Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

sobota, 1 listopada 2014

Zapomnienie (Nikt x Nikt)

Ze specjalną dedykacją dla takich tam.



Niebieskie światło komputera oświetlało jego twarz, gdy pracował. Weszła do pokoju po cichu, choć miał słuchawki na uszach; gorąca herbata co kilka kroków pryskała jej niewielkimi kroplami na dłoń, ale ona tłumiła w sobie jakiekolwiek odgłosy. To miała być niespodzianka. Uśmiechnęła się pod nosem. Miała dla niego dzisiaj dużo niespodzianek.
Podeszła powoli, stanęła za nim, postawiła kubek na biurku. Zaraz też sięgnęła ustami do zagłębienia jego szyi. Zdjął słuchawki i odwrócił się zdumiony, ale chwilę potem położył jej ręce na biodrach i uśmiechnął się tym obezwładniająco ciepłym uśmiechem, którym zawsze ją witał. Odpowiedziała tym samym, ale gdy próbował podążyć za nią na łóżko, pokręciła przecząco głową i kazała mu usiąść z powrotem do pracy.
- Nie będę, no, znaczy, będę cię tylko ignorować, dopóki nie skończysz tego, tego swojego - powiedziała swoim klasycznym nieskładnym stylem i na podkreślenie swych słów klapnęła na pościel bokiem do niego, krzyżując ręce na piersi i patrząc w drugą stronę.
- Ech... - westchnął ciężko i odwrócił się z powrotem do ekranu.
Czekała spokojnie, obserwując go przy pracy, choć w środku aż ją nosiło; nie mogła się doczekać momentu, w którym wszystko mu pokaże i wszystko mu zrobi, a on zupełnie nie będzie się tego spodziewał. Już go zaskoczyła tym, że przyszła. Gdy zrobi swoje, nie będzie wiedział, gdzie jest góra, a gdzie dół. Wyszczerzyła się ukradkiem, z trudem powstrzymując śmiech.
Pół godziny później on odwrócił się od komputera i spojrzał na nią zmęczonym, ale wyraźnie szczęśliwym wzrokiem. Wyraził ulgę, że już po wszystkim i może odpocząć, ale widać, że stres jeszcze go nie opuścił. Ona przesunęła się na łóżku i pozwoliła mu położyć się z bolesnym jęknięciem. Niewiele myśląc, przytuliła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu i wpatrywała się z rozbawieniem w jego półprzymknięte oczy. Musiała niechcący wydać jakiś dźwięk, bo uniósł powieki i spojrzał na nią pytająco.
- Hm? - mruknął. Pocałowała go znów w szyję, potem językiem omiotła mu ucho i w końcu sięgnęła jego ust. Nie polemizował, tylko chwycił jej kark i trzymał mocno. Gdy tak trwali, złączeni wargami, zalała ich ta wszechogarniająca fala uczucia, jakby coś się w nich uniosło i w ogóle nie chciało opaść.
A potem naprawdę się pocałowali: z namiętnością, z pasją i miłością; ich języki splotły się, a wargi ocierały o siebie raz za razem. On lekko zacisnął dłoń na jej karku, ona zaplotła palce w jego włosy, przylegając do niego coraz bliżej i pełniej, aż w końcu oderwała się od niego i zręcznie wyślizgnąwszy się spod jego uścisku uniosła nieco brzegi jego koszulki; on od razu dźwignął się, by ją zdjąć. Patrząc tak na jego tors, poczuła nagłą potrzebę się do niego przytulić i móc jeździć dłońmi po jego skórze, ale powstrzymała ją i  gestem nakazała mu obrócić się na brzuch. Gdy to uczynił, wsiadła na niego; przez dłuższy moment wpatrywała się w jego mięśnie, po części podziwiając (i tylko siłą woli udało jej się nie zaślinić), po części obserwując, gdzie są najbardziej napięte. Potem położyła mu dłonie na lędźwiach i powoli przesunęła nimi w górę, czując jak jego skóra stawia opór, zbiera się na drodze i w końcu wsuwa pod spód, ustępując miejsca jej dotykowi. Rozchylił usta i wyrwało mu się z nich błogie westchnięcie; jego brwi poszły do góry. Uśmiechnęła się pod nosem ujrzywszy jego reakcję.
Zaczęła uciskać mu barki, palcami śledząc przebieg mięśni jego ramion. Czuła, jak napięcie pod jej dotykiem powoli, powoli ustępuje miejsca miękkości. On coraz głębiej oddychał, wyraźnie zadowolony i coraz bardziej wyglądał, jakby miał zamiar jej tam zaraz zasnąć. Była zadowolona, że ledwie kilkoma ruchami rąk mogła go tak zrelaksować i uszczęśliwić, ale nie o to jej przecież chodziło.
Zdjęła swoją bluzkę, czując jak chłodne powietrze ją owiewa, i uczyniła to tak zwinnie, że chyba nawet nie zauważył żadnej zmiany. Pomasowała go jeszcze przez chwilę, zakreślając brzegi jego łopatek, kręgosłupa, uciskając mu lędźwie i podstawę szyi, a potem znów przejechała mu dłońmi od paska po same ramiona i podążyła za nimi, kładąc się na nim lekko. Gdy przylgnęła swoją nagą piersią do jego dziwnie gorącej skóry, jego ciepło wręcz owinęło ją i przez moment chciała oddać się temu błogiemu uczuciu i zostać tak na zawsze. Zmusiła się jednak do przejścia wyżej, sunęła mu po plecach piersiami, tak delikatnie i lekko, że chyba nawet nie zauważył, a potem poczęła tak samo krążyć wargami po jego szyi. Wysunęła lekko język i opisała nim kontur jego ścięgna, idąc wyżej i wyżej, aż dotarła do ucha i przygryzła jego koniuszek, a potem znów, z rozkoszą i zachwytem, powróciła do pieszczot. Westchnął nieco ciężej i na ten znak odsunęła się momentalnie, schodząc na podłogę.
Dźwignął się na łokciu i odwrócił się do niej, patrząc na nią wzrokiem na pół zawiedzionym, na pół oskarżającym, ale ona tylko uśmiechnęła się bez słowa, chwyciła go za szyję i przyciągnęła do brzegu łóżka, by usiadł. Potem bez chwili wahania opadła na kolana i widziała w jego oczach, jak bardzo zdziwiła go jej nagła śmiałość, choć bardzo starał się nie dać tego po sobie poznać.
Wsunęła się między jego uda, patrząc mu prosto w oczy. Nie odrywała wzroku od jego twarzy, gdy powoli, znęcając się nad nim bezczelnie, rozpinała mu spodnie, lekko - to niby niechcący, to mimochodem - trącając nadgarstkiem jego już nabrzmiałą męskość. Potem, z taką niewinną perfidią wymalowaną na twarzy, poczęła ocierać się policzkiem o wnętrze jego uda i krocze; jej włosy zaczepiały mu się o dżinsy, a jej wzrok wciąż nie opuszczał jego, gdy obserwowała i rozkoszowała się tym, jaki ma na niego wpływ. Widziała, że ledwo mógł to znieść, choć zdecydowanie bardziej chodziło o widok jej takiej i drugie dno tego gestu, niż samą fizyczną przyjemność.
W końcu, po bezlitośnie długiej chwili, przesunęła się bardziej ku górze, zębami po drodze lekko złapała jego spodnie, wpatrując się coraz bardziej drapieżnie w jego oczy, a potem wsunęła mu rękę do bokserek i z niewielkim trudem wyciągnęła jego męskość na zewnątrz. Jej wzrok przeskoczył na nią, potem znów na jego twarz; przygryzła lekko wargę i cicho westchnęła. Poczęła poruszać ręką: z początku powoli i z wyczuciem, lekko naciskając na jego napletek przesuwała go w górę i w dół, tak jak zawsze. W tym czasie nabierała śliny w ustach i gdy poczuła, że już wystarczy, uniosła się bardziej i opuściła ją długą strużką na jego główkę, nie dotykając jej jednak wargami.
Wydał z siebie ciche coś między warknięciem a syknięciem, delikatnie zaczepił palcami o jej głowę, próbując nakierować ją w dół, ale wyślizgnęła się i odepchnęła jego rękę. Wtem jej dłoń przyspieszyła, potem mocniej, z luźnym nadgarstkiem suwała nią po jego długości, a gdy do tego zaczęła ją przekręcać i zataczać zawinięte ósemki, mogła dokładnie obserwować, jak jego brwi lekko podskakują, wargi się rozchylają i jak wyrywa się z nich cichy jęk. Uśmiechnęła się do siebie, nie przerywając ruchów nawet na moment. Włączyła do gry i jego wzrok: lekko prześlizgnęła językiem po wargach, patrząc na niego sugestywnie, przymknęła powieki, spoglądając na jego męskość, drgającą lekko w rytm jej ruchów, potem znów przerzuciła oczy na niego. Wyobrażała sobie, jak on chwyta ją nagle za talię i unosi do siebie, by móc jej dotykać i pieścić, i całować, i kochać. Jak jego chłodnawe dłonie wsuwają jej się za bieliznę, jak jego długie palce przez chwilę śledzą jej kształty, by zaraz wsunąć się do środka, powoli, acz stanowczo; jak on z rozkoszą wsłuchuje się w jej ledwie powstrzymywane jęki.
Wszystko to widziała oczami wyobraźni; i miała nadzieję, że te uczucia, które w sobie nosi, to cudowne podniecenie i tę chęć... że jakoś przekazuje je ku niemu samą swoją mimiką. Być może, że umie to z niej wyczytać lub...
A wtedy on nagle pochylił się i chwycił ją za talię, i próbował unieść, i musiała naprawdę zmusić się, żeby mu się oprzeć. Jej kolana uderzyły głucho o podłogę, gdy odepchnąwszy się od niego, powróciła do poprzedniej pozycji i pokręciła znacząco głową. Wyraźnie próbował nie okazywać swojego niezadowolenia, ale niezbyt mu to wychodziło. Oparł się na rękach, odchylił głowę do tyłu i po prostu poddał się jej, wzdychając nieco głośniej, gdy raz na jakiś czas opuszczała na swoją wciąż sunącą po nim dłoń kolejną strużkę śliny. Wtem ujrzała, jak zaciska palce na pościeli, poczuła, jak lekko się spina, jego członek nabrzmiał jej pod ręką i czuła to charakterystyczne pulsowanie. Natychmiast, niewiele myśląc, opuściła na niego wargi; wsunęła go sobie w usta tak daleko, jak tylko mogła, aż on nie mógł powstrzymać jęku. Jej usta wypełnił słonawy smak jego nasienia. Owinęła go jeszcze językiem, cofając się, i spojrzała mu prosto w nieco zamglone oczy zanim wszystko przełknęła.
Uśmiechnęła się na wpół uroczo, na wpół zawadiacko. Wstała. Nawet się nie poruszył. Weszła na niego, popychając go na łóżko, i usiadła na nim okrakiem. Znów opadła, wtulając się w niego, usta zajęła jego szyją, jedną ręką poczęła krążyć po jego piersi. Objął ją mocno, jego dłonie również znalazły sobie zajęcie i tym razem już go nie powstrzymywała. Westchnął ciężko, gdy jej wargi i język sunęły po jego skórze, zostawiając za sobą ślady śliny, gdy jej dłoń ruszyła niżej i niżej, i poczęła delikatnie palcami pieścić jego męskość. Starał się jak mógł, ale wciąż był wyczulony i nie mógł nie poddać się jej dotykowi. Wypchnął lekko biodra, niemo prosząc, by przyspieszyła, ale ona wtedy tylko uśmiechnęła się spokojnie i pocałowała go.
- Teraz ty się postaraj - powiedziała, nagle niezwykle elokwentna. - Chcę, żebyś to zrobił.
Od razu wiedział, o co jej chodzi. Rozmawiali o tym przecież wcześniej, wielokrotnie, ale nigdy nie sądził, że nastąpi to tak szybko. Ani że to ona to zainicjuje. Serce mu zakołatało, popchnięte nagłym skokiem adrenaliny. Był szczerze przerażony - a co jeśli coś schrzani? Co jeśli ją skrzywdzi? Ale spojrzał jej w oczy, błyszczące podnieceniem, i zrozumiał, że ona jest teraz w takim stanie, gdzie o żadnej krzywdzie nie ma mowy. To, że coś ją boli, najwcześniej dotrze do niej dopiero jutro.
Uśmiechnął się uspokajająco, zanim jej twarz zdążyła przejść z "naprawdę tego chcę" do "o rany, nie, zrobiłam coś nie tak" - co zdarzało jej się niestety bardzo często i przez to należało mocno uważać, co się przy niej robi i mówi. Pocałował ją ponownie, tym razem głębiej i chciwiej, aż poczuł, że brakuje jej tchu. Dłońmi mocno przesunął w górę jej nagich pleców; już po chwili rozpiął jej stanik, zrzucił go na ziemię i, przytrzymując ją jedną ręką, obrócił ich zwinnie. Jej głowa opadła na pościel z lekkim impetem, który jedynie sprawił, że sapnęła wręcz z niecierpliwością.
On również nie mógł się doczekać. Z każdym jego ruchem to, co miało nastąpić, stawało się coraz bardziej realne. Im niżej schodził, tym bardziej do niego docierało, że już niebawem, po raz pierwszy w swoich życiach, będą się kochać. Im dalej ściągał tę jej spódniczkę, którą tak bardzo lubił, tym bliżej był pełni świadomości, że nareszcie, po tylu miesiącach, złączą się kompletnie i ich związek wejdzie jakby na kompletnie inny poziom. Zaraz uśmiechnął się do swoich myśli, wpatrując się w nią, gdy tak leżała na jego łóżku, naga, ze strachem, ale i miłością w oczach, obserwując, jak on powoli rozpina spodnie i w końcu wchodzi do niej.
Zatopili się pod pościelą. Było ciepło, wręcz zbyt ciepło, ale akurat teraz mu to nie przeszkadzało. Nie musieli się nigdzie spieszyć. Poczynając od jej ust, przez policzek, szyję i pierś, składał delikatne, denerwujące wręcz pocałunki niżej i niżej. Ominął to, dokąd sądziła, że dąży, i z kolei językiem wiódł po liniach jej nóg; od kostki aż po uda. Poświęcił wiele uwagi wewnętrznej ich stronie, powoli, tak okrutnie powoli zbliżając się do jej zakątka, a im bardziej się zbliżał, tym płytsze stawały się jej oddechy. A potem zagłębił się tam, a ona wydała z siebie przeciągły, cichy jęk i wyrzuciła ku niemu biodra, wyginając się lekko w łuk. Od razu wsunął pod nie ramiona, unosząc ją lekko do siebie i językiem omiatał jej wszystkie zagłębienia i pewne szczególne wybrzuszenia. Ona przyłożyła dłoń do ust, tak uroczo bezsensownie próbując powstrzymać się od jęków, a on wręcz rósł z dumy widząc, jak na nią oddziałuje. Uniósł się w końcu, ociekając sukcesem, a ona, zawstydzona, chwyciła za poduszkę i nakryła nią twarz. Nim spojrzała, co robi, on prędko założył prezerwatywę i już był na niej, całując ją namiętnie, gdzie tylko mógł dosięgnąć i czego nie zasłaniała poduszka.
Nie pytał jej o zdanie, bo wiedział, że zaraz by się zmieniło. Nie dawał jej chwili wytchnienia, bo wiedział, że zaraz miałaby wątpliwości. Ale wiedział też, że podjęła już decyzję i byłaby tylko na siebie zła, że stchórzyła.
Delikatnym naciskiem rozsunął jej kolana i jak na znak odrzuciła poduszkę i owinęła wokół niego ramiona. Przycisnął się do niej, też szukając bliskości, a potem, najsprawniej jak potrafił, począł się w nią wsuwać.
Na początku poszło zaskakująco łatwo i musiał powstrzymać się, żeby tego nie zwerbalizować. Potem jednak napotkał opór. Nabrał powietrza, trochę się bojąc. Jeszcze mógł się cofnąć, ale już niebawem nie będzie odwrotu. Spojrzał na nią, na jej twarz dużo bardziej przestraszoną od niego, i od razu podjął decyzję. Ucałował ją głęboko, sapnęła mu w usta zanim się mu oddała, i wtedy pchnął mocno.
Z jej ust wyrwał się jęk bólu, ale zacisnęła zęby i wtuliła się w niego. Trzymał ją blisko przy sobie, delikatnie głaskał jej włosy, nie ruszając się ani o milimetr. Jej oddech powoli się uspokoił. Spojrzał jej w oczy, podchodzące nieco łzami, ale ona tylko wytarła je szybko, wręcz gniewnie i skinęła na niego.
- Wszystko w porządku? - zapytał jeszcze upewniając się, i znów pokiwała głową. - Nie boli już? - Pokręciła na zaprzeczenie i delikatnie uniosła biodra, żeby mu dorównać. Sięgnął dłonią w dół, ale choć prawie w ogóle nie było krwi, nie czuł się przekonany.
- No weź... - całą jej ulotną elokwencję trafił szlag. Uśmiechnął się i począł się powoli poruszać, wsuwać głębiej, i zaraz sam prawie się wyłączył, czując, jak jej ciasnota zaciska się wokół niego z taką siłą, że aż ciężko było oddychać. Zrobiło mu się gorąco i jednym ruchem odrzucił kołdrę, podsunął pod siebie kolano i zaczął poruszać się szybciej, oddając swoje ciało instynktowi. Obserwował zmiany na jej twarzy, ale nie wydawało się ją nic boleć, wręcz przeciwnie. Po chwili jej wargi rozchyliły się i nawet nie próbował się powstrzymywać przed pocałowaniem jej. Teraz nie musieli się przed niczym powstrzymywać. Nic nie miało znaczenia, tylko to, jak pięknie wyglądała pod nim, jak jej palce zaciskały mu się na plecach i jak z jej warg wyrywały się ciche jęki, gdy oboje szukali w sobie wzajem zapomnienia.

poniedziałek, 20 października 2014

Nadzieja (z serii: "Parazytki z inwazjologią")

W ramach pomocy naukowych na parazytki. Tu przedstawiam babeszyjkę, ale planuję więcej.
(Błagam, nie pytajcie,)



Było mi ciepło, ciepło i przyjemnie. Czułem wilgoć na sobie, zatopiony w jej ciele; aż ciężko było oddychać. Ciężko dysząc, poruszałem się powoli, a jej ślina opływała mnie ze wszystkich stron.
Moja żywicielka skakała sobie z gałęzi na gałąź niczym pierdolona wiewiórka, zupełnie nieświadoma, że ja tu w środku telepię się po jej całej śliniance jak piłeczka. Za każdym razem, gdy lądowała na kolejnym drągalu, moje organelle podchodziły mi do błony cytoplazmatycznej. Niechby dała sobie na spokój.
Nagle grawitacja zadziałała, wraz z całą śliną przesunąłem się wyraźnie w dół; właśnie teraz bym wymiotował, gdybym tylko miał żołądek, którego treści mógłbym się pozbyć. Acha. Trzeba się przygotować. Żywicielka właśnie spadła komuś na kark. W ciszy modliłem się, żeby to był pies. Oby to był pies. Boże Pasożycie, niech to będzie pies.
Zdecydowanie wolałem psy od ludzi. Nie wiem dlaczego, ale bardziej mi smakowały. Niby to samo, niby ten sam płyn, składniki, krwinki, wszystko - ale psy smaczniejsze. Absolutnie. Może chodziło o sierść. A może o temperaturę ciała.
Po czasie, który wydawał się wiecznością, jak zawsze, poczułem prąd. Nareszcie. Dorwała się do krwi. Wraz ze wszystkimi moimi braćmi, siostrami, synami, córkami, matkami i ojcami (no dobrze, wszyscy jesteśmy spokrewnieni) - jak jeden mąż ruszyliśmy pod prąd, do przodu, do góry, czy może już w dół... i poczuliśmy to gorąco. Uradowałem się całą moją sporozoitowatością. Tak! Jest! Pies!
Och, jak ciepło. Oo, jak dobrze. Mógłbym się rozpłynąć, tak było wspaniale. Wprost cudownie! Aaach. Ale. Są rzeczy do zrobienia. Trzeba się wziąć za robotę.
Namierzyłem pierwszą krwinkę czerwoną, która wydawała się jeszcze pusta, i podczepiłem się do jej błony. Nawet nie zauważyła, że tam byłem. W sumie, jak miała zauważyć, kiedy nie miała mózgu. Heheh. Te krwinki są tak głupie, że to aż urocze.
Kilkoma splunięciami enzymów zrobiłem sobie dziurkę w jej błonie cytoplazmatycznej. Wstrzymawszy oddech, zacząłem wciskać się do środka, powoli, nanometr po nanometrze, aż w końcu  - coś pękło i już byłem w środku. Dziura za mną zasklepiła się jak gdyby nigdy nic. Zaśmiałem się pod aparatem Golgiego. Mój plan przebiegał bez problemów.
Naprężyłem się, czując już, jak to nadchodzi. Wszystko zafalowało. Moja cytoplazma wręcz zabłysła tysiącem fajerwerków, gdy się przekształcałem. Wytrofozoitowany, poczułem się mocny. To było jak preludium, i aż zadrżałem z podniecenia na samą myśl o tym, co nastąpi potem. Podział. Wspaniały podział. To cudowne uczucie, gdy z własnego ciała tworzę nowe życie.
Aaaaaach... Po kolei odrywały się ze mnie kawałki jądra, potem cytoplazmy, aż w końcu błona cytoplazmatyczna, w tym liberującym, obezwładniającym bólu, przerwała się i zaraz zamknęła; i zaraz obok czułem obecność drugiej komórki. Mojego dziecka. Ach. Tyle razy już to się zdarzało, a wciąż ogarniała mnie ta przejmująca duma i wzruszenie.
Mój syn rozejrzał się, nieco zdezorientowany, po czym najwyraźniej doszedł do wniosku, że mu tutaj za ciasno i tą samą drogą, którą ja tu wszedłem, wybył z erytrocytu, by poszukać sobie następnego. Teraz chwila odpoczynku i od nowa. On będzie się dzielił, ja będę się dzielił, nasi bracia i siostry, i matki, i ojcowie, i córki, i synowie będą się dzielić. Doprowadzimy do ogromnej inwazji, pożremy wszystkie krwinki, aż w końcu pies ulegnie wyniszczeniu i zdechnie. Ale zanim to nastąpi, ugryzie go następny kleszcz, pochłonie nas z tymi erytrocytami, a tam uwolnimy się z nich i dojdzie do... seksu.
Ach, seks. Już nie mogę się doczekać. Mały gamont, znajdę sobie ładną gametkę, podziabam ją trochę, popukam, pobłagam, a potem ona mnie wpuści i złączymy się w tę cudowną unię - zygotę. A potem wyrosną nam nibynóżki i będziemy ookinetą i przejdziemy sobie znów do ślinianek. A moje wspomnienia będą się poszerzać o nowe, jeśli nawet identyczne, przeżycia. Aach. Ale najpierw pochłonie nas kolejny kleszcz.
Przynajmniej taką mam nadzieję.

niedziela, 12 października 2014

Arka Przymierza... DWA. (Nie czytajcie. Ostrzegałam.)

Tytułem wstępu:
K: „Ja chcę drugą część Arki Przymierza.”
N: „NIE.”
S: „Ale, no nie wiem... O czym miałabym tam pisać?”
K: „Jak to o czym? Dalszy ciąg! Spójrz ile ich tam jeszcze zostało!”

+

S: „To będzie takie powtarzalne...”
N: „Możesz zrobić, że z jednej z nich nagle wyskoczą tentakle i będzie byczo-tentaklowy hentai.”
S: „O! Dobre! Dajcie mi 15 minut.”

+

Proszę... BŁAGAM... Nie porzucajcie mojego bloga. Nie spisujcie go na straty... Przysięgam, że coś takiego się więcej nie zdarzy... ;___;

PS. To naprawdę nie moja wina. K i N mi kazali ;_____;
(A do tego dowiedziałam się, że w następnym semestrze będziemy ćwiczyć robienie badania rektalnego prostaty byka...)


Motto:
Taaatooo, przytuuul mniee...



Nigdy nie byłem dobrym ojcem.
Ale teraz nie miało to już większego znaczenia, gdy tak wesoło, acz coraz wolniej i mniej energicznie, uderzałem biodrami o zad mojej piątej córeczki. Zsunąłem się z niej i kuksańcem dałem jej do zrozumienia, żeby odeszła. Miejsca w rzędzie po mojej prawej stronie były już puste, jeśli pominąć moją najmłodszą latorośl, która leżała na trawie na wpół zdechła, najwyraźniej niezdolna do dźwignięcia się na nogi po tym, jak staranowałem jej krówczość. Westchnąłem ciężko i podszedłem do następnej.
Już z trudem przyszło mi na nią wskoczyć. Moje łydy i uda cierpiały katusze, nieprzyzwyczajone do samotnego utrzymywania mojej poważnej masy przez tyle czasu bez przerwy. Znużony, objąłem córkę za biodrami i musiałem kilka razy uderzyć na ślepo zanim w końcu udało mi się trafić w jej zbyt wysoko położone wejście. Wrzasnęła, niby to z bólu, niby z rozkoszy.
Kątem oka widziałem, jak stary karmiciel kręci głową, a dużo młodszy mężczyzna obok, ubrany w biały fartuch, którzy zawsze nosili ci gwałciciele bydła, zapisywał coś na kartce z podkładką. Zamuczałem siarczyście. Być może moje szanse bycia staranowanym przez tabun koni nie zmaleją kompletnie do niczego, jeśli ci dwaj uznają, że ja jestem kompletnie do niczego.
Skupiłem się więc na swoim zadaniu, czy raczej – próbowałem się skupić, ale nagle wzrok zaszedł mi czarną mgłą i poczułem, jak z nozdrzy zaczyna mi ciec krew. Czym prędzej zsunąłem się z mojej córkochanki, żeby czym prędzej wytrzeć nos o trawę. Muknęła zawiedziona i obróciła się, zapewne po to, żeby mnie złajać, a ujrzała tylko, jak powalany juchą staram się złapać równowagę, i to, co zobaczyła, niezwykle jej nawet nie ruszyło. Wyglądała wręcz na obrażoną. Suka... ym, krowa jedna.
Stałem jeszcze na chwiejnych nogach, ale z każdą chwilą byłem coraz bardziej przekonany, że długo to już nie potrwa. Stary karmiciel krzyczał coś z przerażeniem, ale odpowiadał mu tylko spokojny głos tego drugiego – chuja, który nawet swojego chudego ludzkiego dupska nie ruszył, żeby mi pomóc. Pewnie już spisał mnie na straty i szkoda mu nawet tych kilku strzykawek usypiadła, żeby mi zakończyć cierpienie.
Którego zresztą wcale tak bardzo nie czułem. Jasne, to było dość nieprzyjemne, nie widzieć niczego do końca i słaniać się na nogach, kiedy powinienem raczej kroczyć dumnie po pastwisku i bezceremonialnie rżnąć każdą dużą parzystokopytną paniusię, która mi się nawinie, ale nie powiedziałbym zaraz, że cierpię. Oj tam, lekkie zawroty głowy. Może drobna ślepota. I tylko trochę krwawienia wewnętrznego. Pikuś.
Jak ten pies, Pikuś. Hej, pamiętacie Pikusia? Miał taki durny zakręcony ogon. taki cały chudy i jeszcze w tym okropnym szarym kolorze. Wyglądał jak szczotka do kanek pomykająca na czterech debilnie długich łapach. I bardzo głupio się cieszył, jak mnie widział. Jakby go podniecał widok istoty większej od niego przynajmniej 20 razy, która mogłaby go zmieść z powierzchni ziemi jednym kopniakiem. W sumie nawet uroczy był, ten Pikuś.
A potem Pikuś zniknął. Zabawne, tego dnia przyjechał do nas ten sam gwałciciel krów, który teraz stał nieco dalej i przyglądał mi się badawczo. Hm.
- RATUJ GO, RATUJ! – wrzeszczał na niego stary karmiciel. Uszy mnie bolały od jego krzyków. Mógłby zamknąć jadaczkę. Byłbym zobowiązany.  – NO NA CO CZEKASZ, TY SZARLATANIE?! RATUJ GO! MOJE DZIESIĘĆ TYSIĘCY ZŁOTYCH ZARAZ PADNIE, A TY STOISZ JAK ZASRANY BARAN!
W sumie, nawet mnie to wzruszyło. Nawet nie wiedziałem, że jestem tyle dla niego wart.
Pierwszy raz poczułem, że komuś na mnie zależy...
A potem nagle wrzaski ucichły. Zapadła niezwykle niepokojąca cisza, więc otworzyłem oczy, żeby zobaczyć, co się dzieje, i – o dziwo – nawet zobaczyłem. I oczom nie mogłem uwierzyć.
Moja ostatnia córkochanka właśnie wydawała z siebie przerażające, wściekłe ryczenie, podczas gdy jej brzuch był przebijany przez przynajmniej tuzin dziwacznych, salamandrowatych macek. Kilka z nich położyło jej się na grzbiecie, a pozostałe wyciągnęły się wzdłuż boków, jakby próbując coś złapać... Ale dopiero gdy postąpiła krok w moją stronę, zdałem sobie sprawę, że byłem to ja.
Oczywiście, zacząłem uciekać, ile sił w nogach, ale że sił tychże nie było wcale wiele, całkiem szybko mój pysk spotkał się z aromatyczną ziemią. I wtedy to poczułem. Jakby tysiące śliskich robali sunęło mi po skórze, pod włos, szukając tylko miejsca zaczepienia.
Spojrzałem za siebie, ale to, co ujrzałem, nie było już moją córką. Jakimś cudem przekształciła się w przerażającego potwora, wiele potężniejszego od tej małej filigranowej krówki, którą jeszcze całkiem niedawno usiłowałem zapłodnić; skóra z jej pyska była jakby odrzucona do tyłu, a z nagiej, obficie umięśnionej czaszki wystawała ohydna, wydłużona szczęka, która wyglądała tak, jakby jej jedynym przeznaczeniem było... ssanie? I nim zdążyłem choćby zamuczeć, owa szczęka opadła ku mojej byczości i dosłownie ją połknęła.
Nie, nie żartuję. Z przerażenia zacisnąłem powieki i przysięgam, że gdy otworzyłem je pięć sekund później, mojego prącia nie było.
Nawet nie sterczał żaden kikut.
Po prostu zniknęło.
Ono zwyczajnie... zniknęło.
Zawyłem. No nie możecie mi się dziwić. Moja głowa była przepełniona strachem, rozpaczą i tysiącem pytań bez odpowiedzi, na przykład jak mój największy i najpiękniejszy atrybut zmieścił się w tej maleńkiej, tylko lekko wydłużonej szczęce, szczególnie że nie widziałem, żeby coś ogromnego i esowacie wygiętego spływało w dół odsłoniętego przełyku mojej przymuszonej, ale wyraźnie niezadowolonej z moich usług nałożnicy.
Ale, to, co zobaczyłem dalej, sprawiło, że zupełnie zapomniałem o mojej byczości.
Szyja mojej córki, bowiem, kończyła się nie na kłębie, ale nie kończyła się w ogóle. Była uniesiona w powietrzu przez jedną z tych obrzydliwych macek, która zatknęła ją na siebie jak na patyk i wymachiwała nią, wyraźnie urzeczona smakiem mojego penisa. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że szczęka prawdopodobnie należała do niej.
Po ziemi pełzło do mnie kolejne pół tuzina macek. I kiedy tylko zacząłem się zastanawiać, które z jąder kocham bardziej, jedna z nich schwyciła mnie za ogon, a druga... no cóż, druga, i trzecia, i czwarta, i jeszcze kilka kolejnych, postanowiły chyba zemścić się na mnie za to, jak potraktowałem swoje córy, gdyż... Jakby to powiedzieć... Zaczęły mi robić to, co ja robiłem najlepiej na innych.
Zaryczałem zdumiony, a potem zaryczałem ponownie, gdy wreszcie dotarł do mnie ból. Zacząłem rzucać się i tarzać po tej okropnej, kłującej ziemi, usiłując się wyrwać i uciec, ale bezskutecznie – kolejne kilka macek owinęło mi się wokół ciała i zaciskały się tym bardziej, im bardziej się starałem. Opadłem w końcu bez sił, które w większości wykorzystałem na... Och, cóż za jebana ironia.
Szczerze powiedziawszy, byłem już zmęczony tym byczym gównem. Szczególnie tym, które zaczęło ze mnie wypływać w niezwykle nieprzyjemny sposób, najwyraźniej rozpuszczone śliną tego potworzyska. Macki, które nie były w tej chwili zajęte trawieniem mojej dopiero co z trudem uformowanej treści pokarmowej, obróciły mnie dookoła, niezwykle wspaniałomyślnie, żebym mógł zobaczyć, co się działo na reszcie pastwiska.
Gwałciciela bydła nigdzie nie było, choć w mojej obecnej sytuacji jego dawne zbrodnie bladły. Stary karmiciel chyba zszedł był na zawał, bo niezwykle siny i względnie nieruchomy leżał na ziemi bezwładny jak laleczka. Pozostałe krowy na pastwisku najwyraźniej wzięły i uciekły, roznosząc płot w strzępy, zostawiając mnie na pastwę tego czegoś, jeśli pominąć moją najmłodszą latorośl, która dalej leżała na trawie, pożywiając się nią w przerwach między cichym pomukiwaniem a ciekawskim obserwowaniem rozwoju wydarzeń.

- Na co się gapisz, mała krowo – powiedziałem, czy raczej chciałem powiedzieć, ale moje gardło zostało spenetrowane przez jeszcze jedną mackę, która właśnie wychynęła z bulgocącej treści żwacza porozrzucanego po prawie całym pastwisku truchła. Tak wygięty, zostałem zmuszony do wpatrywania się w już-nie-jałówkę, gdy tak podjadała zachlapaną krwią trawę, i mógłbym przysiąc, że w jej oczach widziałem błysk triumfu – szczególnie gdy poczułem, jak coś zostaje we mnie wpompowane z niezwykłą siłą. Nagle wszystko rozjaśniało oślepiającym blaskiem i pozwoliłem sobie się w nim zatopić; było już za późno, gdy dostrzegłem, że dociera ono z jej świeżo zapłodnionej małej Arki Przymierza...

sobota, 5 lipca 2014

[Łowcy Czarownic] Granice (Hansel x Gretel)

Kilka słów tytułem wstępu
Zasadniczo opowiadanie nie jest już młode (jakiś rok, może?), ale niestetyż trafił mnie psychiczny szlag i nie chciało mi się nawet patrzeć na blogi, a co dopiero na nich publikować. W każdym bądź razie teraz mi się chce, więc wrzucam to, co już mam, i na pierwszy rzut idą "Granice".
"Granice" to efekt mojego oglądania "Łowców Czarownic", w których - jak już pisałam - częstotliwość i pomysłowość mordów była tak wysoka, że wprawiała mnie w euforię. Naprawdę, są bardzo kreatywni. Jak nie oglądaliście, to obejrzyjcie.
Właściwie ten film był tak popieprzony, że jedyne, czego tam brakowało, to incest. No po prostu samo się prosiło. (Ona w którymś momencie usiadła mu na biodrach okrakiem, NO PROSZĘ WAS!) No i się wyrodziło.


GRANICE
Ludzie gadają. Czasami mają rację, zazwyczaj - kłamią. Wymyślają historie, by ożywić swoje jednolite, szare życia. Lecz historia dwojga rodzeństwa, Łowców Czarownic, była całkiem prawdziwa i rozpowszechniona. Gdziekolwiek by się nie wybrali - zawsze znajdowali pracę, a to pozbyć się wiedźmy, a to rozpoznać jakąś, a to upewnić się, że czyjaś córka nie daj Boże nie stąpa po złej drodze. Głównie jednak to pierwsze.
Wiele razem przeszli, Hansel i Gretel, wiele również się nauczyli. Niedawne wydarzenia były być może nieco zbyt ekscytujące. Poznali prawdę o swoich rodzicach. Przekonali się, że dobre wiedźmy też istnieją, jak również dobre trolle. Przy okazji kilkakrotnie niemal stracili życie, roznieśli w strzępy - dosłownie - największy sabat, jaki w życiu widzieli, i przy tym nauczyli się kilku nowych sztuczek.
Nie umieli robić nic innego. Nigdy nie mieli okazji ani przede wszystkim czasu zdobyć innych umiejętności. Ale to nie było istotne. Byli dobrzy w tym, co robili, a to obezwładniające, wręcz osłabiające uczucie zaraz po tym, jak odrąbywali jakiejś wiedźmie głowę, napędzało ich na długie tygodnie. Mieli jasno ustalone zasady, granice, i uczciwie się ich trzymali. No, może poza kilkoma wyjątkami.
Nigdy nie rozmawiali o rodzicach, w szczególności o matce. Czasem jednak zdarzało się, że Gretel budziła się w środku nocy, wyrwana z koszmaru i potrzebowała jego pomocy i bliskości. Po to Hansel tam był, żeby jej ulżyć, żeby mogła popłakać mu na ramieniu i tak zasnąć, jej mięśnie powoli rozluźniające się w bezwładne ciało, które następnie delikatnie kładł i starannie opatulał kołdrą, by zimno po wygasłym kominku nie wybudziło jej ponownie z tego, co tym razem zawsze było spokojnym odpoczynkiem.
Nigdy również nie próbowali zmieniać siebie nawzajem. Hansel miał być zawsze sarkastycznym, nieco brutalnym dupkiem, Gretel zawsze miała być tą delikatniejszą, acz wojowniczą młodszą siostrą. Kochali siebie takimi, jakimi byli, i żadnemu z nich nie przyszłoby nigdy do głowy być kimś innym. Jeśli ktoś ośmielił się choćby spróbować wpłynąć jakkolwiek na ich zachowanie - wkrótce tego żałował. Lecz były momenty, były noce, kiedy wyrywali się ze swoich zwykle niezmiennych ról, i wtedy stawali się tylko kochającym się rodzeństwem z brzemieniem przeszłości, które nie marzy o niczym innym niż o chwili zapomnienia.
To była jedna z tych nocy. Gretel wygięła się w łuk, zaciskając zęby w beznadziejnych próbach powstrzymania się od jęku, podczas gdy on delikatnie wodził wargami po jej udach, posuwając się z wolna coraz wyżej i wyżej, aż w końcu wyrwał z jej warg niepełny krzyk, który zdusiła dłońmi. Hansel uśmiechnął się pod nosem, choć im lepiej się sprawiał, tym niebiezpieczniejsza stawała się sytuacja. Pod żadnym pozorem nie mogli pozwolić, by ktokolwiek ich usłyszał lub zobaczył. Według powszechnie uznanych norm, ich relacje były równie bluźniercze, jak magia wiedźm, które zabijali, a pokój w karczmie nie był nawet w części tak ustronnym miejscem, jak środek puszczy lub brzeg ukrytego w niej jeziora.
Hansel zatopił język w jej ciepłych, słodkich głębiach, rozkoszując się ostrym westchnięciem, które z niej wydobył ledwie jednym ruchem. Przyspieszył, czując uderzenie gorąca w lędźwiach i słysząc w głowie głos wewnętrznego sadyzmu. Wkrótce do gry dołączyły palce i Gretel wpiła paznokcie w jego dłoń, drugą rękę przyciskając sobie do ust, tłumiąc wszystkie słodkie odgłosy, które tak uwielbiał. Bawił się nią bezczelnie, brutalnie, aż z rozkoszy poczęła drżeć, trząść się niemiłosiernie, jednocześnie pragnąc, by przestał, i mając nadzieję, że nigdy tego nie uczyni.
- Ćśś... - Hansel uniósł się z szeptem na ustach i zawisnął nad nią na łokciu. Jego palce zwolniły, lecz wciąż nie dawały za wygraną, gdy on zatapiał twarz w jej włosach i wargami pieścił zagłębienie jej szyi. - Siostrzyczko, nie bójże się. Wiesz przecież, że nie zrobię ci krzywdy.
- To nie... - sapnęła, odrywając dłoń od ust. - To nie ze strachu, ty... ah! - Jeden ruch jego palców i znów zmuszona była powstrzymywać własny krzyk.
- Bez wyzwisk, bo cię ukarzę - odparł z uśmiechem i był niemalże pewien, że siostra trzaśnie go w twarz.
- Po prostu... już...
Nie musiała mówić nic więcej. Balansując na krawędzi wyższego piętra łóżka, Hansel odwrócił ją twarzą do pościeli i objął ją, delikatnie rozsuwając jej uda własnymi. Gretel wplotła swoje palce między jego, kiedy on odszukał jej wejście, zatrzymał się w progu i w końcu wsunął się gładko i delikatnie. Westchnęli wspólnym oddechem, gdy czuli siebie nawzajem, zupełnie jakby to był znów pierwszy raz; Gretel wypchnęła biodra bardziej ku niemu. Jego palce wciąż pachniały krwią ich ostatniej ofiary, ale nie zwracała na to uwagi, bo gdy poruszał się w niej tak, jak teraz, powoli i z wyczuciem, nie zwracała uwagi na nic poza jego ciężarem i ustami całującymi jej szyję. Za każdym razem, gdy się cofał, pozostawiał po sobie uczucie niepełności, które sprawiało, że dążyła za nim aż nie uderzał znów, aż znów nie czuła się cała i jego.
Kominek trzaskał jeszcze z cicha, kiedy Hansel pociągnął ją nagle do góry, obrócił i posadził na sobie - przylgnęła do niego jak wiele razy dawniej i wsunęła go w siebie z powrotem. Sufit był tak nisko, że czuła, jak jej włosy ocierają się o drewno raz po raz, ale to nie było istotne. Odnalazła jego wargi i zatopiła się w nich, czując jak on wypełnia ją swoją męskością po brzegi i jęknęła cicho w jego usta. Coraz trudniej było powstrzymać się od krzyku, choć robiła, co mogła, a Hansel obserwował jej twarz, jak się zmienia, jak lekko skacze jej brew, jak jej usta rozwierają się nieco bardziej, jak jej oczy wpatrują się w jego, czekając tylko na ten moment, gdy ich źrenice się spotkają i nic już nie będzie mieć znaczenia.
I było tak długo, bardzo długo i powoli, i dokładnie. Gretel patrzyła na niego, a potem wciskała twarz w jego szyję, a potem znów odrzucała głowę do tyłu i szukała jego wzroku. A on czuł, jak jej głębie obejmują go, pieszczą jego twardość swoją miękkością, miłują jego gładkość swoimi fałdami, i trzymał ją, przyciskał do siebie, coraz mocniej i mocniej, aż niemal słyszał, jak pękają jej żebra - choć może tylko znów ostro westchnęła, walcząc z całych sił z jękami budzącymi jej się w krtani?
I nagle był blisko, więc położył ją z powrotem na pościeli, z biodrami uniesionymi tak na jego kolanach; ich palce splotły się ponownie, gdy odszukał jej dłoń swoją. Potem ucałował jej rozwarte wargi, rozkoszując się jej jakby obcym, lecz tak słodkim smakiem, i zaraz zakrył jej usta drugą ręką. Gdy przyspieszył tempa, jej jęki zaginęły w jego skórze, a on patrzył na jej oczy, jej piękne, półprzymknięte, uciekające oczy, i na łzy obezwładniającej przyjemności, toczące się jej po policzkach. Gdyby byli całkiem sami, teraz właśnie mamrotałaby jego imię. Gdyby byli gdzie indziej, teraz właśnie piszczałaby i krzyczałaby do ochrypnięcia.
Gdyby było inaczej, łzy na jej policzkach by właśnie wysychały, gdy spałaby spokojnie zawinięta w kołdrę. On czekałby cierpliwie na wschód słońca, z zamkniętymi oczami, rozmyślając o tym, gdzie iść teraz i jak najlepiej wykorzystać czas, komu najmniej trzeba by zapłacić za nowe bełty. Co noc na nowo wyznaczałby w głowie kolejną granicę między siostrą a łowczynią, przyjaciółką a zabójcą, delikatnością, którą znał, a pewnością, którą miał obudzić; i gdy pierwsze promienie światła wynurzałyby się zza horyzontu, on budziłby Gretel do pracy jak obcą kobietę, żeby nie pamiętać o tym, jak kwiliła ze strachu ledwie kilka godzin wcześniej.

...Ale dla nich nie było żadnych granic.