczy – aż w końcu przestała pytać. Teraz przyglądała się wyrzeźbionej, pociemniałej od ostrego północnego słońca książęcej piersi, poznaczonej licznymi ciętymi bliznami i pasmami nieomal całkiem białych włosów sięgających mu prawie do łokci; mięśniom jego ramion napinającym się wyraźnie pod jego skórą przy każdym ruchu szlachecko długich palców, które a to gładziły pościel, a to odsuwały z twarzy jasne kosmyki, a to niby samoistnie gładziły budzący mu się na brodzie zarost, gdy skupienie odbierało mu samokontrolę; jego tak intensywnie błękitnym oczom, że w blasku świec przybierały barwę niemalże purpurową, przeskakującym między kartami książki a ruchami jej rąk; i czuła, jak na policzki wstępuje jej ciepła fala czerwieni. Jego wąskie wargi, blade w barwie jak u każdego rodowego Vyirnianina, rozchyliły się lekko, zza ucha wysunął mu się cienki warkoczyk, jeden z kilku, które miał zaplecione we włosach. Książę zaraz odgarnął go jednym ruchem szorstkiej dłoni, po czym przetarł twarz, czubek nosa prostego jak spod liniji, krawędzie wyrazistej żuchwy. Gdy tak na poły siedział, na poły leżał oparty o poduszki, ujawniały mu się na brzuchu napięte wypukłości mięśni. Fari złapała w głowie natrętną myśl, jak to by chciała przejechać mu paznokciami po tym książecym, wyćwiczonym torsie, i ta wizja wybiła ją z rytmu – nagle zdała sobie sprawę, że od jakiegoś czasu wpatruje się we własnego władcę całkiem otwarcie, co oczywiście nie uszło jego uwadze. Fari odchrząknęła, odetchnęła i czym prędzej wróciła do pracy. Usłyszała za plecami cichy, miękki śmiech księcia.
- Moja droga – rzucił nagle. Jego słowom towarzyszył głuchy odgłos ciężkiej książki odkładanej na blat nakastlika. Och, nie. Fari spojrzała ku niemu przez ramię, starając się nie odrywać od swoich zajęć. Jeśli książę ma zamiar ją pytać, z czego wynikała jej poprzednia pauza, nie będzie umiała mu odpowiedzieć, choćby jej obiecał cały skarbiec Iao. Wstrzymała oddech, gdy on swój nabierał. – Nie miałabyś ochoty pomóc mi w kąpieli?
Jej wzrok natychmiast mimowolnie spadł do jego nagiej piersi. Przeklęła w myślach i zamknęła oczy, ale obraz nie zniknął, wypalony na jej powiekach. Fari czuła już nie tylko, jak się rumieni, ale również jak serce tłucze jej się w piersi. – Ale, mój książę... Znaczy, jaśniepanie...
- Nic ponadto. – Gdy znów uniosła na niego wzrok, mężczyzna uśmiechał się tak wyrozumiale, że mogłaby przysiąc, że zaraz się roztopi pod tym jego spojrzeniem. Kiedy zaczęła myśleć o nim jako mężczyźnie, a nie jej księciu i władcy?! – Chyba że będziesz chciała – dodał i czar prysł. Fari parsknęła tłumionym śmiechem, a potem od razu ucichła zdając sobie sprawę, że książę mógł to odebrać jako wyśmiewanie jego sugestii. Nigdy by nie powiedziała, ba, nigdy by nie pomyślała, że to ostatnia rzecz, której by chciała, czy że nigdy by mu się nie poddała i nie oddała. Ostatnia służka, która tak mówiła, zniknęła z zamku w tajemniczych okolicznościach. Fari dobrze wiedziała, jakie plotki krążyły w mieście w tej kwestii, ale sama nie mogła uwierzyć, że książę dokonałby czynu tak okrutnego. Nawet jeśli do jego obowiązków należało stosunkowo częste ścinanie ludzi.

Gorąca woda spływała mu szerokimi strumieniami w dół ramion, gdy Fari przyciskała gąbkę do jego szyi. Leżal w balii z głową opuszczoną do tyłu, potylicą zaczepioną o brzeg, półprzymkniętymi oczami wpatrzonymi w płomyk świecy stojącej na półce. Czuł przyspieszony oddech dziewczyny na czole, ale udawał, że nie widzi jej spłonionej twarzy spod opuszczonych powiek. Jej nieśmiałość była wręcz rozczulająca. Gąbka sunęła z wolna po jego ramionach, w dół piersi, zatopiła się w wodzie z cichym pluskiem i przesmyknęła się po jego brzuchu, by zaraz wynurzyć się po drugiej stronie. Mokra dłoń Fari zahaczyła o jego szyję. Rumieńce rumieńcami, ale dziewczynie wyraźnie podobało się nowe zadanie.
- A... jaśniepanie... – Jej głos tuż przy uchu wyrwał go z graniczącego ze snem zamyślenia.
- Hmm?
- Jaśniepan naprawdę mieszkał kiedyś na wsi?
- Owszem. – Lyeiess westchnął, gdy znów jego ramiona oblał strumień gorącej wody. – Powinnaś to wiedzieć. Całe miasto wie.
- Całe miasto wie wiele rzeczy, jaśniepanie, to nie czyni ich prawdą.
Lyeiess roześmiał się w głos. – Jesteś jeszcze mądrzejsza, niż na początku sądziłem.
- Naprawdę tak jaśniepan sądził?
- Od samego początku. – Lyeiess z lekkim trudem uniósł na nią wzrok tylko by zobaczyć, że czerwień na jej policzkach jakby się pogłębiła. Jej ręce wróciły do pracy z wyraźnie większym zapałem i... dokładnością.
- A... jak się mieszkało na wsi? Chyba nie miał tam jaśniepan służby, jak tu?
- Nie, moja droga. – Lyeiess znów się zaśmiał, zupełnie wbrew sobie, na samą myśl, że biedni chłopi poza odejmowaniem sobie jedzenia od ust, czego za żadne skarby nie mógł ich oduczyć, mieliby mu jeszcze usługiwać. – Ojciec nakazał, żebym miał doświadczenia możliwie najbliższe prostemu życiu. Zresztą, nawet gdyby chcieli, a chcieli na pewno, nie mieli możliwości rozpuścić mnie tak jak tu, w zamku. Miałem pracować i uczyć się tak samo, jak inni chłopcy. Wszyscy oczywiście wiedzieli, kim jestem, ale traktowali mnie jak swojego. Między innymi dlatego było mi tam tak dobrze.
- Nie lubisz wygód szlacheckiego życia? – Fari najwyraźniej zapomniała się na moment, bo szybko dodała: - Jaśniepanie?
- Od czasu do czasu zdzierżę – odparł, ale nie zdołał powstrzymać tęsknego westchnięcia. – Ale na polach... jest pewna beztroska. Jasne, trzeba płacić podatki, trzeba zasiać pole, zebrać plony, zrobić żniwa, ale i tak... W jakiś sposób to jest oczywiste. Wszyscy wiedzą, co robić, i wykonują swoje obowiązki, ale między jedną robotą a drugą jest tak... lekko. Nie umiem tego wyjaśnić. Nikt nie myśli, co będzie za dwa albo trzy lata, nikt nie kombinuje, nie planuje intryg ani zabójstw, nie ma tego całego szlacheckiego zakłamania. Życie tam jest naprawdę proste i nieskomplikowane, i... przyjemne. Poza tym, że czasem trzeba sobie ręce wyrywać.
- Ale tobie, książę, przecież nigdy nie przeszkadzała ciężka praca. – Lyeiess słyszał uśmiech w głosie Fari. Prychnął z cicha na to „nigdy”. Jakby go znała od dawna.
- No nie, nie od kiedy tam wyjechałem.
Przez dłuższą chwilę trwała cisza. Fari w zamyśleniu masowała mu ramiona, a Lyeiess pozwolił mięśniom zupełnie się rozluźnić i leżał tak nawet gdy czuł, że zaczynał zjeżdżać niżej do wody. Było mu jednak tak błogo, że ani myślał nawet oczu otwierać, a co dopiero się prostować. Łaźnię wypełniał zapach jego mokrej skóry, różanego mydła i topniejących świec, wiszący ciężko w powietrzu...
- Książę?! – wykrzyknęła nagle Fari, skutecznie wyrywając go z graniczącego z drzemką stanu, gdy potrząsała jego ramieniem, jednocześnie usiłując go podciągnąć do góry za drugie. Uniósł na nią pytające spojrzenie, gdy odetchnęła z olbrzymią ulgą. – Och, bogowie... Myślało mi się, że żeś omdlał, jaśniepanie... Żeś się niemalżeś potopił...
Lyeiess roześmiał się gromko, po części na jej moment przerażenia, po części z tego, jak się zupełnie zapomniała z manierami i językiem... A potem coś go tknęło. Ani ona, ani Yevhe nigdy nie wspominali mu, że Fari pochodziła ze wsi. Obrócił się w balii. Fari właśnie z ciężkim oddechem odgarniała swoje mysie włosy... odsłaniając rdzawe znamię na długiej szyi. Lyeiess poczuł najpierw uderzenie gorąca, a potem krew odpłynęła mu z twarzy i istotnie zaczął poważnie rozważać utopienie się w tej nieszczęsnej balii.
- A niech to... – wyszeptał zamiast tego, wciąż wpatrując się w to jej znamię jak w obrazek. Fari, czy raczej Sirafia, dopiero wtedy zauważyła jego bladość i czym prędzej poprawiła włosy na ramionach, ale to już nie miało znaczenia. Jak on mógł jej wcześniej nie rozpoznać? Dwa lata prawie codziennie bywała w jego komnatach. Jak to było możliwe?
- Ach, jaśniepanie... – Dziewczyna znów się zaczerwieniła, ale tym razem jakby inaczej niż zwykle. Wróciła do swojego zwykłego (fałszywego?) akcentu. – Może jaśniepan by już wyszedł z kąpieli? Woda z pewnością ostygła i...
Nie słuchał. Jasne, widział ją wcześniej tylko raz, w półmroku, ale... to był ten jeden raz, którego nie mógł zapomnieć, bez względu na to, jak się starał. Nie potrafił wymazać sobie z głowy najgorszego czynu, jaki w życiu popełnił, czynu, za który innych skazywał na tortury i powolną śmierć. Nie potrafił wymazać sobie z głowy tego znamienia.
Miała wtedy znacznie dłuższe włosy, zaplecione w warkocz. Wołali na nią Żyrafka, bo kojarzyło się z jej imieniem, a ona tak to lubiła, że nosiła na szyi zawiązany na supeł rzemyk, który jedynie bardziej wydłużał jej szyję. Teraz z mysią gęstą czupryną ściętą na krótko i postawionym kołnierzykiem jej sukienki, wyglądała prawie że krępo. Ale to znamię, ta łatka, której poświęcił był większość ich wieczoru, było wypalone na płótnie jego wspomnień.
I wyrwał się z tego splotu przeszłości akurat w porę, by usłyszeć, jak dziewczyna pyta: - ...Czy jaśniepan źle się czuje? Być może powinnam pobiec po Lady Railę i...
- Ani mi się waż – warknął, zrywając się na równe nogi. Dziewczyna, spłoniona, z opuszczoną głową podała mu ręcznik. Lyeiess owinął się nim w biodrach, odgarnął mokre włosy z twarzy i wyszedł z łaźni, by stanąć na ciepłej posadzce w pobliżu kominka. Fari czym prędzej wzięła się za sprzątanie, wyraźnie zadowolona, że ma chwilę ucieczki. Bo Lyeiess nie wierzył, że naprawdę nie zorientowała się, że ją rozpoznał. Obserwował ją, gdy wodę z balii ostrożnie usuwała do nieczystpływu, gdy wycierała podłogę i wymieniała tekstylia. I próbował sobie uświadomić, jak to było możliwe, że przez dwa lata nie miał bladego pojęcia, kim naprawdę była jego osobista służka.
Kiedy jednak dziewczyna się wyprostowała i obróciła ku niemu, wyglądała jak dziecko, tak zahukana przez jego nagłą surowość. Zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej się do niej w taki sposób nie odezwał – a przynajmniej nie do Fari. Sirafii, jak przypominał sobie z bólem, dokładnie takim tonem wydawał niegdyś niegodziwe polecenia.
Czuł, że powinien coś powiedzieć; chcał odpowiedzi na mnóstwo pytań. Miał jednak abstrakcyjne wrażenie, że dopóki nie wypowie na głos tego, co jej zrobił, jeśli pozostanie to tylko w jego pamięci, to będzie to tak, jakby to się nigdy poza jego głową nie wydarzyło. Dziewczyna jednak wciąż stała tam bez ruchu, wyraźnie bojąc się, że jeśli spróbuje odejść, spotka ją dotkliwa kara. Lyeiess wahał się jeszcze przez chwilę, czy nie powinien jej może odesłać bez dalszych dyskusji, ale w końcu zmusił się, by spytać:
- Jak doszło do tego, że się tu znalazłaś? Czyżeś umyślnie przeniosła się do zamku, poszła do służby? – A widząc, że dziewczyna dalej udaje, że nie pojmuje, co Lyeiess ma na myśli, dodał: - Sirafio?
Wtedy dopiero spojrzała na niego z zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się, że będzie pamiętał jej prawdziwe imię po jednej nieszczęsnej nocy, a potem zwiotczała lekko, opuściła wzrok i osunęła się słabo na kolana.
- Mój panie, ja... – zaczęła się niezręcznie tłumaczyć. – To nie było moim zamiarem; ani pracować tutaj, ani zataić przed tobą swej tożsamości, ale gdy tu przybyłam, zupełnie mnie nie poznałeś i pomyślałam, że... że może chciałeś zapomnieć o... o swoim życiu tam i... o mnie też...
Nawet nie zdawała sobie sprawy, ile było w tym racji; lecz, zrozumiał nagle Lyeiess, nie zdawała sobie również sprawy, w jaki sposób on pamiętał to, co się między nimi wydarzyło. Ale... to niemożliwe. Fari nie mogła widzieć tego inaczej... prawda?
- Żyrafka... – rzekł z cicha, a ona uniosła na niego zwilgotniałe, zaskoczone szare oczy. – Przecież... Przecież ja ci zrobiłem krzywdę. Co ty tutaj robisz?
- Co... Książę, co ty m... Ja nie... – jąkała się Fari, gramoląc się z posadzki. Podeszła, wciąż szukając słów. Położyła dłoń na jego napiętej szczęce. – Nie przyszłam tu pracować dlatego, że czegoś od ciebie chcę, mój książę. Moja rodzina... Pogorszyły nam się plony, straciliśmy jedno pole i zaczęło nam brakować na życie. Ktoś musiał pomóc, a ja byłam najstarsza z rodzeństwa, więc...
Lyeiess z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami. - Zupełnie nie to mam na myśli. – Żyrafka patrzyła się na niego bez zrozumienia, więc dodał: - Nie pamiętasz? „Opuszczona” stodoła? Siano? Twoje jęki i „Lye, nie, o bogowie, proszę, zabijesz mn...”
Nie dokończył. Dziewczyna, wciąż krasnoludzko wręcz niska, podciągnęła się rękami na jego karku i ucałowała go mocno, a potem namiętnie, a potem... A potem, akurat gdy Lyeiess miał ją już podnieść w ramionach i naprawić to, co onegdaj spartaczył, do komnaty wpadł Yevhe z taką miną, jakby coś się paliło.
- Co się dzieje? – spytał Lyeiess wystarczająco poważnie, żeby Yevhe wiedział, że jego potępiające spojrzenie zostało zignorowane z dobrego powodu. Fari odskoczyła jak oparzona, zabrała to, co miała zabrać, i w zupełnej ciszy wyślizgnęła się z komnat obok Yevhego. Centaur poczekał, aż zamkną się za nią drzwi i dopiero wtedy powiedział:
- Jaśniepanie, Kilwater jest tutaj. Czeka na galerii.
- A niech to diabli. – Z podenerwowanym warknięciem Lyeiess zaczął wciskać się z powrotem w swe skórzane nogawice. – Poraczył cię, czego mu trzeba?
- Tak, poraczył mnie. Nie, nie tym.
Lyeiess rzucił mu krótkie spojrzenie i w końcu parsknął śmiechem. Yevhe wyszczerzył swoje dwa rządki identycznych zębów i zadowolony z powodzenia misji otworzył Lyeiessowi drzwi. Miał poniekąd rację. Potajemne nocne schadzki z Kilwaterem przebiegały najlepiej, gdy miał dobry humor. Lyeiess uśmiechnął się do swoich myśli.
I z tym właśnie uśmiechem Lyeiess wyszedł na zatopioną w mroku galerię górującą nad ogrodem, gdzie słychać było jedynie szelest liści i nocne pieśni świerszczy. W blasku księżyca z trudem dostrzegał twarz Dona Korsarzy, ale widział, że maluje się na niej zmęczenie i cień nadchodzącej starości. Kilwater opierał się niby to nonszalancko o kolumienkę galerii, przyglądając się z pozornym zainteresowaniem dziedzińcowi. Jego wzrok a to podążał za jakimś kotem, który przemykał od ściany do ściany, a to za płatkiem kwiatu spadającym z owocowego drzewa, a to za gwiazdą pikującą ku ziemi jak orzeł tylko po to, by zniknąć w ułamku sekundy. Lyeiess nie tracił czasu na więcej aniżeli jedynie krótkie spojrzenie w dół. Kilwater już z pewnością przeczesał dziedziniec w poszukiwaniu wszelkich szpiegów – w końcu miał doskonały widok na każdy zakamarek. Tak. Galeria była najbezpieczniejszym miejscem, gdzie Lyeiess mógł się spotkać ze swoim... informatorem.
Kilwater, którego prawdziwe imię prędko zdradziłoby jego tożsamość postronnej osobie i miało z tego względu zawsze pozostać ich wspólną, słodką tajemnicą, był przywódcą Korsarzy, półszlachetnego gangu kryminalistów, utworzonego obecnie z dzieci i przyjaciół prawdziwych korsarzy, uziemionych przed ponad trzydziestoma laty przez zamknięcie iaońskiego portu uchodzącego do niebezpiecznej zatoki Vyirn. Teraz na ten uchyłek Morza Asen wypływali jedynie rybacy – i dobrze, bo by całe miasto już dawno sczezło śmiercią głodową; Korsarze zaś utworzyli własny kryminalny półświatek, do którego Lyeiess zapuścił swe książęce wpływy dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności sprzed dwóch lat, obejmującego Noxę, głupotę syna Dona i istne książęce miłosierdzie.
Yevhe został z tyłu, przy wejściu do zamku, i teraz patrzył spokojnie, jak Lyeiess zbliża się do Kilwatera, opiera o galeryjny parapet i niby w milczeniu napaja oczy pięknem opatulonej nocą przyrody. Jednak jako uważny obserwator, dla którego nie było sensu wracać do swych komnat, kiedy lada moment znów by go wzywano – bo tak zawsze kończyły się te sporadyczne wizyty - Yevhe mógł dostrzec, że Kilwater, z taką miną, jakby deklamował wiersze ku niebu, coś księciu z zapałem tłumaczy, a im dłużej mówił, tym mocniej zaciskała się książęca szczęka i tym ciemniejsze robiło się książęce spojrzenie. A kiedy blask księżyca już wyraźnie malował cieniami linie jego mięśni i żuchwy, Lyeiess uniósł dłoń i Kilwater zakończył swą opowieść. Skłonił się księciu płytko i wyminąwszy Yevhego, zniknął na schodach do stajni. Lyeiess jednak tkwił w bezruchu, wpatrując się mrocznym wzrokiem w równie mroczny dziedziniec.
- Yevhe – rzucił w końcu cicho. Centaur zbliżył się ze świecą i dopiero wtedy dostrzegł, że książę drżał, czy to z zimna, czy ze wściekłości, a jego dłonie tak mocno zaciskały się na kamieniu, że palce mu zbielały.
- Co mogę dla ciebie zrobić, jaśniepanie? – Yevhe narzucił księciu jego wełniany płaszcz na nagie plecy. Dopiero wtedy Lyeiess, zupełnie jakby zdał sobie sprawę, że mu zimno, wyprostował się i już w drodze do komnat rzekł:
- Potrzebuję, żebyś odnalazł i przyprowadził do mnie Ferthera. Tylko cichcem. Nie chcę, żeby ktokolwiek dowiedział się, że się nim interesuję.
- Oczywiście, jaśniepanie, ale... jeśli powiesz mi, kto to jest, być może ułatwi mi to zadanie.
Lyeiess położył dłoń na klamce. – To asystent Sear Rouse.
- Radnej Sear Rouse? – Yevhe wpatrywał się w ponurą twarz księcia rozwartymi ze zdziwienia oczami. - Ale, jaśniepanie, myślałem, że nie możesz podejm...
Zamiast odpowiedzieć, Lyeiess w ciszy wcisnął mu do ręki swój sygnet i zniknął za drzwiami. Yevhe, przewracając w palcach pierścień, zaskoczony, słyszał jeszcze, jak książę uderza w coś z warknięciem, potem jak coś metalowego toczy się z brzękiem po posadzce, aż w końcu zapadła cisza, z której wyłaniał się jedynie szelest pościeli i uginającego się łoża. Yevhe westchnął i opuścił wzrok do onyksowego konia zatopionego w srebrze pierścienia.

Obudził go dziwaczny, śliski stukot. Lyeiess zerwał się ze snu gotów do walki; miał już dłoń na rękojeści miecza, gdy zorientował się, że były to jedynie racice Yevhego, który bezskutecznie próbował poruszać się cicho po jego komnatach.
- Przepraszam, jaśniepanie – rozległ się jego szept w zupełnej ciemności. Księżyc musiał być po drugiej stronie zamku. A więc nadchodził ranek. Lyeiess usiadł na łożu i rzeczywiście, za oknem, na horyzoncie, widać było cienką bladą łunę budzącego się świtu. – Jaśniepanie, oto Ferther, którego szukałeś.
Obróciwszy się, Lyeiess mógł nad ramieniem zobaczyć niewątpliwie centaurzą sylwetkę Yevhego, a obok... cóż, coś przy nim tak drobnego i chuderlawego, że mógłby przysiąc, że adiutant przyprowadził mu nastoletniego elfa. W ciszy komnaty odezwał się ostry dźwięk sygnetu odkładanego na blat, a potem już tylko przerażony oddech Ferthera.
- Yevhe, błagam, zapal jakąś świecę – mruknął Lyeiess, zakrywając najważniejsze części swej nagości pościelą. - I rozpal w kominku, zanim tu wszyscy zamarzniemy.
- Ależ ty dramatyzujesz, książę – odparł Yevhe, ale wziął się do pracy i już za parę chwil komnatę rozświetlił migotliwy poblask. Lyeiess wskazał Fertherowi krzesło stojące akurat strategicznie blisko niego i jego miecza. Teraz jedyną drogą ucieczki było dla niego wyskoczenie przez okno.
Ferther był dobre dziesięć lat młodszy od Sear Rouse, ale wciąż wystarczająco dorosły, by było możliwe, że towarzyszył jej od początku jej działalności w dziedzinie gospodarowania miejską przestrzenią. Do tej jednej kobiety należała bowiem przeważająca część iaońskich budowli i jeśli to, co mówił Kilwater, to prawda, ten dorobek nie był jedynie wynikiem skutecznych inwestycji.
- Fertherze, mam nadzieję, że wiesz, dlaczego kazałem cię tu przywieść o tak nieludzkiej godzinie. – Lyeiess rzucił znaczące spojrzenie Yevhemu, ale centaur udał, że tego nie dostrzegł. Ferther z kolei przenosił przez chwilę ciemne oczy z jednego na drugiego, potem z westchnięciem odgarnął przepocone brązowe włosy z wysokiego czoła, potem potarł wysunięty, maleńki podbródek, aż w końcu zatopił swoją zaskakująco płaską twarz w dłoniach i przez palce wymamrotał:
- Chcę, ale nie mogę, na litość Waszej Książęcej Mości... – Yevhe syknął ostentacyjnie, zanim Lyeiess zdążył zareagować, więc Ferther natychmiast się zreflektował, zawieszając teraz wzrok na swoich nieciekawych trzewikach: - Mam na myśli, mój panie, nie wiem, jak mógłbym ci pomóc, kiedy naprawdę...
- Nic nie wiesz? – wciął mu się Lyeiess. – Mam w to uwierzyć? Jesteś najbliższym jej doradcą od diabli wiedzą jak wielu lat i chcesz mi wmówić, że nigdy nie widziałeś, żeby Sear Rouse zrobiła coś bezprawnego lub choćby zwyczajnie złego?
- Po drodze tutaj mówiłeś mi, że nie będziesz sprawiał kłopotów – dodał Yevhe z ledwo wyczuwalną, ale wciąż sugestywną groźbą w głosie. Lyeiess nadał jej większej wagi, znów kładąc dłoń na głowicy miecza. Ferther jęknął płaczliwie na ten widok.
- Mój panie, proszę, nie rób mi krzywdy...
- Ależ ja wcale tego nie chcę – odparł Lyeiess miękko. – Wiem, że ty niczemu nie zawiniłeś. Jeśli powiesz mi wszystko, co wiesz, zapewniam cię... Ba, daję ci własne książęce słowo, że włos ci z głowy nie spadnie, gdy Sear Rouse będzie odpowiadać za swe zbrodnie.
- Ale skąd...
- To nie jest istotne. Mów.
Ferther dla odwagi nabrał powietrza w taki sposób, jak większość mężczyzn wlewa w siebie kieliszek wina przed pierwszą rozmową z piękną kobietą, i w końcu rzekł:
- Szlachetna Pani Rouse zatrudniła mnie osiem lat temu, mój panie, jeszcze za życia Jego Wysokości, twojego ojca, a po śmierci jej poprzedniego asystenta, który zginął był w niewyjaśnionych okolicznościach, wedle jej słów z rąk królewskiej straży... Zostałem zatem rzucony na głęboką wodę, ale mimo żem był obcy, pani Rouse nie miała żadnych oporów, by już pierwszego dnia wprowadzić mnie w kulisy swej działalności i... no...
- Co kazała ci robić? – spróbował go naprowadzić Lyeiess.
- Rozmawiać z budowniczymi, pilnować dochodów, informować ją o wszelkich problemach z przepływem złota, materiałów, informacji... Ale nade wszystko miałem utrzymywać w porządku jej dziennik, zapisywać każdą transakcję i każdą osobę, której pani Rouse się pozbywała, a także w jakich okolicznościach... gdyby ktokolwiek się kiedyś pytał o tych ludzi. Bo widzisz, mój panie, pani Rouse ma niesamowicie krótką pamięć i...
- Jacy to byli ludzie?
Ferther zachłysnął się własną śliną i przez dłuższą chwilę kaszlał nieopanowanie. Yevhe miłosiernie podał mu kielich z winem, który mężczyzna wypił jednym haustem. Lyeiess zdał sobie sprawę, że siedzi wręcz na samym brzegu łóżka, czekając niecierpliwie na ciąg dalszy o występkach Rouse, zwłaszcza że już to, co usłyszał, doprowadzało go do wściekłości, którą z najwyższym trudem kontrolował.
- Mój panie, proszę, zrozum, że...
- Kogo Rouse się pozbywała?
- Gdy... K-Kiedy pani Rouse... Zdarzało się, że gdy... Gdy pani Rouse miewała swoje pomysły i widziała dla nich idealne miejsca, one wtedy często były domami, które do kogoś należały, i... I wtedy pani Rouse składa takim ludziom ofertę, ale... choć zazwyczaj szczodrą, nie na tyle, żeby... - Ferther ucichł. Lyeiess już miał go ponaglić, gdy rozległ się cichy odgłos kroków na zewnątrz. Yevhe wyskoczył z komnat i zniknął na dłuższy czas, wypełniony dla nich niecierpliwym oczekiwaniem; Ferther z oczami szeroko rozwartymi, z białkami błyskającymi jak u przerażonego konia, wpatrywał się w drzwi, Lyeiess zaś w tym czasie rzucił okiem za okno. Wyszkolonemu złodziejowi lub skrytobójcy nie byłoby trudno dostać się na jego tarasy z dachu stajni, a hałas za drzwiami byłby w tej sytuacji idealną dywersją. W ciemnoszarej przestrzeni nic się jednak nie poruszało, a Yevhe wrócił za moment z wyjaśnieniem, że to tylko jedna z kucharek pędziła za kotem, który skradł ze spiżarni całą dorodną rybę.
- I co zrobiłeś? – spytał Lyeiess z absurdalnym uśmiechem.
- To samo, co ty byś zrobił, jaśniepanie. – Yevhe wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste. – Kazałem jej zostawić biedne zwierzę w spokoju.
Lyeiess prychnął cichym śmiechem i odwrócił się znów do Ferthera. Atmosfera w komnacie się nieco zmieniła, a wraz z nią i jego nastrój – teraz wyglądał, jakby się już poddał i położył wszystko, co miał, na szali wraz z miłosierdziem swego księcia. Nareszcie, pomyślał Lyeiess.
- A więc? – rzucił. - Co działo się z tymi, którzy się nie zgadzali?
Ferther westchnął z bólem. – Pani Rouse miała już wypracowany sposób, który pozwalał jej uniknąć... dzięki któremu nikt nie widział jej winy w tym, co się działo, lecz... – Zamilkł znów, ale tym razem panowała zupełna cisza.
- Lecz...?
- To ci się, mój panie, nie spodoba...
- Nic mi się tutaj nie podoba, Ferther – burknął Lyeiess. - Ta cała przeklęta polityka mi się nie podoba. Moje życie też mi się nie podoba. Już się z tym dawno pogodziłem. – Mężczyzna patrzył na niego w bezbrzeżnym szoku, jakby nie mieściło mu się w głowie, że książę mu się spowiada. – Mów, do diaska.
- Cóż... Pani Rouse... Wykorzys... Zrobiła so... Jej narzędziem zbrodni stał się twój ojciec, mój panie.
- Co? – Lyeiess ze szczerym zdumieniem rzucił okiem ku Yevhemu, ale ten przysypiał właśnie lekko w kącie, z nogami podwiniętymi pod jelenie cielsko, a ludzką częścią ciała oparty o ścianę. Książę pokręcił głową i przeniósł wzrok z powrotem na Ferthera. – W jaki sposób?
- Mój panie, gdy ciebie zabrakło, Jego Wysokość znacznie podupadł na zdrowiu, szczególnie na... no...
- Na umyśle. Wiem.
Ferther jakby odetchnął lekko na jego bezemocjonalne podejście. – Ale być może nie wiesz, mój panie, że najbardziej pogłębiła się jego paranoja i... Cóż, pani Rouse, gdy ktoś jej przeszkadzał, spotykała się z Jego Wysokością po cichu albo podchodziła do niego na spotkaniach Rady, a czasem nawet przychodziła na audiencje, a wszystko tylko po to, by powiedzieć mu... „Panie, doszły mnie słuchy, że ten a ten spiskuje przeciwko tobie”... I to jedynie wystarczyło, by król tę osobę bez sądu ni sprawiedliwości kazał pojmać i ściąć, mimo że to było kłamstwo, a ludzie ci błagali go na kolanach o litość.
Lyeiessa przeszedł dreszcz obrzydzenia. – A pozostała część Rady? Wiedzieli o tym?
- Nie wiem, mój panie... Lecz, ymm, trudno mi uwierzyć, że nie dostrzegli niczego podejrzanego w tym nagłym wysypie zdrajców w mieście...
- I tym, jak zawzięcie Rouse ich wyszukiwała, jakby nic innego w życiu nie robiła. – Lyeiess przytaknął mu cicho. – Dlaczego nic z tym nie zrobiłeś?
- A cóż ja mogłem zrobić, mój panie? Jeśli Rada nie podjęła żadnych działań... Gdybym powiedział królowi prawdę, gotów ściąłby również mnie. To były ciemne czasy, mój panie. Kiedy ty wziąłeś Iao we władanie... Nigdy nie widziałem pani Rouse tak wściekłej. Musiała wrócić do swoich dawniejszych praktyk, więc zmusiła mnie, bym przeczytał o nich w dzienniku; zapisy płatności, setek złotych monet płaconych bezosobowym przezwiskom, miejsca spotkań, wiadomości z drugiej, trzeciej ręki, a wszystko wciąż znacznie bardziej ryzykowne.
- Chcesz mi powiedzieć, że Rouse wynajmuje skrytobójców?
- Najpierw oferuje pożyczkę na wysoki procent i upewnia się, żeby ludzie nie mieli jak jej spłacić. Ale jeśli to i groźby nie działają... Tak, mój panie.
- Niechby ją potępieńcy do piekieł porwali i przez wieczność tam chędożyli – warknął Lyeiess i zaraz z kąta odezwało się parsknięcie Yevhego obudzonego z drzemki przez niezamierzoną książęcą kreatywność. Lyeiess zawtórował mu i tak spędzili obaj parę chwil, podśmiewając się z siebie nawzajem. Ferther, siedzący z otwartymi ustami jak kołek, albo nie był w stanie się śmiać, albo nie mógł wyjść z szoku, że jego władca jest jednak człowiekiem, a nie jedynie ideą.
- W porządku – rzekł w końcu Lyeiess, przecierając zmęczone oczy. – I dowody na to wszystko są w jej dzienniku?
- Tak, mój panie – odparł Ferther grzecznie, choć wyraźnie nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzała rozmowa. - Jak mówiłem, moim zadaniem jest go uzupełniać na potrzeby pani Rouse.
- Masz go zatem w posiadaniu?
- Nie, mój panie. Pani Rouse trzyma go w zamkniętym biurze. Bardzo ostrożnie się z nim obchodzi.
- Ale ufa tobie.
Pod znaczącym spojrzeniem Lyeiessa Ferther zaczął energicznie kręcić głową, poruszał ustami, nagle oniemiały, aż w końcu wstał i zbliżył się do okna tyłem tak, jakby rzeczywiście zastanawiał się, czy przez nie nie wyskoczyć. – Nie, proszę, mój panie... – błagał jękliwie. – Nie zmuszaj mnie, żebym... To, co ona robi...
- ...najwyraźniej ci się podoba. Takie odnoszę wrażenie, gdy mówisz w ten sposób – rzekł Lyeiess spokojnie, podczas gdy Yevhe dźwignął się z posadzki tylko po to, by stanąć znacząco blisko Ferthera. – Powiedz mi, czy naprawdę zgadzasz się z tym, co Rouse wyczynia? Lubisz pomagać morderczyni?
- Nie, mój panie, oczywiście, że...
- To przestań. – Yevhe delikatnym, acz stanowczym naciskiem posadził Ferthera z powrotem na krześle. Lyeiess pochylił się bliżej. – Jedyne, co musisz zrobić – kontynuował, wpatrując się przenikliwie w oczy mężczyzny – to powiedzieć Rouse, żeby dała ci dzisiaj ten dziennik. Powiedz jej, że zapomniałeś zapisać czegoś o wczorajszych interesach albo że przypomniałeś sobie o błędzie, który tam popełniłeś. Gdy już go zdobędziesz, przyjdziesz prosto na audiencje, powiesz każdemu, kto zapyta, że masz dla Rouse niezwykle pilną wiadomość. Gdy już będziesz w sali z dziennikiem, wezwę cię przed tron i opowiesz to wszystko, co powiedziałeś mi przed chwilą, przed całą Radą. Wtedy będę mógł bez przeszkód ją osądzić i ukarać, i zapewniam cię, że już nigdy nie będzie mogła zrobić krzywdy tobie ani nikomu innemu. Jesteś w stanie to uczynić dla swojego księcia?
Ferther jeszcze przez moment miał taką minę, jakby usilnie chciał odmówić, ale że wiedział, że nie mógł, to w końcu oklapł w krześle i w ciszy pokiwał głową.
- Ochronię cię jak tylko będę mógł – rzekł jeszcze Lyeiess, mając nadzieję, że teraz, gdy już osiągnął swój cel, nada mu to wiarygodności. – Jeśli chcesz, Yevhe przydzieli ci strażnika, który będzie cię pilnował, zanim wrócisz do zamku. – Znów kiwnięcie głowy. Lyeiess wtedy skinął na centaura, który wyprowadził Ferthera i już po kilku minutach wrócił, żeby upewnić się, że księciu nic nie trzeba. Lyeiess, nie kryjąc się już ze swoją nagością, stał przy oknie i z założonymi na gołym tyłku rękami przyglądał się budzącemu się miastu. Kupcy rozstawiali na Dalekim Placu swoje towary, rybacy przygotowywali się do odpływu, kurtyzany żegnały klientów przed drzwiami swoich burdeli. Ach, Iao. Ciasne, ale własne.
- Księciu nie wypada być tak bezwstydnym – rzekł Yevhe potępiająco, po raz drugi tej nocy zarzucając Lyeiessowi płaszcz na ramiona, chociaż sam nie miał nic na sobie i udawał, że jemu jako jeleniowi było wolno paradować z wysuwającą się z pochewki przy każdym kroku żołędzią prącia. Lyeiess nie omieszkał mu tego wytknąć, na co Yevhe wzruszył ramionami i burknął: - Jaki władca, taki lud. – Po czym wymienili się spojrzeniami i parsknęli śmiechem. Lyeiess znów spojrzał ku ulicom, ku alejkom, z których powolnym krokiem wyłaniali się schorowani bezdomni, i zacisnął szczęki.
- Serce mi się kraje – rzekł tylko, a centaur w ciszy przytaknął. Wszystkie możliwości pomocy mieszkańcom już dawno z Yevhem wyczerpali. Teraz mógł tylko starać się nie pogarszać ich sytuacji i czekać na okazję, by odzyskać pełnię władzy.
- Jeśli wszystko pójdzie dzisiaj dobrze, jaśniepanie, pozbędziesz się przynajmniej jednego zagrożenia dla tych biednych ludzi. – Yevhe położył mu dłoń na ramieniu. – A na razie... Ułóż się znów do snu, książę. Powinieneś wypocząć przed audiencjami. Obiecuję, że obudzę cię dopiero w absolutnie ostatniej chwili.

Ferther jednak się nie pojawił. Za każdym razem, gdy w sali audiencyjnej odzywał się głos Sear Rouse, Lyeiess spoglądał ku Radzie w nadziei, że mówiła do swojego asystenta, ale zawsze okazywało się, że tak jak reszta Rady tylko próbowała rządzić się w jego mieście. Lyeiess niecierpliwie przewracał nóż w rękach, rozwiązując spory między chłopami i podejmując inne tego typu drobne decyzje, na które pozwalała mu Rada; aż w końcu wezwał do siebie Yevhego i po cichu rzekł:
- Potrzebuję, żebyś znów dokonał swej magii i odnalazł Ferthera. Nie podoba mi się ta sytuacja.
Yevhe na to skłonił się płytko, lecz nie przedtem, jak powiedział mu z uspokajającym uśmiechem: „Kiedyś, mój książę, będziesz musiał się nauczyć, że nie należę do zaszczytnego grona czarodziejów”, i czym prędzej wybył z zamku. Lyeiess spojrzał ku Radzie. Sear szczerzyła do niego zęby i tym razem był przekonany, że nie z powodu tego, że wiedziała, jak bardzo nienawidził, gdy się wtrącała. A niechby ją diabli wzięli.
Interesanci wlewali się do sali audiencyjnej jeden za drugim, para za parą, rodzina za rodziną, a to skarżąc się na niewygody, a to błagając na kolanach o litość i miłosierdzie, i, zazwyczaj, o pomoc finansową, a Lyeiess aż zgrzytał zębami na różanych płatkach, które na próżno żuł dla uspokojenia, gdy każda jego próba otwarcia skarbca na rzecz biedoty Iao, była natychmiast blokowana przez któregoś członka Rady, który bardzo uprzejmie i ze sporą dozą kreatywności wyjaśniał, jak to miejskie złoto jest niedostępne, gdyż już dawno temu zostało, oczywiście wspólnie, przeznaczone na coś innego; a że do mistrzostwa opanowali sztukę serwowania tych kłamstw tak, żeby nikt się nie zorientował, co tak naprawdę się działo, Lyeiess mógł jedynie z napiętą szczęką przytakiwać na ich przymilne „Nieprawdaż, Wasza Książęca Mość?” i patrzeć, jak ludzie wychodzą na dziedziniec ze łzami w oczach lub przekleństwem na ustach. Lyeiess czuł, jak z każdą kolejną audiencją coraz bardziej trafia go szlag i coraz ciaśniej obejmuje wszechogarniające zmęczenie. W głowie zaś coraz częściej pojawiały mu się obrazy Radnych trupów kołyszących się ponuro na stryczkach w powiewach słonego wiatru.
W obecnej tragicznej sytuacji, audiencje były dla niego wielogodzinną katorgą. Przy zamkniętym na co dalsze wyprawy porcie, przy podupadłym handlu i wzrastających napięciach nie tylko między klasami społecznymi, ale też zwyczajnie między sąsiadami, codziennie rosła ilość mieszkańców przymierających głodem, chorujących na iaońską gorączkę krwotoczną, lądujących na ulicach bez dachu nad głową ani środków do życia; a wraz z nimi sępów, które żerowały na szczątkach ich dawnych żyć, na zbielałych kościach kruszącego się dobrobytu miasta, sępów takich jak właśnie Sear Rouse, rozmawiająca teraz z Daonisem Fond Veemsem z zapałem i radosnym uśmiechem na przebrzydłej gębie. Czy spiskowali, jak odebrać mu jeszcze więcej władzy, czy przeszli już do knucia, jak zamachnąć się na jego życie, tego Lyeiess nie umiał stwierdzić, i nieszczególnie miało to jakiekolwiek znaczenie. Z jednej strony z niecierpliwością wyczekiwał momentu, gdy będzie miał świadka w jednej ręce i dowody w drugiej, gdy będzie mógł zasłonić się tym właśnie prawem, które Radni tak kochają, i skazać ją na śmierć z pełnym przekonaniem; z drugiej, coraz silniejsza była jego obawa, że kobieta jakimś sposobem dowiedziała się o jego planach i że gdy w końcu Yevhe wróci z pustymi rękami, Sear będzie znów szczerzyć kły na myśl o tym, że pójdzie, wolna, do swoich szemranych interesów i niszczenia cudzych żyć. Na tym ostatnim spędzała tyle godzin dziennie, że z pewnością to już jej stały zawód, pomyślał z goryczą Lyeiess.
Yevhe wrócił po południu; wbiegł do sali audiencyjnej kłusem i ledwo wyhamował przy tronie, by schylić się do Lyeiessowego ucha. Książę z daleka dostrzegł był ściągniętą twarz swego adiutanta, ale i tak poczuł przypływ podszytej szokiem wściekłości, gdy usłyszał jego słowa.
- Ferthera i jego eskortę znaleźli dzisiaj rano rybacy wracający po nocnych połowach. Zostali utopieni w zatoce Vyirn. Na ciałach są ślady, ale nic jednoznacznego.
Po czym uniósł się i zajął swe tradycyjne miejsce przy boku księcia. Lyeiess czuł, jak zalewa go zimny szał, i tylko z najwyższym trudem powstrzymał się od ciśnięcia nożem prosto w Radę. Rouse rzuciła mu niby to zainteresowane, niby to pytające spojrzenie, ale tym razem się nie szczerzyła, co samo w sobie było podejrzane. Tylko skąd ona wiedziała o jego spotkaniu z Fertherem?
Z drugiej strony, jakie to miało znaczenie. Jakoś się dowiedziała i dotarła do Ferthera zanim ten zdołał się stawić na audiencji. Dziennika też się na pewno pozbyła. A Lyeiess, bez dowodów ani świadków, nigdy nie zdoła skazać Rouse za jej zbrodnie, nie kiedy Rada trzyma jej stronę. Przewracało mu się w żołądku na samą myśl, że będzie musiał pozwolić jej dalej robić z jego grodem, co jej się tylko żywnie podobało.
Ostatnie fale interesantów wlewały się coraz wolniej, ale Lyeiess nie mógł się już skupić. I tak nic na to nie poradzi. Jego miasto nie należy do niego. Jego zdradliwe prawo odebrało mu władzę, wolność, wszystko, co przysługiwało mu z urodzenia, a miłość do ludu i poczucie obowiązku nie pozwalało mu odejść. Był więźniem we własnym domu; choćby mieli go związać i zamknąć w lochach, nic by to nie zmieniło. Całe jego jestestwo buntowało się ze wszystkich sił przeciwko temu życiu, a on nie mógł nic z tym uczynić. Tylko dlaczego? Lyeiess jednym uchem słuchał Yevhego mówiącego w jego imieniu, tego młodego centaura, którego za cielaka zabrał z rodzinnego lasu i zamknął w czterech kamiennych ścianach, a który mimo to służył mi z miłością i wiarą. Yevhe złożył swe życie na szali zaraz obok Lyeiessa. Myśli księcia natychmiast popłynęły ku wczorajszemu wieczorowi i Fari, ku Żyrafce, którą skrzywdził bardziej niż było to możliwe, a mimo to ona również służyła mu chętnie i radośnie – czy to dlatego, że dostrzegła, jak się zmienił? Czy zdaje sobie sprawę, że to właśnie przez to, co się kiedyś stało?
Chłopi, nieludzie, mieszczanie, chorzy i zdrowi, ale szczególnie ci biedni i głodni, wszyscy kładli się bez wahania u jego stóp, błagając o pomoc, której on nie mógł... nie, nie chciał im jej zaoferować. Być może istotnie nie mógł nic począć z Fond Veemsem, Eleonorą Vinorshe, czy nawet Faessem Poidennem, którego dzisiaj na posiedzeniach nie było, jak zresztą zazwyczaj; ale Sear Rouse nie była członkiem Rady z urodzenia. Nie należała do jedynych pozostałych trzech z siedmiu rodów, które przed ponad wiekiem pomogły Gunnarowi. Nie, wkupiła się do Rady swoim bogactwem zgromadzonym na trupach prostych ludzi. Nie obejmowało jej więc prawo dziedziczenia i jakikolwiek potomek, którego mogłaby mieć gdzieś ukrytego, nie przejąłby jej miejsca, gdyby jej zabrakło. Gdyby tylko Lyeiess mógł...
- To już ostatni, jaśniepanie – szepnął mu na ucho Yevhe, wyrywając go z zamyślenia, gdy akurat do sali wchodził podstarzały mężczyzna w obdartych szatach, po którym od pierwszej chwili było widać, że od pewnego czasu żyje na ulicy, ale wciąż nie zdołał się do tego przyzwyczaić. Być może był wcześniej majętnym człowiekiem. Podchodząc do tronu, ze strażnikami idącymi tak blisko niego, że nie mógł nawet zboczyć z kursu, mężczyzna spojrzał przelotnie na Radę, ale jego wzrok zawiesił się na moment na Sear Rouse zanim opadł ku ziemi. Strażnik sięgnął, by go popchnąć na kościste kolana, lecz niepotrzebnie – mężczyzna sam uklęknął i zaczął szeptem zmawiać arateickie modlitwy.
- Mój panie, znaleźliśmy przy nim to – usłużnie poinformował jeden ze strażników, unosząc w dłoni umazany w błocie, ale całkiem zwyczajny nóż, zaostrzony do granic możliwości, sądząc po nieregularnych szlifach, na jakimś kamieniu pod murem.
- Chciał pewnie targnąć się na twoje życie, książę – dodał drugi. Lyeiess odprawił ich obu z powrotem do drzwi zanim postanowiliby w napadzie patriotyzmu i lojalności stłuc tego biednego człowieka. Jeśli mieli jakiekolwiek protesty, ucichły pod twardym książęcym wzrokiem jeszcze zanim się rozbudziły.
Dopiero wtedy mężczyzna uniósł wzrok na Lyeiessa. Jego brudna twarz była poznaczona jasnymi liniami po strugach łez. – Mój panie, mój najmiłościwszy książę, przybyłem błagać o litość – rzekł z taką pewnością zaszytą gdzieś głęboko w głosie, że nie ulegało wątpliwości, że był niegdyś jednym z dobrze postawionych mieszczan. Lyeiess wymienił spojrzenia z Yevhem. Mężczyzna nagle zamilkł, być może przerażony, więc Lyeiess pochylił się w tronie, by, może, ukryć nieco swoją wściekłość.
- Jak ci na imię? – spytał na początek. Mężczyzna od razu wyraźnie się rozluźnił, rozumiejąc, że Lyeiess nie ma zamiaru go tak od razu wysyłać na szafot.
- Yuthar, mój książę. Miałem kiedyś majątek, co prawda jedynie na obrzeżach miasta, i zupełnie niewielki, ale... – Wziął głębszy oddech. – Moja żona urodziła nam bliźnięta, ale niestety... Bardzo ciężko zniosła poród. Przychodziliśmy do zamku do Lady Chirurgii na leczenie, ale żona ciężko się poddawała, nie wierzyła w te zioła, mój panie, zawsze była bardziej skłaniająca się ku magii.
- Kojarzę – przerwał mu Lyeiess. – Raila opowiadała mi o kobiecie po porodzie, której z trudem wyperswadowała wizytę u nadwornego maga. Co się stało?
- Tak, mój panie, tak. Między dziećmi a jej chorobą, zwiększyły się koszty życia, nie mogłem już...
- Moment. – Lyeiessowi aż zrobiło się słabo z wściekłości i przerażenia. – Raila kazała wam płacić?
- Nie, nie, mój panie, ale kazała wprowadzić dietę, a potem i zioła kupowałem sam na mieście, żeby jej już nie zawracać głowy, mój książę. To było wtedy, gdy tylu ludzi zapadło na gorączkę i Lady Raila miała ręce pełne roboty, to już nie chciałem wtedy przeszkadzać, żeby tylko kilka ziół... Zaciągnęliśmy pożyczkę, mój panie, ale nie wiedzieliśmy, że... nie będziemy mogli jej spłacić i w końcu straciliśmy wszystko. Moja żona już nie żyje, mój panie... Bez ziół, zwyczajnie, zasłabła, i nie doniosłem jej na czas do zamku... A moje małe dziewczynki... – Mężczyźnie wyrwał się długo powstrzymywany szloch i Lyeiess już spodziewał się najgorszego. Z tyłu odezwało się ciche skrzypienie drewnianego tronu pod zaciskającą się dłonią Yevhego. – Moje dziewczynki musiałem odesłać... ostatkiem pieniędzy, mój panie, odesłałem je do Omarormu, żeby tam miały szansę na ży... – Rozpłakał się już zupełnie i gdzieś w szlochach zgubiło się zakończenie historii. Takich jak on było w Iao mnóstwo. Dotkniętych nieszczęściem, które dobiła poż... Pożyczka. Lyeiess spojrzał ukradkiem ku Sear Rouse, która patrzyła na szlochającego mężczyznę z kamienną twarzą; przypomniał mu się Ferther i jego przerażenie, jak tylko mimochodem wspomniał o pożyczkach na wysoki kredyt, tak że Lyeiess z początku tego nie skojarzył. Spojrzał znów ku mężczyźnie. To dlatego ją rozpoznał. Czyżby nie wiedział, że zasiadała w Radzie? To musiał być moment, w którym dopiero pożałował, że odebrali mu ten nóż przy wejściu. Lyeiess doskonale go rozumiał.
- Po co wziąłeś ze sobą broń? – spytał najsurowszym głosem, jaki potrafił z siebie wykrzesać, choć serce mu waliło, rezonowało w piersi słabnącymi, desperackimi uderzeniami. Nie mógł pozwolić, żeby Rouse się zorientowała, że on o wszystkim wie.
I mimo że Lyeiessowi wydawało się, że słabnie, wydźwięk jego pytania i tak sprawił, że mężczyzna skulił się na posadzce i z najwyższym trudem powstrzymał kolejną falę szlochów. – Nie chciałem, mój panie, nikogo skrzywdzić, przysięgam. Jedynie... Ja jedynie słyszałem od innych, że to nie ma sensu, że tu się niczego nie dostaje. – Lyeiessowi krew tak uderzyła do głowy, że aż zabolało. – A ja już nie mogę... nie mogę tak żyć, mój panie... Chciałem zostać skazany. A teraz mogę już tylko błagać.
- Chciałeś zostać skazany? Yutharze, skazany na co?
- Kamieniołomy, mój panie. Proszę, zrozum, moje życie już dobiegło końca. Teraz tylko czekam na śmierć. Więc proszę, mój książę, póki jeszcze żyję, chcę i mogę pomóc. Kiedyś byłem kowalem, mój panie, dopóki koń nieomal nie kopnął mnie w głowę oboma kopytami i wtedy poczułem pocałunek śmierci, i... od tamtego czasu nie mogę się nawet zbliżyć do tych zwierząt. Jaki ze mnie kowal, kiedy konia nie mogę podkuć? Ale jestem silny i wiem co nie co o handlu, i pomyślałem, mój panie, że jeśli pomogę, jeśli będzie choć trochę więcej marmuru do sprzedania, wtedy może będzie więcej złota w skarbcu, żeby pomóc innym ludziom takim, jak ja... Proszę, mój panie. Byłem gotów zrobić... Chcę jedynie pomóc, mój panie.
Lyeiess, który siedział z ręką przy ustach, żeby nie było tak bardzo widać, jak zaciska zęby, nie miał serca powiedzieć mu, że złoto z tego handlu i tak znalazłoby inne zastosowanie, już Rada by się o to postarała. Yuthar dostrzegł jego ściągniętą twarz i wbił wzrok w marmurową posadzkę, oczekując najgorszego, ale Lyeiess już dawno podjął decyzję. Przychyli się do jego prośby, nawet jeśli bezzasadnej, choćby dlatego, że w kamieniołomach, poza pracą, czeka na niego również wyżywienie i schronienie, nawet jeśli mierne. Jeśli Yuthar na to właśnie liczył, ale nie chciał dać tego po sobie poznać, Lyeiess zupełnie go nie winił. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, z własnej woli skazać się na taką pracę... Książę westchnął.
- Yevhe, niech jeden ze strażników przygotuje Yuthara do podróży. Potem osobiście odwieziesz go do kamieniołomów. – Centaur skinął i odszedł wydać rozkazy. Yuthar z płaczem rzucił się na posadzkę i zaczął Lyeiessowi dziękować z całego serca. Książę nie mógł na to patrzeć; spojrzał więc ku Radnym, którzy tym razem, zaskakująco, nie mieli nic do powiedzenia. Siedzieli w zamyślonym milczeniu, poza, oczywiście, Sear Rouse, która z najwyższym trudem usiłowała ukryć swoją radość. Yuthar ją rozpoznał, i ona o tym wiedziała, a teraz książę pozbył się go za nią. Człowiek w takiej kondycji i wieku nie przetrwa w kamieniołomach długo. Lyeiess rozwiązał jej problem, a jej reakcja była ostatnim, czego potrzebował, by podjąć decyzję. Nie pozwoli jej już nigdy nikogo skrzywdzić.
Strażnik delikatnie podniósł Yuthara z podłogi i wyprowadził na zewnątrz. Yevhe spokojnym krokiem wracał do Lyeiessa – zrozumiał, że jeszcze czegoś od niego chciał. Nie wiedział tylko, że miał jedynie być świadkiem. Radni zaczęli się zbierać, kierować ku sali narad, skąd rozeszliby się po mieście. Lyeiess kaszlnął znacząco.
- Stójcie – rzekł tak ponurym tonem, że nawet przez myśl im nie przeszło się sprzeciwiać. Wszyscy obrócili się ku niemu.
- Czekasz jeszcze na kogoś, mój panie? – spytała przymilnie Sear Rouse i Lyeiess znów poczuł, jak coś się w nim gotuje.
- Nie, Lady Rouse. Czy mogłabyś tu podejść, milady, jeśli łaska?
Sear zmarszczyła brwi. Lyeiess nigdy nie był dla niej tak uprzejmy i z pewnością wiedziała, że coś się święci. Nie byli jednak sami w sali tronowej. Yevhe czekał pod ścianą wedle rozkazu. Eleonora Vinorshe i Daonis Fond Veems, zainteresowani, nie szykowali się, żeby zniknąć w sali narad. Co ważniejsze, byli również strażnicy przy wszystkich drzwiach, łącznie sześciu, i w cieniu czaiła się też służka, czekająca, żeby posprzątać na koniec dnia. Rouse nie mogła odmówić księciu, nie przy tak uprzejmej prośbie i nie przy świadkach, inaczej mogłaby stracić swoją pozycję, i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Skłoniła więc lekko głowę i podeszła, stając na zatopionym w marmurze herbie Iao, jak nakazywał obyczaj.
Lyeiess milczał przez pewien czas, wystarczająco długi, by Radni popatrzyli po sobie nierozumiejącym wzrokiem. Rouse przestąpiła z nogi na nogę, ale nie ośmielała się zdejmować z niego wzroku. I słusznie, pomyślał Lyeiess, rozsiadły w tronie, z twarzą opartą na dłoni, zupełnie tak, jak jego ojciec miał w zwyczaju. To było jedyne wspomnienie z dzieciństwa, które pamiętał tak wyraźnie, jakby to było wczoraj – jak wszedł do sali tronowej z jakimś pytaniem, król ojciec siedział na tronie właśnie tak, jak on teraz, a przed nim, właśnie tam, gdzie teraz Rouse, stał mały Rescha – opatulony w koc, z mokrymi włosami, wciąż trzęsący się z zimna i ze strachu. Król patrzył był na niego badawczo i myślał, co z nim począć. A potem dostrzegł był Lyeiessa i powiedział: „Tak”. I tym jednym słowem wyznaczył Reschę jako jego osobistego sługę i przyjaciela, i przyszłego adiutanta. Teraz, jeśli by ich zobaczył, pewnie przewróciłby się w grobie, gdyby nie umarł był dwukrotnie.
Lyeiess przypomniał sobie tamten moment i miał nadzieję, że Rouse również – potem przypomniał sobie też Kilwatera na wpół opatulonego ciemnością, przerażonego Ferthera, kręcącego się w krześle ze strachu przed śmiercią, przed którą książęce słowo nie zdołało go uchronić, ściągniętą twarz Yevhego, a w końcu Yuthara błagającego o kamieniołomy. Odezwał się cichy głos: „...a czasem nawet przychodziła na audiencje...” Uniósł głowę.
- Pani, doszły mnie słuchy, że spiskujesz przeciwko mnie.
Sear Rouse zbladła; wręcz momentalnie przybrała kolor swojej jasnej sukni. Lyeiess wstał z tronu. Miecz miał odpięty od pochwy od kiedy strażnik pokazał mu nóż Yuthara. Był władcą i katem. Położył dłoń na głowicy. Rouse stała jak wbita w ziemię, nagle oniemiała. Lyeiess rozkoszował się jej ciszą, dopóki Fond Veems się nie ocknął i nie ruszył naprzód, pewnie po to, żeby go powstrzymać lub zażądać dowodów, więc zanim tego dokonał, Lyeiess zszedł ze schodków i rzekł spokojnie i wyraźnie:
- Czy wiesz, milady, jaka jest kara za zdradę stanu? - I nie czekając na odpowiedź, Lyeiess przeszedł dwa kroki dzielące go od Rouse, a równocześnie jednym płynnym ruchem wyszarpnął miecz i ściął ją tak, jak stała. Nauki ojca jednak nie poszły na marne.
Ostrze błysnęło czerwienią. Ciało kobiety opadło na posadzkę; krew z kikuta szyi tryskała radośnie na herb miasta, cholewy jego butów, wsiąkała w rozrzuconą na marmurowej podłodze jasną suknię. Głowa przetoczyła się nieco w bok i spoczęła w szkarłatnej kałuży, wpatrując się rozwartymi, zdumionymi oczami w wysoki sufit.
- Za twe zbrodnie skazuję cię na śmierć przez ścięcie głowy.
W zapadłej ciszy jedynymi odgłosami były jego ciężki oddech i rozbijające się o posadzkę krople spływające po ostrzu Nieskończonego; ale nawet gdyby podniósł się tumult, Lyeiess nie zdawałby sobie z tego sprawy, kiedy jego uszy wypełniał ogłuszający huk pulsującej mu w tętnicach krwi i echo tłukącego mu się w piersi serca. Pozostali dwoje Radni patrzyli się na niego i na trupa w zszokowanym milczeniu – Fond Veems wyraźnie zzieleniał na twarzy, choć przecież nie była to pierwsza egzekucja, której był świadkiem; Eleonora z kolei zbladła i przeniosła na księcia nienawistny wzrok.
- Jesteś potworem – wydusiła z siebie w końcu, kiedy Lyeiess szedł już w kierunku tronu.
- Ranisz me uczucia, milady – odparł Lyeiess ze zmęczeniem, marząc jedynie, by dano mu spokój i żeby przestały trząść mu się ręce. Drżącymi palcami wziął od Yevhego chustkę, by otrzeć ostrze z krwi Sear Rouse, którą strażnicy właśnie zbierali w ciszy z posadzki. Lyeiess spojrzał na centaura – jego twarz nie wyrażała nic. Spokój przerwał jedynie trzask drzwi, gdy Eleonora wymaszerowała z sali. Fond Veems patrzył na księcia jeszcze przez moment, z przestrachem i obrzydzeniem kryjącymi się za wściekłością w jego wzroku, a w końcu również i on opuścił salę.
Lyeiess przysiadł ciężko na tronie, przytłoczony wyczerpaniem, o którym na moment zapomniał. Ręce dalej trzęsły mu się jak nigdy dotąd i żadne z wyjaśnień, które mógł sobie wyobrazić – wściekłość, podniecenie, przerażenie – jakoś nie oddawało tego, co czuł. Pozwolił głowie opaść do tyłu, aż stuknęła o wysokie oparcie... i dopiero wtedy dostrzegł, że na galerii stoi starsza córka Fond Veemsa, Illa; i że patrzy na niego takim wzrokiem, jakby wszystko widziała.
Dlaczego nie odeszła z ojcem? Czyżby chciała o czymś porozmawiać z księciem, ale bała się do niego zbliżyć po czymś takim? Lyeiess nie miał sił się nad tym zastanawiać i nie zamierzał czekać, aż dziewczę znajdzie język w ustach. Skinąwszy na Yevhego, który wtedy wyruszył, by odeskortować Yuthara do kamieniołomów, Lyeiess rzucił jeszcze raz okiem na krzepnącą już przy brzegach kałużę krwi na marmurowej posadzce zanim wyszedł z sali audiencyjnej i w końcu, po tym całym ciężkim dniu, udał się na zasłużony spoczynek.
Już kładł dłoń na klamce, kiedy usłyszał za sobą szybki stukot trzewików i prawie że desperackie „Lyeiess, mój książę!”. Znów zazgrzytał zębami. Ile jeszcze książęcych obowiązków będzie musiał znieść zanim wreszcie wróci do długo wyczekiwanego łoża? Ani jednego, ot ile. Czegokolwiek dziewka by od niego chciała, każe jej poczekać z tym do jutra. Albo niech prosi ojca o pomoc. Po to go ma.
Jednak gdy się obrócił, otwierając usta, by dać Illi do zrozumienia, co sądzi o takim nachodzeniu go bez powodu, dostrzegł łzy w jej oczach i z zaskoczenia aż oniemiał. Jeszcze nigdy mu się nie zdarzyło, żeby szlachcianka przybiegła do niego z płaczem, a co dopiero mówić o tym, że ledwie co kogoś zabił na jej oczach.
Illa milczała przez chwilę, jakby czekając na przyzwolenie, ale gdy Lyeiess nie wykonał choćby najmniejszego ruchu, wzięła głębszy oddech. – Książę, chcę powiedzieć ci coś, co powinnam była wyznać dawno temu, ale... Być może nie będzie to dla ciebie zaskoczeniem... Od kiedy cię niegdyś ujrzałam po twym powrocie ze wsi, mój książę, już wtedy oczarował mnie twój widok, lecz dotychczas nigdy... nie miałam odwagi, by...
Lyeiess dalej nie słuchał. Przypomniał sobie, jak podczas jego koronacji Illa, wówczas ledwie czternastoletnia, przyglądała mu się z żywym zainteresowaniem i odwracała wzrok z nieśmiałym uśmiechem, gdy tylko zerknął w jej kierunku. Wzdrygnął się. Potem zdał sobie sprawę, że również wtedy nie wzbraniałby się nadmiernie przed wzięciem jej do łożnicy, gdyby odważyła się mu to oznajmić i wręcz zaschło mu w gardle.
Nie była to kwestia prawa czy konwenansów, a raczej jego osobistego moralnego kodeksu. Co prawda prawo Ghaiakelu - powszechnie przyjęte nawet w najdalszych zakątkach Noellye i lądów przyległych, w szczególności wtedy, gdy lokalne zapisy nie stanowiły inaczej – za granicę dorosłości stawiało wiek szesnastu lat dla wszystkich ras za wyjątkiem centaurów, które dojrzewają i umierają znacznie szybciej, goblinów i nimf, które rządzą się swoimi prawami, no i smoków, ale w Noellye nie ma żadnych smoków. Mimo to żadnego... obcowania z osobami młodszymi się z góry nigdzie nie karało, nawet jeśli dla części społeczeństwa nie było to w dobrym smaku, a gdy sprawa dotyczyła wszelakich władców, robiło się jeszcze bardziej zawile. Jedynie gdy doszło do wymuszenia, przymuszenia albo... innych sytuacji, podejmowane były odpowiednie działania, identyczne do tych, które podejmowano w podobnych zbrodniach dotyczących osób dorosłych. Lyeiess jednak swój honor miał, nędzny, bo nędzny, ale zawsze jakiś, i myśl, że jeszcze ledwie trzy lata temu mógłby swoje zasady złamać, przepełniała go trwogą i pogardą dla samego siebie.
- Po wielokroć wyobrażałam sobie, mój panie – mówiła dalej Illa, zupełnie nieświadoma jego dylematów, choć już wyraźnie czerwona na twarzy – spotkania z tobą w tajemnicy przed ojcem, lecz nie mówiłam ci nic dotychczas, gdyż nie chciałam, byś pomyślał, że jedynym powodem takich mych uczuć jest to, że jesteś księciem...
- A tak nie jest? – przerwał jej Lyeiess, w końcu przezwyciężając swoje ściśnięte gardło.
- Nie, mój panie! – Illa wydawała się szczerze oburzona taką perspektywą. – To nie ma z tym absolutnie nic wspólnego, choć oczywiście, gdybyś był jedynie szlachcicem, to wszystko byłoby znacznie łatwiejsze.
Lyeiess wolał nie myśleć, co dziewczyna miała na myśli przez „to wszystko”. – Nie powinno cię tu być, milady. – Na to określenie policzki Illi pokryły się jeszcze głębszą czerwienią i dopiero wtedy Lyeiess zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Nie powinien się z nią spoufalać. – Powinnaś wrócić do ojca, Illo, z pewnością czeka, by zabrać cię do domu. W końcu właśnie dlatego przybyłaś dziś na dwór, nieprawdaż?
Dziewczyna tylko pokręciła smutno głową, ale tak, jakby zupełnie go nie słuchała. – Zawsze, gdy przychodziłam na dwór i wiedziałam, że cię ujrzę, mój panie, czułam się tak, jakbym mogła... jakby nie było żadnych przeszkód ani brzemion... lecz dzisiaj to wszystko się zmieniło.
- Bo widziałaś, że kogoś zabiłem.
- Nie – odparła z takim przekonaniem, że Lyeiessowi odechciało się z nią polemizować. Zamknął się tylko i słuchał. – Nie, już wcześniej widywałam egzekucje z twojej ręki, gdy ojciec zmuszał mnie, bym... Bym przyzwyczajała się do roli Radnej. I wiem, mój panie, że wykonywanie tego przykrego obowiązku nie przynosi ci żadnej radości, to widać od razu, jeśli spojrzeć na twą twarz, a ja zawsze patrzyłam na ciebie, żeby nie musieć patrzeć na... I wtedy było łatwiej to znieść. – Oczy miała utkwione w rąbku swej sukni, ale mimo opuszczonej twarzy i tak było widać, że płacze. – A także dlatego, że wiedziałam, że to byli źli ludzie, że zawsze miałeś powód, by skazywać ich na taki los, i wiedziałam, że w pewien sposób było to miłosierne z twej strony, jako że pozostałe kary ci dostępne są... – Przeszedł ją wyraźny dreszcz, gdy otarła twarz wierzchem dłoni. Na jej rękawie pozostała mokra smuga. – Mój panie, ja wiem, na pewno, że tym razem też miałeś powód, bo zawsze go masz... Ale pani Rouse tylekroć witała u nas w domu, jadła z nami przy jednym stole i zwyczajnie... nie mogę... nie mogę wrócić do domu i patrzeć znów na te wszystkie miejsca, gdzie ona była, bez wizji tego, co widziałam tutaj... – Illa już zupełnie straciła kontrolę i teraz płakała jak dziecko, którym jeszcze tak niedawno była. – Mój panie, proszę... Muszę znać powód... powód jej śmierci, jeśli mam jeszcze kiedykolwiek móc myśleć o tobie bez strachu...
Lyeiess przełknął gorzką ślinę, zanim w końcu odrzekł: – Być może nie powinnaś móc myśleć o mnie bez strachu. – Czy była to suchość tego stwierdzenia, czy jego podtekst, Illa spojrzała nagle wprost na niego z takim bólem i smutkiem, że jedno zerknięcie wystarczyło, by osłabić jego determinację. A potem zdał sobie sprawę, że istnieje spora szansa, iż kiedyś – wkrótce? – Illa przejmie rolę swego ojca i rzeczywiście byłoby najlepiej, gdyby mogła myśleć o nim ciepło. Westchnął.
- Chodź więc – rzekł cicho. – Wejdźmy do środka. – Ale gdy otworzył drzwi swych komnat, w środku ujrzał Żyrafkę, tym razem z włosami zaplecionymi w luźny warkocz, który opadał jej swobodnie na drobne piersi uwięzione w gorsecie służebnej sukienki. Uniosła na niego głowę z udawanym zaskoczeniem – Lyeiess wiedział, że umyślnie guzdrała się z pracą, by nie skończyć przed jego powrotem, jak zazwyczaj – które zaraz przerodziło się w prawdziwe zdumienie, gdy ujrzała Illę nieśmiało wchodzącą do pomieszczenia z rumieńcami na twarzy.
- Fari, dziękuję, ale możesz udać się już na spoczynek – rzekł głosem nieznoszącym sprzeciwu. Służka patrzyła na niego jeszcze przez moment z czymś bardzo przypominającym smutek, ale książę był zbyt zmęczony, by przejmować się jej domysłami. – Dokończymy swą... rozmowę kiedy indziej.
Żyrafka skłoniła się głęboko i znów czym prędzej wybyła z komnaty. Lyeiess wskazał Illi krzesło przy stole, to samo, w którym nad ranem Ferther postanowił mu pomóc w zamian za obietnicę, że książę będzie go chronił. Lyeiess znów poczuł przypływ pogardy.
Illa przysiadła na samym brzegu i wpatrywała się w niego jak w obrazek szeroko rozwartymi piwnymi oczami, które natychmiast przywiodły mu na myśl martwy wzrok głowy Rouse. Coraz ciężej było mu oddychać. Jeśli powie Illi, co Sear wyprawiała z jego miastem, skąd może mieć pewność, że dziewka nie pobiegnie prosto do ojca i mu o wszystkim nie opowie? Nawet jeśli nie wiadomo, jak mógłby zareagować na to, że jego córka była sam na sam z księciem w jego komnatach. Chciałby móc wierzyć, że tylko na dobre by wyszło, gdyby Fond Veems usłyszał, że Rouse nie zginęła bez powodu, ale zbyt dobrze już znał tego człowieka – tak czy inaczej znalazłby sposób, by obrócić to przeciwko niemu. Lyeiess nie lubił podejmować takiego ryzyka.
- Illo, nie mogę ci przedstawić całej sytuacji – powiedział tak, jakby to było oczywiste, jednocześnie żywiąc cichą nadzieję, że to wystarczy, by nie dopytywała – ale Sear Rouse nie była wcale dobrym człowiekiem. Swoimi interesami żerowała na ludności Iao i nie mogłem pozwolić, by to się dalej toczyło. Dlatego gdy tylko dowiedziałem się o takim stanie rzeczy...
- Ale kto ci o tym powiedział? – wyskoczyła nagle i to pytanie było tak trafne, że jakiś głos w głowie Lyeiessa zaczął desperacko krzyczeć, że nie można jej ufać. Wymusił na sobie spokój, zanim w końcu odparł:
- Jej asystent, Ferther, przyszedł do mnie ogarnięty wyrzutami sumienia. – A gdy lekko przytaknęła, bez cienia zwątpienia brnął dalej w kłamstwo. - Bał się o swoje życie i chciał mojej ochrony, ale zanim zdołał przynieść mi dowody, jego najgorsze obawy się spełniły.
- Zginął? – szepnęła Illa. Książę skinął głową. – Co się stało z twoją ochroną?
Lyeiessowi zupełnie nie spodobał się jej ton i ponurym wzrokiem dał jej to do zrozumienia. – Skończyła w zatoce Vyirn razem z nim. – Illa opuściła oczy ku swoim kolanom i nie przerywała więcej. – Także sama widzisz, miałem najszczersze chęci dać Rouse sprawiedliwy sąd, na który zupełnie nie zasługiwała, mimo że wiedziałem, że Eleonora Vinorshe i twój ojciec mogliby wtedy łatwo uchronić ją przed karą i wszystko poszłoby na marne. Nie chciałem jej zabijać, ale nie dała mi wyboru, nie kiedy miałem podstawy podejrzewać ją o morderstwo na Fertherze i moich strażnikach. A jeśli istotnie pozbyła się go dlatego, że mi doniósł o jej czynach, to już od jutra z pewnością wszystko by zmieniła i nigdy bym nie zdołał jej ukarać, a ona mogłaby dalej dokonywać swoich niegodziwości bez przeszkód.
Dopiero poniewczasie zdał sobie sprawę, że powiedział nieco więcej niż miał zamiar, ale Illa w międzyczasie znów uniosła na niego spojrzenie i widział w nim jasno, że już bez wątpliwości spijała słowa z jego ust. Nie było już sensu kryć przed nią swoich uczuć.
- Dlatego nie obchodzi mnie, co Rada sobie o tym myśli albo jak bardzo będą próbowali obrócić to przeciwko mnie. Wiem, że to był jedyny sposób, by uwolnić Iao od jej niszczycielskich wpływów. – Westchnął ze zmęczeniem, odpinając miecz od pasa, by postawić go na jego stałym miejscu przy łożu. – Nie cieszę się, że zabiłem kobietę; cieszę się, że zabiłem podłotę.
Nagle poczuł na policzku chłodną dłoń; Illa pojawiła się przy nim, tak blisko, że czuł na piersi jej prędki oddech. Wspiąwszy się na palce, sięgnęła wargami do jego ust. Lyeiess zupełnie nie miał ochoty poddawać się w tej chwili żadnym kobiecym wpływom, ale nie miał też serca odpychać jej niewinnych, dziewczęcych zalotów po tym, gdy się przed nim otworzyła. Położył więc dłonie na jej ramionach, dając sobie możliwość delikatnego jej odsunięcia, ale zarazem nie opierał się, gdy przyciągnęła go do pocałunku. Dopiero gdy zarzuciła mu ramiona na szyję i stało się jasne, że oczekiwała czegoś więcej niż jedynie bliskości, ujął lekko jej podbródek, by go posłuchała.
- Illo, nie powinnaś o mnie zabiegać – szepnął. – Jeśli twój ojciec się dowie, oboje...
- Zbyt długo czekałam na tę chwilę, mój książę, by jej nie uchwycić – odparła równie cicho, patrząc mu prosto w oczy. I wtedy, gdy tak spoglądał w dół na tę dziewkę niższą od niego o dobrą głowę, uderzyła go w pełni świadomość, że przecież jest młodsza o sześć lat. Ledwie rok temu osiągnęła dorosłość, stała się kobietą. Teraz już prawie że obskakiwała własnego księcia, a jeśli on jej na to pozwoli, jego życie może się bardzo szybko, bardzo mocno skomplikować. Jej pozycja była dosyć szczególna i nie miał na myśli tego, jak przyciskała go do kolumienki łoża, wspierając się na nim całym ciałem, żeby nie musieć balansować na samych czubkach trzewików. Była jedną z niewielu szlachcianek w całym Iao wystarczająco wysoko postawioną, by w oczach arystokracji nadawać się na partnerkę dla księcia. W jego głowie przesuwały się po kolei wszystkie możliwości – jeśli pozwoli jej zabrnąć dalej w ten wieczór i ktoś się o tym dowie, a nie było Yevhego, którego mógłby postawić na warcie jak ranhońskiego ogara, Daonis Fond Veems stanąłby przed poważnym dylematem, czy bardziej zależy mu na pozycji córki, czy bardziej uważa Lyeiessa za niegodnego jakichkolwiek przywilejów i związków z jego rodem. Nie to, żeby Lyeiessowi zależało na jednym albo drugim. Jedynym sposobem, by temu wszystkiemu zaradzić, było zrazić do siebie Illę, a tego dokonać by nie potrafił – nie było w jego umyśle możliwości, by nie starać się ze wszystkich sił przynieść kobiecie szczęścia, tak samo jak nie potrafił nie dostrzec w każdej choćby odrobiny piękna.
Dlatego kiedy dziewczyna spojrzała na niego zmartwionym spojrzeniem i nieśmiało, z policzkami spłonionymi czerwienią, spytała: - Książę, co się dzieje? Dlaczego...? Czy na pewno ci odpowiadam? – a on nie mógł z pełnym przekonaniem, czy raczej w ogóle z żadnym przekonaniem, odrzec „Nie.”, poddał się i postanowił dać jej dokładnie to, czego chciała. A potem okłamywać samego siebie, że to nie jego wina, że oczekiwała czegoś innego.

- Skoro tak, Żyrafko, to dam ci dokładnie to, czego chcesz – oznajmiłem, zatrzaskując za nami drzwi stodoły. Spora beczka pełna ziarna okazała się doskonałym ryglem, zarówno dla tych, którzy chcieliby wejść tu z zewnątrz, jak i dla ciebie, gdyby przyszło ci do głowy uciekać. W środku nie panował zupełny mrok – słońce gorącego letniego dnia przeciskało się uparcie przez szpary między deskami – ale powietrze przepełniał ciężki, prawie że namacalny zapach wszechobecnego siana. W wiosce nie używaliśmy tej stodoły często, bo choć bardzo solidna, to jednak stała zbytnio na uboczu, a już na pewno nikt nie myślał o pracy, gdy na placu trwały weselne obrządki – i właśnie dlatego mogłem być pewien, że nie będziemy tu niepokojeni. Ściągnąłem mokrą od wody i potu koszulę.
Odwróciłaś się na dźwięk materiału uderzającego o kamienne podścielisko, szarymi oczami omiotłaś powoli całe moje ciało w niezwykle nęcący sposób, ale gdy zacząłem rozwiązywać również nogawice, mógłbym przysiąc, że dostrzegłem w twoim wzroku szczyptę strachu. Czyżbyś nie robiła tego wcześniej?
- Wiesz, że jestem księciem, prawda? – rzuciłem od niechcenia. Przytaknęłaś. – To dobrze. – Schwyciłem cię za kark i wpiłem się mocno w twoje usta, drugą ręką jednocześnie sięgając do twojej iście chłopskiej sukienki. W głowie delikatnie szumiało mi od wina, przepełniony sianem wiatr wywiewał ostatnie myśli. Położyłaś mi dłonie na ramionach tak, jakbyś chciała mnie odepchnąć, jakby to było dla ciebie za dużo, ale poza tym nie próbowałaś się opierać. Czyli zrozumiałaś swoją pozycję. To dobrze.

Illa jęknęła cicho, gdy wwinął palce w jej sprężynujące loki i przyciągnął ją do siebie z siłą, na którą już dawno sobie nie pozwalał. Mógłby przysiąc, że próbowała szepnąć coś z przestrachem, ale skutecznie uciszył ją pocałunkiem. Jej wargi smakowały wręcz nienaturalnie słono i Lyeiess przez moment zastanawiał się, czy nie doprowadził jej znów do płaczu – ale tylko przez moment. Potem myśli z głowy wywiał mu ciężki, gorący wiatr i nie miało już znaczenia, czy płakała, czy dopiero będzie płakać, i czy będzie to z bólu, czy z rozkoszy. Miał zamiar pokazać jej wszystkie płaszczyzny książęcej miłości i nie przejmować się, czy zdoła je przyjąć. Miał zamiar sprawić, że zrozumie swoją pozycję.
- Jeśli chcesz się cofnąć, teraz jeszcze możesz – rzekł cicho prosto w jej usta, ale nie spodziewał się, że przyjmie propozycję. Illa spojrzała mu w oczy załzawionym wzrokiem i przez moment myślał, że się pomylił, ale w końcu pokręciła głową. Przejechała palcem po jego wardze, zabierając się do dalszych pocałunków. Chwycił jej nadgarstek. – Odsuń się i zdejmij wierzchnią suknię. – A gdy rzuciła mu zaskoczone spojrzenie, dodał drwiąco: - W czym problem? Myślałaś, że skoro kocham się tylko z dziwkami i więźniarkami, to nie wiem, jak wygląda strój prawdziwej szlachcianki?
Zacisnęła wargi, ale zaczęła rozwiązywać gorset, wyraźnie czerwieniejąc na policzkach pod jego wzrokiem; Lyeiess odwrócił się więc, by nalać sobie wina. Wypił zawartość kufla jednym haustem i dopiero potem znów na nią spojrzał. Nie radziła sobie najlepiej.
- Myślałaś, że pokażesz mi nowe horyzonty? – kontynuował, zbliżając się do jej pleców. Przesunął dłonią w górę jej uda i mimo że nawet nie dotknął jej skóry, poczuł, jak drży. Przyłożył jej szorstką żuchwę do szyi. – Musiałabyś najpierw przyspieszyć. – Muskając wargami jej ucho, szarpnął za obie części jej gorsetu, jednocześnie rozluźniając wiązania do końca i zsuwając jej suknię z ramion. Illa odruchowo zasłoniła dłońmi swój wątły dekolt, mimo że materiał zsunął się głównie z jej pleców i zawisnął na jej zgiętych łokciach. Tyle jeszcze nauki przed nią.

- Książę... proszę... – szeptałaś mi prosto w wargi, gdy prędkimi, niecierpliwymi ruchami zdejmowałem ci sukienkę. Widziałem wstyd na twych policzkach i w twoich oczach, ale choć zupełnie się tym nie przejmowałem, nie próbowałaś się odsunąć. Czyżbyś już dostrzegła beczkę przy drzwiach? Czyżbyś wiedziała, że nie uciekniesz? Czy może perspektywa spędzenia nocy z księciem, nawet jeśli schłopiałym, podpitym i gwałtownym, przepełniała cię dotychczas nieznanym podnieceniem?
Nie zadałem ci ani jednego z tych pytań. Zdejmowania twojej sukni też prędko mi się odechciało. Zamiast szarpać za czerwone wstążki, którymi dzisiaj związałaś sukienkę na cześć młodej pary, sięgnąłem po rzemień na najbliższym snopku i rozsypałem siano po kamieniach. Drugą ręką przyciągnąłem cię do siebie i gdy położyłaś mi brodę na ramieniu, poczułem na szczęce wilgoć twoich łez. Spojrzałem ci w oczy. Przetarłem ci palcem po policzku i wardze, pozwoliłem ci zadrżeć, aż w końcu chwyciłem cię za żuchwę i pociągnąłem do głodnego pocałunku. Będziesz moja. Będziesz należeć do mnie. I nigdy o mnie nie zapomnisz.
- Na kolana – warknąłem. Nie ośmieliłaś się sprzeciwić, choć spłoniłaś się po same mysie włosy. Zawinąłem dłoń w twój warkocz i przycisnąłem cię sobie do uda. – Rozwiąż je do końca. – Drżącymi palcami poczęłaś rozplątywać rzemyki mych nogawic, a ja rozkoszowałem się twoim posłuszeństwem. Próbowałem wyobrazić sobie, że tak właśnie będzie wyglądać moje życie, gdy przejmę tron, ale nie czułem tego tak samo. Po co mi tron, kiedy mogę zostać tutaj.
- Wiesz, co robić – stwierdziłem bardziej niż spytałem, ale prędko przekonałem się, że jednak nie wiedziałaś. – Ręce za plecami. A teraz wielb go, dopóki nie przestanie ci się mieścić w ustach.

W jej szybko falującej piersi, rozwartych wargach i zaciśniętych do białości palcach Lyeiess jasno widział budzący się strach. Za włosy pociągnął jej głowę do tyłu, wpił się głodnymi wargami w jej odsłoniętą szyję, ale kątem oka dostrzegł, że miała wzrok utkwiony w drzwiach. Obrócił ją w drugą stronę.
- Och, proszę, mój panie... – jęknęła łamiącym się głosem. – Bądź...
- Milcz. – Natychmiast ucichła. Widać nie była wystarczająco przerażona, skoro potrafiła z taką łatwością powstrzymać budzące się szlochy. – Swą ostatnią drogę odwrotu straciłaś przed momentem. Teraz pokornie poddasz się swojemu umiłowanemu księciu – dodał z naciskiem. Drgnęła lekko, gdy przesunął dłonią po jej łonie. – I przestaniesz udawać, że ci to nie odpowiada. Tego w końcu właśnie chciałaś, prawda?
Przytaknęła głową na tyle, na ile pozwoliła jej jego pięść zaciśnięta na jej brązowych lokach.
- Słucham? – mruknął na wpół wesoło, na wpół gniewnie, sunąc wolnym palcem po jej odsłoniętych łopatkach.
- Tak – szepnęła pod nosem.
- Tak...? – Na próżno usiłował uciszyć prymitywną radość ze znęcania się nad nią. A potem przestał próbować. – Tak, co?
- Tak, mój książę...
- Ano. Cieszę się, że się rozumiemy. – W nagrodę ucałował jej policzek wręcz z uczuciem. – Ręce na stół. – Przesunął dłoń na jej plecy, żeby upewnić się, że dobrze się ustawi. Włosy rozrzuciły jej się po jasnej skórze, zlewając nieco z bordową suknią. Czerwone wstążki zwieszały jej się po obu stronach talii.

Zakrztusiłaś się po raz kolejny. – Mówiłem, żebyś nie prosiła o pomoc. – Rytmicznie rżnąłem ci usta, pozwalając ci odsunąć się tylko na tyle, ile ci było potrzebne, żeby się nie udusić. Jeśli coś ci nie odpowiadało, nie próbowałaś tego zakomunikować. Dłonie, które już jakiś czas temu przeniosłaś zza pleców na moje uda, zamiast usiłować mnie odepchnąć, owinęłaś na mojej męskości, niby żeby sobie pomóc. Wiedziałem, że tak naprawdę chciałaś tylko mnie skrócić. Może istotnie przestałem ci się już mieścić w ustach.
Podniosłem cię w ramiona; owinęłaś mi uda wokół bioder, mocno, jakbyś bała się, że cię upuszczę, choć w istocie miałem wszystko pod kontrolą. Spoczęliśmy oboje na szczycie stosu siana. Uniosłem się lekko, tylko na tyle, żeby móc podciągnąć ci rąbek sukienki. Westchnęłaś gwałtownie, gdy wsunąłem dłoń pod spód.
- Ach, książę, na miłość twoją, nie... – Przyłożyłem ci dłoń do ust, zanim mogłaś dokończyć, dokładając ci kolejną porcję wilgoci na policzkach. Wciągnęłaś powietrze jakby ze zdumieniem.
- Mam nadzieję, że miałaś zamiar prosić mnie, żebym nie przestawał? – spytałem bardziej niż stwierdziłem, a ty usłużnie przytaknęłaś. – Cieszy mnie to niezmiernie.
Pochyliłem się ku twojej szyi, wpiłem ci się mocno w skórę, zostawiając ślady wszędzie, gdzie się zatrzymałem. Wciąż z moją ręką na ustach odchyliłaś głowę do tyłu, choć dłoń miałaś mocno zaciśniętą na moim nadgarstku. Chyba sama nie wiedziałaś, czy ci się to podoba, czy nie.

Gdy schylił się, by podciągnąć rąbek jej sukni, zrobiła taki ruch, jakby chciała rzucić się do ucieczki, ale wytrwała. W nagrodę już bez znęcania się nad nią podwinął jej spódnicę aż spoczęła w kłębach na jej talii. Illa oddychała ciężko, przerywanymi haustami, gdy wiódł wargami w górę jej nagich ud, podniósł się i w końcu stanął za nią.
- Przyciśnij się do mnie. – A gdy usłuchała, upewnił się, że czuła jego twardą wypukłość nawet przez skórę nogawic. – Wolisz, żebym dotykał ciebie czy od razu uwolnił siebie?
Odpowiedziało mu jedynie ciche kapanie.
- Illo? Płaczesz? - Schwycił ją za szczękę i podciągnął do pionu, znów plasując twarz przy jej szyi. – Nie ma zupełnie czego się bać... – szepnął jej do ucha, drugą ręką sięgając w dół. Zachłysnęła się powietrzem i przymknęła powieki, a łzy spłynęły jej po policzkach. Zacisnęła mocno dłoń na jego nadgarstku. – Pokażę ci jedynie, co to znaczy pragnąć księcia.
Wyraźnie próbowała tłumić jęki, gdy odnajdywał palcami takie zakamarki, których, sądząc po jej reakcjach, nawet sama dotychczas nie dotykała. Jeśli Daonis Fond Veems wmawiał jej przestarzałe przesłanki, że ma być „czysta” dopóki nie znajdzie swojego prawdziwego partnera, to... cóż, przynajmniej jedno z nich się mocno przeliczyło. Ciekawe tylko, czy Illa próbowała być cicho, by zadość się stało jego wcześniejszym poleceniom, czy po prostu bała się, że ktoś ich usłyszy przechodząc za drzwiami. Lyeiess uśmiechnął się do swoich myśli. I tak nikt nie odważyłby się wejść do jego komnat bez pozwolenia.
- Sprawdźmy więc, ile zdołasz mnie przyjąć. – Wziął koniuszek jej ucha w wargi, zanim popchnął ją z powrotem na stół, odejmując już zupełnie mokrą rękę od jej łona. Spojrzenie, które rzuciła mu przez ramię, zdradzało zarówno strach przed bólem, podniecenie perspektywą bycia otwartą, a także tę jej nieszczęsną miłość, której jeszcze nie zdołał jej wyperswadować.

Przylgnęłaś do mnie każdym skrawkiem ciała, którym tylko mogłaś, przyjęłaś mnie z wyraźną rozkoszą, choć przerywaną bólem. Czułem, jak po udzie cieknie mi twoja krew, ale nie obchodziło mnie to. Byłaś tak ciasna, że nie potrafiłem tego z niczym porównać, i jeśli jeszcze jakikolwiek skrawek rozsądku pozostał w mojej głowie, teraz już go nie było. Stałem się w tej chwili niczym więcej aniżeli zwierzęciem wiedzionym prymitywnym popędem i nic nie mogło tego już zmienić.
Twoje jęki rozsadzały mi czaszkę; w piersi brakowało tchu. Wbijałaś mi paznokcie w plecy, uwieszona mnie jak zbawiciela, mimo że wyraźnie byłem czymś zupełnie przeciwnym, i z trudem powstrzymywałaś krzyki. A ja uderzałem w ciebie coraz szybciej, coraz mocniej, zapominając się w tej rozkoszy, której sam dotychczas nie zaznałem nawet w pobliżu wystarczająco wiele.
- Och, książę, mój książę... – piszczałaś, żeby tylko nie wrzeszczeć, usiłując jednocześnie zatopić palce w moich włosach i odgarnąć swoje z twarzy. Wpiłaś się w moje usta, ale do mnie dotarło to dopiero wtedy, gdy wsunęłaś mi język między wargi. Zassałem go na moment, po czym uniosłem się na kolana, upajając wzrok twoją półnagą formą rozciągającą się przede mną na sianie. Zakryłaś rękami czerwoną twarz, jakbyś nie chciała patrzeć na mnie, gdy robię ci takie rzeczy, ale mi zupełnie to nie odpowiadało.
- Patrz na to – warknąłem i pociągnąłem ci głowę za kark, zmuszając cię, byś ujrzała dokładnie, jak wsuwam się w twoją do niedawna dziewiczą kobiecość. Usłuchałaś, przez chwilę, potem jednak uniosłaś na mnie swój błagalny wzrok, ale zaraz opadła na ciebie fala rozkoszy i z przeciągłym, ledwo tłumionym krzykiem i przymkniętymi powiekami pozwoliłaś głowie opaść z powrotem do tyłu. Przeniosłem ci więc dłoń z karku na szyję i zacisnąłem palce, aż ty nie zacisnęłaś się na mnie, wpatrując mi się prosto w oczy z nowo obudzonym przerażeniem.
- Krzycz moje imię, gdy szczytujesz – rozkazałem, rozluźniając nieco uścisk; i już za chwilę moją nagrodą było przesłodkie „Lyeiess, Lyeiess, och, Lye...” urwane kolejnym wrzaskiem rozkoszy. Łzy spływały ci po policzkach.

Mimo jego najszczerszych starań i sporej ilości śliny nie zdołał pokonać wejścia od pierwszego razu, być może dlatego, że dziewczyna zacisnęła się na nim tak mocno, że w którymś momencie nie mógł poruszyć się ani w jedną, ani w drugą stronę. Dał jej więc chwilę spokoju, jedynie sunąc dłońmi po wszystkich odsłoniętych częściach jej ciała, szukając jeszcze podatnych miejsc, ale nie wyglądało na to, żeby miała się rozluźnić w najbliższym czasie.
- Illo, czy nie mówiłem ci przed chwilą, że nie ma się czego bać? – rzekł znów, nieco spokojniej, schylając się ku jej ramionom. Jej jedyną reakcją było to, jak przycisnęła do niego rozgorzały policzek. Powieki miała mocno zaciśnięte. Lyeiess składał jej na szyi delikatne pocałunki, ale gdy to nie odnosiło oczekiwanego efektu, w końcu wbił jej zęby w ramię. Ugięła się z głośnym jękiem i wtedy pchnął.
- Oooch, mój książę...! – krzyknęła Illa, gdy w końcu wsunął się w nią w całości, a on już zupełnie nie potrafił stwierdzić, jakimi uczuciami podszyty był jej głos. Z drugiej strony, nie miało to dużego znaczenia w tej chwili.
Illa nie krwawiła, co zaskoczyło go na wystarczająco długo, by dziewczyna złapała oddech na nowo. Opierała się teraz ciężko na stole, a sądząc po jej drżących rękach, z trudem pilnowała się, by nie opaść na łokcie. Nie zamierzał jej tak dłużej maltretować.
- Połóż się na nim, jeśli potrzebujesz – szepnął, a ona natychmiast skorzystała z pozwolenia i przycisnęła twarz do stołu. – Rozstaw nogi nieco bardziej. Unieś biodra. Właśnie tak. Będzie ci bardzo dobrze.
Z początku chyba niezbyt się z nim zgadzała, ale poruszał się z wystarczającym wyczuciem, by wkrótce pojękiwała z cicha z powoli budzącej się przyjemności. Zwinięta na stole, obróciła ku niemu twarz, wpatrując się w niego tak uległym i pełnym uczucia wzrokiem, że Lyeiess nie mógł tego znieść. Niby mimochodem odwiązał szarfę, którą dziewczyna przewiązała suknię w talii i założył jej ją na oczy; pociągnąwszy za końce jak za lejce, zmusił ją do odrzucenia głowy do tyłu. Jej jęki momentalnie przybrały na sile. Lyeiess wolną rękę położył jej na biodrach, pomagając sobie nieco w coraz to bardziej rytmicznych ruchach, a Illa jęczała i poddawała mu się bez żadnych sprzeciwów.

Palce miałem mocno zaciśnięte na twoich udach, gdy przyciągałem cię do siebie, ale na zdradliwym sianie ciężko było znaleźć właściwe oparcie i nie mogłem rozwinąć takiej prędkości, jaka była mi potrzebna do pełni szczęścia. Ty, zatopiona we własnej rozkoszy, nawet nie zauważyłaś mojego dylematu, dopóki się z ciebie nie wysunąłem.
- Ależ ciebie łatwo zaspokoić – mruknąłem, patrząc, jak z trudem unosiłaś się na łokciach, próbując zogniskować na mnie wzrok przez mgłę podniecenia. – Szczególnie jak na dziewicę. Nie powinnaś się czuć tak dobrze, wiesz o tym, Żyrafko?
Nie odpowiedziałaś. Chyba nie do końca docierało do ciebie, co mówiłem.
- Odwróć się. Unieś biodra. – Odgarnąłem włosy klejące mi się do czoła, gdy ochoczo spełniałaś polecenia. Zdążyłaś wziąć dwa głębsze oddechy, zanim powiedziałem: - Mam nadzieję, że jesteś gotowa. Nie mam zamiaru na ciebie czekać. – I znów wbiłem się w ciebie aż po same jądra, posyłając cię z krzykiem na siano. Rżnąłem cię tak mocno, że z trudem utrzymywałaś twarz nad suchymi, miejscami nawet ostrymi źdźbłami, których obecność w oczach była raczej niewskazana.
- Lye, nie, proszę, o bogowie, zabijesz mnie... – Z całego opętanego przez podniecenie bełkotu wylewającego się z twoich ust docierało do mnie jedynie co drugie słowo, ale choć mój umysł zdołał zarejestrować, że błagasz o litość, moje ciało zupełnie nic sobie z tego nie robiło. Byłem już całkowicie skupiony na własnej przyjemności i dążyłem do niej teraz bez względu na wszystko. Jak przez mgłę poczułem na udzie twoje palce, ale za żadne skarby nie umiałem określić, czy próbujesz mnie odepchnąć, czy przyciągnąć. Twoje ogłuszające krzyki rozsadzały mi czaszkę, zlewały się ze żwawym tętnieniem krwi i desperackim biciem przemęczonego serca. Odczucia twego ciała rozlewały się wszechogarniającą falą po całym mnie, mimo że czułem, jak drętwieją mi dłonie, kolana, męskość. Spełnienie przyszło zupełnie nieoczekiwanie, uderzyło mnie w pierś z taką mocą, że zupełnie odebrało mi dech w piersiach i przez moment zapomniałem, kim jestem i gdzie jestem. Gdy do siebie doszedłem, byłem rozciągnięty obok ciebie na sianie, które kleiło się nieprzyjemnie do kropel potu okrywających kobiercem całe moje ciało. Ty znalazłaś schronienie w zgięciu mego łokcia, do którego lgnęłaś z podwiniętymi, wciąż trzęsącymi się nogami.
- Nie ma czasu odpoczywać – mruknąłem, gdy w końcu odzyskałem oddech. Przez szpary między deskami płynęło rześkie wieczorne powietrze. W oddali wciąż słychać było odgłosy muzyki i radosnych ludzi. Najwyraźniej nikt nie zauważył, że kogoś brakuje.
Na moje słowa uniosłaś się z lekkim trudem; twoim ciałem wstrząsały ciągłe dreszcze, czy to z zimna, czy z jeszcze niezakończonej rozkoszy. Odgarnąłem ci niesforne kosmyki z twarzy, zaraz zanim znów zatopiłem palce w twych włosach. – Naprawdę myślałaś, że już z tobą skończyłem? Żyrafko, noc jeszcze młoda. – Wiedziona moją ręką, przylgnęłaś mi do piersi i poczęłaś wargami poszukiwać najprzyjemniejszych miejsc. – Powiedz mi więc, co jeszcze chcesz, żebym ci dzisiaj zrobił.

Kiedy wreszcie ugięły się pod nią kolana, Lyeiess był już zaspokojony, ale dopóki pozwalała mu na to wyćwiczona wytrzymałość, nie miał zamiaru przestawać pokazywać Illi kolejnych poziomów przyjemności. Oparł jej na wpół bezwładną formę o łoże i dopiero gdy w odpowiedzi na pieszczoty zacisnęła palce na jego bawełnianej pościeli, znów wbił w nią swoją na nowo tężejącą męskość. Jego drugie wejście przeszło bez nie mniejszej odpowiedzi niż pierwsze, ale tym razem nie przeszkadzał jej reagować tak, jak tylko chciała. Illa oparła więc głowę na ręce i patrzyła na niego przez ramię, a on obserwował zmiany na jej twarzy, gdy zagłębiał się w nią coraz bardziej i dokładniej.
- Mój książę, ja... – próbowała z siebie wydusić, ale Lyeiess nigdy się już nie dowiedział co, bo właśnie w tej chwili zwilżonymi palcami sięgnął do jej łechtaczki i Illa momentalnie stała się zupełnie inną dziewczyną. Wypchnąwszy ku niemu biodra, jęknęła z nową siłą, a on z dumą pieścił ją dalej, wbijając się w nią bez żadnych oporów tak głęboko, jak dotychczas go jeszcze nie wzięła. Nie powstrzymywał uśmiechu przerywanego jedynie przez podniecone sapnięcia, przepełnione zdumieniem, gdy zdał sobie sprawę, że ta drobna szlachcianka będzie pierwszą kobietą od lat, która doprowadzi go do drugiego szczytu w ciągu jednego wieczoru.
Spięła się pod jego palcami, zaskakująco prędko, i wcisnęła twarz w pościel, próbując bezskutecznie zdławić najsłodszy jęk, którym go dotychczas uraczyła. Ścisnęła go przy tym tak mocno, że wybiła go z rytmu, ale już przy kolejnym pchnięciu i on to poczuł – ciężkie spełnienie, przytłaczające wręcz, które przycisnęło go swoją siłą do jej gorących pleców, gdy oparł się na brzegu łoża, z trudem utrzymując równowagę. Zakręciło mu się w głowie. Nogi mu drżały.
Gdy fala opadła, przesunął językiem po wyboistych liniach jej kręgosłupa, podczas gdy Illa zsunęła się z niego z wyraźną ulgą i opadła na posadzkę obok. Nie wyglądało na to, żeby którekolwiek z nich miało się gdziekolwiek ruszyć w najbliższym czasie. Lyeiess zaczął żałować, że odprawił Fari – tylko dlatego, że brakowało mu jej teraz, by podała mu wino.
- Przepraszam, mój książę – szepnęła Illa nieskończenie zmęczonym głosem, a on spojrzał na nią ze zdumieniem. Ona przeprasza? – Miałeś rację, a ja nie słuchałam.
Lyeiess pozwolił przebrzmieć temu zdaniu, którego słodycz od zawsze chciał usłyszeć - najbardziej z ust któregoś z Radnych, ale wiedział, że nie może mieć wszystkiego – zanim w końcu zapytał: - W czym?
- Że nie powinnam o ciebie zabiegać.
Lyeiess parsknął śmiechem tak nagle, że dziewczyna wyraźnie się zgorszyła. Nie miał sił się tym przejmować; jego wyczerpanie osiągnęło taki poziom, że nawet go nie czuł, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że gdy tylko się położy, cały świat się spod niego osunie jakby go tam nigdy nie było.
- Mam więc rozumieć, że nie zdołałem cię zaspokoić? – szepnął jej znów na ucho, przesuwając znów dłonią w dół jej mokrego uda, jeszcze nie zasłoniętego suknią. Sapnęła.
- Wręcz przeciwnie, mój książę – odparła – zrobiłeś to zbyt dobrze, zbyt mocno. Nie potrafię sobie wyobrazić życia, w którym potrafiłabym to znieść każdej nocy...
Lyeiess ukrył uśmiech w jej włosach, gdy szukał dostępu do jej szyi, a palcem delikatnie zahaczył o jej łechtaczkę wysuwając dłoń spomiędzy jej ud. I choć ledwie jej dotknął, Illa wygięła się w łuk z kolejnym, ostatnim jękiem rozkoszy, a w następnej chwili z trzaskiem otworzyły się drzwi komnaty. Lyeiess obejrzał się nad brzegiem łoża i w progu ujrzał gotującego się ze wściekłości Fond Veemsa, równie czerwonego na twarzy, co jego córka jeszcze jakiś czas temu.
- Ups – szepnęła Illa ku rozbawieniu Lyeiessa, po czym zaczęła pospiesznie porządkować suknię. Księciu nie chciało się podnosić, by czekać, aż Fond Veems znajdzie język w ustach, więc tylko przyglądał mu się ciekawie przez ramię. Za jego plecami dostrzegł Yevhego, który wzruszał właśnie ramionami z takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć „Starałem się, ale...”
- Co tu się dzieje?! – wybuchł w końcu Daonis, kiedy Illa już wstała i teraz zawiązywała szarfę w talii. – Illa... Czy ty naprawdę... Czyś ty zupełnie ogłupiała?! Co twoja matka powie?! Masz jakiekolwiek pojęcie, jakie mo...
Lyeiess postanowił przerwać mu wpół słowa, zanim się dobrze rozpędził. – Ale skąd ci wpadł do głowy pomysł, że wolno ci wejść do moich komnat bez pozwolenia?
Wyraźnie wybił Fond Veemsa z rytmu, bo ten, zamiast zastanowić się nad odpowiedzią, wygadał nagle całą prawdę. – Rozmawiałem z tym twoim adiutantem, żeby mnie tu wpuścił, gdy usłyszałem jęk Illi, i...
- Rozpoznałeś głos swojej własnej córki, gdy jęczała z rozkoszy? Jak? – Lyeiess pokręcił głową. – Zresztą, nie. Zrobię ci uprzejmość i udam, że tego nie słyszałem. Ale na przyszlość, mój drogi Daonisie, powinieneś bardziej uważać, bo może się jeszcze okazać, że kiedyś skończysz jak Sear Rouse.

sobota, 14 stycznia 2017

[Marvel] Razem (Pietro x Wanda Maximoff)

Z komory naświetlań dobiegała cała symfonia bólu i krzyków: na tle wysokiego pisku odcinały się wrzaski jego siostry, przerywane gdzieniegdzie z trudem tłumionymi szlochami i różnie zabarwionymi żądaniami, że:
- Chcę do mojego brata! Dajcie mi zobaczyć się z bratem!
Nie padła na to żadna odpowiedź od eksperymentatorów. Pietro mógł sobie doskonale wyobrazić, jak stoją tam niewzruszeni patrząc jedynie w swoje notatki, minutniki, ekrany. Zacisnął palce na kratach w okienku swojej celi, poważnie zastanawiając się, czy gdyby uderzył w nie ramieniem z pełną prędkością, to by się poddały, czy tylko bezsensownie wybiłby sobie bark? Doszedł do wniosku, że pewnie to drugie. Wtedy znów dotarł go krzyk bólu Scarlet, gdy porazili ją prądem, i ogarnęło go takie uczucie beznadziei i bezsilności, że całkowicie odebrało mu siły; opadł na kolana na twardą posadzkę i skrył twarz w dłoniach.
Po długim, bardzo długim czasie, wszystko ucichło. Scarlet pewnie właśnie w tej chwili wisiała na swoich więzach na lekko uniesionym stole, łapiąc oddech po kilku prawie zawałach serca, próbując opanować rozdzierający ból głowy. Pietro doskonale znał ten moment. Strucker kazał zabierać ich na zmianę co kilka dni na sesje naświetlań, podczas których jego naukowcy robili wszystko, żeby ich złamać – strach i ból podobno pomagały osiągnąć dobre wyniki. Być może dzięki temu Pietro i Scarlet wciąż żyli. Albo może dlatego, że krew w ich żyłach nie była zwyczajna sama z siebie. W końcu postanowili poddać się tym eksperymentom właśnie po to, by zwiększyć swoje moce; a poniekąd też dlatego, że mieli dach nad głową i pełne żołądki. Mimo wszystko Pietro zastanawiał się, czy Scarlet żałowała tej decyzji tak samo, jak on. Żadne z nich nie spodziewało się, że ich rozdzielą. Niby byli w sąsiednich celach, niby udało im się wyłuskać w ścianie wystarczająco dużą wyrwę, żeby mogli dotknąć się opuszkami palców, niby rozmawiali każdego dnia... ale to jedynie bardziej przypominało im, jak daleko tak naprawdę są.
Zerwał się na równe nogi, gdy usłyszał, że prowadzą ją z powrotem do celi. Musiał ją zobaczyć, upewnić się, że żyła, że nic się jej nie stało... W końcu ją dostrzegł. Powłócząc nogami, szła na wpół ciągnięta przez strażników, gdy jeden z lekarzy dreptał obok, licząc jej tętno. Głowa co chwila opadała jej na pierś, jakby była zbyt ciężka, by ją unieść.
- Scarlet... – wyrwało mu się z bólem. Na dźwięk jego głosu Wanda poderwała twarz i spojrzała wprost na niego.
- Puśćcie mnie! – wrzasnęła z zupełnie nową siłą. Strażnicy mieli poważne problemy, by utrzymać ją w miejscu. Z drugiej strony korytarza już słychać było tupot stóp kolejnych. – Chcę do Silvera! Natychmiast dajcie mi się z nim zobaczyć!
- Scarlet! Uspokój się, proszę... – błagał ją przez to niewielkie okienko, ale nie był nawet pewien, czy go słyszała ponad hałasem własnych wrzasków, okrzyków strażników i nawoływania lekarza, dyrygującego nimi, by ją opanowali. W czyjejś ręce błysnął paralizator, gdzieś indziej ktoś wyjął pałkę. Scarlet też musiała to dostrzec, bo nagle wpadła w ten sam szał, który znał bardzo dobrze z czasów, gdy byli dziećmi.
- Nie! Wanda, nie rób tego! – krzyczał, ale bezskutecznie. Scarlet z rykiem wściekłości odrzuciła od siebie tych strażników, którzy dotychczas ją trzymali, po czym ruchem ręki cisnęła jednym z nich o ścianę. Palce drugiej dłoni przyłożyła do czoła lekarza, który właśnie próbował jej wstrzyknąć coś na uspokojenie – mężczyzna opadł na ziemię, zwinął się w kulkę i kiwał się w przód i w tył szarpiąc się za włosy. Strzykawka z jego dłoni niby to sama z siebie poszybowała ku jednemu ze strażników i wbiła mu się w tętnicę; z odłączonej igły siknęła jasnobarwna krew, szkarłatem tak podobna mocom Scarlet, że przez moment nie sposób było odróżnić, co dokładnie wisiało w powietrzu.
- Scarlet! Przestań, proszę, posłuchaj mnie! – Z każdym strażnikiem, który bezwładnie padał na podłogę, Pietro coraz bardziej bał się, że nie będą już próbowali jej pojmać, a po prostu zastrzelą ją z daleka jak wściekłego psa. Złapał w swoim własnym mózgu myśl, że Scarlet rzeczywiście do złudzenia przypomina teraz wściekłego psa i już tylko, zamiast do niej krzyczeć, oparł się czołem o kraty i zacisnął powieki. Po jego policzkach natychmiast spłynęły ciepłe łzy.
Coś świsnęło w powietrzu. Rozległ się przeszywający wrzask Scarlet. Silverowi serce zatrzymało się w piersi. Jej krzyk jednak nie ustał ani nawet nie ucichł, tylko trwał tak wściekle przy akompaniamencie kroków biegnących w jej kierunku. W końcu Pietro zmusił się, by otworzyć oczy. Strażnicy wystrzelili w Scarlet jakąś misterną, skomplikowaną siatkę, która owinęła się wokół niej jak bandaż, a zanim Wanda w swoim stanie umysłu zdołała znaleźć sposób, by ją z siebie zdjąć, strażnicy już ją obskoczyli i związali tą siecią jak baleron. A gdy zdała sobie sprawę, że nie ma sensu dalej walczyć, odprowadzili ją do celi. Nawet nie spojrzała w kierunku Silvera.

Po czasie, który dla Silvera był całymi wiekami, gdy zniknęły promienie światła wpadające przez małe okienko, a zamek pogrążył się w ciszy... w końcu coś ruszyło. Pietro spędził cały dzień przy dziurze w ścianie, wypatrując choć odrobiny czerwieni, ale Scarlet musiała zwinąć się w jakimś kącie, w którym nie była widoczna i nie ruszać się ani o cal. Silver nawoływał do niej przez pierwszą godzinę, ale gdy nie usłyszał nawet głębszego oddechu w odpowiedzi, dał sobie na spokój.
W końcu jednak przyszli. Strażnik otworzył drzwi jego celi jednym zamaszystym ruchem, a sam Strucker wkroczył do środka. Pietro przysięgał sobie, że gdy tylko otworzą drzwi, wyrwie się stamtąd choćby i samą siłą nienawiści, ale gdy go zobaczył, czuł jedynie zaskoczenie. Od ich pierwszego, wspólnego naświetlania, kiedy to przekonał się, że ich nowa formuła działa, Strucker nie pojawił się nawet w ogólnej okolicy ich obojga. Skoro stawił się osobiście teraz, musiało stać się coś poważnego. Zaskoczenie w ułamku sekundy przerodziło się w przerażenie. Silver zerwał się na równe nogi szybciej niż ktokolwiek mógłby dostrzec, i podskoczył do Struckera.
- Czyzmojąsiostrąwszystkowporządku? – wyrzucił z siebie, ale Strucker przeraźliwie powolnym w jego oczach ruchem odsunął go od siebie na wyciągnięcie ręki. Silver odstąpił krok, z trudem opanowując przyspieszony ze strachu oddech.
- Wandzie nic nie jest – odparł Strucker swoim spokojnym głosem. Silvera szlag trafiał za każdym razem, gdy musiał czekać całą wieczność na jego kolejne słowo. – Poza tym... że coś się w niej złamało. Przestała reagować na jakiekolwiek bodźce. Jeśli jej szybko z tego nie ockniemy, całe nasze wysiłki pójdą na marne.
Oczywiście, że to tym się przejmujesz, sukinsynu, pomyślał od razu Pietro, ale nie podzielił się swoimi przemyśleniami ze Struckerem. Ten spojrzał na niego badawczo znad okularów, długo, jak zawsze, aż w końcu powiedział to, co Silver chciał usłyszeć od tak dawna:
- Teraz zabierzemy cię do niej. Być może spotkanie z tobą ją z tego wyciągnie.
Każdy krok trwał godzinę. Silver czuł, jak coś wewnątrz niego buzuje, by się wydostać, by popędzić do celi obok i w ułamku sekundy znaleźć się przy siostrze. Jedynie przeświadczenie, że gdyby coś takiego zrobił, mogłoby im wpaść do głowy ukarać też jego i nigdy by już nie zobaczył Scarlet, pozwoliło mu utrzymać to w ryzach. Minęła kolejna wieczność zanim w końcu stanęli przed drzwiami do jej celi. Strucker wydawał mu jakieś instrukcje, ale jego flegmatyczny głos niknął gdzieś w tle wraz z odległym buczeniem maszyn i nawoływaniami strażników. W końcu jednak otworzyli drzwi. Nagle cała szybkość z niego uszła i zupełnie zwyczajnym tempem wkroczył do celi Scarlet.
Wciąż spętana dziwaczną siecią, siedziała oparta o zagłówek łóżka i jedynie wpatrywała się pustym wzrokiem w przestrzeń, czy może jakąś niewidzialną scenę, którą rozgrywała w głowie. To było tak, jakby wyrwała sobie serce. Patrzyłam, jak gasła... Którejś nocy położyła się i już nigdy nie wstała. Pietro wytrząsnął głos Mamy z głowy. Kiedy to wszystko wzięło w łeb? Doskonale wiedział kiedy; łatwiej jednak było o tym nie myśleć niż zmierzyć się ze wspomnieniami.
- Scarlet? – szepnął, zbliżając się do niej wręcz boleśnie powoli. Nie chciał jej spłoszyć. Mimo że zdawał sobie sprawę, jak idiotycznym jest tak myśleć, Scarlet do złudzenia przypominała spętane, przerażone zwierzę i dosłownie nie chciał jej spłoszyć. Mogłaby zrobić sobie krzywdę. Albo jemu. – Scarlet, to ja.
Nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła; zawinięta w sieć, wciąż patrzyła się ponuro w dal jakby go tam w ogóle nie było. Do pełnego obrazu nieszczęścia brakowało tylko, żeby się kiwała w przód i w tył, ale być może to po prostu pęta ograniczały jej ruchy. Nie zareagowała nawet głębszym oddechem, gdy zaczął ją wyplątywać z sieci i mocnymi, prędkimi szarpnięciami rozrywać włókna tam, gdzie nie mógł znaleźć końcówek. Teraz widział, że wiele z nich pękło pod wpływem jej własnych wcześniejszych prób, ale usiłowała się wyrwać zbyt chaotycznie. Na tę sieć był sposób, i gdy Pietro go znalazł, wyciągnął z niej siostrę w ciągu kilku sekund.
Wtedy dopiero Scarlet uniosła na niego wzrok tak, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu. Pietro ujął jej dłonie, ucałował jej palce, a ona przesunęła opuszkami po jego szorstkim policzku.
- Silver... – szepnęła z takim bólem w głosie, że Pietro nie chciał już nigdy jej zostawiać samej. Przygarnął ją do siebie aż przylgnęła do jego ramion, skamląc jak samotne szczenię.
- Nie, nie, Scarlet, kochana, nie płacz, już jestem, jestem tutaj – powtarzał, gdy ona próbowała jedynie nie szlochać za mocno, tak przyciśnięta do jego piersi, że ciężko mu było oddychać, a serce miał ściśnięte.
- Ale niedługo znów cię zabiorą – łkała. – A ja znów będę musiała kogoś... O mój Boże, zabiłam kogoś, prawda? Ktoś zginął, gdy ja... – Jej dalsze słowa zagłuszyły desperackie, rzężące oddechy. Silver ujął jej ramiona i skierował na siebie jej twarz, żeby go posłuchała, gdy szeptał słowa otuchy. Scarlet w końcu opanowała swój oddech i od razu wróciła do płaczu. – Dlaczego my to zrobiliśmy, Silver?... Znaczy, wiem dlaczego, oczywiście, ale dlaczego my to zrobiliśmy?
Pietro nie miał dla niej żadnej odpowiedzi, więc tylko tulił ją dopóki nie przycichła. Jak wiele złych decyzji, ta również wydawała się jedynym słusznym wyborem w ich ówczesnej sytuacji... Dwie sieroty na ulicy, w samym środku wojny, która już odebrała im całe życie, a i tak chwytała coraz więcej?... Tyle że nikt im nie powiedział, że ich rozdzielą.
Scarlet w końcu się uspokoiła – pięści, które zaciskała na jego bluzie, rozluźniły się i opadły, jej oddech powoli się wyrównał. Zwiotczała w jego ramionach jak lalka, wspierając się na nim kompletnie, aż Pietro musiał ją wciągnąć sobie na kolana, żeby nie leżała na chłodnej podłodze. Cierpliwie czekał, aż znów się odezwie, kołysząc ją lekko w ramionach.
Scarlet jednak milczała, nawet gdy podniosła się do pionu i wpiła głęboko w jego usta. Pietro przygarnął ją bliżej; nagle w pełni przypomniał sobie, jak bardzo za nią tęsknił. Jej palce zaciskały my się na ramionach, gdy usiadła na nim okrakiem, a jej zszargane włosy zakryły ich twarze przed wścibskimi spojrzeniami kamer. Przez moment w jego świecie nie istniało nic poza siostrą i jej spękanymi wargami, i jej wąską talią, i jej miękką skórą. Nie oparła mu się nawet gdy bezczelnie wsunął dłonie pod jej szarą prostą tunikę, pod jej szarą prostą bieliznę, do jej... Scarlet całowała go tak mocno i zachłannie, że ciężko mu było oddychać, ale myśl o niedotlenieniu była równie prędka, co jego sprint, i zniknęła mu z głowy w ułamku sekundy.
A potem zaczął się ból – czuł, że rozsadza mu czaszkę, jakby ktoś ściskał mu skronie w imadle w tym samym czasie, gdy obrzęknięty mózg próbował się wydostać na zewnątrz; Scarlet z szaleństwem w oczach pozwalała czerwonemu dymowi ściekać z palców i opanowywać jego głowę. Pietro szarpnął się słabo. Chciał krzyczeć z bólu, ale z rozwartego gardła nie wydobyło się nawet piśnięcie. Siostra miała nad nim całkowitą kontrolę, a on mógł tylko mieć nadzieję, że opamięta się zanim go zabije.
- Scarlet... – wychrypiał, ale w to jedno słowo musiał włożyć tyle siły, że czuł, że zdarł sobie struny głosowe.
- Ćśś... – szepnęła ona tylko, prosto w jego usta, znów zatapiając się w pocałunku, choć szeroko rozwartymi oczami obserwowała dym jak zahipnotyzowana. Silver z całej siły zacisnął palce na jej talii, aż jak przez mgłę usłyszał rozrywany szew, ale ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Nie zabije mnie, powtarzał sobie. Scarlet nigdy by mnie nie skrzywdziła. Nie...
A gdy już był pewien, że zaraz sam zrobi jej krzywdę, żeby tylko ból się skończył, że chwyci ją za włosy i pociągnie tak prędko, że złamie jej kark, aż spocznie bezwładnie w jego ramionach, że... Wszystko nagle ustało. Ból gdzieś zniknął jak przykre wspomnienie, zastąpiony najpierw przez obezwładniającą ulgę, a potem przez obezwładniającą przyjemność. Scarlet z przeprosinami na ustach powiodła palcami w dół jego szyi i to jedynie wystarczyło, by w dół kręgosłupa pognał mu taki dreszcz, że cały zesztywniał.
- Scarlet, coś ty narobiła... – rzucił resztką podnieconego oddechu, czując nagle, że nie może powstrzymać zachłannych dłoni i ust, że musi mieć jej jak najwięcej i jak najszybciej.
- Chcę, żebyś mnie wziął jak nigdy dotąd. – Jej głos, mógłby przysiąc, rozbrzmiał mu w głębi czaszki, gdy ich wargi splecione były w pocałunku zbyt pożądliwym, by można było choćby odetchnąć. Silver nie był już pewien, czy może sobie tego jedynie nie wyobraził, ale nawet gdyby chciał, nie mógł już powstrzymać ciała, które pognało naprzód zupełnie tak, jak kiedyś. W ułamku sekundy Scarlet była na kolanach, rzucona o łóżko, spoglądając na niego przez ramię z ekscytacją i pożądaniem w oczach. Całował ją, jej usta, jej szyję, jej ramiona obnażone prędzej, niż zdołała choćby sapnąć, jej... Napawał się nią tak, jakby umierał z pragnienia, a ona była studnią pełną świeżej, słodkiej wody.
Wiedział, oczywiście, że to była jej sprawka, że eksperymenty Struckera podziałały i dały jej jakąś nieludzką moc kontrolowania czyichś uczuć i myśli; moc, nad którą wyraźnie jeszcze nie do końca panowała, którą wciąż eksplorowała niczym ekscytujący, nieznajomy labirynt. Wiedział, bo i jego moce zwiększyły się pod wpływem niebieskich promieni, i jeśli on potrafił robić ze swoim ciałem nowe niesamowite rzeczy, nietrudno mu było sobie wyobrazić, że Scarlet umiała czynić niewyobrażalne. Jednak wszelkie myśli o tym, jak go zdradziła, wypróbowując ich na nim, zostały prędko zdławione przez to nienaturalne podniecenie, które go ogarnęło. Jego siostra stała się jednocześnie afrodyzjakiem doprowadzającym go do szaleństwa i ukojeniem dla jego zszarganych nerwów, i mimo jego własnych umiejętności nie mógł dobrać się do niej wystarczająco szybko.
Scarlet pojękiwała z cicha pod jego zachłannymi dłońmi, wijąc się we wszystkie strony, byleby tylko poczuć ich więcej, a gdy jego usta zeszły w końcu niżej i poczuła jego język we wszystkich słusznych miejscach, wstrząsnęło nią tak, jakby uderzył w nią piorun, i wypchnęła ku niemy biodra, błagając z cicha o więcej. Nie chciał kazać jej czekać, ale jednocześnie nie chciał odrywać się od jej słodyczy, a jednocześnie również czuł, jak unosi mu się coś i w środku, i nie tylko. Ze wszystkich stron szły sygnały, by zagarnąć jej więcej, a i Scarlet nigdy dotąd nie była tak dla niego otwarta – czy to ze strachu, że zostaną nakryci, czy z nieszczęścia, gdy stracili wszystko, a on szukał w niej pocieszenia; miał wręcz wrażenie, że to odosobnienie, któremu zostali poddani, i tylko po to, by cierpieli... że Scarlet zwyczajnie zatęskniła za... Myśli płynęły coraz wolniej, nienaturalnie wolno, szczególnie jak na niego, i przez to po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że z jej palców znów płynie czerwony dym, że ciągnie go do przodu, ku niej, ku jej ustom... A gdy zatopił się między jej wargami, ona sięgnęła w dół i w kilku ruchach obnażyła go całego, a potem przyciągnęła go bliżej, by móc wziąć go w usta. Do Silvera przez to wszystko poniewczasie dotarło, że cerę miała bladą, czoło gorące i zroszone potem, a oczy, rozpalone, błądziły niewidzącym wzrokiem po całym jego ciele. Słabła, i nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Nie powinnaś była zużywać tyle mocy – szepnął na wpół do niej, na wpół do siebie, podciągając ją do góry, by odgarnąć jej włosy z twarzy i spojrzeć na nią uważnie. Do Scarlet jakby dopiero wtedy dotarło, jak wyzuta jest z sił i opadła lekko w jego ramionach, wtulając głowę w jego szyję, zdając się całkowicie na niego. Pietro owinął ramię wokół jej talii, nie mogąc się nadziwić, jaka głupia była.
- Dlaczego to zrobiłaś? – spytał cicho, a jego słowa ginęły jej we włosach.
- Nie chcesz mnie? – spytała bardziej niż stwierdziła. Jej głos wydawał się drżący i jękliwy, ale było to tak ulotne uczucie, że już po sekundzie Silver nie był pewien, czy sobie tego tylko nie wyobraził.
- Co ty, głupia... Siostra, masz dłoń tam, gdzie masz, i mówisz mi takie rzeczy? – Ale gdy nie odpowiedziała, a jej wzrok uciekł gdzieś w bok, gdy próbował spojrzeć jej w twarz, zrozumiał, że chodziło o coś więcej. – Oczywiście, że cię chcę, Scarlet. Cokolwiek zrobiłaś, zadziałało, ale na litość boską, nie mogę pojąć, dlaczego czułaś, że musiałaś to zrobić.
- Nie sądziłam, że będziesz mnie jeszcze chciał po tym, jak z... zabiłam tamtego czł... – Wtedy Pietro na siłę uniósł na siebie jej twarz i milczał dopóki nie spojrzała mu w oczy. Wydawała się rozpływać pod tym jego wzrokiem i przez tę krótką chwilę była znów jego dawną siostrzyczką, a zamiast w zamkniętej celi siedzieli na wykładzinie w ich pokoju w mieście, nasłuchując kroków Mamy krzątającej się piętro niżej, gdy całowali się niewinnie, oparci o jego łóżko. Scarlet wtedy tak się bała... Teraz wcale nie mniej. Jego wzrok mimowolnie opadł ku jej wargom i gdy zawinęła palce wokół jego dłoni przyciśniętych do jej gorących policzków, zupełnie tak, jak wtedy, Silver nie mógł jej się oprzeć. Jej wargi smakowały słono od łez, zupełnie tak, jak wtedy, a jednak były rześkie i słodkie, i już wkrótce Pietro zatapiał się między nimi coraz głębiej i coraz zachłanniej, aż jej ciężkie sapnięcia zaczęły sugerować, że w końcu choć na chwilę zapomniała o troskach. Podkasał jej szarą tunikę, szepcąc jej w usta:
- Usiądź na m...
- Nie. – Jej sprzeciw był tak pewny i silny, że Silver odsunął się tylko po to, by rzucić jej zaskoczone spojrzenie. Jej wzrok znów płonął, ale tym razem, myślał, bardziej pożądaniem niż gorączką; a potem opuściła sobie jego dłoń na talię, biodro... i jeszcze trochę niżej. – Nie chcę, żebyś się ze mną kochał. Chcę, żebyś mnie wziął, tak jak tylko ty umiesz.
- A jakie ty masz niby porównanie? – zadrwił jeszcze, ale przychylając się do jej prośby jednocześnie poderwał jej biodra do góry, aż wsparła się ciężko na krawędzi łóżka. Pozwolił sobie jeszcze przez chwilę wodzić wzrokiem i dłońmi po jej na wpół obnażonym ciele, ale Scarlet nie mogła już czekać i z niecierpliwym jęknięciem próbowała na oślep się na niego nabić, bezskutecznie. Jedyne, co poczuł, to jej ciągliwą wilgoć. Silver wtedy schwycił ją za szczękę, aż nie spojrzała na niego przez ramię, przycisnął się do jej ciała, drugą rękę splótł z jej i w końcu, umieszczony na jej progu, szepnął jej władczo do ucha:
- Teraz. Zrób to, sama.
Scarlet jęknęła w proteście, ale gdy trwał w bezruchu i zrozumiała, że się z nią wcale nie droczył, ugięła się pod presją. A gdy Pietro poczuł ten ucisk, to ciepło, za którym tęsknił od tak dawna, gdy usłyszał jej zdławiony sapnięciem jęk, gdy rozwierał ją powoli, rozkoszując się każdym calem, nieomal znów nie stracił zmysłów.
Scarlet drżała wyraźnie pod jego naciskiem, wsparta ciężko na łóżku; czuł, jak jej uda trzęsą się, przyciśnięte do jego własnych. Nie poruszał się jeszcze, chciał dać jej moment, żeby przyzwyczaiła się do jego obecności, szczególnie że tyle czasu minęło od kiedy ostatni raz miała go w sobie, ale Scarlet, choć wyraźnie ledwo znosiła to, jak ją rozwierał, nie mogła już również wytrzymać bezczynności i sama zaczęła lekko poruszać biodrami, wbijając go w siebe nieco głębiej; zaciskając zęby na dłoni z trudem powstrzymywała jęki rozkoszy wymieszanej z bólem. Ujął jej nadgarstek, żeby tego nie robiła.
- Scarlet, wszystko dobrze? – szepnął jej do ucha, całując je lekko. – Jeśli chcesz, mogę przestać.
- Nie! – odparła niemalże z przerażeniem, nabijając się na niego w desperacji i zaraz potem próbując stłumić okrzyk bólu. – Błagam, nie przestawaj...
Silver za żadne skarby nie chciał przestawać, ale nie mógł też pojąć jej nagłej desperacji, a nade wszystko nie chciał jej dalej robić krzywdy. Poruszył się delikatnie, ale przestał, gdy znów zacisnęła zęby. Wtedy dopiero do niego dotarło. – Scarlet, nie musimy tego robić. Nigdy cię przecież nie zostawię samej.
- Ale jeśli przestaniesz, oni cię zabiorą – szepnęła z tym swoim irracjonalnym przekonaniem, które tak często rozbrzmiewało w jej głosie, gdy przejmowała się swoimi niekontrolowanymi mocami. Silver ucałował jej szyję, a potem obrócił na siebie jej twarz, żeby wpić się w jej usta. Wciąż nie wydawała się przekonana.
- Musieliby to zrobić siłą – rzekł spokojnie. – A do tego musieliby mnie najpierw złapać.
Scarlet parsknęła słabym śmiechem, ale i tak jej mięśnie ścisnęły go tak mocno, że sapnął z rozkoszy, jego umysł nagle pusty i całkiem otwarty. Scarlet położyła mu dłoń na karku, jakby chciała przyciągnąć go bliżej, i choć mógłby przysiąc, że było to niemożliwe, jakimś sposobem miał wrażenie, że rzeczywiście zlewają się w jedną całość. Ogarnęło go nieskończone ciepło, biodra jakby same z siebie wyskoczyły do przodu, a odczucie było tak intensywne, jak jeszcze nigdy, jakby czuł rozkosz za dwoje. Scarlet jęknęła z głębszą niż zwykle słodyczą w głosie, wychylając się bardziej ku niemu, a on wtulił twarz w jej kark i kłęby czerwonego dymu.
Nie mógł sobie przypomnieć wiele z tego, co się potem działo, poza jej desperackim jękliwym oddechem, poza pędem wyrywającym się z niego, gdy wszystko wewnątrz wyciągało się ku niej, coraz bardziej i chętniej z każdą minutą. Mgliście pamiętał, że przyspieszał bardziej niż kiedykolwiek – lub może tylko myślał, że musiało tak być, skoro ogarnęło go potem takie zmęczenie, a i Scarlet, zupełnie bezsilna, wysupłała się z jego zesztywniałych ramion i z trudem łapiąc oddech wpełzła na łóżko. Jej nogi wydawały się całkiem bezwładne.
Silver oparł się o brzeg łóżka, kładąc zroszone potem czoło na jedynym chłodnym kawałku pościeli, gdzie nie leżała jego dłoń albo pierś Scarlet. Siostra zwinęła się w pobliżu i dłonią lekko, jakby z trudem, głaskała jego zszarzałe włosy; wiedział, że je lubiła, że podobało jej się, jak traciły więcej pigmentu z każdym kolejnym kilometrem, który pokonywał w dwie sekundy, i że teraz już jedynie przy skórze było widać ich dawny ciemny kolor.
- Silver – szepnęła ni to do niego, ni to do siebie, przesuwając kosmyki między palcami, tak jak to robiła zawsze. Pietro uśmiechnął się, choć ginęło to w błękitnawej pościeli. Na to chociaż mógł liczyć. Że cokolwiek by się nie wydarzyło, zawsze będą tacy sami. I zawsze będą razem.

środa, 28 września 2016

[the 100] Nagroda (Bellamy x Elea + surprise)

Światło wdzierało się do ich kwater przez niepasujące do niczego okno, które Bell uparł się tam zainstalować, gdy tylko Abby im je przydzieliła. Elea z początku chciała prostestować, ale musiała przyznać mu rację, że po tylu miesiącach spędzonych na Ziemi byli oboje przyzwyczajeni do budzenia się do świergotu ptaków, promieni słońca, krzątających się ludzi, wciąż powolnych porannym zaspaniem, odległych odgłosów dzikich zwierząt i szumu lasu; a jeśli któregoś z tych dźwięków brakowało, miał rację, że zrywali się w stanie graniczącym z paniką i gotowi do walki, co się zupełnie nie przydawało w ufortyfikowanym, zaludnionym obozie z systemem alarmowym. Zainstalował więc z pomocą inżynierii przebudowane okno z jednego ze starych korytarzy, które to okno trzymali wiecznie otwarte, nawet gdy lało jak z cebra. Teraz sączyło się przez nie świeże, burzowe powietrze, a i niewielka rozpryśnięta na wszystkie strony kałuża na podłodze świadczyła, że noc nie była całkiem spokojna. Elea zaczęła się mimowolnie zastanawiać, czy Arka była w jakiś sensowny sposób zabezpieczona przed piorunami, a jeśli nie, to czy mogą się wszyscy w środku usmażyć jak krewetki, gdyby takie napięcie poszło po tych metalowych ścianach? Musi pamiętać, żeby zapytać o to Raven przy najbliższej okazji.
Podwójne łóżka Arki były równie niewygodne, co pojedyncze, i Elea, przyzwyczajona już do spania na ziemi tudzież hamakach na drzewach, nie była pewna, czy potrzebowała takiego przypomnienia dawnego życia. Bell oddychał spokojnie obok i najwyraźniej ani myślał budzić się sam. Elea uśmiechnęła się do siebie. Od kiedy tylko sypiali razem, jeszcze pod starym lądownikiem, Bell bezczelnie wykorzystywał to, że ona niezawodnie budziła się na pierwsze promienie słońca. Miała nieprzemożną ochotę zostawić go tak, śpiącego, ale czekała ich dzisiaj wspólna misja zwiadowcza i im wcześniej wyruszą, tym mniejsza szansa, że wrócą po zmroku. Raczej nie lubiła wracać po zmroku.
Obróciła się do Bella, który wciąż oddychał równo i głęboko, z twarzą obróconą lekko ku niej i o tak niewinnym i spokojnym wyrazie, jaki widziała u niego tylko, gdy spał, ostatnimi czasy. A właściwie to od kiedy zeszli na Ziemię. Czyli jakby od zawsze. Przesunęła mu dłonią po policzku - drgnął lekko, ale się nie ocknął. Z każdą sekundą coraz mniej chciała zarówno go budzić, jak i wyruszać na tę durną misję od Kane'a, a coraz bardziej pozwolić mu spać, samej zdrzemnąć się jeszcze u jego boku, a potem, gdy już oboje odzyskaliby kontakt ze światem, i tak nie wychodzić z łóżka przez cały dzień. Uśmiechnęła się do swoich myśli, ale tylko na moment. I tak nie mogli. I nie wiadomo, kiedy następnym razem będą mogli. Nagle zatęskniła za lądownikiem i ich prymitywnym obozowiskiem. Wtedy jeszcze nie zjebało się tak dużo. Wtedy jeszcze mieli czas dla siebie.
I teraz też będą mieli, choćby miało ją to zabić, czy raczej skończyć się reprymendą od Kane'a. Wpełzła na Bella delikatnie. Normalnie w takiej sytuacji zrobiłaby sobie poranny trening, a jego obudziła w ostatnim momencie do wyjścia, ale razem z burzowym powietrzem przez okno wlewała się słodka zapowiedź słonecznego wiosennego dnia i hormony szalały w niej jak tylko chciały.
Dopiero kiedy było mu nieco trudniej oddychać, a ona składała delikatne pocałunki na jego szyi i piersi, Bell otworzył z wolna powieki, zaspany i niepewny. Uśmiechnęła się do siebie, bo do niego jeszcze wyraźnie nie docierało w pełni, co się tak właściwie dzieje. Mimo to jego wargi rozwarły się nieco, rozległ się cichutki dźwięk westchnięcia, szczególnie gdy wiodła wargami w dół jego piersi; lecz gdy już zbliżała się do krawędzi jego spodni, chwycił nagle jej nadgarstek.
- Cześć, Bell, witamy w świecie żywych – wyszeptała radośnie.
- L, co w ciebie wstąpiło? - wymamrotał, drugą ręką przecierając twarz. Próbował zogniskować na niej wzrok, ale zarówno wczesna godzina, jak i jej dłoń szukająca sobie zajęcia na jego męskości, znacznie utrudniały mu zadanie.
- Wiosna - odparła z szerokim uśmiechem i wróciła na górę tylko po to, żeby go mocno ucałować. Delikatnie wsunęła mu dłoń pod pasek, spodziewając się dalszych protestów, ale tym razem Bell nie miał już żadnych. Zacisnął jej palce na karku i patrzył to w jej oczy, to usta, oddychając jakby coraz ciężej w miarę jak przyspieszała. W końcu jednak nie wytrzymał, schwycił ją w talii i przerzucił na poduszki, samemu zawisając nad nią; Elea zdołała nie przesunąć ręki ani o cal podczas tych manewrów, więc Bell, niczym w nagrodę, pozwolił jej jeszcze trochę go pomęczyć, kiedy to całował ją nieprzerwanie, ale potem odsunął się poza jej zasięg i tak skutecznie zawinął ją w kołdrę, że nie mogła mu już nic zrobić. A gdy upewnił się, że jest bezpieczny, pocałował ją w czoło i bez słowa, choć nieco jeszcze chwiejnym krokiem, odszedł pod prysznic.
Wydostawszy się z nakrycia, ruszyła natychmiast za nim, bezceremonialnie wpakowała się razem z nim do kabiny i nie czekając na pozwolenie opadła na kolana.
- Nie, L, musimy się zbier... - Ale jego protesty zostały przerwane przez niepowstrzymane westchnięcie, po którym wymamrotał już tylko: - Och, cholera, kobieto...
Niekontrolowanym szarpnięciem ręki odepchnął niechcący prysznic, przez co ciepła woda nie płynęła już w dół jego torsu, a gdzieś po ścianie kabiny. Bell jednak nie zwrócił na to zupełnie uwagi, zbyt zajęty jej wargami obejmującymi jego członka tak mocno, że z wyraźnym trudem kontrolował swoje gałki oczne. A gdy Elea przygryzła go lekko, Bell opadł plecami na ścianę i zawinął palce w jej włosy; ona w odpowiedzi wielbiła go najlepiej, jak umiała, czując już ciepło rozlewające jej się między udami, aż w końcu...
- Bellamy! - zdołali jedynie usłyszeć przez gęstą mgłę podniecenia i grube metalowe drzwi łazienki, zanim rzeczone drzwi rozsunęły się na oścież i stanął w nich nikt inny jak Kane, przyłapując ich na bądź co bądź gorącym uczynku. Elea odskoczyła od Bella, choć niezbyt chętnie, ale nie widziała sensu w ukrywaniu się - jej ciało nie było dla Kane'a niczym nowym. Bell jednak o tym nie wiedział i przymknął nieco kabinę, żeby zakryć ją przyciemnioną szybą drzwi; sam zaś owinął sobie ręcznik wokół bioder i zestąpił na posadzkę, w niezwykle seksowny sposób przeczesując palcami mokre włosy. Ani jedno, ani drugie nie robiło sobie wiele z bycia nakrytymi - za to Kane, spłoniwszy się jak nastoletnia dziewica, odwrócił wzrok, cofnął się za próg i już z pokoju, siląc się na surowość i autorytet, rzucił:
- Wy dwoje powinniście być już zwarci i gotowi do drogi, a nie... - Nie dokończył, ku rozbawieniu Elei. - Widzę was na odprawie za dziesięć minut, najlepiej ubranych.
- Ale nie koniecznie? - krzyknęła jeszcze za nim Elea, ale trzask drzwi sugerował, że Kane albo już nie słyszał, albo nie chciał słyszeć jej uwagi. Ze śmiechem wyszła za Bellem z łazienki, ale on zaczął od razu się ubierać i patrzył na nią jakby z niepokojem.
- Wpakujesz nas kiedyś w kłopoty - burknął.
- A bo to pierwszy raz - rzuciła z obezwładniającym uśmiechem, a gdy parsknął pobłażliwie, uwiesiła mu się na szyi, przyciskając do niego swoje nagie ciało póki jeszcze nie założył koszulki. Pokręcił głową, ale pocałował ją głęboko, przesunął jej dłońmi po piersiach i talii z taką miną, jakby niemożebnie kusiło go, by zjechać niżej, aż w końcu odsunął się i wrócił do szukania swojego munduru. Z braku innych opcji Elea również czym prędzej się zebrała, choć jeszcze na korytarzu zapinała na plecach swoją pałkę.
Kane powitał ich w sali odpraw ponurym wzrokiem. Bell zdążył już nałożyć profesjonalizm na twarz, więc tylko Elea uśmiechała się szeroko. Kane przedstawił im rozkazy, które w większości już znali lub których się domyślali: szybki zwiad Sektoru 4., krótki patrol leśnej drogi północnej i z powrotem. Było jasne, że Kane nie chciał ich przemęczać ze względu na jej niedawne urazy, na co Elea tylko przewróciła oczami. Jasne, oddychało jej się nieco ciężej ze względu na wycięty kawałek płuca, ale Abby jedynie sugerowała, żeby sobie robiła sobie lekkie treningi, dopóki jej ciało się nie przyzwyczai do zmniejszonej wymiany gazowej, a nie, żeby dostawała misje dla dziesięciolatków. Oczywiście Elea nie omieszkała powiedzieć o tym Kane'owi, ale on był nieugięty. Nie miał zamiaru mieć jej na sumieniu, jeśli dałby jej odrobinę zbyt trudne zadanie i znów trzeba ją było leczyć. Elei nie umknął fakt, że nie powiedział tego samego o Bellu, który przecież też dopiero niedawno skończył rehabilitację po swoich poparzeniach.
Zrezygnowali już wtedy z dalszych prób przemówienia Kane'owi do rozsądku i po prostu poszli do lasu. Już gdy przekroczyli bramę do Elei dotarł pierwszy podmuch ciepłego wiatru, niosący cudowny zapach igliwia, żywicy, ściółki. Gdy tylko weszli między drzewa, Elea znów poczuła to charakterystyczne uderzenie gorąca.
- Nie świruj - rzekł Bell, najwyraźniej dostrzegając jej błyszczący, rozgorączkowany wzrok. - Mamy zadanie do wykonania.
- Ale las, Bell - westchnęła, wciągając mocno powietrze. - Sam dobrze wiesz, jak działa na mnie las.
Zatrzymał ją wpół kroku, gdy już sięgała ku najbliższemu drzewu. - Kochana, gdy tylko wrócimy do Arki, zerżnę cię tak mocno i długo, jak tylko będziesz chciała - szepnął z bardzo bliska, ale sam nie zdołał się powstrzymać przed spojrzeniem na jej lekko rozchylone wargi. - Ale na razie, błagam, chociaż spróbuj się opanować.
- Spróbuję, niech ci będzie - odparła z uśmiechem, ale potem schwyciła go za kark, wpiła się w jego usta i pociągnęła go w głąb lasu, zatrzymując się w końcu na jakiejś sekwoi czy dębie, czy czymś równie starym - nie miała czasu spojrzeć. Bell z początku sprawiał wrażenie, jakby próbował się od niej odepchnąć, ale podniecenie z rana, a szczególnie brak spełnienia wyraźnie o twardo dawały się we znaki na udzie Elei. W ciągu ledwie kilku sekund poddał się i począł dłońmi sunąć jej po biodrach, wyraźnie próbując dostać się jej pod ubranie bez jego zdejmowania. Ona sama, również zdając sobie sprawę, że rozbieranie się to nie jest najlepszy pomysł, najpierw okrywała jego szyję pocałunkami, a potem sięgnęła mu mocno napiętej wypukłości na jego spodniach, co Bell nagrodził z trudem powstrzymywanym przeciągłym jękiem. Zanim jednak zdołała choćby rozpiąć mu rozporek, usłyszeli nagle coś, co w nich obojgu wywołało natychmiast przeraźliwe uderzenie adrenaliny - ryk Żniwiarza.
Przylgnęli do drzewa w pierwszym odruchu i nasłuchiwali. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo; ale gdy tylko pomyśleli o ucieczce, wrzask rozległ się ponownie i tym razem znacznie bliżej. Miał też inny ton. A więc jest ich więcej. Elea dostrzegła krople potu na czole Bellamy'ego, gdy wyjmowała pałkę z uprzęży. Jego dłoń kołowała przy kaburze.
- To niemożliwe - mruknął bardzo cicho ze wzrokiem wbitym w las. - Przecież Góra już...
- To muszą być jedni z najświeższych - odparła podobnym szeptem. - Inaczej już by nas wyczuli. Może jeszcze nikogo nie zjedli. Może to nawet przeżyjemy.
- Bądź cicho, L. - Głos Bella był cichy i opanowany. Elea czuła się tak, jakby powinna wierzyć w ten jego spokój, ale czuła tylko postępującą nerwicę.
- Nie mogę, zawsze mówię jak najęta, gdy się denerwuję. - Bell przygarnął ją do piersi, próbując ją uciszyć i, lub ochronić. - Może nas nie zauważą, co? - wydusiła w jego kurtkę.
- Wierzysz w to? - rzucił jeszcze zanim umilkł. Niebawem obok porykiwań zaczęli słyszeć również tupot, zdawałoby się, tuzina stóp. Elea zacisnęła jedną rękę na swojej pałce, a drugą na dłoni Bella. On cicho wyciągnął broń z kabury. Wstrzymując oddechy, czekali w napięciu na śmierć; horda Żniwiarzy przebiegła z wrzaskiem po obu stronach drzewa, pędząc z jakąś ślepą obsesją w poprzek drogi. Oboje odetchnęli z ulgą, jak mogliby przysiąc, całkiem cicho - a jednak ostatni z hordy nagle obrócił się i wbił w nich swoje gorzejące rozszalałe ślepia.
Bellamy strzelił mu w łeb zanim reszta w ogóle się choćby obróciła. Jest ich tylko czwórka, powtarzała sobie w myślach Elea, zaciskając zbielałe palce na ćwierćpałce. Uspokajając swój nierówny ze strachu oddech, czerpała siłę i pewność z twardego pnia za plecami. Zdusiła nagły, nieokiełznany instynkt, by wskoczyć na drzewo i uciec. Bell nie mógł tego zrobić. Nie zostawiłaby go tu przecież. A poza tym była ich tylko czwórka. Nie takie rzeczy...
Złapali Bella pierwszego. Odciągnęli go głębiej między drzewa tak szybko, że Elea nie zdołała ich dosięgnąć pałką na czas. Bellamy przyrżnął Żniwiarzowi w wykrzywioną twarz tak silnie, że ten aż się cofnął, ale wtedy drugi pchnął go wprost na powalony pień; ułamany konar wbił się mu pod ramię, aż krew trysnęła, a potem już wolniej zaczęła zalewać mu bok, barwiąc jego koszulkę na kolor żywej czerwieni. Elea nie zdążyła nawet wyszeptać jego imienia, a już jeden ze Żniwiarzy skoczył na nią, wbijając jej ramię prosto w żebra - jak dotychczas była pewna, że dawno wyzdrowiała, tak w jednej chwili udowodniono jej, że jednak nie. Uderzenie zwaliło ją z nóg, a ból odebrał dech w piersiach. Mech otoczył jej prawie złożone wpół ciało; pałka upadła w runo zbyt daleko, by mogła jej dosięgnąć. Ruszyła powoli ku Bellamy'emu, jeszcze zbyt słaba, by wstać, szepcząc tylko:
- Nie ruszaj się, Bell, ani o cal... Błagam, nie ruszaj się...
A on nawet nie mógł na nią spojrzeć, tak otumaniony bólem, że z jego ust wyrywało się jedynie jej imię, wypychane z nich raz po raz jakby z niebotycznym wysiłkiem. Próbowała go dosięgnąć, ale wtedy Żniwiarze wskoczyli na nią, silnymi rękami przyciskając do ziemi jej rozpostarte ramiona. Z przerażenia zupełnie zastygła; jeden z nich pochylił się, bardzo nisko, do jej szyi, a gdy już była pewna, że zaraz rozgryzie jej gardło, on zrobił coś, przez co jednocześnie zrozumiała i zaczęła żałować, że jednak nie mają zamiaru jej pożreć - wciągnął głęboko powietrze.
- Kurwa! Oni nie reagują na krew, tylko na feromony! - Szarpnęła się, jakimś szczęśliwym trafem odkopując jednego z nich tak silnie, że musiał ją puścić. Wyrywała się więc dalej, wyrżnęła któremuś w twarz, zalewając ją dodatkową porcją krwi, ale nagle dotarło ją kolejne z rzędu słabe "L" i ta chwila wahania kosztowała ją wolność. Żniwiarze pochwycili ją, tym razem znacznie skuteczniej, a ona wtuliła twarz w mech, łkając "nie, nie, nie, nie", gdy zaczęli z nieludzką siłą zrywać z niej ubrania. Bell poruszył się, jakby chciał jej pomóc, ale przy akompaniamencie jego jęku bólu spora fala krwi znów zalała jego bok. Elea poczuła łzy kłujące ją pod powiekami na samą myśl, że Bell się tu może zaraz wykrwawić, a ona... I nikt ich nawet nie szuka.
- Nie ruszaj się, Bell – mówiła jeszcze. Skoro ja tu nie umrę... – Zdławiła szloch. – Też masz przeżyć. Słyszysz mnie, Bellamy? – Łzy ciekły jej po twarzy, gdy czuła szorstkie, wilgotne krwią i błotem dłonie Żniwiarzy lgnące do jej ud i bioder. – Masz żyć! Zamknij oczy i oddychaj, i po prostu... NIE!
Jej słowa w jednej koszmarnej chwili zmieniły się w ryk bólu, gdy Żniwiarze przestali już udawać i poddali się swoim żądzom. Elea wtuliła twarz w mech, zacisnęła powieki, zagryzła zęby; runo zagłuszało jej przerywane krzyki, gdy Żniwiarze niczym dzikie bestie z nieopanowanumi popędami wbijali się w nią coraz szybciej i mocniej, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej wzrastający wrzask. Odetchnęła z ulgą, gdy na moment dali jej spokój. Rozwyła się ponownie, gdy tym razem jej odbyt został wypełniony gorącem i bólem. Twarz miała całkiem mokrą od łez.
Już tylko jak przez mgłę widziała zarys Bellamy’ego z ułamanym konarem sterczącym krwawo spod ramienia. Wszystko inne zasłaniały jej wilgotne rzęsy i ohydne, brudne, brutalne ciała Żniwiarzy. I ból, szargający jej wnętrzności. Jej umysł szukał jakiejkolwiek ucieczki – do tego stopnia, że w pewnej chwili mogłaby przysiąc, że za drzewami zamajaczyła szara bryła lądownika, że zaraz obok pojawił się pomarańczowy namiot, a Bellamy, zamiast wykrwawiać się na śmierć, siedział na ławce z powalonego pnia i uśmiechał się do niej zapraszająco. Wyciągnął ku niej rękę – ale wtedy rzeczywistość dłonią Żniwiarza uderzyła ją w twarz. Chwyciła ją za szczękę. Elea zacisnęła zęby, znów próbując wyszarpnąć się z ich uścisku, ale poczuła, jak ramię prawie wypada jej z barku; umykała głową na boki, lecz to w ostatecznym rozrachunku również niewiele pomogło. Zmusili ją, by na nich spojrzała: dwie krwawe sylwetki na tle ciemnych drzew i szarego nieba. Jej las. Jej las jej to zrobił.
A wtem jej zęby nie były już zaciśnięte. Najpierw przyszedł szok – zaraz potem dotarł do niej niewyobrażalny ból, a w końcu przerażenie i niepojęte uczucie braku żuchwy. Czuła ją, jak zwisa na jednym zawiasie; ale równie dobrze mogła jej w ogóle nie mieć, bo każda, choćby najdrobniejsza próba poruszenia nią czy zamknięcia ust sprawiała jej takie cierpienie, że nieomal mdlała. Nie była pewna, czy to świat, czy jeden ze Żniwiarzy przycisnął ją swoim ciężarem do ziemi, wypychając jej dech z piersi, ale nawet przez łzy i grubiejącą warstwę bólu widziała tego, który przed chwilą zwichnął jej żuchwę, a teraz przygotowywał się do penetracji. Elea znów zarzuciła głową, ale gdy niechcący uderzyła ustami o ramię, ból zupełnie odebrał jej siły. Żniwiarz za to bezceremonialnie schwycił ją za już puchnącą, pełną krwi szczękę i wbił się jej w gardło tak głęboko, jak tylko mógł sięgnąć – i niczym nie mogła go powstrzymać.
Gwałcili ją bezmyślnie, bezsensownie, bezlitośnie; walczyli między sobą o dostęp do jej ciała; w uszach jej dzwoniło od ich krzyków, od jej własnych wrzasków, od odzywających się gdzieś w tle słabych słów Bellamy’ego, jakby samym głosem chciał zatrzymać to, co się działo. Od kiedy przestała się opierać, Żniwiarze nie rozstawali się z jej ustami – opuszczali je dopiero, gdy brakowało jej powietrza i jej ciało samo z siebie, ignorując obezwładniający ból, zaczynało z nimi walczyć. Nozdrza wypełniał jej mdlący odór gnijącego potu, w ustach przelewał się metaliczny smak krwi, w głowie jej wirowało z nieustępującego bólu... Żołądek skurczył jej się nagle, szarpnęła się, jednym ruchem wyrywając włosy z pięści Żniwiarza i z własnej głowy, i gdy tylko jego obrzydliwy kutas wysunął jej się z ust, zwymiotowała raptownie i tak silnie, że oddała wczorajszą kolację. Powietrze wypełnił kwaśny odrażający fetor. Żniwiarze jednak zupełnie nie przejęli się ani rozlewającą się im pod kolanami kałużą rzygowin, ani gęstym nieopanowanym ślinotokiem Elei, bo znów schwycili ją za tkliwą szczękę i włosy i wrócili do rytmicznego rżnięcia jej ze wszystkich stron.
Bellamy, blady jak śmierć i na wpół przytomny, wciąż uparcie szeptał jej imię i to właśnie jego przerażone „Nie, nie, L, Elea...” było ostatnim, co usłyszała, zanim gałki oczne wtoczyły jej się w czaszkę i świat ogarnęła ciemność.

- ELEA! – zadudniło jej w uszach. Ocknęła się nagle do nawracającego bólu w policzkach i pośladkach oraz do lejących jej się po podbródku sznurów śliny, łez, resztek wymiocin, spermy i krwi. Krwi, płynącej wciąż po boku Bellamy’ego z każdym jego ciężkim oddechem. Elea sama wrzasnęła z bólu, ale dźwięk rozbił się na kolejnym lub też poprzednim kutasie gwałcącym jej gardło. Bell zbladł jeszcze bardziej od kiedy ostatni raz go widziała i teraz mogłaby przysiąc, że jest na skraju śmierci, że byłby już dawno nieprzytomny, gdyby adrenalina i przerażenie nie kazały mu jej pilnować. A zaraz potem pełnia bólu z jej szczęki i wszystkiego innego do niej dotarła, a wraz z nią wszystko, co się z nią działo, i Elea przez ułamek sekundy żałowała, że Bell nie stracił przytomności.
Kolejna fala bólu pomknęła jej po kręgosłupie, gdy jeszcze jeden Żniwiarz jednym ruchem wbił jej się w odbyt; szarpnęła się znów, tak zatopiona w cierpieniu, że nie mogła już myśleć trzeźwo – jedyne, czego chciała, to uwolnić się i doczołgać się do Bellamy’ego, żeby móc złapać go za rękę i powiedzieć mu, że go kocha, zanim straci go na zawsze. Jak przez mgłę docierały do niej jego słowa, jakby próbował ją uspokoić, żeby przestała walczyć, ale mimo że je słyszała, nie potrafiła ich zrozumieć. Bell zacisnął powieki. Elea targnęła się ponownie, krztusząc się krwią, potem kutasem Żniwiarza, potem wymiocinami, a potem znów Żniwiarzem. Bell otworzył oczy, gdy usłyszał, jak znów wymiotuje, tym razem prawie samą krwią i łzami, a ślina i sperma wylewały jej się z nosa i na wpół otwartych, wiszących ust razem z nieskładnym, nieartykułowanym bełkotem.
Korzystając z tego, że na moment ją puścili, zaczęła cal po calu czołgać się ku niemu, mimo że Żniwiarze ze wszystkich sił wciąż chwytali jej biodra. Poza tym zupełnie nie przejmowali się już, że próbowała im uciec; jeden z nich po prostu przysunął się, żeby znów wbić się w jej gardło, ignorując jej przenikliwy wrzask, trwający jeszcze długo po tym, jak ją puścił. Ruszyła znów powoli przez poplamiony mech. Bell płakał. Płakał jak małe dziecko, ale choć to widziała, nie potrafiła tego zrozumieć.
- L, mój Boże... – szeptał już tak słabym głosem, że jakby w ogóle nie rozbrzmiewał, ale dla Elei był to jedyny dźwięk w okolicy. – Pamiętasz, jak trenowaliśmy razem w lesie za lądownikiem? Jak cię podciąłem w tym samym momencie, co ty mnie przewróciłaś, i upadłaś na mnie i przez moment patrzyliśmy na siebie w milczeniu, choć tak naprawdę oboje chcieliśmy zacząć się całować...
Sznury śliny, łez, resztek wymiocin, spermy i krwi lały jej się po podbródku. Ale Elea już ich nie czuła. Nie czuła upokorzenia ani bólu, ani mdlącego odoru Żniwiarzy, ani nie słyszała ich okrzyków i jęków. Zatopiła się powoli w tym, co szeptał Bell, jak w ciepłe objęcia ruchomych piasków...

Tego konkretnego dnia nauczyła Bellamy’ego kilku różnych sposobów na podcięcie przeciwnika. Tego konkretnego dnia również oboje przyrżnęli w coraz mniej miękki mech więcej razy niż kiedykolwiek wcześniej. Bellamy padał, ona pomagała mu wstać, łapali szybki oddech i wracali do walki. A gdy z rzadka i ona padała, podbijała się z ziemi całkiem sama, kręciła na niego głową i wracali do walki. Aż nagle próbowali jednocześnie podciąć się oboje i skończyło się to jedynie tym, że zawinęli się o siebie i oboje polecieli na glebę. Bellamy, odruchowo wręcz, próbował ochronić ją przed upadkiem, i w efekcie wylądowała wprost na nim, choć wciąż wybijając sobie dech z płuc o jego pierś. Całkiem twardą pierś.
Gdy opadło pierwsze zdziwienie, oboje wybuchnęli śmiechem. Elea zwróciła uwagę, że cień lądownika przesunął się po polanie już tak mocno, że zaskakujące było, że Lilian jeszcze nie przyszła sobie na nich popatrzeć. Potem przeniosła znów wzrok na wciąż uśmiechniętego Bellamy’ego i cała reszta nagle zeszła na dalszy plan. Wpatrywali się tak w siebie przez kilka milczących, powolnych chwil; Elea zupełnie bezmyślnie opuściła się nieco ku niemu, z niezrozumiałego dla niej powodu nie mogąc oderwać wzroku od jego ust. Ale gdy Bellamy owinął ramię wokół jej talii, przyciskając ją nieco mocniej do siebie, a drugą ręką delikatnie dotknął jej policzka, żeby sprowadzić ją bliżej, Elea nagle poczuła, jak serce jej trzepoce i odwróciła głowę. Wywinęła się z jego uścisku tak zręcznie, jak tego drugiego dnia na Ziemi i wstała. Nie podciągnęła go z mchu.
- Myślę, że starczy na dzisiaj – rzuciła tylko gorzko i ruszyła się w stronę obozu. Słyszała, jak za nią Bellamy podrywa się i próbuje ją dogonić.
- Elea, poczekaj. – Chwycił jej ramię innym ruchem, który pokazała mu kilka dni temu, a że się nie spodziewała, nie dała rady się wyrwać.
- Co chcesz? – spytała, siląc się na spokój. Miała cichą nadzieję, że jeśli będzie udawać, że nic się nie stało, to w końcu i on zapomni o tym, cokolwiek tam się pojawiło w jego czerepie. Tak będzie lepiej.
- Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie mi życia wtedy, z Daxem. – Elea poczuła w rękach to uczucie, gdy jego kark poddał się jej sile; odtworzyła w myślach ten mokry dźwięk ustępujących kręgów. Sądząc po lekko pobladłej minie Bellamy’ego, on też go usłyszał. – Po prostu... to było przerażające, z jaką łatwością skręciłaś mu kark. Myślę, że nie chciałem do tego wracać. Ale dziękuję.
Elea wzruszyła ramionami. – Gdyby cię zabił, musiałabym sobie układać plan dnia na nowo albo znaleźć kogoś innego do trenowania. A ja nie lubię zmian.
Bellamy roześmiał się na tę uwagę, nagle i tak jakby bardziej szczerze niż kiedykolwiek dotychczas, gdy żartowali z czegoś w przerwach w tłuczeniu się nawzajem. Elea mogła odejść, ale nagle nie chciała się ruszyć, choć dobrze wiedziała, że marnuje okazję. Nie lubiła zmian – ale tych nie dało się uniknąć, nie na Ziemi, a Bellamy... Powiodła powoli wzrokiem po jego twarzy; mrugnęła i znów widziała, jak odbija się w niej blask ogniska z drugiej nocy, ale tym razem jej to nie odrzuciło. Bellamy najwyraźniej dostrzegł, że coś w jej oczach się zmieniło, bo znów dotknął lekko jej policzka, a gdy się nie odsunęła, pochylił się ku jej ustom. Elea poczuła wspomnienie jego gorzkiego smaku w ustach, ale to już nie miało znaczenia.
Gdy tylko jego język wsunął jej się między wargi, Elea porzuciła wszelkie opory i zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając go bliżej. Bellamy schwycił jej talię i na poły ją prowadząc, a na poły niosąc, pchnął ją ku najbliższemu drzewu. Kora przejechała jej szorstko po nagich ramionach, ale dla niej było to jak słodka nuta pieszczoty. Elea zatopiła się w jego ustach, pozwoliła mu się porwać i całować tak zachłannie, jak tylko chciał. Zapach igliwia i mchu stał się wręcz obezwładniający; esencja lasu kołowała wokół nich z każdym ruchem powietrza, odbierając jej wszelki rozsądek, i Elea resztkami trzeźwości zdała sobie sprawę, że mogłaby mu oddać dziewictwo tu i teraz, gdyby tylko...
Blask ogniska... Wyślizgnęła się zręcznie... Jego gorzki smak...
- Są lepsze rzeczy, które można robić z moimi ustami – odparła najspokojniej, jak umiała, mimo że serce tłukło jej się w piersi jak szalone, po czym opadła na kolana. Blake już dalej nie dyskutował, pozwolił jej robić, co chciała, ale nie był jeszcze gotów, więc Elea przedłużała, jak mogła; i gdy już nie mógł tego dłużej znieść, gdy czuła jego palce we włosach, zaciskające się niecierpliwie na jej skórze, spojrzała na niego i wypełniła nim sobie całe usta. Wpatrywał się w nią na początku, ale potem przymknął powieki, pozwolił głowie opaść na metalową ścianę, a zduszonemu jękowi wyrwać się z gardła. A Elea już wiedziała, że nikt mu jeszcze tak dobrze nie robił.
Z początku delikatnie, pomagając sobie ręką, obiegała go językiem i masowała wargami. Poddawał jej się bez dyskusji, jedną ręką przytrzymując otwarte spodnie, drugą delikatnie zaciskając na jej czaszce. Gdy trochę ochłonął, patrzył się też na nią nieprzerwanie, a ona, gdy tylko mogła, spotykała jego wzrok. I brała go coraz więcej i coraz głębiej, aż poczuła, jak przeciska jej się przez gardło i przymknęła łzawiące oczy, a on wtedy jęknął nisko, czując z pewnością ten nieprawdopodobny ucisk. Schwycił jej głowę mocniej, ale gdy zaczęła się cofać, nagle nie był już pewien, i pozwolił jej się wycofać. Masowała mu ręką męskość, żeby złapać oddech, po czym powiedziała:
- Zrób to, jeśli potrzebujesz – i natychmiast znów owinęła na nim wargi. Blake już się nie wahał, zacisnął jej palce na czaszce i zaczął po prostu ją rżnąć, a gdy poczuł, że przechodzi znów przez gardło, stracił nagle rytm, jęknął przeciągle zduszonym głosem i po kilku kolejnych ruchach poczuła, jak jego gorące nasienie spływa jej do przełyku. Trzymał ją tak jeszcze przez moment, choć zaczynało jej już brakować powietrza, ale nawet gdy ją puścił i mogła swobodnie oddychać, trochę spermy zostało jej na języku. Blake oparł się z powrotem o statek, wyczerpany, a Elea podeszła bardzo blisko, zapinając mu przy tym spodnie. Nic nie powiedział, patrzył tylko na nią, na jej usta i oczy, i wiedziała, że teraz w wątłym świetle dochodzącym nawet tu z ogniska, wydawało mu się, że są całkiem fioletowe. Pocałowała go, lekko i powierzchownie, ale wystarczająco, by poczuł własny smak, a gdy już miał zamiar ją znów złapać i przyciągnąć, wyślizgnęła się zręcznie, chwyciła obie tyki i czym prędzej zniknęła w ciemności. A potem ukryła się za jakimś drzewem i próbowała powstrzymać płacz. Nie dlatego, że gardło ją bolało, bo była już przyzwyczajona, i nie dlatego, że Blake z pewnością spodziewał się czegoś innego i że może będzie próbował to kiedyś wyegzekwować, i nie dlatego, że znów sprzedała się jak dziwka, mimo że miała już tego nie robić; tylko dlatego, że jej się to podobało.
Trzymał ją jeszcze przez moment... Brakowało jej powietrza... Uścisk Żniwiarza zelżał nagle w ułamek sekundy, gdy ostrze maczety odrąbało mu głowę. Mokry dźwięk ustępujących kręgów.
- Umysł to pułapka, a w pułapce jest nagroda.
- W pułapce jest przynęta.
- A to już, moja droga, zależy, czy w nią wpadniesz.
Żniwiarze padli jak kłody, podziurawieni kulami z karabinu Bella, który teraz zwisał bezradnie z ramienia Lincolna. Elea kątem oka widziała, jak Octavia podbiega do brata i próbuje odwrócić jego uwagę i od Elei, i od historii, którą wciąż bezmyślnie mamrotał. Było po wszystkim. Lincoln podszedł i przykrył ją swoją bluzą, ale Elea ledwo to czuła, bo już całkowicie oddała się łzom i z przejmującym płaczem zaczęła walić głową o ziemię do w rytm własnych szarpanych szlochów. Lincoln czym prędzej podniósł ją z mchu zanim zdążyła zrobić sobie krzywdę. Przez ciężką zasłonę łez widziała, jak przygląda się stanowi jej twarzy; jak przez mgłę słyszała, jak mówi Octavii, że rzuci okiem na Bellamy’ego, jeśli ona powstrzyma Eleę od zabicia się przez te parę minut. Zamienili się miejscami. Octavia natychmiast przycisnęła ją sobie do piersi i szeptała słowa otuchy przez cały czas, gdy Elea wypłakiwała swój ból w serii szlochów i bezsensownego bełkotu.
Elei nie przyszło zapamiętać wiele z tego, co się działo potem. Lincoln na pewno musiał opanować krwotok Bellamy’ego. Potem próbował ją podnieść, ale gdy tylko jej dotknął, spanikowała i zaczęła się z nim szarpać... Octavia przyłożyła jej kawałek koszulki Bellamy’ego do twarzy i Elea odpłynęła do słodkiego zapachu chloroformu. Potem zabrali ją z powrotem na Arkę. Ktoś przysięgał, że zacznie używać antykoncepcji, czy może miał nadzieję, że ona używała antykoncepcji. Elea poczuła, że kolejny szloch budzi jej się w piersi, ale gardło miała zbyt ściśnięte (opuchnięte?), by dać mu upust, więc tylko zapadła się z powrotem w ciemność. Docierały do niej jednak pojedyncze urywki rozmów. Głos Abby... Lincolna... Ciche przekleństwa Octavii.
- Nie mogę zająć się nimi obojgiem, będzie musiała poczekać... Tak, zaindukuj śpiączkę.
I głos, który brzmiał dziwnie podobnie do Bella: - Nie, ale... Ona... Jej szczęka...
- ...może poczekać.
- Wykrwawiasz się. Skup się.
Szloch.
- Lincoln! Coś ty jej zrobił?... Mamy tu interakcję, wpada nam w...
- Umysł to pułapka, a w pułapce jest nagroda...

poniedziałek, 25 lipca 2016

[Fallout 4] Rozgorzała czaszka (Hancock x Aina)

- Gdzie jest Psochłap?
Na czaszce Nicka w miejscu, gdzie oberwał kolbą Strzeleckiego karabinu, widniała fioletowawa wyrwa, z której wyciekał powoli bliżej nieokreślony płyn. Synt z wyraźną trudnością nawiązywał kontakt z rzeczywistością, a jednak odnalazł ich samodzielnie. Nie powinien mieć problemów z pamięcią krótkotrwałą.
- Nick, gdzie jest Psochłap? - Jak to możliwe, że ranny Nick do nich trafił, a pies nie? Aina doskonale wiedziała, jak by to mogło być możliwe, ale nie chciała do siebie dopuszczać żadnej takiej myśli.
- Łeb mi rozsadza... - Android usiadł ciężko na skarpie, dotknął głowy robocimi palcami, ale nawet nie w pobliżu ubytku. Aina z przestrachem spojrzała na Hancocka, który już był daleko, już obchodził okolicę zazębiającymi się łukami, wypatrując Psochłapa w kępach wysokiej trawy i na horyzoncie. Ainie tylko mignęła jego ściągnięta, pewna twarz. W tej jednej chwili miała wrażenie, że kochała go bardziej niż kiedykolwiek dotychczas. Przypominał jej... Zdążyła sięgnąć do obrączek zawieszonych na jej szyi zanim przypomniała sobie, że już ich tam nie ma - Hancock przecież sprzedał je gdzieś w Goodneighbor, kiedy do niego poprzednio zawitali. Rozstała się z ostatnią rzeczą Nate'a, którą jeszcze miała; kiedy w końcu rozstanie się z jego wspomnieniem i odda w pełni Hancockowi?
I gdzie do diabła jest Psochłap?
- Nick - szepnęła, przykucając przy zagubionym syncie - naprawię ci skroń, jak tylko gdzieś usiądziemy, żebym mogła wyciągnąć narzędzia; ale proszę cię, spróbuj sobie przypomnieć. Zostaliśmy rozdzieleni. Psochłap był z tobą. Gdzie jest teraz?
- Co? - Android dopiero teraz zdawał się przetworzyć jej słowa. - No przecież jest zaraz... - Obrócił się i, zrozumiawszy swój błąd, zerwał się na równe nogi, z trudem utrzymując równowagę. Ruszył naprzód, w zupełnie innym kierunku, z którego do nich przyszedł. - Psochłap! PSOCHŁAP!
- Nie, Nick! - Aina złapała go za ramię i zatrzymała wpół kroku zanim zdołał wpaść w jakiś rów i się jeszcze bardziej poturbować. Hancock, który zaszedł już całkiem daleko, na okrzyki Nicka odwrócił się do nich, więc uniosła ku niemu rękę, żeby się nie przejmował. "W porządku?" "Nie, ale ogarniam." Hancock zdawał się doskonale zrozumieć jej przekaz, bo patrzył na nich jeszcze przez moment, a potem zaczął znikać po drugiej stronie pagórka. Aina ujęła Nicka pod ramię i ruszyli wolno w jego kierunku, tak, by cały czas widziała, jak wydeptywał swoje łuki w kępach trawiastych kikutów, które ginęły w dłoni Nicka, gdy ze zgrzytem porównywalnym do drapania tablicy szkolnej przesuwał zdrewniałe pędy między polimerowymi palcami.
- Nick, wszystko w porządku? - spytała Aina, próbując odwrócić jego uwagę, ale nieskutecznie. Synt złapał kolejną roślinę, zazgrzytał nieprzyjemnie razem z jej zębami, i zwrócił na nią na wpół nieobecne spojrzenie, jakby w ogóle nie mógł zrobić dwóch rzeczy jednocześnie, a potem odparł:
- Taa... aa... - zanim padł jak kłoda w wysoką trawę z kolejną porcją zgrzytów. Hancock, widząc to, wbił swój bagnet w ziemię, żeby zaznaczyć, gdzie skończył, i podbiegł pomóc Ainie przewrócić go na plecy. Nick był jeszcze przytomny, ale patrzył na nią pusto, jakby jej zupełnie nie rozpoznawał. Aina już grzebała w torbie w poszukiwaniu narzędzi. Hancock przytrzymywał głowę androida, żeby wyrwa pozostała czysta i dostępna do naprawy. Nie mówili ani słowa. Pracowali w ciszy, by jak najszybciej skończyć; sytuacja była zbyt niebezpieczna, żeby pozwalać sobie na pogaduchy. Jeśli Psochłap do nich nie dotarł, prawie na pewno nie jest w stanie - a więc został poważnie zraniony... albo gorzej. Nick znalazł sobie kiepski moment, żeby stracić zmysły.
Kto by pomyślał, że Strzelcy tak ich urządzą... Ainie rany zamknęły się po dwóch stimpakach, ale Hancock wciąż miał krwawiącą dziurę w ramieniu, gdzie dostał pociskiem penetrującym tak skutecznie, że wyrwało mu kawał mięsa - a z tym stimpaki średnio chciały sobie radzić. Kobieta przetrwarzała dane, rozpatrywała opcje i opracowywała plan działania, podczas gdy jej ręce manipulowały w głowie Nicka wypracowanymi ruchami; nie był to pierwszy raz, gdy naprawiała jego mechaniczny mózg, a i Hancock pomagał jej z wprawą mężczyzny, który już po wielokroć robił za samozwańczą asystę samozwańczych lekarzy i mechaników. Nie obyło się i tak bez wypadków - kilka razy dostał ręką nieprzytomnego już Nicka, gdy Ainie omsknęła się dłoń, za co nagrodził ją podenerwowanym wzrokiem; Aina zaś poraziła się prądem na tyle, że przez moment nie mogła ruszać ręką, gdy z jednego ramienia pęsety spadła jej gumowa nakładka. Wkrótce jednak Nick załączył i podniósł się z trudem, choć Aina jeszcze zalepiała mu wyrwę w czaszce żywicą.
- Źyjesz, stary? - spytał Hancock, kładąc mu rękę na ramieniu. Nick pokiwał słabo głową.
- Odpowiedz - mruknęła Aina w skupieniu. - Chcę usłyszeć, jak ci idzie mówienie.
- Żyję - odparł Nick, nawet jeśli nieco zachrypłym głosem. - Co z Psochłapem?
- Szukamy. - Aina wiedziała już wszystko, czego potrzebowała, również w kwestii jego pamięci. - Dlatego musimy ruszać, gdy tylko będziesz się czuł na siłach.
- Jestem syntem; chodźmy. - Wstał niemal tak szybko, jakby zerwał się po koszmarze, a potem, nawet się zbytnio nie chwiejąc, ruszył w stronę bagnetu Hancocka, jakby w ogóle nie spędził właśnie kwadransu na leżeniu nieprzytomnie na glebie. Aina wymieniła spojrzenia z Hancockiem i podążyli za nim.
- Pamiętasz coś, co mogłoby nam pomóc go znaleźć? - spytała Aina, jeszcze rzucając okiem na jego czaszkę. Nic się nie odkruszało ani nie sączyło. Dobrze.
- Coś wiem, ale sam nie wiem co - odpowiedział Nick, ale parł do przodu tak, jakby miał konkretny cel. Hancock z bagnetem w ręku nieco się od nich oddalił, żeby pokryć większy teren. - Oni go odganiali... jakoś... - mamrotał dalej Nick. - Pobiegli za nim, wszyscy naraz... więc uciekł... A ja pobiegłem po was, żeby go znaleźć, tylko...
- Dobrze już. - Aina położyła mu dłoń na ramieniu. - Prowadź nas tam, gdzie cię ciągnie. Psochłap się prawie na pewno znajdzie gdzieś po drodze.
Nick kluczył chaotycznie po całej okolicy, jakby nie mógł się zdecydować, czy bardziej woli iść brzegiem rzeki, czy środkiem pola. Hancock, nie zwracając na to uwagi, wrócił do swoich kręgów w zbożu. Aina jedynie rozglądała się dookoła, a w razie potrzeby kierowała Nicka w drugą stronę, jak wtedy, gdy szedł ku rzece, z której akurat wychodziły ze trzy błotniaki.
Szli tak przez kilkanaście minut. Krajobraz się zmienił, trawy zostały zastąpione przez krzewy i skarłowaciałe drzewa, rzeka się odsunęła - lub może oni odsunęli się od rzeki. I w momencie, gdy zobaczyli w oddali zestaw domów, zaatakował ich pierwszy feral.
Hancock zdjął go celnym strzałem zanim Aina w ogóle wyciągnęła broń. Wymienili się spojrzeniami i przyspieszyli kroku. Ferale nie wróżyły dobrze. Nick za to skupiony, jakby w ogóle się tym nie przejął: jedynie szedł dalej dopóki Aina nie przywołała go do porządku.
- Wiem, że ferale cię nie pożrą, Nick, ale wciąż pewnie chętnie by ci urwały parę kończyn - mruknęła Aina, gdy szli. Kolejny ghul wyskoczył z jednego z domków i dostał kulkę prosto w czoło. Hancock tymczasem ścinał mały tłumek swoich pobratymców ze zwykłą mu mieszanką wściekłości i nieszczęścia w oczach; a gdy się z nimi rozprawił, w końcu zbliżył się do Ainy.
- Musimy być już blisko - rzekł. - W takich grupach zbierają się tylko wtedy, gdy znajdą pożywienie.
Ainą aż zatrzęsło na to słowo. Psochłap? Pożywieniem? Co wstąpiło w Hancocka, żeby postawić Psochłapa na równi z padliną? Aina przyspieszyła, zostawiając towarzyszy z tyłu. Jeśli jest jeszcze jakaś szansa go znaleźć, nie miała zamiaru się poddawać.
- Aina! - krzyknął nagle Hancock, więc zatrzymała się i odwróciła, przewracając oczami, tylko po to, by zobaczyć, że są dobre dwadzieścia kroków z tyłu. Hancock właśnie składał się do strzału, ale Nick był szybszy; feral, który właśnie sięgał ku niej ręką, stracił i rękę, i zaraz potem też głowę. Hancock podbiegł do niej i, szukając ran, zaczął ją maglować:
- Czyś ty zgłupiała? Musimy trzymać się razem, a nie maszerować przez las, rozkopując ściółkę i tupiąc jak nosorożec! Jeszcze tylko...
- Skąd ty w ogóle, Hancock, miałbyś wiedzieć, czym jest nosorożec?
Ghul zawiesił się z lekka, zamrugał, umilkł. Aina fuknęła na niego jeszcze dla równego rachunku i ruszyłaby dalej, ale Nick właśnie podszedł, przykulony, wskazując na zbiorowisko w oddali. Kobieta zdjęła z ramienia snajperkę, żeby lepiej to zobaczyć, chociaż serce biło jej przerażeniem.
Prawie dwa tuziny ferali kotłowało się w jednym miejscu, wyrywając sobie coś nawzajem, przekazując, tłukąc się i przepychając; dopiero po chwili Aina zrozumiała, że biły się tak o oderwaną kończynę. Psochłap też tam był, leżał w bezruchu nieco dalej, a z kikuta po przedniej łapie z wolna sączyła się krew. Serce Ainy przestało bić i spadło do żołądka.
- Hancock - szepnęła - Psochłap tam leży. Pójdź i sprawdź, czy jeszcze żyje, czy jest sens je atakować.
Hancock zacisnął szczęki, ale ruszył. Ferale nie powinny go atakować, jeśli nie uznają, że chce im zabrać ofiarę. Jakieś pojedyncze, które nie spostrzegły, że nie jest człowiekiem, rzucały się na niego, ale padały po dwóch krokach, eliminowane pociskami Ainy. Posadzić ją na górę, dać snajperkę i... Hancock poczuł nieprzyjemne uderzenie gorąca, gdy pomyślał, że jego też mogłaby łatwo odstrzelić. Właśnie odwrócił się do niej tyłem. Prawie że czuł palący celownik na karku. A potem to już nie było ważne. Ferale przepuściły go bez dyskusji, a leżący na ziemi Psochłap uniósł głowę na niego i zaskamlał żałośnie z bólu.
Jak on mógł sądzić, że ta misja nie ma sensu?! Hancock padł przy nim na ziemię, szeptał słowa otuchy, ścisnął mi kikut kolanami, by zatamować ciągłe obfite krwawienie. Zastęp ferali dookoła wkrótce się rozproszył, rozbiegł i rozłożył na ziemi, ścięty przez Ainę i Nicka, którzy biegli ku niemu i Psochłapowi. Aina wyglądała, jakby właśnie spełniły się jej najgorsze koszmary.
- Kurwa mać, jebane ghule! - krzyknęła wściekle, rzucając bronią o ziemię. - O Boże, Psochłap... Biedaku ty mój... Co ci zrobiły te przeklęte skurwysyny...
Gdy tylko zacisnęła Psochłapowi kikut chustą, Hancock wstał i odsunął się od obojga. Miał nieprzyjemne wrażenie, że Nick patrzył na niego badawczo, więc odwrócił się w drugą stronę. To nie jej wina, powtarzał sobie, przestraszyła się, nie myślała, co mówi... Ale żadna racjonalizacja nic nie dała. Nie mógł odegnać od siebie kleistego, niepowstrzymanego przeświadczenia, że dopiero teraz, w chwili zapomnienia, pozwoliła sobie powiedzieć to, co naprawdę myśli, a co on zawsze podejrzewał. A już pozwalał sobie uwierzyć, że... Ale teraz nie było na to czasu.
- Musimy go czym prędzej zabrać do Bunker Hill - rzucił za siebie. - Teraz tylko Kay mu może pomóc.
Aina przytaknęła głową, kompletnie nieświadoma tego, jak bardzo bluźniły na nią jego myśli. Nick podniósł Psochłapa i znów ruszyli, w milczeniu, w stronę miasta. Ciszę przerywały jedynie okazjonalne piski psa, chociaż niebawem stracił przytomność, podczas gdy Aina głaskała go delikatnie po głowie. Płaszcz Nicka już był poznaczony smugami jego krwi.
Hancock z bronią w gotowości szedł parę kroków przed nimi, odstrzeliwując po kolei wszystko, co tylko ośmieliło się zbliżyć. Z bagna wystawił łeb błotniak i zaraz posypał się w popiół z powrotem w muł; niewielka grupa bandytów ledwo uniosła bronie, a już leżała martwa. Naskoczył na nich samotny feral i zaraz padł, gdy Hancock przestrzelił mu czaszkę. I mógłby przysiąc, że słyszał głos Ainy mówiący znów: "jebane ghule", chociaż jej wargi się nie ruszyły. Przyspieszył nieco kroku.
W mieście przyjęli inną taktykę - szli w zwartej grupie, na widok supermutantów natychmiast zmieniali kierunek, pozostałych wrogów, jeśli nie mogli ominąć, zdejmowali najciszej, jak mogli. Przede wszystkim nie chcieli konfrontacji, nie z Nickiem niosącym Psochłapa, nie, gdy każdy strzał mógł ściągnąć im na głowy hordy najgorszego ścierwa. Poruszali się jednak w miarę sprawnie, efektywnie, i pokonali całą trasę do Bunker Hill w ledwie dziesięć minut, poganiani przez Psochłapa stopniowo wiotczejącego w ramionach Nicka. Gdy wchodzili po schodach do bramy, krew już przesączała się kropelkami przez prowizoryczny opatrunek.
- Stój - warknęła Kessler, stając Ainie na drodze. - Naprawdę myślisz, że cię tu jeszcze wpuszczę po tym, co zrobiłaś? 
Aina zacisnęła zęby, rzucając okiem na Psochłapa i Nicka. Hancocka nawet nie uraczyła spojrzeniem. Zacisnął bezwiednie pięść.
- Nie mam na to czasu, Kessler, Psochłap jest ciężko ranny. - Ale gdy Aina znów zrobiła krok, tamta ją zatrzymała. Ich dłonie jednocześnie powędrowały do pistoletów. Hancock na wszelki wypadek, niemal automatycznie, sięgnął do swojego. Zastanawiał się, czy chciał chronić Psochłapa, czy jednak tak go Aina oczarowała, że był dla niej skłonny oddać życie, mimo że zupełnie na to nie zasługiwała. Nie ostatnimi czasy.
- Instytutowe dziwki nie są tu mile widziane. - Głos Kessler nie stał się wcale mniej wrogi, szczególnie że Aina wciąż napierała na jej rękę, dając jej do zrozumienia, że nie ma zamiaru ustąpić.
- A dziwki Railroadu? - spytała przymilnie Aina.
- Jasne, bo uwierzę, że jesteś po stronie Railroadu, kiedy widziałam na własne oczy, że przyprowadziłaś tu synty Instytutu, żeby nas wyrżnęły! - Kessler wypluła to wszystko jednym tchem i jeszcze przez moment sapała wściekle; sprawiała wrażenie, że zaraz rzuci Ainą o ziemię i skopie ją do nieprzytomności. Hancock spojrzał na Psochłapa. Nick przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, rozglądał się, jakby szukał sposobu, żeby się prześlizgnąć za bramę. Aina za to, wściekła już, warknęła cicho:
- Tak, kurwa. Pracuję dla Instytutu, bo Railroad potrzebowało agenta wewnątrz, żeby ich powalić. A teraz, pani wybaczy, mój pies umiera. - Odepchnęła Kessler lekko i ruszyła wprost na górę, a Nick i Hancock czym prędzej popędzili za nią. - KAY!
Weterynarz już na nich czekała, kończyła przygotowania, które pewnie rozpoczęła już w połowie ich dyskusji z Kessler. Nick wedle instrukcji złożył Psochłapa na posłaniu. Kay, gdy tylko spojrzała na psa, ściągnęła twarz w zaiście niepokojący sposób; Aina prawie już wychodziła z siebie. A Hancock nie mógł na to patrzeć.
- Będzie ciężko - mruknęła Kay, zaglądając Psochłapowi do pobladłego pyska, po wysłuchaniu całej historii. - Stracił mnóstwo krwi, a żeby doprowadzić go do porządku, muszę mieć dojście do rany... Chodź tu, pomóż mi; trzymaj to, ściśnij mocno...
Aina, czując się tak, jakby rozumiała coraz mniej z każdą minutą, bez dyskusji ani wahania wykonywała polecenia Kay. Myślała tylko o tym, żeby Psochłap to przeżył. Nie musi być idealny. Nie musi mieć wszystkich łap. Może zostać trójłapym kaleką. Byle żył. Nie ma zamiaru znów pozwolić na to, by jej pies umarł samotnie i w cierpieniu. Tym razem go nie opuści.
Kay pracowała w ciszy, z taką wprawą, jakby miała całe lata doświadczenia z wcale nie powszechnymi we Wspólnocie psami. Aina nie mogła tego pojąć. Czy psy działają tak samo jak braminy? Jak ludzie? Przecież mechanicznie na pewno funkcjonują inaczej. Gdyby to była maszyna...
Nie! Psochłap to nie maszyna. A Kay wie, co robi. Nie wpierdalaj się w jej pracę ze swoją inżynierią, dziewczyno.
- Aina? - rzuciła Kay, sięgając zakrzywioną igłą w takie miejsca, że zupełnie przebudowywała cały kikut. Aina z dziwnym trudem zogniskowała na niej wzrok.
- Hmm?
- Poradzę sobie na razie. Idź odpocznij. Zrób sobie krótki spacer. W razie czego Nick mi pomoże.
Aina wahała się, coś ją ciągnęło, żeby polemizować. Tym razem go nie opuści. Kay jednak nie wyglądała na kobietę, która zaakceptowałaby odmowę, więc Aina wbrew sobie skinęła głową i wyszła z jej budki. Jej też pracowało się lepiej, gdy nikt nad nią nie wisiał. Nick bez słowa przygarnął ją do piersi, ale... To tylko tyle. Kay nie wyrzuciła jej po to, żeby nie patrzyła, jak Psochłap kona. Prawda? Ale...
- Gdzie jest Hancock? - spytała cicho. Siły z niej uleciały wraz z adrenaliną. Nic już więcej nie mogła zrobić dla Psochłapa. Nie było nic, co by ją popychało do działania. Poza... - Nick? Widziałeś Hancocka?
- Aina, daj mu trochę czasu - mruknął Nick spokojnie. Spojrzała na niego bez zrozumienia. - Hancock ma kiepski nastrój, więc zaszył się w piwnicach i pewnie ćpa. Daj mu chwilę, wróci.
- Ale dlaczego?
Nick nie odpowiedział.
- Aina, chodź tu jeszcze na moment - rzuciła Kay tak spokojnym głosem, że Ainie nawet przez myśl nie przeszło panikować. - Zrobiłam wszystko, co mogłam z moimi dostępnymi narzędziami. Przeżyje, o to się nie martw, ale musiałam mu opiłować kość, więc pewnie będzie się długo i trudno goić. No i nie widzę opcji, żeby jeszcze kiedyś dobrze chodził, chyba że mu zainstalujesz jakąś... zaawansowaną protezę.
Aina wiedziała, co Kay chciała przez to powiedzieć. Jedyną szansą Psochłapa na normalne funkcjonowanie był Instytut. Tyle że Instytut raczej nie chce mieć nic wspólnego ze zwierzętami, o ile, oczywiście, nie wyszły z jego własnego warsztatu. Aina przełknęła gorycz, gdy Kay mówiła jej dalej o utracie krwi, rekonwalescencji, długim odpoczynku.
- ...A że Kessler, jak już wiemy, raczej niechętnie wpuści was tu z powrotem, to mimo wszystko proponuję, żebyście zostali dopóki on nie oprzytomnieje. Na pewno znajdziecie sobie jakieś miejsce.
Aina przytaknęła bezwiednie, próbując opanować gonitwę myśli. Bez względu na to, jak Kay by ją uspokajała, nie było opcji, żeby przestała się denerwować - zaczęła od Psochłapa, ale teraz, gdy ryzyko trochę spadło, przerzuciła resztki stresu na wciąż nieobecnego Hancocka. "Daj mu trochę czasu." Dobre sobie.
W piwnicach Bunker Hill panował półmrok. Ciemność rozświetlały jedynie porozwieszane zdecydowanie zbyt rzadko niewielkie jarzeniówki, stare lampy budowlane, industrialne żyrandole. Aina szła powolnym krokiem, ostrożnie stawiając stopy - pamiętała wyraźnie, że podłoże nie było ubite niczym poza tuzinami stóp i wciąż potrafiło się gdzieniegdzie obsuwać. Schodziła coraz głębiej pod ziemię, wiedziona przerdzewiałymi schodami w tunelach tak tragicznie zabezpieczonych, że ich wyłożone cegłą ściany sypały się jak domek z piasku. Właściwie, to był domek z piasku. Zadrżała. Jej myślom towarzyszyło nieprzerwane kapanie z nieszczelnych rur i zaworów.
Na ziemi porozrzucane były trupy syntów drugiej generacji, pozostawione tu po pamiętnym najeździe na Bunker Hill, który sama na nich ściągnęła. Boże. Ilu ludzi wtedy zginęło. Nagle, zupełnie irracjonalnie, w jej głowie pojawił się obraz małego Shauna w kołysce, Nate'a przed telewizorem; usłyszała pukanie do drzwi. Gdy wstała tamtego ranka, zupełnie się nie spodziewała... Była święcie przekonana, że to będzie zwyczajny dzień, że weźmie Shauna na spacer razem z Nate'em, że znów będą szukać Razora, że... Nawet przez myśl jej nie przeszło, że w wyniku tego jednego dnia zostanie najbardziej poważanym, przerażającym mordercą stanu... Wspólnoty Massachusetts.
Rzuciła okiem za siebie, by upewnić się, że Nick nie wpadł tu za nią i że nie musi patrzeć na te trupy jego pobratymców porozrzucane na podłodze. Wiedziała, że nawet by nie westchnął, nie dał nic po sobie poznać, patrzyłby na nie z tak pustym wzrokiem, jak pusty może być wzrok Gena 2.
Wbiegła na górę. Nawet nie próbowała powstrzymywać dyszenia, po prostu wleciala tam jak zdesperowane nastoletnie dziewczę, które spóźnia się na randkę z Nat... Ze swoim ukochanym. Zatrzymała się wpół kroku, zamknięta w błękitnej rurze, pierdolnęła pięścią o metalową ścianę. Nienawidziła siebie.
Ruszyła, już wolniej, w dół tunelem, który tym razem wyglądał nieco bardziej jak rzeczywiste przedwojenne piwnice, aż weszła do tej starej, zdezelowanej kuchni, w której kiedyś próbowała rozmawiać z odratowanymi syntami. Dopiero po chwili dostrzegła, że Hancock kuli się między lodówką a półkami, kołysząc się wprzód i w tył. Wokół niego na podłodze leżały trzy puste strzykawki po Psycho.
- Hancock? - rzuciła z cicha, siląc się na spokój. Nie było żadnej reakcji; nawet nie drgnął. - John? - Zbliżyła się z wolna, obchodząc starą, rozpadającą się ladę. - John, to ja, Aina. Słyszysz mnie chociaż?
Wtedy dopiero uniósł głowę i spojrzał na nią wzrokiem wściekłego psa, jakby lada moment miał na nią skoczyć z zębami. Serce jej zatrzepotało, cofnęła się, niemalże wpadając na półkę. Hancock podniósł się powoli, z rozszalałym spojrzeniem wciąż utkwionym w jej gardle. Patrzył na nią z tak pierwotną wściekłością, jak wtedy, gdy próbowała powstrzymać go od zabicia szpiega Instytutu w Goodneighbor. Ugięła się pod tym wzrokiem i pod wspomnieniem roztrzaskanej czaszki tamtego i bolącego policzka, i szepczących przeprosiny ust Hancocka, który drugą ręką wciąż celował w drgającego trupa. Rozejrzała się gorączkowo, ale na szczęście John zostawił bronie gdzieś, gdzie nie miał do nich dostępu w tym stanie.
- Dlaczego to powiedziałaś? - odezwał się nagle, cicho, nisko, wściekle; Aina z początku w ogóle nie zrozumiała, ci miał na myśli - a potem przypomniała sobie, w którym momencie po raz pierwszy wydało jej się, że coś jest z Hancockiem nie tak. Brwi ściągnęły jej się nieszczęśliwie, ale dla zaćpanego Hancocka było to jak przyznanie się do winy. Sięgnął ku niej, próbując ją schwycić za ramię, ale wywinęła się zręcznie; zmrużył powieki, a ona poczuła falę przerażenia.
- Hancock... John... - skomlała, próbując odsunąć się na tyle delikatnie, żeby nie dostrzegł, że od niego ucieka. - Kochany, tak mi przykro, naprawdę nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało...
- Ale zabrzmiało - rzucił Hancock. - I co teraz?
- Przepraszam, naprawdę przepraszam, John... Nie miałam na myśli nic złego, tylko... - I w tym momencie musiała postąpić o krok za daleko, bo Hancock nagle warknął i chwycił ją za szyję tak silnie i dokładnie, że od razu zaczęła się dusić. Nim choćby pisnęła, już była przy ścianie, już obdarte z tynku cegły wrzynały jej się w krzyże, już palce Hancocka zaciskały się mocniej...
- John... Proszę... - wychrypiała, walcząc o każdy oddech, orząc mu paznokciami po nadgarstku, próbując podważyć jego palce... Cokolwiek, byleby tylko się uwolnić, uspokoić Hancocka, zacząć znów oddychać. On jednak, wściekły i ślepy z szaleństwa, cisnął nią o materace - Aina boleśnie wyrżnęła szczęką w ścianę; krew poszła jej z wargi. Nie miała jednak nawet chwili, żeby się tym przejąć, bo zaraz potem Hancock schwycił ją za biodra i podciągnął do góry. Wtedy dopiero zaczęła się szarpać, zdając sobie sprawę, co się zaraz wydarzy.
- Proszę, John, opanuj się...! - zaskomlała żałośnie, ale gdy rzuciła okiem za siebie, zobaczyła w jego oczach, że miał rozsądek całkowicie przesłonięty Psycho, że kompletnie ogłuchł na jakiekolwiek jej błagania. Strach schwycił ją za gardło, łzy napłynęły do oczu. Hancock wciąż dobierał się do niej, odtrącając jej coraz to bardziej desperackie uderzenia i z dziwnie wyuczoną łatwością opanowując jej szamotaninę. Szarpała się, ale bezskutecznie. Płakała, ale nie słuchał. Wyrywała się, ale była zbyt słaba. Ze łzami w oczach i bólem serca próbowała nawet sięgnąć po broń, ale wykręcił jej rękę aż na łopatki i przy akompaniamencie jej wrzasku zerwał jej spodnie.
Wiedziała, co zaraz nastąpi. Porzuciła już jakąkolwiek nadzieję, że Hancock przejrzy na oczy. Jedyne, czego teraz może się spodziewać z jego strony, to to, co zawsze boli, nawet kiedy jest delikatny, a ona tego chce. Jedyne, co teraz może zrobić, to to zaakceptować. W końcu na to zasłużyła. I tak nikt nie usłyszałby jej krzyków.
Krzyk rozerwał jej gardło, ale nawet nie w ćwierci tak boleśnie, jak męskość Hancocka rozerwała ją. Wbrew własnej woli szarpnęła się jeszcze, ale ghul przycisnął jej łopatki do materaca, zwracając na nią mniej więcej tyle uwagi, co zwraca się na szamoczącą się rybę zanim utnie jej się głowę, gdy się ją przyrządza na obiad. Była dla niego teraz jedynie środkiem do celu i widziała, że nic nie mogłoby tego zmienić. Ból, tak obezwładniający, że wydawało się to niemożliwe, płacz i krzyk, i jego olbrzymia przemoc, szarpiąca ją od środka, i to postępujące otępienie, jakby jej mózg próbował skryć się sam w sobie i nie czuć, nie wiedzieć, nie pamiętać.
Czuła chłód swojej ścierpłej dłoni na rozgrzanym czole, na palcach rozpadały się jej słodkie łzy. Zasłużyła sobie. Zasłużyła. Zasłużyła, by wnętrzności wywijała jej jego brutalność, jakby ją nawlekał na pal i wyrywał jej kawałki jej samej, by zaraz wcisnąć jej je w gardło w formie gorejących szlochów. Zasłużyła sobie. Przepraszała Hancocka w myślach za to, że nie wszystkie należały do niego i już tylko z płaczem przyjmowała jego karę. Z każdym jego pchnięciem mimowolnie błagała Nate'a o ratunek i momentalnie nienawidziła się za to, że po tylu latach wciąż on jako pierwszy przychodzi jej do głowy, i zaraz myślała o gwałcącym ją Johnie i powtarzała sobie jak mantrę: "Kocham go, kocham go, kocham go, kocham go..."
I ledwie zdążyła popaść w to słodkie, niebolesne otumanienie, ledwo jej ciało objęła dziwnie przyjazna drętwota, ledwo zdołała dostrzec czekającą na nią ciemność, gdy on wbił się w nią zdecydowanie zbyt mocno, cały naraz, i potem jeszcze raz, i z tego bólu, pędzącego jej po nerwach, jakby szukał jej złotego środka, szarpnęła nagle głową i dostrzegła przy samym oku wystający ze ściany pręt.
A potem on uderzył jeszcze raz, równie mocno jak poprzednio, i krzyknęła równie mocno jak poprzednio, a ostatnim desperackim odruchem odwróciła głowę; i poczuła, niczym w zwolnionym tempie, jak przerdzewiałe, ułamane zbrojenie przeciska jej się przez skórę warstwa po warstwie, bez pośpiechu, żeby nie oszczędzić ani jednej komórki, i dostaje jej się do ust, a metaliczny smak zalewa jej język, i nie wiedziała, czy było to żelazo z krwi, czy z rdzy - mokrym krzykiem rozwarła wargi, Hancock wtedy pchnął ją jeszcze raz, pręt ostrym końcem przeorał jej język i uderzył w drugie dziąsło, a ból popłynął jej po korzeniu aż do żuchwy. Krew ściekała jej po brodzie.
Z każdym jego pchnięciem pręt wrzynał jej się coraz głębiej w dziąsło, z obrzydliwym, rozdzierającym czaszkę zgrzytem skrobał jej po szkliwie i zostawiał jej na języku kolejne ślady krwi i rdzy. I jeszcze raz. I jeszcze. Ból rozsadzał ją ze wszystkich stron. Szarpnęła się znów w beznadziejnej próbie, ale rękę wciąż miała wykręconą na plecach tak skutecznie, że nie sposób było przesunąć się choćby o cal. Umysł powoli i niebezpiecznie poddawał się pustce. Nie. Nie. Nie mogła na to pozwolić. Nie mogła już tego znieść. Z ciężkim trudem schwyciła pręt między zęby, zacisnęła szczęki najmocniej, jak mogła, żeby się chociaż zatrzymał, żeby jeszcze miała usta, skoro już nie miała nic innego; ale Hancock, czy też to, co z niego zostało, pchnął ją ponownie, brutalnie, i nadzieja, że to wszystko zaraz się skończy, wymieszała się z ohydnym trzaskiem łamanego zęba, krwią zalewającą jej gardło i twarz, i kolejną falą przejmującego, promieniującego bólu.
I wtedy - jego ruchy jakby zwolniły, jego uścisk jakby się zmniejszył, i Aina jednym drżącym ruchem wyjęła mu ramię bez czucia spomiędzy palców, zdjęła twarz ze zbrojonego pręta i zaczęła pluć krwią i resztkami swojego byłego trzonowca. Hancock nagle gdzieś zniknął. Świat jakby się zapadł. Próbowała odwieść zamglony, rozmyty wzrok od niewielkiej kałuży krwi, łez i śliny upstrzonej jasnymi kawałkami zęba, ale jakoś nie była w stanie znaleźć nic innego, na czym warto by go było zawiesić. Kolana jej się poddały i opadła ciężko biodrami na materac.
Oparła się o wilgotną, zimną ścianę. Czuła, jak krew skapuje jej z podbródka - i nie tylko. Chciała otrzeć twarz z grubej mokrej warstwy, ale nie miała sił podnieść ręki. Jeśli się skupiła, mogła dosłyszeć ciężki, ale niezwykle cichy oddech Hancocka, jakby próbował dyszeć tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Coś próbowało rozsadzić jej serce.
- Przepraszam... - wydusiła z siebie i zaraz szloch znów rozgorzał jej w gardle; dotarło do niej jednak, jak Hancock zrywa się gwałtownie, by wściekle ruszyć do wyjścia. Nie powiedział ani słowa.
- John! - rzuciła, jak jej się wydawało, desperacko, ale musiała tym plunąć z takim jadem, że zatrzymał się wpół kroku, choć wciąż nie obrócił się do niej przodem. Westchnęła, wciąż obolała. - Jeśli mnie tu teraz zostawisz samą, to na pewno nigdy ci nie wybaczę.
Dopiero wtedy uniósł na nią twarz. Szczęki miał zaciśnięte, ale w jego oczach lśniły łzy. Ainie wystarczył ten ułamek sekundy, by doskonale wiedzieć, co się dzieje w jego głowie.
- ...Nie powinnaś mi wybaczać. - Zacisnął powieki, by odegnać łzy. Był wściekły na siebie, i ta złość walczyła z nim z miłością do niej. Aina przypomniała sobie, co z tej miłości już dla niej zrobił. Zmusiła się siłą, ale po kolei przewinęła sobie pod powiekami wszystkie dobre momenty i niektóre złe też. Było dużo łez i jeszcze więcej krwi, ale to było ich. Tylko ich. Uniosła na niego wzrok,
- Ale chcę. - Kolejna słabnąca igła bólu posłała jej falę dreszczy po kręgosłupie. Zmusiła się, by spojrzeć na niego z czymś przypominającym figlarność. - Jak nie chcesz pomagać, to chociaż nie utrudniaj. - I po krótkiej sekundzie desperackiej walki z samą sobą znów wybuchła płaczem.
- Nie rozumiem dlaczego - powiedział tym swoim pustym głosem, zaciskając pięści. Chciał do niej przyjść i ją przytulić, wiedziała o tym, ale bał się skrzywdzić ją jeszcze bardziej. Psycho jeszcze nie zostało do końca wymyte z jego systemu. I gdy tylko o tym myślał, przypominał sobie, co jej zrobił. - Ja mam zamiar się nienawidzić do końca życia.
- Nie przeszkadzaj sobie - rzuciła przez łzy - ale ja nie.
- ...Dlaczego? - Ból w jego głosie był wręcz namacalny. Aina zebrała swój.
- BO CIĘ KOCHAM, TY PIERDOLNIĘTY SKURWYSYNU! - wrzasnęła. Policzek zakłuł bólem. Krew wypłynęła z niej, ale tylko krew. Opamiętał się, dotarło do niej. Przestał dlatego, że się nagle opamiętał. - I w końcu ci wybaczę, czy tego, kurwa, chcesz, czy nie!
Hancock obrócił się na pięcie i wyszedł tak prędko, jakby się zlękł jej wściekłości i tego, co mogłaby mu zrobić - albo sobie. Albo co on mógłby sobie zrobić. Przez długą, przeraźliwie długą chwilę Aina siedziała w wypełnionej bólem i półmrokiem ciszy przerywanej jedynie nieprzerwanym kapaniem z nieszczelnych rur i zaworów. Potem w oddali zabrzmiały przytłumione kroki. Aina rozwarła opuchnięte powieki akurat w porę, by zobaczyć wchodzącego do pomieszczenia Nicka. Jednym spojrzeniem ogarnął materac i momentalnie zrozumiał, że Hancock nie skłamał mu prosto w oczy. Jego twarz ściągnęła się w nieprzeniknionym wyrazie, gdy czym prędzej zbliżył się i zagarnął ją w mechaniczne ramiona. Aina wybuchła płaczem w jego niegdyś białą koszulę. Nick, zupełnie jakby rozumiał, co się tutaj wydarzyło, co siedziało w jej głowie i czego tak naprawdę tylko chciała, nie mówił ani słowa. Owinął ją jedynie swoim płaszczem, splamionym sczerniałą krwią Psochłapa, pocałował czule w przepocone czoło. Na udzie poczuła ukłucie stimpaka. Lekko wilgotną chusteczką otarł jej twarz; na ranie poczuła pieczenie dezynfektantu. Potem pozwoliła mu się podnieść na nogi i powoli wyprowadzić z piwnicy. A im bliżej byli wyjścia, tym bardziej kłuło ją jedno natrętne pytanie.
- Nick? Gdzie jest Hancock?
Nick nie odpowiedział.
Dopiero gdy wychynęli na światło dzienne i Nick delikatnym naciskiem na plecy poprowadził ją do Psochłapa, Aina zrozumiała. Hancock klęczał przez nieprzytomnym psem z opuszczoną głową, jakby prosił go o wybaczenie za to, co uczynił jej. Aina poczuła, jak łzy znów napływają jej do oczu. Szła w jego kierunku tak wolno, jakby stopami przedzierała się przez rzekę smoły. Hancock drgnął, bardzo lekko, gdy ją usłyszał, ale nie ośmielił się podnieść wzroku. Przysiadła naprzeciwko. Psochłap oddychał równo pod nimi. Po twarzy Hancocka spływały strugi łez, pięści miał zaciśnięte na kapeluszu na kolanach. Kochał ją. Zabijał dla niej. Tulił ją i kołysał całymi godzinami, gdy opłakiwała to, co straciła. Dbał o nią. Chronił ją. A ona kochała go i jego sarkazm, i jego ćpuństwo, i jego humor, i jego honor, i jego strach przed porażką.
Obsesyjnie wodziła językiem po ułamanym zębie. Szybkim ruchem otarła nowe łzy. Nate nie mógł się z nim równać. Nate zabijał, bo mu kazano, nie po to, by chronić słabszych i bardziej nieszczęśliwych. Nate nie porzucił własnego domu, rodziny i całej swojej tożsamości, by udowodnić obcym ludziom, że jest po ich stronie. Nate, żołnierz z kochającą rodziną, który odbył swą służbę w chwale i wciąż miał siły, by zbudować z nią wspólne, bardzo wygodne życie, nie mógł - teraz dopiero naprawdę rozumiała - nie mógł nawet marzyć o tym, by dorównać temu zdeformowanemu, pierdolniętemu ćpunowi, który siedział teraz przed nią ze wzrokiem utkwionym w krwawym kikucie psiej łapy i płakał za wszystkich, których nie mógł ochronić przed samym sobą.
Powoli i delikatnie położyła mu dłoń na rozgorzałej czaszce.