Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

poniedziałek, 25 maja 2015

[Marvel] Suka (Magneto x Ida)

Gdy obudziłem się późnym rankiem, jak prawie nigdy, i sięgnąłem, by otrzeć twarz, w pierwszej chwili nie mogłem w ogóle ruszyć ręką. Musiało minąć kolejne kilka długich sekund nim dotarło do mnie, że nadgarstki miałem przywiązane do ramy łóżka grubym sznurem, którego nie byłbym w stanie rozerwać żadną siłą. Rozejrzałem się za jakimś nożem czy choćby nędznym kawałkiem druta, ale, jak na złość, jedynym metalem pozostałym w pokoju była klamka do drzwi. Bardzo ładna, mosiężna. I pięknie zaokrąglona.
Leżałem tak przez dłuższy moment, w niemal kompletnej ciszy, jeśli nie liczyć szurania moich więzów o drewno ramy i świergotania leśnych ptaków za oknem. Wtedy dopiero przypomniałem sobie, że nie byłem w swoim mieszkaniu w Waszyngtonie, ale w domku, do którego zostałem niedawno wyciągnięty „na wczasy”. Im bardziej przytomniałem, tym bardziej byłem przekonany, że wszystko, co działo się w ciągu ostatnich dwóch dni, stanowiło część jakiegoś niecnego planu. Prawdopodobnie właśnie tak miałem skończyć: związany, obnażony i bezbronny. Kurwa mać.
Teraz pozostało tylko spędzić resztę wolnego czasu na zastanawianie się, kto chciałby, żebym znalazł się w takiej sytuacji, i zdołałby cię przekonać do pomocy. Moje rozmyślania wtedy przerwałoby nadejście owego kogoś, które z kolei zwiastowałoby wiele wymyślnych tortur i zapewne równie misternie wyknutą zemstę. Tak, jeśli ktokolwiek miałby chcieć mnie krępować i ciemiężyć, jego powodem, prawie na pewno, byłby osobisty odwet za jakąś krzywdę, którą wyrządziłem mu tyle lat temu, że nawet nie wiedziałbym jaką.
Potem jednak istotnie drzwi się otworzyły, ale stanęłaś w nich tylko ty. Znaczy, no, nie tylko. Miałaś na sobie na wpół przejrzystą, koronkową koszulkę i pasujące do niej luźne szorty, które wnet okazały się wręcz obcisłe, gdy usiadłaś na mnie okrakiem i bez słowa zaczęłaś subtelnie ocierać się o moje biodra przez jedynie cienki materiał prześcieradła. Nim zdołałem choćby zorientować się, co się dzieje, już poczułem falę dreszczy i to specyficzne napięcie w lędźwiach, które mogło znaczyć tylko jedno.
I gdy zobaczyłem ten dumny uśmiech na twojej twarzy, w pełni dotarło do mnie, co tak naprawdę się dzieje.
- Co ty wyprawiasz? – zapytałem z równie dużą dozą nieufności w głosie, co tą, którą czułem; a przynajmniej taką miałem nadzieję.
- A co, nie widać? – odparłaś figlarnie. – Coś ci się nie podoba?
Zamilkłem. Tego oczywiście powiedzieć nie mogłem, nie bez łgarstwo czy też upartego zaprzeczania temu, co robiło moje ciało... I mam tu na myśli nie tylko coraz to bardziej naprężoną męskość, ale też sposób, w jaki moje biodra, zupełnie bez udziału mej woli, unosiły się, by dorównać twym ruchom. Dotyk twoich rąk na piersi palił wręcz żywym ogniem, a i tak miałem ochotę schwycić cię i przycisnąć do siebie mocniej... Tyle że nie mogłem. Nie, zdecydowanie mi się podobało, lecz zazwyczaj byłem tym związującym, a nie związywanym – a nieszczególnie lubię oddawać prym bez walki.
Szarpnąłem się więc w więzach, ale niestety były równie mocne, co za pierwszym razem. Jedyne, co udało mi się osiągnąć, to szerszy uśmiech na twej twarzy; wyglądało to za bardzo jak kpina, żebym nie spróbował jeszcze raz, i jeszcze, aż w końcu przejechałaś dłońmi w górę moich ramion i zatrzymałaś je na napiętym bicepsie, co wyraźnie ci się spodobało.
- No już, uspokój się – powiedziałaś cicho, wręcz szeptem. – Dlaczego się denerwujesz?
- A cholera cię wie, co ty masz zamiar mi zrobić – odparłem, ale już w połowie zdania zdałem sobie sprawę, jak głupie jest, więc uśmiechnąłem się półgębkiem i zmieniłem głos na bardziej szelmowski. – Jeszcze mnie zgwałcisz, i co ja zrobię?
Pochyliłaś się z uśmiechem i poczułem gorący oddech przy uchu, gdy mruknęłaś:
- Dojdziesz dziko.
Zacisnąłem pięści na sznurach, a gdy potem jeszcze potarłaś sutkami, przebijającymi przez materiał twojej koszulki, po mojej nagiej piersi, niemal doszczętnie straciłem zmysły. Przestałem już nawet zauważać, jak dużą frajdę ci to sprawiało, szczególnie że teraz zaczęłaś całować mnie po szyi i piersi, dłońmi lekko podrapując moją skórę.  Kurwa, jak teraz chciałem po prostu złapać cię za biodra i wbić się w ciebie aż do samego końca, słyszeć twój krzyk i widzieć ten wyraz rozkoszy na twojej twarzy. Jak ja nienawidziłem być na dole.
- Nie rozumiem, dlaczego śpisz nago – powiedziałaś chyba tylko żeby zwrócić moją uwagę na to, jak zdejmujesz ze mnie prześcieradła i jak dobry widok mam teraz na twoje piersi, których, do cholery jasnej, nie mogę nawet dotknąć.
- Co masz na myśli? – spytałem najbardziej opanowanym głosem, na jaki mogłem się jeszcze zdobyć. Udałem, że nie dostrzegłem tego uśmieszku czającego się w kąciku twoich ust.
- No... ja tak nie mogę – mruknęłaś, lekko wodząc dłonią po moich biodrach i niby to niechcący delikatnie, samymi opuszkami palców przejeżdżając po moim członku. Momentalnie drgnął. Zacisnąłem zęby, powtarzając sobie w myślach, że nie, nie dam ci się manipulować jak marionetką, ale z każdą chwilą było coraz trudniej uwierzyć, że wcale nie chcę ci teraz wbić się w gardło aż po tarczycę.
- Mhm? – wydałem z siebie z udawanym zainteresowaniem, sięgając już po najgłębsze pokłady samokontroli.
- Jak to możliwe – kontynuowałaś jak gdyby nigdy nic, chociaż ten z trudem powstrzymywany śmiech zdradzał, co naprawdę czujesz – że nic ci się nigdzie nie wrzyna ani nic cię nigdzie nie uciska...
Mówiąc to, przejechałaś mi pazurami od piersi po biodra i to tak mocno, że nie mogłem powstrzymać syknięcia, a potem równie delikatnie, co poprzednio, przesunęłaś dłonią po moim członku, powodując, że niemal wyskoczył do ciebie, gdy zadrapania wciąż zbyt bolały, bym mógł go powstrzymać.
Może jednak moje wcześniejsze wyobrażenia o torturach nie były takie na wyrost, jak sądziłem.
- Więc? – zapytałaś znów, bardzo niewinnie, unosząc się na łokciu, drugą ręką jednak wciąż niedbale pocierając moją męskość. – Jak ty to robisz? Zdradź mi swój sekret... Proszę?
- Niech cię szlag, kobieto – warknąłem już bez zahamowań, a ty bezczelnie parsknęłaś triumfalnym śmiechem. Nie byłem w stanie nawet udać, że mi to przeszkadza - byłem tak otumaniony żądzą, że mogłabyś śmiać się jak szalona przez cały czas, a i tak bym to akceptował, jeśli tylko byś mnie ujeżdżała.
Na szczęście zanim dotknąłem dna i zacząłem błagać cię jak pies, żebyś się nade mną zlitowała, ty powiodłaś językiem w dół mojego torsu, a potem znów w górę mojego członka, obserwując mnie ciągle wzrokiem, który zwiastował jedynie więcej cierpienia. Wyobraziłem sobie, jak bardzo zmieniłaby się twoja mina, gdybym teraz schwycił cię za włosy i po prostu spenetrował twoje usta, lecz lekkie potarcie na nadgarstkach przypomniało mi, że jakkolwiek bym nie chciał, nie mam jak tego zrobić.
Uniosłaś go lekko i językiem przesunęłaś po jego podstawie, później powiodłaś naokoło żołędzi i znów wokół czubka; dotykałaś go wargami niemal niewyczuwalnie, składając drobne pocałunki na całej długości, zaczęłaś go nawet łagodnie go podgryzać. Z niecierpliwością czekałem, aż w końcu weźmiesz go w usta, ale nie – w żadnym momencie nie zrobiłaś nic choćby luźno powiązanego z moją chęcią wplątania palców w twoje włosy i zerżnięcia ci gardła.
- Weź go – szepnąłem w końcu; nie mogłem się już powstrzymać, ale na pewno nie miałem zamiaru dać ci satysfakcji słyszenia mojego pełnego głosu, gdy cię proszę o pieszczoty. – Naprawdę, ugryź go, jak musisz, ale zrób cokolwiek.
Przez moment patrzyłaś na mnie błyszczącymi oczami, jakbyś właśnie na to czekała; potem przejechałaś językiem po jego główce z wargami rozwartymi, jakbyś miała zamiar spełnić moją prośbę, jedynie po to, żeby potem się do mnie nieprzyzwoicie uśmiechnąć, ty sadystyczna ruda suko. Warknąłem, nie mogąc nawet powstrzymać ruchu biodrami, zbyt mocno przypominającego błaganie o więcej.
Wreszcie się jednak ulitowałaś, bo rozebrałaś się do końca, patrząc ciągle w moje już pewnie lśniące szaleństwem oczy, po czym znów usiadłaś na moich biodrach. Dłonią, tym razem już mocniej, potarłaś mojego członka, jakby wymagał jeszcze jakiegoś przygotowania, chociaż miałaś na niej tyle śliny, że ciężko było mówić o jakimkolwiek pocieraniu. Mimo to, aż do ostatniej chwili bałem się uwierzyć, że w końcu przestaniesz się nade mną znęcać – a potem nabiłaś się na mnie jednym płynnym ruchem i jednocześnie uwierzyłem, przestałem się bać, straciłem czucie w dłoniach i jęknąłem przeciągle. Zostało mi akurat tyle siły woli, żeby powstrzymać się od dojścia od razu w tym momencie.
- Jak ja cię nienawidzę – wymsknęło mi się, choć miałem szczery zamiar jedynie to pomyśleć; ale twoja twarz, zarazem zadowolona i ogłupiała z rozkoszy, dała mi do zrozumienia, że ci to zupełnie nie przeszkadza. Właściwie to chyba nawet mnie już nie słuchałaś.
Zaczęłaś się poruszać, z początku wolno, a twoje rozchylone wargi tylko drgały bezwiednie, gdy czułaś mnie w sobie, a ja mogłem to dopasować dokładnie do tego, co sam czułem – wszechogarniający ucisk i obezwładniające ciepło, jakbym miał się zaraz rozpłynąć w twoim wnętrzu.
Potem przyspieszyłaś i więzy na moich nadgarstkach zacisnęły się jeszcze mocniej, gdy bezwiednie szarpnąłem nimi, chcąc cię złapać za biodra. Chyba zauważyłaś to gdzieś między westchnięciem a jękiem, bo rozwiązałaś mnie jednym ruchem i tylko pisnęłaś głośniej, gdy schwyciłem cię za biodra i wbiłem się w ciebie głębiej niż sama byłabyś w stanie to zrobić. Opadłaś na mój tors prawie że bezwładnie i wtuliłaś się we mnie; objąłem cię jedną ręką, a drugą wciąż przytrzymywałem twoje biodra i przyspieszyłem jeszcze bardziej, aż twoje jęki przerodziły się w desperackie krzyki. Syknąłem z bólu, gdy wbiłaś paznokcie w moje ramiona, ale tylko zaostrzyło to moje odczucia, i już nie mogłem się powstrzymać ani chwili dłużej.
- Erik, Erik! – krzyknęłaś mi wprost do ucha i to, jak moje imię brzmiało w twoich ustach, przeważyło szalę. Wbiłem się w ciebie mocniej, a potem jeszcze raz, i jeszcze, aż napięcie w lędźwiach stało się wręcz nieznośne, i w końcu, przy akompaniamencie twoich rozpaczliwych krzyków poczułem ten skurcz i wyrzut, i zatopiłem się w tobie najgłębiej, jak tylko zdołałem, by tam się w końcu rozpłynąć.
Poruszałem się tak, mocnymi ruchami, jeszcze przez chwilę, czując pod skórą pracę moich napiętych mięśni, jak tylko w tym stanie zaostrzonych zmysłów, dopóki twoje krzyki nie ustały i nie opadłaś na mnie już całkiem bezwładnie, wyzuta z sił. Ostatnimi siłami przełożyłem cię na pościel, żeby móc spojrzeć z góry na twoje błyszczące oczy i wargi rozwarte we wciąż ciężkim oddechu. Złożyłem kilka pocałunków na twojej szyi i dekolcie, ale ledwo zareagowałaś, myślami wciąż jakby zatopiona w swoim niedawnym spełnieniu, więc tylko pokręciłem głową. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu niemal tak dumnego, jak twój jeszcze pół godziny temu, gdy wyżywałaś na mnie swoją sadystyczną duszę, i musiałem dojść do wniosku, że jednak nie było to bez reszty nieprzyjemne, być zdominowanym przez taką rudą sukę.


[A innego dnia, w innej sytuacji można było usłyszeć:
- Co ty robisz, Erik? Czy to... klamka?
- Ja ręce mam tutaj.
- Czyś ty zgłupiał? Zabierz to ode mnie!]

sobota, 11 kwietnia 2015

[Rzeka Mgieł] Książę (Lyeiess x Raila)

Tytułem wstępu:
Miałam nie pisać tego pairingu (bo fabularnie Lyeiess i Raila mieli się kochać burzliwą, nieskonsumowaną miłością... bla, bla, bla), ale nie potrafiłam oprzeć się pokusie. W poprzednim poście macie opis postaci, jeśli potrzebujecie. Jeśli nie - enjoy ^^

---

Słońce już dawno zaszło za horyzont, kiedy Lady Chirurgia zaczęła ledwie myśleć o położeniu się do łóżka. Uniósłszy ciężką głowę znad równie ciężkiej księgi zawierającej zapis wiedzy zebranej przez wiele lat jej praktyki, spojrzała zmęczonymi oczami na dogasające świece. Dużo łatwiej pracowało się przy świetle dziennym, ale z takim trybem życia tylko wieczorami miała wystarczająco dużo czasu na wypełnianie kroniki; między pacjentami, badaniami, księciem zawracającym jej...
- Raila? – głos Lyeiessa towarzyszył dźwiękowi otwieranych drzwi. – Śpisz?
Nawet nie próbowała powstrzymywać przewrócenia oczami, gdy okręciła się w krześle, aby spojrzeć na księcia. Stał zaraz przy drzwiach z wcale nie małą butelką w ręku zawierającą coś, co wyglądało jak pędzony w stajniach bimber w kolorze gnijącej sczerniałej śledziony. Lady Chirurgia skrzywiła się mimowolnie.
- Co tu robisz tak późno, mój książę? – spytała, opatulając się szczelniej okryciem, coby nie gorszyć władcy swą nocną bielizną.
- Szczerze powiedziawszy, moja droga, stałem pod drzwiami twej komnaty od ostatniej godziny, ale nie byłem pewien, czy nie jesteś już w łożu.
- Dlatego stałeś na korytarzu i nasłuchiwałeś, mój panie? – w jej głosie pobrzmiewał budzący się śmiech i Lyeiess, zniecierpliwiony, postawił na najbliższej wolnej powierzchni dotychczas trzymaną butelkę. Raila rzuciła na nią okiem, po czym przeniosła pytające spojrzenie na księcia.
- Oto powód – rzekł spokojnie. – Najnowszy prezent od centaurów i, jak sądzę, ostatni na pewien czas.
- Co to? – Raila uniosła butelkę i poczęła studiować jej zawartość. Płyn był lekko mętny, niemal czarny, choć widać było, że podbity fioletem. Po odkorkowaniu dowiedziała się bardzo szybko, że nie pachniało wcale lepiej niż wyglądało.
- Również chciałbym to wiedzieć – Lyeiess wzruszył ramionami. – Wygląda to na jakąś ichnią gorzałę. Chciałem to sprawdzić z tobą; jeśli to dla nas szkodliwe, przynajmniej będziesz wiedziała, co robić. I, jak sądzę, dla ciebie będzie to mniej niebezpieczne niż dla takiego zwykłego człowieka, jak ja. Z twą historią rodzinną.
Lady Chirurgia zmrużyła oczy, ale szybko przestała doszukiwać się obrazy w jego słowach. Lyeiess ostentacyjnie odetchnął z ulgą. Potem skądś zostały wyjęte dwa srebrne kielichy i zagrycha w postaci michy pełnej owoców kuss.
- Zdajesz sobie sprawę, mój drogi książę, że najpewniej stracisz przytomność zanim mi choćby zaszumi w głowie? – rzuciła niezobowiązująco Raila, nalewając centaurze wino, gdy już usadowili się przy niskim stoliku służącym medyczce dotychczas jako podstawka pod słoje z preparatami. Lyeiess mógłby przysiąc, że Raila starła z niego ślady jakiegoś płynu zanim rzuciła na podłogę kilka haftowanych poduszek i skinęła na niego dłonią, by usiadł.
Był to zdecydowanie najgorzej smakujący alkohol, jaki oboje kiedykolwiek mieli w ustach, a prawdopodobnie również gorszy niż cokolwiek, co przyszłoby im kiedyś tam mieć. Przypominał smakiem posłodzoną miodem spermę, z lekka ciągliwy, gorzki i klejący się do podniebienia; nawet nie dało się go prędko przełknąć i palił w gardło dłużej niż powinno to być dopuszczalne. Raili jeden łyk przypominał całą szklankę wrzącego dezynfektantu i podobnie sprawiał, że zbierało się na wymioty - ledwo zdołała je powstrzymać. Książę nie zdołał; od razu zbladł i z wdzięcznością przyjął od niej misę, do której następnie desperacko, długo i wyjątkowo ohydnie rzygał.
- Archh... – charknął na koniec i wyprostował się, ocierając łzy z policzków. – Co za obrzydlistwo. Cudowne. Polej jeszcze.
Druga kolejka zeszła Raili łatwiej – mogła nawet rozpoznać poszczególne smaki. Pod dezynfektantem krył się anyż; i samo to już prawie wystarczyło, żeby towarzyszyła Lyeiessowi nad misą. Do tego można się było doszukać ukrytych gdzieś tam poziomek czy może jakichś specyficznych centaurzych jagód, ale niewiele to pomagało. Mimo to zdołała wypić drugą szlankę, a potem jeszcze trzecią i czwartą, podczas gdy książę sobie wesoło rzygał.

---
Raila tylko raz usłyszała mały dzwoneczek przy swojej automatycznej klepsydrze, a już zaczęło jej szumieć w głowie. Należało więc przyznać, że centaurze wino było równie mocne, co niesmaczne.
Lyeiess trwał w stanie, który po tych kilku latach służenia mu swą medyczną wiedzą nauczyła się rozpoznawać jako preludium do bardziej niebezpiecznego, ale też bardziej zabawnego nastroju. Lyeiess bowiem nie upijał się jak normalny człowiek; miał swoje cztery poziomy, i w żadnym nie przejawiał ani plątania się języka, ani zachwiań równowagi, ani nawet przesadnych reakcji. Najpierw stawał się delikatny jak płatki zaschłej róży. Starał się wszystkim dogodzić, bał się kogokolwiek skrzywdzić i dopytywał ciągle, czy wszystko w porządku – do znudzenia. Rzygałaby tym jego zachowaniem, gdyby wcześniej nie była oddała swej treści żołądkowej winu.
Potem książę wchodził w tryb depresji z elementami zabiegania o uwagę, w którym właśnie trwał teraz. Był co prawda mniej irytujący niż jeszcze przed chwilą, ale tylko trochę, i już przygotowywała się psychicznie na nieuniknioną serię błagalnych pytań, po których najpewniej nastąpiłby trzeci etap książęcej libacji. Wpadłby wtedy w całkiem kontrolowaną wściekłość, podjął mnóstwo głupich decyzji, wyzwał kilka osób na pojedynek i część z nich pewnie zabił, aż w końcu by się wypalił i padł nieprzytomnie; tylko po to, żeby wszystkiego po stokroć żałować następnego ranka. Dlatego Raila przezornie zabrała resztkę wina ze stołu i wylała diabelstwo razem z cuchnącą, chlupoczącą zawartością misy do nieczystpływu. Następnie poczęła gotować herbatę nad swoim półodkrytym kominkiem, podczas gdy Lyeiess zanurzał się głębiej w morzu swoich nieszczęść i żalów.
- Raila? – O. W końcu się zaczęło. – Czy ja jestem złym człowiekiem?
Zamarła. Jego głos, nie ubolewający jak zazwyczaj, a naprawdę szczerze przestraszony, przemówił do niej zupełnie inaczej; jakaś cząstka niej zadrżała. Nie było mu siebie szkoda, nie żałował swoich decyzji po raz enty w życiu, nie oczekiwał współczucia ani pocieszenia. Tym razem naprawdę się bał, czy nie stał się po drodze kimś innym niż chciał.
Raila odwróciła się teraz, by na niego spojrzeć. Był oparty niechlujnie o ścianę, jedną dłonią odgarniał do tyłu swoje jasne włosy, drugą ocierał twarz z łez. Podniósł na nią wzrok, niemo błagając o pomoc. Obraz nieszczęścia.
- Książę... – Chciała do niego podejść, ale pokręcił głową.
- Nie chcę być księciem – warknął, i zaraz głos mu się załamał. Wróciła do swojego małego kociołka i po chwili zastanowienia dorzuciła do niego trochę proszku z kozłka lekarskiego, dla uspokojenia. Obserwowała Lyeiessa przez ramię, dopóki nie złapała się na wpatrywaniu się w zarys jego klatki piersiowej pod materiałem koszuli i analizowaniu wszystkich sposobów, w jakie linie jego szyi przechodziły w ostrą krawędź jego żuchwy, gdy zaciskał zęby. Odetchnęła głębiej, czując uderzenie gorąca, i, wmówiwszy sobie, że to tylko powiew od kociołka, zmusiła się, by odwrócić wzrok. Co się z nią działo? Czwarty rok mijał, od kiedy po raz pierwszy postawiła stopę na iaońskiej ziemi, ale nigdy wcześniej się jej coś takiego nie zdarzyło. Książę był przystojny, oczywiście, i nawet jej było trudno tego nie doceniać, ale dotychczas nie było to uczucie tak silne ani... natrętne.
Lyeiess – nawet w tym nieszczęsnym stanie – dostrzegł coś w Raili. Czy były to jej zaczerwienione policzki czy wzrok, którym na niego patrzyła, książę zaczął się przyglądać bardziej i to, jak teraz zadrżała, również nie umknęło jego uwadze. Powoli docierała do niego sytuacja, w której się znajdowali: komnata gorzała żarem kominka, w powietrzu wisiała ciężka aromatyczna para, on półleżał rozchełstany, a koszula nocna Raili okazała się nagle bardzo dobrze dopasowana. Skoczyło mu ciśnienie na samą myśl o tym, co mogłoby się tu wydarzyć; od dawna odnosili się do siebie z pewną dozą poufałości, chociaż nie w taki sposób. Ale... nie. Nie z Railą. Nie mógłby jej tego zrobić.
Nagle przed nim pojawił się cynowy kubek z jakimś ziołowym naparem, co natychmiast wybiło go z transu. Raila, wciąż nieco zaczerwieniona, stała nad nim i prawie że wpychała mu kubek w twarz, więc w końcu poddał się, wypił wszystko duszkiem i zaraz tego pożałował. Herbata była tak gorąca, że aż się rozkaszlał, a przy tym tak dobra, że wolałby się nią delektować dłużej. Raila pokręciła ze zrezygnowaniem głową, gdy na nią spojrzał, by poprosić o dolewkę.
- Nie – powiedziała tylko stanowczo. Lyeiess nie wiedział już, czy jej odmowa znaczyła, że nie chce jej się robić kolejnego naparu, czy że spożył właśnie coś, czego nie należy przedawkować.
Raila usadowiła się naprzeciwko i przyglądała mu bez słowa. Lyeiess przez pewien czas usiłował skupić wzrok na jej twarzy, ale średnio mu to wychodziło, więc w końcu po prostu zamknął oczy. Próbował przypomnieć sobie, o czym rozmawiali wcześniej; gdy wreszcie mu się to udało, zdał sobie sprawę, że nie potrafi wrócić do tamtego nastroju. Mógł wręcz wyczuć ten sztuczny spokój, który nałożyła na niego herbata Raili. Nie był tak do końca pewien, czy jest z tego zadowolony.
- Jak się czujesz? – zapytała ona, najwyraźniej odczytując coś z jego zmarszczonych brwi czy może zmieszania w jego oczach. Nie odpowiedział od razu. – Mój książę?
- Przestań – mruknął, coraz bardziej zły; wiedział, że samo to odpowiedziało na jej pytanie. – Jesteśmy w twoich komnatach. Nikt nas tu nie słyszy. Możesz mówić mi po imieniu.
Raila milczała; mógł obserwować, jak na jej twarzy przewijają się na zmianę zakłopotanie, niepewność i niepokój. Nie zdziwiło go to. Dotychczas nigdy nie ośmieliła się do niego zwracać tak bezpośrednio, poza tamtym razem, gdy rozmawiali podczas jej operacji i za bardzo skupiała się na pacjencie, żeby myśleć o etykiecie. Nawet jeśli dla niej to coś więcej niźli kwestia etykiety.
Wtedy nawet dwukrotnie jej się wymsknęło, przez co Lyeiess był prawie pewien, że w głowie już go tak nazywa. Ale Raila nie była tak prosta. Potem odwiedziła go, żeby przeprosić – mówiła, że nie powinna się była tak spoufalać, że nie chciała, żeby pomyślał, że mówienie mu po imieniu było z jej strony zaproszeniem; i wyszła, nim zdołał wyjaśnić jej, że nic bardziej subtelnego od „tak, weź mnie” nie jest dla niego zaproszeniem. Miała wtedy ten rzadki wyraz twarzy, jakby przebłysk ze środka, z osobowości, którą na co dzień kryła za swoją wiedzą i pewnością siebie: spojrzenie skrzywdzonej dziewczynki. Ten sam wyraz twarzy, który pojawił się dawno temu, gdy po raz pierwszy próbował ją uwieść i nie mogła mu nie odmówić. Ten sam wyraz twarzy, na który patrzył teraz.
- I nie masz się czego bać – dodał po chwili. – Jesteś ze mną bezpieczna. Nigdy nie zrobiłbym niczego, czego byś nie chciała.
Mimo jego słów, Raila wcale nie wydawała się uspokojona. Lyeiess westchnął. To było silniejsze od niej, wiedział o tym; ale od czterech lat nie dał jej żadnego powodu, by sądzić, że chce ją skrzywdzić. Mogłaby już mu wreszcie zaufać, pomyślał z irytacją. Był jednak tak spokojny, że nawet nie mógł się na nią zezłościć, i to zirytowało go jeszcze bardziej.
- Raila, czy kiedykolwiek źle cię traktowałem? – zaczął, chcąc przypomnieć jej wszystkie sytuacje, w których okazał wobec niej wstrzemięźliwość, wsparcie i współczucie – w tej kolejności – ale nie zdążył nawet zacząć następnego zdania, a ona już kręciła głową, choć z oczami wbitymi w ziemię.
- Problem nie tkwi w tobie, mój książę...
I tym razem on jej przerwał, chwytając jej dłoń i zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy.
- Lyeiess. Na imię mi Lyeiess. Błagam, Raila, choć raz, choć z tobą, chciałbym zapomnieć o byciu księciem, o prowadzeniu tego dworu i o tym całym przeklętym życiu. Chciałbym przez ten jeden wieczór być tylko chłopakiem, który spędził cztery lata siejąc pszenicę i kosząc siano. Tylko tyle. Proszę. Czy możesz to dla mnie zrobić?
Im dłużej mówił, tym bardziej nieszczęśliwie Raila wyglądała. Widać było, że chciała, ale nie potrafiła otworzyć ust i powiedzieć jego imienia, tak głęboko zakorzeniony był jej irracjonalny strach przed tego urojonymi konsekwencjami. A świadomość, ile to dla niego znaczy, tylko potęgowała jej uczucie bezsilności.
- Nie chcę cię do niczego w ten sposób zmuszać. Nie chcę cię w ten sposób związać jak przysięgą, ani w żaden inny sposób, skoro o tym mowa. Niczego od ciebie nie wymagam i niczego od ciebie nie oczekuję. To jest tylko prośba, ale znaczy dla mnie bardzo wiele. Od lat nie czułem się nigdzie tak swobodnie i tak zwyczajnie jak przy tobie dzisiaj. Chciałbym mieć w tobie taką właśnie ostoję od tego wszystkiego. Tamta operacja, gdy wysłuchałaś mnie, mówiłaś mi po imieniu i jeszcze dawałaś swoje pragmatyczne rady w ten twój lekceważący sposób, otworzyła mi oczy. Kocham cię, Raila, jak najdroższą przyjaciółkę.
Przez dłuższy czas Raila nie mówiła nic. Wyciągnąwszy brodę spomiędzy jego palców, jedynie wpatrywała się w posadzkę, swoje kolana, rąbek tuniki – Lyeiess widział, jak jej oczy skaczą z przedmiotu na przedmiot, byleby tylko nie patrzeć w jego stronę. W którymś momencie jej ciałem wstrząsnęło coś jak szloch, ale nie wydała z siebie dźwięku, po czym wzięła głębszy oddech i się uspokoiła. Wyglądała teraz bardziej jak zagubiona sarenka niż wnuczka jednej z najsilniejszych orczych szamanek – dopóki w końcu nie uniosła głowy i nie spojrzała wprost na niego.
Nim się spostrzegł, popchnęła go do tyłu i, podwinąwszy koszulę, wspięła mu się na kolana. Była nagle tak blisko, że musiał stłumić odruch odsunięcia się; nie mógł zogniskować wzroku na żadnym punkcie na jej ciele, a cały jego świat przeszedł na wskroś jej obezwładniającym zapachem. Poczuł na policzku jej ciepły oddech, gdy pochyliła się i szepnęła mu do ucha:
- A czy mógłbyś kochać mnie dzisiaj w inny sposób?
Brakowało mu słów, by wyrazić swoje zdumienie, o powietrzu nie wspominając. Przeszedł go dreszcz, zwiastun innych reakcji jego ciała; Raila mogłaby równie dobrze się tam o niego ocierać i nie miałoby to wcale większego efektu. Nawet jeśli tylko siedziała na nim w ten sposób, z jedną ręką wokół jego ramion, a drugą na jego piersi – tylko tyle wystarczyło, aby miał mętlik w głowie.
Oczywiście nie mógł powiedzieć, że tego nie chciał – Raila była mu droga i jeśli tego sobie życzyła, nie odmówiłby jej. Lyeiess miał bowiem wrodzoną zdolność dostrzegania piękna w każdej kobiecie: choćby to była jedna mała rzecz, widział ją i wyciągał na wierzch, nawet nie zwracając uwagi na jakiekolwiek powierzchowne wady. Każda kobieta była dla niego atrakcyjna i Raila nie stanowiła wyjątku. Ale nie mógł przestać myśleć o tym, jak bardzo broniła się przed jakąkolwiek bliskością; tym bardziej nie rozumiał, skąd ta nagła zmiana i co powinien teraz zrobić. Być może taki wpływ miało na nią to przeklęte wino – i w takim razie nie wolno mu było tego wykorzystać, nieważne, jak nalegała – ale wydawała się całkiem trzeźwa, zupełnie taka, jak zawsze. Poza tym drobnym szczegółem, że obejmowała jego biodra nagimi udami, a na szyi czuł jej oddech, gorętszy, zdawałoby się, z każdą mijającą chwilą.
Lub może potrzebowała bliskości po tym, jak przypomniał jej o jej troskach, a tylko tak potrafiła o nią poprosić. Może chciała udowodnić, że mu ufa, dać mu pocieszenie – którego nie potrzebował, a na pewno nie w taki sposób. Pod żadnym pozorem nie chciał jej skrzywdzić ani też kochać się z nią tylko po to, aby oglądać potem, jak tego żałuje. Gdyby tylko mógł być pewien, że przezwyciężyła swój strach i naprawdę chce iść z nim tą drogą.
Chociaż może po prostu poczuła nagłą potrzebę czy chęć, a do niego jej akurat najbliżej. Nie przeszkadzałoby mu to. Pozwoliłby jej się wykorzystać na wszystkie możliwe sposoby, jeśli naprawdę by tego chciała. Cholera, miał nadzieję, że tego właśnie chciała. Ale nadzieja to nie pewność.
- Raila... – powiedział z cicha, jedynie głosem przekazując jej swoje obawy. Uniosła głowę znad jego ramienia, by spojrzeć mu w twarz: brwi miała ściągnięte, wzrok wcale nie pewny, ale prawie że błagalny. Jakby prosiła go, żeby po prostu się nią zajął i nie zmuszał jej, by powiedziała to na głos. Bolało go, że nie mógł tego zrobić.
Tak naprawdę nie wiedział, co się z nią stało, że taka była. Nigdy mu nie powiedziała, a on nie czuł się upoważniony, żeby pytać. Nie chciała jego „nadmiernej uwagi”, jak sama to kiedyś określiła, i tyle wystarczyło; podejrzewał jednak najgorsze. Nie chciał jej teraz skrzywdzić jeszcze bardziej.
- Nie musisz się martwić, mój książę – powiedziała cicho, ale spokojnie, mimo że czuł, jak lekko drży. Bezwolnie objął ją ramieniem, choć ledwie moment temu nie chciał odcinać jej drogi ucieczki, gdyby jeszcze zmieniła zdanie. – Boję się trochę, ale ufam ci i wiem, że mnie nie skrzywdzisz.
- Nie rób tego dla mnie, Raila – jęknął Lyeiess, choć coś go już gryzło w gardle tylko po tych jej kilku słowach. – Czy naprawdę tego chcesz? Ty, sama?
- Tak – odparła Raila znacznie pewniejszym głosem, po czym znów pochyliła się do jego ucha. Lyeiess nawet nie powstrzymywał dreszczu, gdy poczuł na policzku jej uśmiech, jak mówiła. – Weź mnie, mój książę.
Lyeiess zacisnął palce na jej boku; wszelkie zahamowania puściły. Raila drgnęła, kiedy z pewnością poczuła jego podniecenie, ale tylko bardziej przylgnęła do jego torsu. Drugą ręką Lyeiess powiódł w górę jej uda, podwijąc tunikę aż odsłonił całe jej ciało. Pozwolił ustom błądzić po jej piersiach, podczas gdy ona zsunęła koszulę przez głowę, powstrzymując jęki.
Rozkoszował się smakiem jej sutków, lekkim bólem po jej paznokciach orających mu ramiona, jej aromatem i bliskością. Pozwolił sobie w końcu zapomnieć się w tym, jak jej naga skóra delikatnie ustępowała pod jego palcami, i w cichych, desperackich dźwiękach, które wyrywały się z jej ust, gdy pieścił jej talię, biodra i uda; pozwolił sobie zapomnieć o swoich obowiązkach i problemach grodu. Miał szczery zamiar wziąć ją tak, jak tego chciała, i dać jej rozkosz, której pragnęła. Najwyższa pora.
Chwyciwszy ją mocno w pasie, położył ją na wznak na poduszkach, sam unosząc się nad nią podparty na łokciu. Odwróciła głowę nieco zawstydzona, ale złapał ją za podbródek. Odgarnął jej z twarzy kosmyk włosów, odsłaniając jej pusty oczodół, i wpatrywał się w niego przez moment. Potem w końcu pochylił się, by skosztować jej warg – a ona zachłannie uniosła się ku niemu, sięgając mu dłonią do karku, jakby bała się, że nagle jej ucieknie. Ich języki splotły się; między jednym gorącym oddechem a drugim Lyeiess oderwał się od niej wbrew jej prostestom, by przysiąść na piętach, i, rozwiązując koszulę, omiótł wzrokiem jej ciało. Jej piersi nie były duże, ale miały ładny kształt, który doskonale pasował do jej głębokiego, bardzo orczego wcięcia w talii, gładko przechodzącej w niezbyt szerokie, ale wyraźnie zarysowane biodra. Gdy wygięła się w łuk, by się lepiej ułożyć, uwidoczniły się jej skrzydła miedniczne i Lyeiess musiał przyznać, że tylko bardziej go to podnieciło. Zerwał z siebie koszulę i znów, wodząc dłońmi w górę jej ud i wyżej, ułożył się na niej. Pocałował ją w usta, a potem zszedł na szyję; piersi Raili uderzyły wręcz o jego skórę, gdy wygięła się w rozkoszy, a z jej ust wyrwał się przeciągły jęk. Lyeiess uśmiechnął się, zadowolony z siebie, i przygryzł jej ramię ponownie. Potem zszedł niżej – i jeszcze niżej, skupiając się bardziej na jej łonie niż biuście, aż w końcu uniósł ją lekko, by móc zasmakować jej odpowiedzi na te pieszczoty.
Zachłysnęła się powietrzem – i zaraz zakryła usta dłońmi, by nie pisnąć, gdy wsunął w nią język. Aromat jej ciała mieszał się z zapachem ziół rozwieszonych do suszenia w komnacie; jej płatki zapraszały go, więc badał je głębiej i zachłanniej z każdą chwilą, aż Raila nie mogła już dłużej się powstrzymywać i krzyknęła z rozkoszy, zaplatając palce w jego włosy, to odpychając, to przyciągając go bliżej. Lyeiess błądził palcami po jej ciele, ale daleko mu było do końca. Uniósł się z lekka i sięgnął wargami do jej łechtaczki... ale jej nie znalazł.
Przez krótki, bardzo krótki moment przeklinał w myślach swoją nieudolność, lecz w końcu dotarło do niego, że nie mógł nagle zapomnieć, gdzie znaleźć ten mały klucz do doprowadzenia kobiety do szaleństwa. A potem zrozumiał, co to znaczyło.
Uniósł wzrok na Railę, ale ona patrzyła gdzieś w bok; w jej oku lśniły łzy. Lyeiess odnalazł palcami jej dłoń i ścisnął lekko, ale zupełnie nie zareagowała, więc wysunął się spomiędzy jej nóg, by położyć się obok. Wtedy ona chwyciła jego ramiona, wystraszona, że odchodzi, i w końcu odważyła się spojrzeć mu w oczy. Wzięła głębszy wdech.
- Orczyce robią to, żeby być większym wyzwaniem – zaczęła, ale Lyeiess powstrzymał ją gestem.
- Wiem – powiedział tylko. Ku jego zdumieniu, zabrzmiało to bardzo gniewnie. Raila musiała domyślić się, że to nie było dla niego wyjaśnienie.
- Może i nie jestem orczycą, ale wśród nich się urodziłam. Dla mojej matki i babki była to wręcz religijna powinność.
- Czyż orczyce nie robią tego z własnej woli? Nie dali ci wyboru?
Pokręciła głową.
- Matka oczywiście poczekała, aż osiągnę odpowiedni wiek, ale nigdy nie widziała możliwości, że mogłabym się nie zgodzić, czy choćby tego nie chcieć. Po tym, jak uciekłam, nie miała zamiaru pozwolić, bym przyniosła jej jeszcze większą hańbę, więc...
Lyeiess zamknął jej usta pocałunkiem.
- To rozmowa na inny wieczór – rzekł cicho, a ona spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem. – Teraz mam ważniejsze sprawy, którymi muszę się zająć.
I sięgnął dłonią w dół; Raila próbowała go powstrzymać, ale chwycił jej nadgarstek drugą ręką. Jej głowa opadła bezwiednie na poduszki, a z gardła wydarł się jęk, gdy Lyeiess wsunął w nią palce, nie przejmując się zbytnio jej protestami.
- Książę... – szepnęła, a gdy przewrócił oczami, prawie zaczęła płakać. – Przestań, proszę, choć na chwilę...
Przerwał więc i skupił na niej wzrok, nieco już rozmazany przez wzrastające na nowo podniecenie.
- Tak? – ponaglił ją bezczelnie, chociaż doskonale widział, że ledwo może złapać oddech.
- Przepraszam – wyszeptała między sapnięciami. – Ale nie musisz tego robić, mój książę. Zrozumiem, jeżeli nie zechcesz mnie w takim stanie...
- Ach, tak, tak bardzo cię nie chcę, że aż nie mogę powstrzymać swych palców, och, ja biedny żuczek, i cóż mi teraz począć? – rzekł tak sarkastycznie, jak tylko zdołał, a na potwierdzenie swych słów poruszył dłonią, wyrywając jej z ust desperacki jęk. – Nie wątpię, że zostałaś skrzywdzona, i doceniam to, że się przede mną otworzyłaś. Nie mam zamiaru poddawać się ze względu na taką drobnostkę.
- To nie jest drobnostka – warknęła na niego, ale tylko na wpół poważnie. Wyszczerzył zęby.
- Na twoje szczęście, droga Railo, lubię wyzwania.
I powrócił do pieszczot, skutecznie uniemożliwiając jej dalszą dyskusję. Cokolwiek chciała jeszcze powiedzieć, z jej rozwartych warg wyrwał się jedynie z trudem tłumiony krzyk, a potem łańcuch kolejnych. Lyeiess w końcu wrócił do jej szyi, błądząc po niej wargami i delikatnie przygryzając skórę, aż Raila nie szarpnęła się i nie wtuliła w niego twarzy, żeby jego piersią zagłuszyć swój finalny krzyk.
- Ależ nie musisz się powstrzymywać – powiedział na to, obserwując z lekkim rozbawieniem jej zaczerwienione policzki i pierś falującą w ciężkim oddechu, i usta, którymi poruszała bezskładnie, próbując mu odpowiedzieć. Potem uniósł swą dłoń, by powoli zlizać jej wilgoć z palców, i patrzył, jak Raila czerwieni się jeszcze bardziej. Zaśmiał się pod nosem i pocałował ją w czoło, a ona tylko trzepnęła go w ramię, wciąż nie do końca zdolna do jakiejkolwiek riposty.
- Zaspokojona? – zapytał. Raila pokiwała głową, choć musiała wiedzieć, że wcale nie potrzebował potwierdzenia. Zsunął się z niej i chwycił swoją koszulę.
- Co... Książę? Dlaczego idziesz? – szepnęła zdumiona, z trudem opanowując oddech.
- Na mnie już czas – rzekł spokojnie. – Gdybym męczył cię tak dalej, boję się, że mogłabyś wybuchnąć jak mądry goblin w swojej pracowni. Dlatego koniec na dzisiaj.
Już zaczął zabierać się do zakładania swojej koszuli, gdy wtem poczuł jej dłoń na nogawicach. Spojrzał na nią zdziwiony. Jej policzki były czerwone jak clerothverskie poziomki, ale wzrok miała zdecydowany.
- Jeśli naprawdę sądzisz, że wypuszczę cię stąd w takim stanie, to nie znasz mnie za dobrze. Choćby sama moja pozycja zobowiązuje mnie, by dbać o twoje zdrowie.
Lyeiess nagle nie mógł oderwać wzroku od jej nagiej formy klęczącej na poduszkach pod jego stopami.
- Nic mi nie mów o pozycjach... Poza tym, nieważne! Mogę dbać o nie sam, nie musisz tego... – Ale ona już z wprawą godną chirurga rozwiązywała rzemyki. – Rai... Niech cię szlag, kobiet-ooch...
Jej wargi były tak miękkie, a język tak ciepły, że Lyeiess bał się, że zaraz straci kontrolę. Nie powstrzymując nawet przeciągłego jęku, cofnął się; lecz natknął się na ścianę i Raila jedynie przysunęła się bliżej, by znów wziąć go w usta. Nie mogła być dziewicą, przeszło mu przez myśl, gdy wprawnie poruszała głową i szybko, acz niezwykle dokładnie obiegała go językiem. Nie chciał sobie na to pozwolić, ale w końcu poddał się obezwładniającym go uczuciom - nie do końca z własnej woli schwycił Railę za włosy i wbił się w jej usta najgłębiej, jak zdołał. Jak przez mgłę poczuł jej dłonie na swoich biodrach, a gdy wreszcie ją puścił, Raila z trudem powstrzymała strużkę śliny od spadnięcia na poduszki; zakrztusiła się przy tym lekko i łzy stanęły w jej oku, ale Lyeiess nie mógł zmusić się, by się tym przejąć. Podniósł ją na ręce i przeniósł na łoże; spodziewał się jakiegoś protestu, ale Raila już całkowicie mu się poddała. Jeśli cokolwiek, tylko bardziej go to rozpaliło.
Założywszy sobie jej nogi na ramiona, całował je zachłannie od kostek w dół, aż dotarł do jej łona; zachłysnęła się powietrzem, gdy poczuła na sobie jego język, który obiegał ją bezładnie, szaleńczo wręcz, nie opuszczając żadnego miejsca bez poświęcenia mu należytej uwagi. Nie zostawił nawet tego, któremu bez sensu było poświęcać choćby i chwilę – Raila zaś ze zdumieniem odkryła, że gdy robił to tak silnie, mogła ciągnąć z tego przyjemność, której dotychczas nigdy nie zaznała.
Potem Lyeiess uniósł się lekko, by na nią spojrzeć – jego usta lśniły wilgocią w migocącym świetle świec. Jego palce jakby same z siebie poszły w ruch, wodził nimi po niej delikatnie i zupełnie nieinwazyjnie, choć każde dotknięcie powodowało falę dreszczy.
Raila, mimo że był to pierwszy raz, gdy książę stracił przy niej panowanie nad sobą, wciąż czuła się bezpiecznie. Jakkolwiek agresywny czy zachłanny by nie był, w jej głowie nawet na moment nie postała myśl, że mógłby chcieć ją skrzywdzić; a teraz, gdy patrzył na nią z tym pierwotnym głodem w oczach, była wręcz szczęśliwa, że dostrzegł w niej kobietę.
Na bogów, jaka się z niej zrobiła miękka klucha.
Lyeiess, poświęciwszy odpowiednio dużo uwagi jej piersiom, wspinał się coraz wyżej, aż, składając pojedyncze pocałunki na jej szyi, dotarł do jej ust i wpił się w nie bezceremonialnie, prawie odcinając jej dopływ powietrza. Potem odciął go całkowicie, przyduszając ją ręką, i Raila ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że jej się to niezwykle podoba; tymczasem on wsunął się między jej nogi i począł drugą ręką zaspokajać sam siebie. Nie minęła nawet minuta, a Raila już nie mogła tego dłużej znieść. Z jej ust zaczęły wymykać się słumione jęki i ciche piski, gdy błagała go bez słów, by wreszcie ją wziął, mocno i zachłannie, i zupełnie bezlitośnie; by dał jej to, czego pragnęła od tak dawna, lecz dopiero gdy on pokazał jej, co potrafi z nią uczynić, pozwoliła sobie to dostrzec. Lyeiess przez moment bezczelnie obserwował jej męczarnie, jej delikatne ruchy bioder i na wpół rozwarte, drżące z przyjemności powieki.
W końcu jednak musiało odezwać się jego zmaltretowane sumienie, bo miłosiernie ułożył się nad nią i Raila nagle poczuła uderzenie gorąca; serce poczęło tłuc się jej w piersi, z podniecenia i strachu jednocześnie. Od wielu lat, zbyt wielu, nie miała żadnych doświadczeń... tej natury. Czuła się niemal tak, jakby miała stracić dziewictwo po raz drugi; i dotychczas nie myślała, że byłoby to tak przerażające. A potem on gładko w nią wszedł i momentalnie przestała myśleć w ogóle.
Zupełnie nie zabolało i przez chwilę była zdumiona. Gdy jednak książę zaczął się poruszać, odezwały się słabe ukłucia tu i ówdzie, jakby jednak jej ciało musiało jej przypomnieć, że nic, co piękne, nie może trwać wiecznie. Lyeiess miał jednak takie wyczucie i tak bardzo się starał, że robiła, co w jej mocy, żeby tego nie okazywać – ale nie było to takie proste i w końcu, przypadkiem i zupełnie niechcący, syknęła cicho. Zatrzymał się.
- Wszystko w porządku? – zapytał szczerze zaniepokojonym, choć zasapanym głosem. Raila była tak skupiona na własnych odczuciach, że dopiero teraz dostrzegła, iż Lyeiess już dawno zatracił się w przyjemności. Wyobraziła sobie, co musiał czuć, wsuwając się rytmicznie w jej ciepłe, ciasne wnętrze, i jak wiele wysiłku od niego wymagało, by przerwać choćby na tę chwilę, i znów prawie się rozpłakała. Był dla niej taki dobry, od zawsze, a ona nawet nie potrafi mu odpłacić tak, jak powinna. A gdy dotarło do niej, że Lyeiess nigdy nie oczekiwałby od niej niczego w zamian za żadne swoje zachowanie, tym bliżej była rozklejenia się.
Lyeiess patrzył na nią uważnie, wciąż czekając na jakikolwiek znak z jej strony, że wszystko jest w porządku i że może kontynuować, lecz nic nie zrobiła. I gdy już, już miał zamiar się wycofywać, ona owinęła ręce wokół jego ramion. Ich spojrzenia splotły się: jej zdrowe oko było podbite łzami, choć wyraźnie była zdecydowana i nawet puste miejsce widniejące obok wyglądało na pewne swojej decyzji. Książę uśmiechnął się lekko do swojej wyobraźni, podrzucającej mu widok oczodołu z miną pięciolatka, który gra dorosłego, po czym szybko przekształcił go w pocieszający, uspokajający uśmiech dla Raili, i tylko modlił się, by się nie zorientowała, że ją patronizuje. Głównie dlatego, że policzek zadany jej ręką był z reguły bardzo bolesny.
- Raila? – spróbował ponownie. – Boli?
- Trochę – odparła nieco naburmuszona, ale miał wrażenie, że złościła się bardziej na swoje niewprawione ciało. – Właściwie, prawie że w ogóle niemal nie.
Nie zdołał się w czas powstrzymać i parsknął śmiechem, i oberwał w ramię dokładnie tak, jak się spodziewał. Udało jej się nawet wyrwać mu z ust jęknięcie, gdy trafiła kością prosto w mięsień i łokieć się pod nim ugiął – ale nie narzekał, gdy wylądował twarzą w jej biuście.
- Ała – zamarudził niezbyt przekonująco, przekomarzając się głównie z jej nabrzmiałym sutkiem.
- Sam jesteś sobie winien. – W jej głosie brzmiało rozbawienie. Lyeiess spojrzał na jej uśmiechniętą twarz, tak cudownie odzwierciedlającą to, co czuł, że musiał ją pocałować. Musnął jej wargi delikatnie swoimi i został nagrodzony jej słodkim westchnięciem; a gdy w końcu zagłębił język w jej ustach, przymknął powieki i zatopił się bezwiednie w jej smaku. Gdyby był z cukru, właśnie roztapiałaby mu się twarz, i najpewniej byłaby jedną z ostatnich jeszcze istniejących części jego ciała.
Objął ją ciaśniej, przyciskając się do jej nagiej piersi. Czuł na policzku jej gorące oddechy, gdy znów począł się z lekka poruszać, coraz bardziej się cofając i coraz szybciej wracając z każdym kolejnym ruchem. Nim się obejrzał, palce miał wplecione między jej, ich usta niemalże nie mogły się od siebie oderwać, a w lędźwiach czuł narastający skurcz od wysiłku, gdy już nie kochał, a rżnął ją – rytmicznie, łapczywie, bestialsko. Raila wiła się pod nim, jęczała, krzyczała, orała mu palcami ramiona. Jej twarz była tak blisko, że nie mógł skupić na niej wzroku. Wszystko było zatopione we mgle; gęstniała pod jego powiekami, aż cały jego świat skurczył się do jej rozkosznych, coraz to głośniejszych jęków, wdzierających mu się głęboko, namiętnie do najciemniejszych zakamarków świadomości. Jedyne, co czuł, to jak tracił zmysły; jeden po drugim opuszczały go, poddając się fali rozkoszy, która tylko czekała, aż jej się odda, aż pozwoli zalać się natłokiem wrażeń, abstrakcyjnym wrażeniem, że obsuwa się z ziemi i zawisa w oszałamiającym eterze.
- Lyeiess, Lyeiess, Lyeiess! – dotarło do niego przez ten odmęt i zamęt, a jego imię brzmiało tak cudownie w jej rozwartych w rozkoszy ustach, że coś w nim się złamało, jakby tama puściła; fala wezbrała i opadła na niego, przypierając go do Raili, zaciskając jego palce tak mocno, że był pewien, że połamie jej dłonie, podczas gdy ona wykrzykiwała jego imię coraz głośniej i coraz bardziej, aż nie słychać było już zgłosek, a tylko przeciągły, ekstatyczny wrzask, gdy ta sama fala przytłoczyła i ją.
W końcu wszystko opadło. Lyeiess, wyzuty z sił, pozwolił sobie położyć czoło na jej gorącym ramieniu; czuł jej pierś, wzbierającą i opadającą w rytm pływów, które wciąż pulsowały gdzieś w jego głowie. Jego mięśnie drżały, próbując się poluźnić, ale jakby jeszcze nie były w stanie. Poddał się temu obezwładniającemu uczuciu spełnienia – nie walczył z nim, nie było sensu. Czekał tylko, aż przeminie i znów będzie mógł się ruszyć, a tymczasem delektował się jej bliskością i zapachem, i tym słonawym smakiem, który wciąż lgnął do jego warg.
W końcu jednak zsunął się z niej, a po dłuższej chwili również z łoża, choć z dużo większym wysiłkiem. Za oknem właśnie budził się świt; z ust Lyeiessa wyrwał się zbolały jęk, gdy dotarło do niego, że nie zaznał ani minuty snu przez całą noc. Już teraz mógł sobie wyobrazić, jak bardzo będzie cierpiał, usiłując nie usnąć na dzisiejszych audiencjach, ale wtedy tylko spojrzał na Railę, leżącą w rozchełstanej pościeli, z nogami wciąż nie do końca złożonymi i połową twarzy pokrytą łzami rozkoszy. Wyglądała jak najbardziej zaspokojona kobieta na świecie i Lyeiess nie mógł już sobie przypomnieć, czego miałby żałować.
Raila uniosła na niego wzrok, gdy zawiązywał nogawice i narzucał koszulę. Ich oczy spotkały się; kobieta uśmiechnęła się szeroko, choć jej pierś wciąż falowała w nieopanowanym oddechu. Zaśmiał się cicho z dumą i pocałował ją, by po raz ostatni tego wieczoru skosztować jej słodkich warg. Już miał zamiar się oderwać, gdy ona pogłębiła pocałunek, a potem pozwoliła mu podnieść się do pionu. Jej biodra wciąż, jakby same z siebie, poruszały się lekko, niemalże niewidocznie, i Lyeiess nie mógł powstrzymać bezczelnego uśmiechu.
Odprowadziła go do wyjścia, chyba jedynie po to, by zgarnąć spod ściany swą koszulę nocną. Już stał za progiem, gdy rzuciły mu się w oko zioła, a szczególnie sznury, którymi Raila zawieszała je na wieszaku do suszenia. Przekrzywił głowę, przyglądając im się.
- Może następnym razem cię zwiążę – uśmiechnął się zadziornie, ale kąciki jej warg nawet nie drgnęły w odpowiedzi. Jej głos był absolutnie poważny, beznamiętny wręcz, gdy przebiła pustym wzrokiem jego pierś i rzekła:
- Nie będzie następnego razu. – Zamknęła mu drzwi przed nosem i tylko przez szpary między deskami mógł dosłyszeć jej stłumiony szept. - ...mój książę.

[A 5 minut później pod komnatą Lyeiessa...
- Och, jaśniepan już nie śpi?
- Nie, jaśniepan jeszcze nie śpi. Jaśniepan nie będzie teraz wychodził z łóżka przez, kurwa, cztery dni.
- To już się jaśniepanu zdarzało...]

poniedziałek, 1 grudnia 2014

[Rzeka Mgieł] Szpital (Lyeiess x Irri)

W ramach boostowania chęci do tworzenia mojego niepowstałego jeszcze forum medieval-fantasy pt. Rzeka Mgieł, którego wersję WIP możecie obejrzeć sobie TUTAJ (have fun), wyrodził mi się niniejszy fanfick. Szczerze powiedziawszy, zaczęłam go pisać dwa lata temu, potem była długa przerwa znana jako Bardzo I Owszem CHujowa Egzekucja Mojej Inwencji Autorskiej (BIOCHEMIA), a potem wzięłam się do kupy i postanowiłam poprawić i dokończyć tę niżej zaprezentowaną zajebistość. Zajebistość niechcący wyszła mi na 15 stron... ale jestem pewna, że mi wybaczycie :D

Dla niewtajemniczonych (jeśli ktoś jest wtajemniczony lub woli sam sobie wnioskować, może ominąć tę całą sekcję):
- Lyeiess to moja główna postać, jest on księciem rządzącym małym grodem zwanym Iao, który jest bogaty jak diabli i ma wszystkich głęboko - a przynajmniej tak go malują. Ma nieco chorobliwą tendencję do wyciągania więźniarek z lochów i kamieniołomów, żeby uczynić z nich swoje nałożnice. Jego pełne tytułowanie (którym chwalę się, bo jest wspaniałe (i dla śmiechu)) brzmi: Lyeiess z Rodu Arionnów, z matki Astii, Książę Iao; syn Gunnara Wilharda Perybana Modreda Leriusa z matki Ivuory, Założyciela Grodu Iao i Rodu Arionnów; Ambasador Pojednania, Przyjaciel Centaurów Leśnych, Zaklinacz Rogacizny. Ostatnio w Iao niestety zapanowała straszna susza, a na dodatek coś się upierdoliło najważniejszego traktu handlowego, przez co gród stoi na krawędzi zagłady. Reszta do wywnioskowania z opowiadania.
- Irri to postać Neko, która zgodziła się grać moją nałożnicę, bo to jej skryte marzenie :D Irri przybyła do Iao, żeby głosić tam swoją religię, czyli wenizm, ale nie wzięła pod uwagę, że "obowiązujący" tam arateizm jest bardzo terytorialną wiarą. Została schwycona jako heretyczka i... no.
- Mistrz Dusz (a.k.a. Łazarz) to główny kapłan arateizmu, grany zresztą przez drugą połówkę Neko, Kulratha. Siedzi w swojej Świątyni Opatrzności i zasadniczo wszystkich wkurwia, z Lyeiessem na czele. Wbrew pozorom, mimo ich zwad, Łazarz bardzo kocha Lyeiessa i chce mieć z nim stadko grubych dzieci. (...Długa historia.)
- Rescha to dwulicowy złamas, podwójny szpieg i skrzywiony eunuch, który powinien wiernie służyć na dworze, ale woli usługiwać Mistrzowi Dusz swoim nic nie wartym ciałem. I tak, nawiązuję tu do wykorzystywania młodych niewyrośniętych chłopców przez podstarzałych kapłanów. Rescha w opowiadaniu prawie umiera, ale niestety tylko prawie; resztę screen-time'u spędza na byciu małym gównem.
- Arateizm to jedyna monoteistyczna religia w Noellye (czyli świecie przedstawionym). Jej wyznawcy wierzą w Ath'Aratta, który jest bogiem śmierci i życia, ciemności i światła, yadda, yadda, yadda. Stworzyłam ją tylko po to, żeby Irri mogła być heretyczką, a potem nagle okazało się, że jest całkiem wdzięcznym narzędziem fabularnym, więc postanowiłam wprowadzić ją na stałe. A potem Kulrath przejął pałeczkę i sprawił, że pożałowałam swojej decyzji...
- Raila to nadworny lekarz Lyeiessa, w większości człowiek, w ćwierci orczyca, która nikomu nie daje sobie w kaszę dmuchać i jeździ po wszystkich jak jej tylko wygodnie. Kochają się z Lyeiessem burzliwą, nienawistną miłością i jeśli czegoś między nimi jest zawsze dużo, to tylko krwi i napięcia seksualnego. Jest zajebista i jakby ktoś chciał nią grać i sobie mną pomiatać, to jest do wzięcia :D
- Nad, na wypadek, gdyby się ktoś nie domyślił, to chłopiec na posyłki Raili, a Alia to jego mała siostrzyczka, która asystuje Raili przy operacjach. Raila wyciągnęła ich z rynsztoka i uratowała im życie, i teraz ma serdecznie wyjebane na to, co ktokolwiek sądzi o trzymaniu dzieci w pobliżu trupów, jątrzących się ran i czego tam jeszcze. 

A teraz, skoro uprzejmości mamy za sobą, to zapraszam do czytania najdłuższego opowiadania erotycznego, jakie dotychczas mi się udało, gdzie erotyki jest może z 1/8, ale za to cała rama ocieka wspaniałością :D




- Umyj się i przebierz, tutaj jest świeża tunika – rzekł mężczyzna w książęcej liberii, rzucając kawałek materiału na zydelek. – Masz dziesięć minut. Ty! Pilnuj jej.
Do pokoju wsunął się milczący strażnik i stanął przy drzwiach, dzierżąc mocno halabardę. Wyraźnie starał się na nią nie patrzeć, ale niezbyt mu to wychodziło. Westchnęła i przyjrzała się tunice. Była na nią zdecydowanie za mała. Woda w stojącej w rogu kadzi była lodowata, co Irri wcale nie zdziwiło. Rozebrała się powoli, czerpiąc drobne pocieszenie z miny strażnika, który widocznie od pewnego już czasu nie widział nagiej kobiety.
Przez krótki moment brała pod uwagę wykonanie Rytuału, ale zrezygnowała. Jeśli rzeczywiście książę Lyeiess jest taki, jak o nim mówią, to i tak nie będzie mogła przekazać wystarczającej ilości energii, a ponad wszystko nie chciałaby, żeby się do niej nadmiernie przywiązał. Nie, będzie lepiej, jeśli zostawi Rytuał w spokoju.
Czuła na sobie palący wzrok strażnika, kiedy wycierała się do sucha kawałkiem szorstkiego lnu. Nasunęła na siebie tuniczkę i wcale a wcale nie poczuła się ubrana. „Przynajmniej nie prześwituje zbyt mocno” – pocieszyła się w myślach; lecz nim zdołała się względnie oporządzić, do pomieszczenia wszedł ponownie książęcy sługa. Strażnik z niejaką ulgą zniknął za drzwiami.
- Zwą mnie Rescha i będę cię pilnować – mruknął, wyciągając z kieszeni kawał sznura. – Odwróć się, ręce razem.
- Czy to konieczne? – spytała cicho.
- Moim zadaniem jest dbać o bezpieczeństwo księcia. Odwracaj się.
- Nie! Jestem naga, bezbronna, a gołymi rękami przecież...
Nim zdążyła dokończyć, Rescha rzucił nią o posadzkę i siłą związał jej ręce za plecami, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej jęki bólu. Następnie pochylił się nad nią, odciągnął jej głowę i syknął do ucha:
- Jesteś tylko zwykłą kurwą. Heretycy nie mają tutaj żadnych praw. Masz milczeć i zachowywać się jak układna dziwka w towarzystwie księcia, czy to jasne?
Pisnęła cicho, usiłując kiwnąć głową. Rescha podniósł ją i otrzepał bez słowa, a potem wyjął bandaż i zaczął okręcać go wokół jej poparzonych nóg.
- Zapamiętaj zasady – mówił. – Nie wolno ci patrzeć na księcia z góry, nie wolno ci spojrzeć mu w oczy. Nie odzywasz się niepytana, a gdy książę zaszczyci cię swoją uwagą, odpowiadasz „mój panie”. Nie wolno ci dotykać księcia... choć i tak będziesz miała związane ręce.
Irri nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, jak uprawia się seks z kimś, kogo nie można dotknąć, ale doszła do wniosku, że wielmożny książę zapewne woli bierne dziewczęta.
- Ja również będę w alkowie i będę cię uważnie obserwować. Jeśli złamiesz którąkolwiek z zasad, dopilnuję, żebyś tego pożałowała.
Pokiwała w milczeniu głową. Przestało już ją to wszystko obchodzić – jej jedyną rolą było tylko rozłożyć nogi, żeby wielmożny książę miał gdzie wyładować swoje chucie.
Rescha skończył mówić i pociągnął ją za sobą, a ona zauważyła, że ma przy boku drewnianą pałkę. Szli długimi zamkowymi korytarzami, mijając patrolujących je strażników, którzy omiatali wzrokiem jej niemalże nagie ciało i z wyraźnym trudem odwracali głowy. Któryś odważył się gwizdnąć, na co Rescha uśmiechnął się pod nosem w wyjątkowo ohydny sposób, jakby to do siebie ją prowadził, a nie swojego władcy. Irri obserwowała przechodzących mężczyzn kątem oka. Z pewnością wszyscy już o niej słyszeli, heretyczce, której nie udało się spalić; o tym, jak miała usługiwać księciu swoim ciałem, dopóki Mistrz Dusz nie wymyśli innej, skuteczniejszej egzekucji, specjalnie dla niej. Czuła się prawie że zaszczycona.
Nagle zmienili kierunek i zatrzymali się przez wysokimi drzwiami, które niczym by się nie różniły od pozostałych, gdyby klamka nie była nieco cięższa i bardziej zdobna niż inne, a okucia nie układały się w drobne, delikatne wzory. Irri przez moment podziwiała kunszt kowala, który je wykuł, gdy Rescha załomotał mosiężną kołatką w kształcie węża.
- Wejść – odpowiedział głęboki głos, na którego dźwięk serce Irri podskoczyło. Było to dziwne uczucie, jakby mieszanina strachu, podenerwowania i niecierpliwości. Rescha wciągnął ją do komnaty i skłonił się, ale Irri na chwilę straciła poczucie rzeczywistości.
Przy wielkim, bogato zdobionym stole stał wysoki mężczyzna o włosach tak jasnych, że niemal białych, czytający w skupieniu jakiś pergamin. Gdy skończył, odłożył go na bok i odwrócił się do nich. Irri poczuła, jak topi się w jego oczach, tak niesamowicie niebieskich, że zdawało się, iż mogłaby się w nie wpatrywać całymi dniami. Książę omiótł ją spojrzeniem od góry do dołu, wyraźnie ją oceniając, a potem przeniósł wzrok na swojego sługę.
- Na kolana przed księciem! – syknął Rescha, ciskając nią o podłogę. Zdążyła jeszcze dostrzec, jak Lyeiess wznosi oczy ku niebu i wzdycha.
- To ona? – upewnił się.
- Tak, mój panie – Rescha ponownie głęboko się skłonił. Irri, ze spojrzeniem wbitym w posadzkę, widziała kątem oka, jak książę się do niej zbliża, i czuła na sobie jego palący wzrok. Kiedy wkraczała do Iao, wiedziała, że to, co ma zamiar zrobić, może mieć fatalne skutki; a teraz było za późno, by się cofnąć. Książę podniósł dwoma palcami jej twarz i gdy spojrzała w jego nieludzko niebieskie oczy, nagle nie chciała się nigdzie cofać.
Więzy nieprzyjemnie uwierały, a gdy Rescha szarpnął ją za włosy, mówiąc coś na temat ustalonych zasad, również głowa zaczęła jej boleśnie ciążyć. Lyeiess wciąż jeszcze tolerował działania swojego podwładnego, ale widać było, że powoli tracił cierpliwość. Czyżby ją polubił? Czy po prostu nie przepada za posiniaczonymi nałożnicami?
- Niech wstanie - rzekł do sługi. Obserwował z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jak dziewczyna z trudem podnosi się na chwiejne nogi, i nagle dostrzegł bandaże na jej łydkach. Były zbyt brudne, by dobrze służyć jakimkolwiek ranom pod spodem, i zdecydowanie zbyt mocno zaciśnięte. Gdyby Raila to zobaczyła, to by się zapłakała. Krótkie pytanie przebiegło mu przez głowę, ale nie zatrzymywał go na długo. Mógł jeszcze jakoś zrozumieć stosunek Arateity do heretyków i chęć Reschy do wykonywania poleceń Mistrza Dusz najlepiej, jak potrafił, ale nie umiał pojąć jego nagłej potrzeby do znęcania się nad tą biedną dziewką, która zapewne jeszcze nigdy nie widziała nagiego mężczyzny na oczy, a już miała w sobie tyle odwagi, by na głównym rynku jego miasta głosić pogańską wiarę. Zdało mu się nawet, że słowo "wenizm" obiło mu się kiedyś o uszy, ale musiało to być niezwykle dawno temu, gdyż nie mógł sobie tego umiejscowić.
Dziewczyna stała przed nim cierpliwie, z opuszczoną głową i przymkniętymi oczyma, choć prawie naga i z całą pewnością przerażona. Ręce wykręcone za plecami miała mocno związane szorstkim postronkiem i przebierała nimi lekko, próbując ułożyć nadgarstki wygodniej. Lyeiess jednak nie mógł oderwać wzroku od bandaży. Mógł sobie tylko wyobrazić, co Kapłani Dusz z nią robili, ale żadna ze znanych mu arateistycznych tortur - a było ich wiele - nie pozostawiała krwawych ran tak nisko na nogach. Poza jedną, to prawda, ale tej nikt nigdy nie przeżywał.
Ponownie podniósł na siebie jej twarz i jej oczy od razu uciekły na bok. "Nic zgoła dziwnego" - pomyślał do siebie. - "Bicie to z reguły skuteczna tresura." Prawie natychmiast powstydził się tej myśli.
- Jak ci na imię? - zapytał. Przygryzła wargę, niepewna, czy powinna odpowiadać. W końcu otworzyła usta i po chwili ciszy odparła:
- Irri.
Rescha zareagował automatycznie, wymierzając jej kuksańca między łopatki.
- Coś miała mówić?!
- Mój panie! - chciała dodać spokojnie, ale jej głos zamienił się w słaby pisk. Nie zdawała sobie nawet sprawy, jak była przerażona.
Lyeiess odgarnął delikatnie włosy, które opadły jej na twarz. Były ciemne, proste i przyjemnie miękkie w dotyku; założył je za jej elfie, lekko spiczaste ucho. Miała długie rzęsy, mógł się swobodnie przyglądać, jak każda z osobna odcina się na jasnym, teraz lekko zaczerwienionym policzku, kiedy dziewczyna zaciskała oczy, byleby tylko uchronić się przed kolejnym ciosem.
- Spójrz na mnie - rzekł.
- Ale... mój panie... - Ledwo słyszał jej głos. Wzrok uciekł jej w bok na ułamek sekundy.
- Rescha? Nie przejmuj się nim - odparł, ignorując zaciskające się pięści tegoż. Mało tego, czuł dziwną satysfakcję. - Jesteś w moich komnatach i masz słuchać się mnie. A teraz otwórz oczy i spójrz na mnie.
Wtedy wreszcie uniosła wzrok. Miała oczy w głębokim, ciemnym odcieniu fioletu; emanowały pozornym spokojem i jakby antyczną mądrością, choć drżenie jej rąk zdradzało strach. Lyeiess przesunął palce po jej policzku, kontemplując w zamyśleniu prawie gładką skórę i miękkie rysy. Mimo że nie dałby jej więcej niż dwudziestu lat, jej twarz nabrała już tej specyficznej dorosłości, jaką daje długotrwałe cierpienie. Wszyscy zdawali się widzieć w nim surowego, wręcz srogiego władcę, a on starał się od czasu do czasu podsycać ten obraz, ale teraz zupełnie nie chciał przyczyniać się do tortur, jakie zaplanowano dla tej dziewczyny. Nie potrafił nawet myśleć o niej w kategoriach "heretyczki" czy "zbrodniarki".
- Ile masz lat? - spytał znacznie cieplej niż zamierzał.
- Prawie osiemnaście... - szepnęła - ...mój panie - dodała szybko. Lyeiess przymknął nieco oczy, ale nie umknął mu ledwie zauważalny uśmiech na twarzy Reschy. Jego sługa był niewiele starszy od dziewczyny, a dyrygował nią, jakby była jego niewolnicą. Książę pokręcił głową; wciąż pamiętał Reschę jako tamtego małego chłopca, którego jego ojciec wyciągnął z topieli, i nie mógł wręcz uwierzyć, jak bardzo się zmienił, odkąd rozpoczął nauki w Arateicie.
- Rozwiąż ją - nakazał, cofając się do krzesła, by zdjąć koszulę.
- Z całym należnym ci szacunkiem, mój panie, ale nie wolno mi - odparł Rescha. Lyeiess odwrócił się w jego stronę, porzucając czarno farbowany rzemień na wpół rozwiązany.
- Słucham? - warknął, zbliżając się na parę kroków. Sługa skulił się lekko.
- Jego Mistrzowska Mość zakazał... - rzekł cicho. - Żeby nie umożliwiać jej żadnych sztuczek, w dbałości o twoje bezpieczeństwo, mój panie. To wiedźma, twierdzi, że przywołuje moc swoich fałszywych bogów. - Otarł usta rękawem, jakby te słowa plugawiły mu wargi.
- To kłamstwo, ja nigdy... - Nim Irri zdążyła dokończyć, Rescha wymierzył jej tak celny i mocny policzek, że aż się zachwiała. Uniósł rękę do kolejnego ciosu, który miał ją powalić na posadzkę, ale poczuł na nadgarstku silny uścisk.
- Przestań ją bić - warknął Lyeiess, powoli, acz stanowczo opuszczając mu ramię wzdłuż boku. - Nie lubię posiniaczonych nałożnic. A teraz rozwiąż ją.
- Mój panie, my jedynie martwimy się o twoje bezpieczeństwo.
- Doceniam - odparł tylko. - Lecz wątpię, by taka drobna dziewka mogła zrobić mi jakąkolwiek krzywdę, nawet gdyby chciała, na co nie wygląda. Ledwie stoi na nogach.
Irri nie odzywała się ani słowem, drążąc wzrokiem posadzkę. Poznała już wszystkie odcienie drobnych kamyczków, które ją tworzyły, każde pęknięcie i każdą rysę. Mogłaby malować podłogę tej komnaty przez sen, tak dobrze się jej przyglądała.
Nijak nie mogła zrozumieć, dlaczego książę tak uparcie jej bronił. Nie widziała w sobie nic specjalnego. Na pewno nie była jego pierwszą nałożnicą, a zapewne nie ostatnią. Wędrując ulicami Iao, słyszała wystarczająco wiele plotek na temat Lyeiessa, szczególnie historie o jego cotygodniowych wycieczkach do lochów i kamieniołomów w poszukiwaniu nałożnic. Kobiety, które sobie wybiera, grzały jego posłanie przez noc lub dwie, a potem znikały bez śladu, jakby zapadły się pod ziemię... lub zostały pod nią wmuszone. Irri nie wątpiła choćby przez moment, że czeka ją ten sam los, więc książęca życzliwość, nawet jeśli wynikająca z egoistycznych pobudek, była dla niej zagadką.
- Wątpię również - mówił książę - by do używania jej mocy, jeśli jakiekolwiek istnieją, konieczne były wolne ręce. Czy ty, mój drogi Rescho, przywołując Ath'Aratta, wykonujesz przy tym jakieś gesty? Czy bogowie oczekują określonych ruchów, nim łaskawie odpowiedzą na wezwanie?
Irri milczała, dopóki książę nie przechylił głowy i nie spojrzał jej prosto w twarz, ale nawet wtedy nie wiedziała, co powiedzieć. Ciężko było mówić o jej "heretycznej" wierze w towarzystwie zapalonego arateity, trzymającego przy boku kawał surowego drąga.
- Odpowiedz mi - rzekł Lyeiess. - Czy modlisz się, tańcząc lub fruwając?
W jego głosie pobrzmiewał wyraźny sarkazm, ale Irri czuła, że raczej był on skierowany w Reschę, nie w nią.
- Modlę się w ciszy, mój panie - odparła. - Wena zna nasze umysły, ma wgląd w nasze myśli.
- Widzisz, drogi Rescho? - Lyeiess wyprostował się, a jego głos ociekał jadem. - Do obcowania z bogami nie są potrzebne nieskrępowane dłonie. Za to są one potrzebne do obcowania ze mną. A zatem rozwiąż dziewkę.
- Wena nie jest nieprzystępna - kontynuowała Irri pustym tonem, jakby recytowała formułę lub jakby już jej tam nie było. - Wena dba o swoich Wybranych. Żyjemy w świecie, który zbudowała jej matka, w ciałach, które stworzyła jej siostra, w umysłach, które zbudziła jej krew. Wena nie czeka na pozwolenie. Słyszy naszymi uszami. Widzi naszymi oczami. Mówi naszymi ustami. Jest nami, a myśmy z niej. Chroni nas jak matka broni swych dzieci, karmi nas i leczy. Ona jest Śmiercią i Księżycem, Panią Zimy i Czasu, Kochanką Losu i Burz...
- Co za brednie! - wykrzyknął Rescha, uderzając ją ponownie, choć jego ręka drżała. Siła ciosu zbiła ją z nóg, Irri upadła na kolana i niemalże się rozpłakała. Lyeiess wyglądał tak, jakby ktoś odebrał mu mowę, gdy tak wpatrywał się w nią rozwartymi szeroko oczami. A ona przez moment nie mogła sobie przypomnieć, co się działo zaledwie przed chwilą.
Rescha górował nad nią, poczerwieniały na twarzy tak mocno, jakby powiedziała mu, że jego matka jest królikiem. Książę stał w bezruchu nieco dalej, wyraźnie wytrącony z równowagi - zaskoczenie, szok wręcz, powoli przekształcał się w złość, ukierunkowaną na sługę.
- Kazałem ci ją rozwiązać - wymamrotał przez zaciśnięte zęby. - Jeśli jeszcze raz będę musiał powtórzyć, zapewniam cię, że tego pożałujesz.
- Jego Mistrzowska Mość dobitnie wyraził się w tej kwestii – burknął Rescha.
- Przypominam ci, że nie jesteś teraz w gabinecie Jego Mistrzowskiej Mości, a w mojej komnacie. Także wykonaj mój rozkaz i przestań. Mi się. Sprzeciwiać. - To mówiąc, książę akcentował każde słowo odpięciem kolejnej sprzączki swego potrójnego pasa, po czym sugestywnie zdjął z niego miecz i postawił go zaraz przy sobie.
Rescha bez dalszych dyskusji postawił dziewczynę na nogi i rozwiązał krępujący ją sznur, po czym na znak swego władcy cofnął się pod ścianę.
- Wytrzyj twarz. - Książę podał Irri swoją haftowaną chustę, a ona, zawstydzona, ukryła w niej twarz. Część łez, które zebrały jej się pod powiekami, zdołała już spłynąć po policzkach, choć Irri wciąż, czystą siłą woli, powstrzymywała się od szlochów. Nie chciała płakać. Zwierzęta nie płaczą, tylko obnażają kły i walczą o swoje. Płakanie jest żałosne i nigdy w niczym nie pomaga. Irri więc zagryzła zęby i przełknęła łzy.
Lyeiess przyglądał jej się wręcz z zaciekawieniem. Jej monolog sprzed kilku chwil, który zdawała się recytować bezmyślnie i zupełnie nie rozumieć ciosu, który Rescha jej wymierzył, jakby to nie ona mówiła... Nie. Lyeiess dobrze wiedział, że takie rzeczy są niemożliwe. Bogowie, jeśli w ogóle istnieją, z pewnością mają ciekawsze zajęcia niż opętywanie dziewek.
- Chodź - rzekł miękko, wyciągając w jej stronę dłoń. Gdy wsunęła doń swoją, książę pociągnął ją mocno ku sobie; chusta opadła na posadzkę. Pocałował ją zachłannie, chwytając jej kark, by nie mogła się wyrwać, czuł na wargach słoną wilgoć - ona, bezbronna, położyła ręce na jego piersi. Zdawało się, że przez moment chciała go odepchnąć, ale zaraz zacisnęła palce na jego na wpół rozwiązanej koszuli.
Dłonie księcia wsunęły się pod jej tunikę, jego usta opadły na szyję. Irri jęknęła z cicha i zacisnęła palce na jego ramionach, ryjąc czerwone ślady. Rescha poruszył się, sięgając po pałkę, ale wystarczyło, że Lyeiess tylko zmierzył go wzrokiem.
Dziewczyna przylgnęła do niego, spięta i przerażona, jakby wydawało się, że znajdzie u niego pocieszenie i obronę. Lyeiessowi ciężko było przyznać się przed samym sobą, że mógłby chcieć jej bronić z powodów innych niż czyste poczucie estetyki, lecz nie mógł też nie czuć się po części winien jej cierpienia. Gdyby te kilkanaście lat temu posłuchał, pomyślał, nie zgodził się i powstrzymał ojca przed pozwoleniem, by Arateita zapuściła swe korzenie w Iao... Irri mogłaby głosić tu swoją religię i nikt by jej za to nie karał. Lyeiess nigdy szczególnie nie interesował się tym, co Arateita robi za zamkniętymi drzwiami, ale teraz, gdy wciągnęli i jego w swoje religijne wojny, mógł na własne oczy ujrzeć, jak bezsensowne to wszystko było. Jednak nie mógł się już cofnąć - gdyby odmówił przeprowadzenia "wyroku", dziewczynę z pewnością czekałyby wymyślniejsze tortury. Popełnił błąd, a teraz przyszedł w końcu czas ponieść jego konsekwencje. Tak będzie lepiej.
Lyeiess chwycił jej uda - pisnęła z cicha, przyciskając się do niego, mocno objęła jego biodra nogami - i tak przeniósł ją na łoże. Kiedy zasłaniał ich oboje półprzezroczystym baldachimem przed wzrokiem czuwającego Reschy, Irri oddychała płytko, niby z przerażenia. Leżała na wznak, z dłonią na ustach i rumieńcami na policzkach; przygiętymi lekko kolanami próbowała zasłonić to, co krótka tunika obnażała. Jej oczy podążały za ruchem jego dłoni, kiedy rozwiązywał koszulę i powoli ją z siebie zdejmował, ale poza strachem, jej twarz zdawała się nie wyrażać żadnych emocji.
Pochylił się nad nią półnagi i, odjąwszy jej dłoń od twarzy, ucałował jej usta; jej palce zacisnęły się na pościeli, ale posłusznie rozchyliła wargi, niby mu się oddając, choć niepewnie lub niechętnie. Powiódł palcami w górę jej uda, ledwie dotykając jej skóry. Rozbierał ją niespiesznie, rozkoszując się jej uległością - nie miała odwagi mu się sprzeciwić. Być może w ogóle nie chciała?
Nie przerywała mu nawet słowem, żadnym gestem, w milczeniu oddawała się wszystkiemu, co z nią czynił. Oddychała prędko i drżała ze strachu przy niemal każdym jego ruchu - ale reakcje jej ciała były odpowiednie i już po chwili poczuł, jak niezauważalnie wypycha ku niemu biodra. Uśmiechnął się mimowolnie, a ona ścisnęła nogi jeszcze bardziej i zakryła dłońmi twarz.
To było wręcz nierealne, to, co on z nią czynił. Wiedziała, że nie powinno tak być, że wręcz nie wolno jej czuć się dobrze. Wszyscy - ona, Lyeiess, Rescha; nawet zwykli mieszkańcy Iao - byli tylko kukiełkami w tym wielkim groteskowym teatrze. Każdy miał swoją rolę do odegrania. Książę miał ją ukarać, zniżyć swym działaniem do pospolitej dziwki, a ona miała się korzyć i cierpieć, i płakać. Rescha miał uczynić to jeszcze gorszym i samą swoją obecnością przypominać jej tę przeklętą egzekucję i budzić w niej strach i ból. Irri była pełna irracjonalnego przekonania, że wszystko, co się tutaj wydarzy, będzie miało szeroko zakrojone konsekwencje.
Jednak gdy tak tkwiła ukryta za luźno tkaną przesłoną, bardzo łatwo było o tym wszystkim zapomnieć i skupić się tylko na silnych, szorstkich dłoniach księcia błądzących miękko po jej ciele. Nie było to nieprzyjemne - Lyeiess miał wyczucie wyuczone latami doświadczenia lub może wrodzoną delikatność, którą znać było w jego dotyku. I w ten sposób Irri, choć zupełnie nie chciała, nie mogła powstrzymać się od odczuwania rozkoszy pod dłońmi całkiem obcego mężczyzny.
W jej głowie rozbrzmiewały myśli, które nie należały do niej; za kotarą stał ktoś, kogo zdawało się tam nie być; do mężczyzny, który jej dotykał, nie miała za grosz zaufania ani miłości - a mimo to nie zmieniłaby teraz nic. Nie chciała go powstrzymywać, prosić, by przestał, ani błagać o litość. Właściwie nie była pewna, czy to, co się teraz działo, było jawą, czy tylko jakimś chorym snem, w którym książę Lyeiess był tylko okrutną iluzją... Nagle poczuła, że chce go dotknąć - nie, że musi go dotknąć, żeby upewnić się, że nie postradała zmysłów; lecz gdy już, już odejmowała dłoń od ust i wyciągała palce, przypomniał jej się Rescha z pałką przy boku, a strach przykurczył jej rękę do piersi.
Książę - jakżeżby inaczej - od razu to dostrzegł. Zesztywniała pod jego palcami i nie było się czemu dziwić: nie mógł oczekiwać, że dziewczyna będzie w stanie oddać mu się całkowicie. A już na pewno nie z tym durniem Reschą czekającym tylko na jej najmniejszy błąd. Nie mógł nic jednak na to począć - wiedział, że rozkazy Mistrza Dusz są dla niego po stokroć ważniejsze od jakichkolwiek jego słów.
Nie mógł sprawić, by poczuła się dobrze, zamierzał więc ją do tego zmusić, choćby miał użyć siły. Jego dłonie, dotychczas bezcelowo błąkające się po jej ciele w daremnych próbach przyzwyczajenia jej do jego dotyku, teraz zatrzymały się jakby z własnej woli. Pochylił się ponownie, by wpić się w jej usta, i jednocześnie chwycił jej wciąż na wpół uniesioną dłoń, wplatając swoje palce między jej. Jęknęła zdumiona, ale dźwięk zaginął w jego ustach.
W końcu oderwał się od niej, a ona, zdyszana, wpatrywała się w niego nieco niepewnie, jakby już nie wiedziała, czego może się po nim spodziewać. Uśmiechnął się na tę myśl. Nie czekając, aż się połapie, położył sobie jej dłoń na karku i niemal jednocześnie zsunął się niżej, do jej piersi, rozkładając szeroko jej nogi. Wygięła ciało w łuk, wciskając mu sutek głębiej między wargi; a potem on zjechał jeszcze dalej.
- Och, nie – wyrwało się Irri zanim książę się w niej zatopił. Pod językiem wyczuł nagle krawędź jej błony dziewiczej i aż zadrżał. Tego się nie spodziewał. Wiele słyszał o Arateicie, ale mimo wszystko nie chciał wierzyć, że mogliby jej to zrobić.
Irri nic nie zauważyła; jej dłoń mimowolnie zacisnęła się na włosach Lyeiessa, a ciało szarpnęło w niekontrolowanej rozkoszy, gdy znalazł jej czuły punkt. Druga jej ręka opadła na jego ramię, jakby dziewczyna nie umiała się zdecydować, czy przypadkiem nie chce go odepchnąć, ale gdy Lyeiess wsunął w nią palec, a językowi znalazł inne zajęcie, to nawet jej strach i niepewność nie powstrzymały jej od zaciśnięcia również tej dłoni. Lyeiess syknął z cicha, gdy poczuł, jak jej paznokcie orają mu ramię.
- Drapiesz... - mruknął spokojnie, przerywając na chwilę. Nagle opamiętała się - natychmiast cofnęła ręce, spoglądając na niego szeroko rozwartymi oczami. I – co wydawało mu się dotychczas niemożliwe – zaczerwieniła się mocniej.
- Ja... – pisnęła tylko. Nie mogła wydusić z siebie słowa, była przestraszona i najwyraźniej święcie przekonana, że jest na nią zły, mimo jego pobłażliwego, wręcz dumnego uśmiechu. Pocałował ją w usta i to przeraziło ją jeszcze bardziej.
Spoglądając jej w oczy widział, jak bardzo wstydziła się swojej chwili zapomnienia. Postanowił nie mówić jej na razie, że niebawem będzie więcej. Nie musieli się nigdzie spieszyć. Pozwolił sobie zatopić się na moment w jej ciemnych tęczówkach, rozważając; pod palcami wciąż czuł jej słodką wilgoć.
- Wstań – wyszeptał jej prosto do ucha najbardziej urzekającym głosem, na jaki mógł się zdobyć. Oczyma wyobraźni widział kipiącego ze złości Reschę i nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. W jakiś sposób ta cała rzecz przekształciła się w jego głowie w „101 technik, by dopiec Reschy”, i choć Lyeiess nie był z siebie za to dumny, winił głównie Mistrza Dusz. Gdyby nie próbował wpraszać się w jego rządy – a teraz również i jego alkowę – i gdyby nie wykradł był Reschy z pałacu podstępami i obietnicami; i gdyby teraz nie rozkazał mu był im „towarzyszyć” pod pozorem „bezpieczeństwa księcia”, to Lyeiess mógłby teraz wszystko zrobić po swojemu, dokładnie tak, jak lubił, i może nie czułby się wtedy takim sukinsynem.
Dziewczyna patrzyła na niego zdumiona i próbowała zaprzeczać, ale gdy powtórzył prośbę, tym razem bardziej stanowczo, usłuchała. Klęcząc, sięgał akurat jej piersi. Bezceremonialnie rozerwał tunikę, ściągając strzępy delikatnego materiału z jej ciała i rzucając je na posadzkę. Widział strach budzący się na nowo w jej oczach, kiedy pod naporem jego rąk opadła biodrami na zagłówek.
Irri sama nie wiedziała już, co myśleć o tym wszystkim: o Iao, o Reschy, o Arateicie, a przede wszystkim o księciu. On jakby umyślnie się nad nią znęcał – raz opiekuńczy i delikatny, potem nagle rozkazuje jej i zrywa z niej siłą wątpliwe okrycie. Była jednocześnie przerażona i podniecona; chciała, by jej dotykał i równocześnie - by się zlitował i przestał. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru prosić go o żadną z tych rzeczy. W uszach szumiał jej głos Reschy powtarzającego zasady i nagle nie mogła pozbyć się ich z pamięci.
Lyeiess przylgnął do jej piersi. Czuła, jak ściska jej biodra, jak pociera językiem jeden sutek i zaraz mocno ssie drugi; czuła, sfrustrowana, jak lekko całuje jej skórę. Jego wargi ledwie jej dotykały, gdy przesuwał nimi w dół jej brzucha, ale każdy z tych drobnych pocałunków palił żywym ogniem. Zacisnęła oczy i sapnęła strwożona, usiłując wyrzucić to wspomnienie z głowy.
A wtedy Lyeiess jednym zdecydowanym ruchem położył sobie jej udo na ramieniu i wszystkie myśli wraz opuściły jej umysł. Zdążyła tylko syknąć z bólu, gdy jej pokiereszowana łydka uderzyła o twarde mięśnie jego pleców; ale nim zdołała choćby pisnąć w proteście – on już wsunął w nią język i spijał kapiące niemal soki. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś takiego – i choć za nic nie potrafiłby tego opisać, Irri niemożebnie mu smakowała. Zatopił się w niej więc ponownie i wynurzał tylko po to, by przełknąć to, co zbierało mu się w ustach. Dziewczyna przez dłuższy moment chciała go nawet odepchnąć; widział to w niezbyt kontrolowanych ruchach jej rąk, które wahała się położyć na jego ramionach. A potem znów pochylił się ku jej słodkim głębiom i nie widział nic; słyszał tylko, jak tłumi jęki, najprawdopodobniej zagryzając dłoń, czuł jak jej ciałem wstrząsają spazmy rozkoszy. Gdzieś w tle rozbrzmiewało podenerwowane dreptanie w kącie: znak, że Rescha nie może już tego znieść. Wargi Lyeiessa wygięły się w sadystycznym uśmiechu, przyciśnięte mocno do warg Irri.
Mimo swojego sukcesu książę szybko poczuł pewien niedosyt – jakby wedle własnej oceny nie spisywał się wystarczająco dobrze. Chciał, żeby Irri brakowało tchu z targających nią sprzecznych emocji. Chciał, żeby zamiast tłumić jęki ręką, krzyczała w rozkoszy tak głośno, że nawet knebel by tego nie powstrzymał. Dociskał do siebie jej biodra, wsuwając w nią język najgłębiej, jak potrafił – i wciąż czegoś mu brakowało.
Uniósł wzrok na Irri, która opierała się ciężko o zagłówek, z trudem powstrzymując jęki rozkoszy, wymalowującej się na jej twarzy pod grubą warstwą rumieńca. Poczuł, jak coś się w nim unosi; i gdy już, już zaczął się zapominać w swoich czynach i poważnie rozważać przełożenie jej przez ten zagłówek i zerżnięcie siłą tak, jak tego oczekiwał Mistrz Dusz – rozległ się nagle twardy głos kołatki uderzającej o drewno jego drzwi.
- Tak? – rzekł książę nieco głośniej niż zamierzał, rozsuwając baldachim, by stanąć na posadzce. Do komnaty wsunął się piegowaty cherlawy chłopak o krótkich mysich włosach. Jego wzrok utkwił w Irri jakby nie mógł się z niej wydostać i piegi w jednej chwili zniknęły pod czerwienią sięgającą mu prawie do piersi.
- Słucham, Nad? – ponaglił go Lyeiess, ale z nutą pobłażliwości w głosie. Chłopak w jednej chwili się opamiętał i niespiesznie, jakby niechętnie, przeniósł wzrok na podłogę, po czym skłonił się płytko.
- Moja pani przysyła mnie, abym przypomniał ci, panie... Ten klejnot, który znaleziono... Wasza Książęca Mość obiecał...
- Na miłość boską, nie mów tak do mnie – przerwał mu Lyeiess z niecierpliwym gestem. Irri, zagubiona i wciąż zdyszana po jego niedawnych poczynaniach, obserwowała, jak książę prędko podchodzi do biurka stojącego w głębi komnaty i z szuflady wyjmuje dziwacznie ukształtowany, błyszczący przedmiot. Ruszył do drzwi z miną świadczącą, że myślami był już gdzie indziej.
- Usiądź – mruknął do niej, przechodząc obok. – To może chwilę potrwać.
Dziewczyna z niejaką ulgą opadła na poduszki, a książę zniknął za drzwiami razem z Nadem. Jeśli wytężyła słuch, docierał jej jego przytłumiony głos.
Nagły szelest poderwał jej głowę. Rescha stał nad nią z jego przeklętą pałką w ręku – baldachim był odsunięty aż pod kolumienkę. Irri skuliła się, próbując jednocześnie nie patrzeć mu w twarz i mieć go na oku; nawet to, jak został skarcony przez księcia niczym nieposłuszny chłopiec, nie ujęło mu zdolności do wymachiwania jego niewielkim narzędziem tortur. {Yes, it is a penis joke.}
Uśmiechnęła się trochę do tej myśli; Rescha musiał wyczytać tę niemą kpinę z jej twarzy, gdyż zaraz warknął przez zaciśnięte zęby, nisko i gardłowo, jak wściekły pies. Schwycił jej włosy i ściągnął ją za nie na zimną posadzkę, i Irri musiała stłumić krzyk, kiedy opadła ciężko na kolana. A potem on z nieobecnym wzrokiem zaczął okładać ją pałką i już nie mogła niczego stłumić.
Rescha nie zwracał najmniejszej uwagi na jej krzyki i piski bólu, kompletnie zatracony we własnym.  Mścił się nie tylko na tej bezczelnej dziwce; mścił się też na księciu i, bezsensownie, na wszystkich w jego życiu, którzy uważali się za lepszych od niego. Właściwie tylko się wyżywał, wyładowywał na tej nic nie wartej suce zbieraną latami wściekłość. I tak powinna być dawno martwa.
Przez moment nawet pomyślał, że jeśli książę go zobaczy... Ale zaraz odegnał od siebie tę myśl, i każdą inną myśl, i jego świat zwęził się do wrzasków, rozpaczy i niezwykle satysfakcjonującego widoku zwijającej się u jego stóp dziewczyny.
Irri, nakrywszy głowę rękami, kuliła się przy łóżku – coraz ciaśniej, coraz mniejsza, ze złudną nadzieją, że uda jej się wsunąć pod nie i uciec od spadających na nią nieprzerwanie razów. Rescha nie ustępował ani na chwilę – aż zaczęła się poważnie bać, że w końcu złamie jej ramię, jeśli szybko nie przestanie jej tłuc.
Tak naprawdę nie czuła już bólu jako takiego: jej ciało było całe odrętwiałe i każde uderzenie rozchodziło się jej po skórze falą niebolesnych, ale przeszywających do głębi drgań, które sprawiały, że nawet serce jej dygotało. Nie miała zamiaru go błagać, by przestał – nie chciała prosić go o litość. Ale jej ciało nie widziało innego wyjścia i zupełnie wbrew własnej woli zaczęła układać usta, by szeptać przeprosiny.
Nie zdążyła. Gdy tylko nieco opuściła ręce, Rescha wyrżnął ją pałką w bok głowy. Nawet niezbyt mocno; ale wystarczyło, by zadzwoniło jej w uszach. Upadła na posadzkę – w głowie jej szumiało i tylko jakby przez gęstą, rozległą mgłę usłyszała dźwięk otwieranych drzwi.
Rescha nagle zniknął jej z zasięgu wzroku. Przyłożyła dłoń do czoła i pod palcami poczuła swoją kleistą, gęstą krew. Powoli zaczynały docierać do niej jakieś krzyki... Nie, ktoś mówił coś podniesionym tonem... Rescha. Rescha, z głosem tylko trochę drżącym, wykrzykiwał coś na swoje usprawiedliwienie. Irri poczęła się z wolna podnosić mimo budzących się zawrotów głowy. Najpierw dostrzegła ostrze przy szyi jej kata; potem, idąc śladem klingi, dotarła do księcia. Nie wyglądał nawet na wściekłego. Na jego twarzy malowało się raczej coś między obrzydzeniem a ulgą, zaraz obok niewielkiego rumieńca, który wyglądał podejrzanie jak ślad po policzku.
Lyeiess trzymał miecz w wyjątkowo niedbały sposób, jakby zupełnie nie brał pod uwagę całkiem realnej możliwości, że broń wyślizgnie mu się z dłoni i rozorze Reschę od szyi po brzuch. Po chwili dotarło do Irri, że książę prawdopodobnie właśnie na to liczy.
- Nie obchodzi mnie, czy Mistrz Dusz będzie niezadowolony – mówił właśnie książę – a w tej chwili nie powinno to obchodzić również ciebie. Teraz to ja jestem niezadowolony i powinieneś się przejmować tym, jeśli nie przez lojalność, to choćby z powodu tego diabelnie ostrego miecza, który mam przy twojej krtani.
Irri, opierając się o łóżko, słuchała Lyeiessa z uwagą i osobiście uważała, że ten argument powinien bardzo przemówić do każdego, kto ma za grosz instynktu samozachowawczego. Ale najwyraźniej Rescha nie należał do tego grona, gdyż nie ruszył się ani na krok.
- I również z tego powodu – kontynuował książę – pójdziesz teraz do Mistrza Dusz i wytłumaczysz mu grzecznie, że koniec z tolerowaniem jego wymysłów. Jeśli tak według niego wygląda załatwianie spraw, to zmusza mnie to do odebrania Arateicie wstępu do zamku.
Rescha przełknął ślinę tak głośno, że Irri słyszała to nawet mimo nieustającego szumienia w uszach. Cienka strużka krwi pociekła w dół jego szyi, tak jak już kilka spływało po skórze Irri. Mimo że zupełnie nie chciała, ta świadomość przyniosła jej dziką satysfakcję.
- A jeśli nie chcesz tego zrobić, drogi Rescho, to chętnie dam ci wybór – mówił dalej Lyeiess. – Mogę na przykład poderżnąć ci gardło, patrzeć jak się wykrwawiasz, a potem tylko zawołać strażnika, by zabrał stąd twój ochłap.
Rescha wyraźnie zbladł na tę propozycję, ale nie stracił animuszu, ku nieskrywanemu niezadowoleniu Lyeiessa.
- Nie możesz... – wydusił z siebie. – Nie ośmieliłbyś się...
Lyeiess tylko znacząco uniósł brew i Rescha natychmiast zamilkł. Irri dostrzegła kroplę potu na jego skroni. On się szczerze bał księcia i nagle nie mogła przestać myśleć, że prawdopodobnie ma jakiś dobry powód. Jej mniemanie o Lyeiessie wyszło dawno ze strefy przeświadczenia o jego żałosnej desperacji i teraz było gdzieś między „delikatnym i troskliwym” a „atrakcyjnie władczym”; i znów zastanawiała się nad swoją oceną. A wszystko przez to, jak Rescha nie mógł powstrzymać drżenia.
- Mój panie – dodał ten szybko i z dużo większą pokorą. – Moje rozkazy...
- Są jasne – przerwał mu Lyeiess. – Masz iść do Mistrza Dusz i przekazać mu to, co powiedziałem. A jeśli nie chcesz, to... oczywiście... wcale nie musisz. – Tu na usta księcia wstąpił niezwykle niepokojący zimny uśmiech.
- Mój panie – powtórzył Rescha, rozkładając ręce prawie że błagalnie. Zdawał się szczerze wierzyć, że Lyeiess rozpłata mu szyję, jeśli go nie posłucha. – Jeśli mnie zabijesz, któż zaniesie twą wiadomość Jego Mistrzowskiej Mości?
- Och, jestem pewien, że on już wszystko wie – odparł książę lekceważąco, ale opuścił miecz. – Ale cóż. Proszę. Biegnij do niego, skoro nagle tak ci tęskno.
Rescha stał jeszcze przez chwilę; rzucił okiem na Irri, potem znów na Lyeiessa; dłonią zebrał krew z szyi i roztarł ją między palcami. Wtedy w końcu spuścił wzrok, wyminął księcia zręcznie i zniknął za drzwiami, nawet nie domykając ich za sobą.
Lyeiess westchnął, wsuwając miecz z powrotem do pochwy. Irri straciła go z pola widzenia, ale słyszała jego miękkie kroki. Znów zatopiła twarz w dłoniach, zdając sobie sprawę, że okrążywszy łóżko, książę kieruje się teraz ku niej. Nie chciała tego przyznać, ale udzielił jej się strach Reschy. Choć nie do końca z własnej woli, ściągnęła na Lyeiessa więcej kłopotów w ciągu zaledwie ostatniej godziny niż prawdopodobnie ma zazwyczaj w ciągu całego dnia. Nie była w stanie stwierdzić z całą pewnością, czy przypadkiem nie uzna jej roli w całej tej farsie za kluczową i nie postanowi jej ukarać za współudział – tak naprawdę zupełnie go nie znała, wbrew temu, co mogła sobie wmawiać, gdy jego dłonie pieściły jej ciało, a język sięgał miejsc, do których nie sądziła, że w ogóle można sięgnąć.
Ale książę nie chwycił jej za włosy, nie nawrzeszczał na nią ani jej nie uderzył. Kucnął obok i długo nic nie mówił, przyglądając się jej – miała zamknięte oczy, ale czuła na sobie jego wzrok. W końcu, po bardzo długim czasie wypełnionym jedynie ciszą, odważyła się podnieść powieki. Lyeiess trzymał w ręku moździerz, w którym leniwie rozcierał na papkę mieszankę jakichś ziół. Nawet nie patrzył na jej twarz; jego wzrok był raczej skupiony na jej krwawiącym uchu i rozcięciu na jej boku, które dopiero sama odkryła. Na łóżku leżało kilka bandaży.
- Mój panie... – zaczęła, ale książę przerwał jej gestem. Nie powiedział jednak nic, a tylko dalej przygotowywał lekarstwo. Nie odważyła się znów odezwać.
Gdy skończył, Lyeiess miękko i niezwykle delikatnie począł nakładać papkę na jej ranę. Maź była zimna i wilgotna, ale już po chwili zaczęła promieniować przyjemnym ciepłem, które prędko rozeszło jej się po skórze.
- Co to? – zapytała, próbując wykręcić głowę, by dostrzec choć kolor okładu, ale zasłaniała jej dłoń Lyeiessa.
- Liście babki lekarskiej z kwiatem nagietka roztarte w syropie z żywicy sosny – odparł Lyeiess spokojnie, wciąż skupiony na opatrywaniu jej rany. Przymknęła lekko oczy, oddając się jego dotykowi.
Po nałożeniu papki Lyeiess okrył ranę kawałkiem jałowej bibuły, a potem owinął ją bandażem; Irri drgnęła lekko, gdy jego ramiona objęły ją przy obwiązywaniu. Lyeiess nie dał po sobie znać, że to dostrzegł, ale wiedziała, że tak było.
Kiedy upewnił się, że wszystko dobrze leży, przemył jej ucho czymś, co pachniało jak wyciąg z rumianku, i obejrzał jej pozostałe ranki i siniaki, książę odszedł znów poza jej pole widzenia. Słyszała, jak otwiera i zamyka jakąś komodę – potem polał się płyn, książę wypił, i jeszcze trochę, i jeszcze... Kielich uderzył o blat. Irri wciąż nie podnosiła głowy, wpatrzona w swoje splecione dłonie na tle nagiego uda, ale nie mogła już powoli znieść tej ciszy. Nie potrafiła odsunąć od siebie tej natrętnej myśli, że Lyeiess był na nią wściekły – nawet jeśli nie wiedziała, za co mógłby. Nigdy nie chciała sprawić mu kłopotu. Z początku nie chciała nawet tu być, a potem... jego dotyk... Potarła dłońmi uda. Wciąż go czuła, mimo że minęło tyle czasu... Wciąż go chciała. Ale teraz było już za późno.
Jednak zanim zdążyła zebrać siły, by zaproponować, że być może byłoby lepiej, gdyby odesłał ją z powrotem do Mistrza Dusz, książę westchnął przeciągle, jakby podejrzanie blisko. Uniosła wzrok: Lyeiess opierał się ciężko o zagłówek, jego głowa zwieszona, ramiona napięte. Zauważył, że na niego patrzyła – ich oczy spotkały się tylko na chwilę, a potem jej spojrzenie wróciło do podołka; ale nawet ta chwila wystarczyła.
- Jak się czujesz? – zapytał książę, a w jego głosie znów nie było nic. Odwrócił się od niej i podszedł do stołu, by nalać sobie kolejną porcję wina, i gdy odważyła się jeszcze raz unieść wzrok, zobaczyła tylko jego wciąż nagie i wciąż diabelnie dobrze zbudowane plecy. Milczała. Tak naprawdę nie zastanawiała się dotychczas, jak się czuje. Właściwie zdążyła w międzyczasie zapomnieć, że w ogóle była ranna. Nic ją już nie bolało, szumienie w głowie zmalało do prawie niezauważalnego poziomu i jeśli miałaby na cokolwiek narzekać, to tylko że bandaż trochę uciskał ją pod piersiami.
- Dobrze – odparła w końcu, tak cicho, że bała się, że jej nie dosłyszał. Jakoś nie mogła zdobyć się, by mówić głośniej. – Nie spodziewałam się, że... – wydukała po chwili, przeklinając się w myślach. Cała charyzma, którą wręcz emanowała, nauczając o wenizmie, znikała w mgnieniu oka, gdy Irri choćby przypominała sobie te przenikliwie niebieskie tęczówki. - ...że znasz zielarstwo czy...
- Wielu rzeczy o mnie nie wiesz – uciął Lyeiess krótko, machając niecierpliwie ręką.
- Mój panie... – Wzięła głębszy oddech. – Jeśli czymś zawiniłam... Jeśli cię rozzłościłam...
- Nie jestem zły. – Lyeiess dopił wino i odstawił kielich na bok. – Jestem zmęczony.
Irri nie rozumiała, ale nie odzywała się, czując, że książę jeszcze nie skończył. Nie miała pojęcia, dlaczego miałby chcieć zwierzać się akurat jej i teraz. W jego oczach pewnie dalej była tylko dziwką, którą miał ukarać. Chociaż może takim najłatwiej jest się spowiadać.
- Jestem zmęczony – powtórzył Lyeiess. – Mam dość tego człowieka, mam dość jego pieprzonej religii. Mam dość dwunastoletnich błędów plujących mi w twarz na każdym kroku.
Oparł się ciężko na stole, poważnie zastanawiając się, czy zrzucenie wszystkiego z blatu na podłogę nie poprawi mu przypadkiem humoru. W końcu zdecydował, że prawdopodobnie nie, i odwrócił się. Dziewczyna wciąż siedziała na twardej posadzce w pozycji, która w żadnym razie nie mogła być wygodna. Gdy tylko spojrzał na jej twarz, opuściła wzrok. Westchnął.
- Mam po prostu za dużo na głowie – dodał prawie że przepraszająco. – I nikogo, kto by mi pomógł. Panuje susza i nawet nie wiemy dlaczego. Karawany handlowe są niszczone, szlaki ledwie funkcjonują, a bez nich już niedługo wszyscy zaczniemy przymierać głodem. Mój nadworny mag to pizda, Raila wyrywa sobie ręce, a Mistrz Dusz, który ma zarówno środki, jak i umiejętności, by pomóc, marnuje je na bezsensowne religijne wojny. A teraz muszę się jeszcze zastanowić, co zrobić z tobą.
To rzekłszy, usiadł na łóżku, obserwując, jak jej wyraz twarzy się zmienia z lekko zdezorientowanego przygnębienia do mieszanki szczerego zdumienia i nieśmiałej nadziei.
- Nie odeślesz mnie do Świątyni Opatrzności? – zapytała drżącym głosem.
- Nie wiem jeszcze – odparł spokojnie. – Co ci tam zrobili?
Jej wzrok uciekł; przygryzła wargę, zamrugała kilka razy, by odegnać łzy, i westchnęła płytko zanim odpowiedziała.
- Tak naprawdę to niewiele, mój panie – zaczęła tak cicho, że Lyeiess musiał pochylić się i oprzeć łokcie na kolanach, by ją usłyszeć. – Trochę mną pomiatali, jak mnie prowadzili, a potem wtrącili mnie do celi, gdzie siedziałam dwa dni, póki Mistrz Dusz nie raczył się mną zainteresować.
Lyeiess westchnął poirytowany, ale nie przerywał.
- A gdy wreszcie przyszedł, kazał mnie natychmiast stamtąd wyciągnąć, nakarmić, dać mi się umyć i przebrać... Posadzili mnie z nim przy stole. Może chciał wzbudzić moje zaufanie, ale naprawdę nie wiem, po co, bo gdy tylko wysłuchał relacji kapłana, który mnie schwytał, ogłosił mnie heretyczką i wiedźmą, i zarządził ceremonię oczyszczenia...
- Tak, wiem – przerwał jej Lyeiess, widząc łzy w jej oczach. Przełknął gorzką żółć, która podeszła mu do gardła na samą myśl. – Wiem, jak to wygląda. Co potem? Co po oczyszczeniu?
- Chcieli mnie spalić na stosie – szepnęła. – Ale im się nie udało.
- Tak – mruknął książę – i tu będziesz musiała rozwinąć temat.
Uśmiechnęła się lekko na tę uwagę, ale wcale nie była radosna.
- Sama nie do końca wiem, jak to się stało – powiedziała. – Nie byłam całkowicie świadoma, bo ból... – Jej oczy zacisnęły się na samo wspomnienie i musiała z trudem przełknąć ślinę zanim kontynuowała: - Ale pamiętam, że nagle zerwała się wichura, lunął deszcz, zaczęła się burza i płomienie zaczęły przygasać. Myślę, że arateici sami nie wiedzieli, co się dzieje. A potem straciłam przytomność i obudziłam się z powrotem w celi. Miałam poparzone nogi, ale poza tym wszystko było w porządku. Chciałam zapytać Mistrza Dusz, co się właściwie wydarzyło, ale zamiast niego przyszedł ten... Rescha i od razu zaprowadził mnie tu. Po drodze słyszałam kogoś mówiącego, że Mistrz Dusz został ranny w tym sztormie, ale mogło mi się tylko wydawać... Teraz nie jestem już niczego pewna. – Pomasowała skroń palcami, jakby to miało zatrzymać szumienie i tępy ból.
Lyeiess długo nie odpowiadał, najwyraźniej przemyślając jej słowa. Irri w końcu zaczęła się zastanawiać, co też mogło dziać się w jego głowie. Wyglądał jak człowiek, któremu kruszy się światopogląd.
- Uważasz, że twoi bogowie byli za to odpowiedzialni? – zapytał nieco niepewnie. Nie był przekonany co do tej idei, ale na własne oczy widział z okna zamku tę idiotycznie skupioną w jednym miejscu burzę i słyszał służących szepcących, że to gniew boga lub bogów, zależnie od tego, jakiego byli wyznania.
- Niewątpliwie – odparła Irri z pewnością, którą daje tylko wiara. Lyeiess westchnął. Nawet gdyby zaczął wierzyć w bogów, nie miałoby to żadnego znaczenia. Chyba że bogowie ci wspaniałomyślnie postanowiliby uratować Iao przez grożącą mu klęską. Ale żaden bóg, o którym kiedykolwiek słyszał, nie robił takich rzeczy bezinteresownie, a Lyeiessa nie było stać na spłacanie boskich długów.
- Więc... – odezwała się Irri nieśmiało, nie otrzymawszy od niego żadnej odpowiedzi. Gdy na nią spojrzał, wydawała się wyjątkowo zaaferowana swoimi dłońmi i ich niespokojnym przebieraniem. – Co teraz ze mną będzie? – spytała w końcu cicho.
Nie wydał wyroku od razu. Sam wpatrzył się w posadzkę, rozważając wszystkie opcje. Nie mógł jej odesłać do Mistrza Dusz, to nie ulegało wątpliwości; ale niewiele miał też dobrych powodów, by zatrzymać ją w zamku. Nie uśmiechało mu się tłumaczyć przed wcale nie mniejszością iaońskich arateitów, dlaczego postanowił uniewinnić tę, którą uważali za heretyczkę. Przetarł dłońmi twarz.
Jeszcze raz spojrzał na dziewczynę, która teraz, zaniepokojona jego milczeniem, wbiła w niego swoje fioletowe oczy. Nie mógł jej tego zrobić. Powinien zamknąć ją w jakiejś pustej komnacie, postawić straż przy drzwiach, kazać jej tam siedzieć póki nie podejmie decyzji. Mógłby posłać gońca do Mistrza Dusz i może dojść z nim do porozumienia, które zadowoli wszystkich w Iao. Pod żadnym pozorem nie powinien jej teraz całować ani...
Pochylił się i pocałował ją. Ogień w kominku już przygasał i teraz komnatę rozświetlała tylko jedna migotliwa świeca i delikatny poblask żaru, ale nawet w półmroku Lyeiess widział budzący się na nowo rumieniec na twarzy Irri, gdy obrysowywał językiem linie jej ciała.
- Mój panie... – mruknęła z cicha, ale on schodził niżej i w końcu wsunął ramiona pod jej uda. Sapnęła zdumiona, gdy schwycił jej talię i uniósł ją, przycisnąwszy się do jej rozłożonych nóg. Objęła go nimi w piersi, choć wiedziała, że niepotrzebnie; była całkowicie bezpieczna w jego ramionach.
Wciąż tak zwiniętą wpół, Lyeiess złożył ją na posłaniu delikatnie, tak że jej głowa nie opadła na poduszki nawet z niewielkim impetem. Irri dosłownie czuła się, jakby spływała z objęć chmurki – bardzo silnej i zatrważająco przystojnej chmurki.
- Mój panie – powtórzyła z cicha i tym razem jej głos brzmiał nieco bardziej desperacko, więc Lyeiess przerwał wsmakowywanie się w jej szyję i spojrzał na nią pytająco.
- Chcesz, żebym przestał? – szepnął, a jego gorący oddech omiótł jej twarz. Pachniał różami, jakby Lyeiess żuł płatki kwiatów w wolnym czasie, kiedy nie rozdziewiczał heretyczek i nie groził śmiercią swoim sługom. Przez chwilę wpatrywała się w niego zdumiona, nie spodziewawszy się, że byłby skłonny zostawić ją w spokoju – ale potem zamknęła usta i pokręciła głową zawstydzona. Nie wyglądał jednak na przekonanego i gdy tylko dostrzegła, że ma zamiar się odsunąć, spanikowała i zacisnęła palce na jego ramionach, żeby przytrzymać go na sobie. Mimo że była całkiem naga, obnażona i złożona pod nim wpół, chciała tylko, żeby nie przerywał.
- Nie... – zaczęła, ale jej słowa zmieniły się w przeciągły cichy jęk, gdy Lyeiess wcałował się znów w jej szyję, powiódł językiem w dół jej krtani, zbadał linie jej obojczyków. Potem uniósł się znowu, by spojrzeć jej w twarz. Jej biodra radośnie przywitały tę zmianę pozycji, lecz Irri wcale nie zależało na ich uldze. Jej policzki płonęły, a Lyeiess patrzył na nią z mieszaniną pewności siebie i jakby... troski? Czuła, jak rozpływa się pod tym wzrokiem, a wkrótce i książę to poczuł. Palcami sięgnął ku dołowi i w fali paniki Irri zacisnęła lekko nogi na jego ramionach, próbując uciec od jego dotyku w pierwszym odruchu. Zatrzymał się, przesuwając jej wilgoć pod opuszkami.
- Irri – szepnął jej imię, nisko i nieco mrukliwie, i tylko to wystarczyło, by jej mięśnie zwiotczały. – Jeśli tego nie chcesz, nie bój się powiedzieć. Nie chcę cię zmuszać ani cię skrzywdzić.
Pod powiekami miała już igiełki łez i żywiła głębokie przekonanie, że jeśli on wkrótce nie przestanie być takim czułym sukinsynem, to naprawdę będzie zmuszona mu się tu popłakać. Pokręciła głową słabo.
- Po prostu się trochę boję – odparła cicho. – Nie musisz się tym przejmować, mój panie.
- Oczywiście, że muszę – rzekł, omiatając wzrokiem jej ciało. Jego dłoń, wciąż tak brutalnie nieruchoma, spoczywała na jej łonie, i Irri tylko z trudem powstrzymywała się przed wyrzuceniem bioder, żeby zsunąć ją niżej. A potem tylko pomyślała o tym, co ma nastąpić, o byciu zerwaną, i znów przeszedł ją dreszcz.
- Jeśli chcesz, żebym przerwał, to przerwę – dodał Lyeiess, zauważając to. - Jeśli cokolwiek cię boli lub będzie boleć, szepnij tylko słowo, a przestanę.
- Nie – powiedziała już bardziej stanowczo. – Nie. Mój panie... chcę... – Wzięła głębszy oddech, żeby uspokoić swoje rozedrgane gardło. – Choćbym miała piszczeć z bólu i próbować cię odepchnąć, nie chcę, żebyś przestawał. Chcę, żebyś mnie otworzył.
Lyeiess spoglądał na nią z lekkim zaskoczeniem w oczach, jakby nie spodziewał się był takiej jej reakcji, ale nie poruszył się ani nie odpowiedział.
- Mój panie, proszę... – dodała prawie że błagalnie, wypychając lekko biodra. – Ufam ci.
Książę bardzo nieczule wzruszył ramionami i natychmiast zjechał ręką niżej. Kiedy znalazł jej czuły punkt i począł go pocierać, z ust Irri wyrwało się słodkie jęknięcie, które było jak balsam dla jego ucha. Lyeiess uśmiechnął się pod nosem, zwilżył palce śliną, by przenieść ją na jej wejście, a potem powoli wsunął w nią palec. Irri sama nie spodziewała się, że tak bardzo ją nim wypełni, ale przez moment aż zabolało. Pisnęła, choć próbowała się powstrzymać.
- Ćśś... – wymruczał jej prosto do ucha, posyłając dreszcz w dół jej szyi. Wypchnęła biodra i zagłębił się w nią bardziej, a potem delikatnie potarł opuszką jej przednią ściankę. Nie znała wcześniej tego uczucia, które ją ogarnęło, niczym czysta ekstaza wymieszana z przejmującą słabością. Sama sobie nigdy tak nie robiła i teraz zaczęła tego żałować.
- Ach! – wyrwało jej się i zaraz, zawstydzona, skryła twarz w dłoniach. Lyeiess jednak schwycił ją za nadgarstek i ściągnął jej ręce w dół, ale nie powiedział przy tym ani słowa i nagle Irri poczuła się dziwnie obco. Jemu wcale na niej nie zależało. To wszystko, co słyszała, to była prawda – książę naprawdę myślał tylko o sobie i nie zwracał uwagi na cudze uczucia. Przeszedł ją strach, który przyćmił nawet doznania dochodzące z jego dotyku. A co, jeśli skończy jak jego poprzednie nałożnice? Słuch o niej zaginie i nikt nie będzie wiedział nawet, co się z nią stało?
Ale potem on gładko wsunął w nią drugi palec, począł poruszać dłonią, ustami przylgnął do jej szyi i piersi, a jego poczynania odbijały się w niej falami rozkoszy pełznącymi jej po skórze; i dla Irri już nie miało znaczenia, co książę uczyni z nią potem, pod tym jednym warunkiem, że szybko uczyni z nią teraz to, co ma z nią uczynić. Wiła się pod nim, dłońmi błądziła po jego ramionach, a gdy zsunął się jeszcze niżej i poczuła na sobie jego wargi, aż zachłysnęła się powietrzem i byłaby wybiła mu nos kością łonową. Poczuła nawet, jak się uśmiecha.
O ile Lyeiess był bardzo ostrożny z rękami w obawie, że może nieumyślnie skrzywdzić dziewczynę, o tyle gdy w grę wchodziły usta, tracił wszystkie opory. Nie zwracał więc uwagi na jej coraz to głośniejsze i bardziej desperackie okrzyki i jęki, a skupiał się tylko na jej niemalże upajającej woni i równie odurzającym smaku. Jego język obiegał ją, badał wszystkie jej zakamarki, próbował sięgnąć jak najdalej w głąb, a potem Lyeiess delikatnie całował jej uda, dając jej chwilę wytchnienia, tylko po to, by zaraz mocno ssać jej łechtaczkę i znów wyrwać okrzyk rozkoszy z jej ust. Znęcał się tak nad nią przez parę dobrych minut, zanim w końcu ulitował się nad jej zdartym gardłem. Otworzyła oczy, których zaciskania nie mogła sobie przypomnieć, i zobaczyła go nad sobą – wpatrywał się w nią z zadowolonym uśmiechem na twarzy. Ich spojrzenia spotkały się i splotły; pozwoliła sobie znów zatopić się w tej niebieskiej głębi, choć wiedziała, że powinna mu się była oprzeć już dawno temu. Nie zrobiła tego i teraz, a on nagle pochylił się i pocałował ją namiętnie, bezładnie, zachłannie, głęboko. Uniosła się do niego, i gdy ich wargi się zderzyły, miała nadzieję, że już nigdy się od siebie nie oderwą. Wręcz nie mogła uwierzyć, jak ten mężczyzna na nią działał.
Wtem jego palce, dotychczas pieszczące ją i delikatnie rozszerzające jej wejście, zniknęły. Jej oczy znów były zamknięte i mogła się tylko domyślać, co się dzieje. Słyszała nad sobą miarowy, nie przyspieszony nawet trochę, oddech Lyeiessa i to właśnie sprawiło, że się uspokoiła. Potrafiła sobie wyobrazić, że gdyby miała słyszeć dyszenie pełne niecierpliwości i podniecenia, jej stres sięgałby właśnie apogeum. Wciąż nie była do końca pewna, czy tego chce. Wciąż przechodził ją zimny dreszcz na myśl o bólu, o byciu wypełnioną, o – na bogów, nie – zajściu w ciążę z tym nieznanym jej księciem, który dzisiaj ją wykorzysta, a jutro, jeśli będzie miała szczęście, wyrzuci ją za bramy i zostawi gdzieś na trakcie. Ale powiedziała mu, żeby to zrobił, i wiedziała, że teraz nie było już odwrotu.
Ciągle nic się nie działo, więc otworzyła oczy i od razu ujrzała księcia przyglądającego jej się nieco zbyt uważnie. Był wręcz zatroskany.
- Wszystko w porządku? – zapytał po raz kolejny tego wieczoru. Irri spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem i dopiero wtedy powiedział: - Płaczesz. I krwawisz.
Nie wydawał się bardzo przejęty, a jego głos brzmiał normalnie, jakby tylko stwierdzał fakt, i dlatego waga jego słów dotarła do niej dopiero po chwili. Wciąż w lekkim szoku starła łzy z policzków, ale nim zdążyła sięgnąć w dół, Lyeiess uniósł swoją dłoń. Na jego jasnej skórze wyraźnie odcinała się głęboka czerwień, podejrzanie podobna do krwi miesięcznej. Tyle że Irri bardzo jasno przypominała sobie, że miała swój księżyc ledwie tydzień temu.
- Mój panie... ja... – wydusiła z siebie. – Jeśli chcesz mnie odesłać...
- Przestań – przerwał jej. – Po prostu spodziewałem się krwi dopiero gdy coś istotnie zrobię, a nie przed.
Zaczerwieniła się jeszcze bardziej, ale mogła zdobyć się tylko na zagryzienie wargi.
- Bo chcesz, żebym kontynuował, prawda? – upewnił się.
Przez moment nie była pewna, co odpowiedzieć. Bała się, że w taki sposób tylko bolałoby bardziej. Że mogłoby się coś stać. Lecz wtem ogarnęło ją uczucie spokoju, jakby to zupełnie nie miało znaczenia i wszystko było w jak najlepszym porządku. Uśmiechnęła się lekko, czując Jej obecność.
- Tak, mój panie – odparła. – Jest dobrze. Nie przerywaj.
Lyeiess znów wzruszył ramionami, równie nieczule jak poprzednio, i począł całować jej szyję na nowo, żeby – Irri doskonale wiedziała – nadrobić ich rozmowę. Ale nie chciała już czekać. Sięgnęła więc ku jego nogawicom i mogła czerpać niezwykłą, ale dziwnie radosną satysfakcję ze zdumionego wyrazu, który zbudził się na jego twarzy, a potem przerodził w nieskrywaną przyjemność, gdy ujęła go i poczęła lekko poruszać dłonią. Jego reakcja sprawiła, że nabrała pewności w ruchach, szczególnie że nie posądzałaby księcia o bycie tak czułym. Choć może tylko wiedział, jak czerpać przyjemność nawet z najbardziej nieśmiałych pieszczot.
Lyeiess jednak zrozumiał jej sygnał i gdy po kilku próbach na ślepo udało jej się rozwiązać jego nogawice, sam dokonał reszty. Położył sobie jej biodra na kolanach i już za chwilę poczuła go przy swoim wejściu. Jej wargi rozwarły się w szybszym oddechu, zadrżała z uczucia, które mogłaby określić tylko jako mieszaninę strachu, niecierpliwości i podniecenia, ale nie powiedziała ani słowa, by go powstrzymać. Mimo krwi pokrywającej prawdopodobnie już połowę jej ud, Lyeiess znów użył śliny dla poślizgu, a potem – w końcu – począł powoli się w nią wsuwać. Patrzył na jej twarz i chciała odpowiedzieć mu spojrzeniem prosto w oczy, ale jej postanowienie zeszło na psy, gdy właściwie to poczuła. Rozciąganie, którego z początku prawie w ogóle nie było, szybko uderzyło z większą siłą, a potem przerodziło się w ostry, kłujący ból. Pisnęła. Lyeiess napierał dalej, jakby zupełnie nie zwracając na nią uwagi, ale jego dłoń spoczęła na jej policzku, żeby ją uspokoić. Irri zacisnęła dłonie na jego ramionach; ból był wręcz obezwładniający, być może dlatego, że się go nie spodziewała.
Nagle przeszyło ją ostre ukłucie i Lyeiess zatrzymał się. Nie powiedział nic, jedynie dał jej chwilę na przyzwyczajenie się do jego obecności. Zaczęła oddychać głęboko i ból powoli mijał, ale wciąż pozostawało jego wspomnienie, które niemal ją paraliżowało. Przylgnęła do księcia, próbując się uspokoić, a on objął ją wolnym ramieniem. Po długiej, bardzo długiej chwili wypełnionej tylko ich wspólnymi oddechami i delikatnymi pocałunkami, które składał na jej ciele, Lyeiess zaczął się z wolna poruszać. Nie bolało już tak bardzo, ale nie mogła powiedzieć, że czuła się całkiem komfortowo. Przeszkadzało jej trochę lekkie pocieranie w miejscach, w których była prawie pewna, że żadnego pocierania nie powinno być, i książę chyba również to poczuł, gdyż nagle zatrzymał się i wycofał, a gdy wrócił, było już w porządku. Ból także minął już prawie zupełnie, więc gdy tym razem Lyeiess przyspieszył, zrobiło jej się wręcz przyjemnie. Z jej ust wyrwało się rozkoszne westchnienie i spod półprzymkniętych powiek mogła dostrzec uśmiech budzący się na twarzy księcia.
Już wkrótce jej westchnienia przerodziły się w jęki, które wypłakiwała mu prosto do ucha, przyciśnięta mocno do jego piersi, z rękami owiniętymi wokół jego ramion. Lyeiess wsuwał się w nią dobrze wypracowanym rytmem, stopniowo przyspieszając i zwalniając, tak że wręcz falowali na zmiętolonej pościeli. Powoli przestawała czuć jego ruchy, a zaczynała tylko zlewać się z nim, odbierała go wszystkimi zmysłami, na całym ciele, zewsząd jednocześnie. Jej umysł równocześnie wyłączał się i odbierał wszystko ze zdwojoną siłą.
- Och, kurwa... – jego niepowstrzymywany szept zadzwonił jej w uszach i zaraz potem jego ruchy stały się mocniejsze, jakby desperackie. Wiedziała, że dochodzi, że niebawem ją wypełni, ale ta świadomość w jakiś sposób tylko bardziej ją podnieciła. Jej palce zacisnęły się mimowolnie, paznokciami rozorała jego plecy, gdy on wbił się w nią do samego końca, a z jej warg wyrwał się krzyk przepełniony na poły rozkoszą, na poły bólem. Lyeiess jedynie warknął, nisko i gardłowo, próbując jakby wepchnąć się w nią niemożliwie głęboko, a potem wreszcie rozluźnił się nieco i opadł na nią swoim ciężarem.
Było jej ciepło i przytulnie, tak wciśniętej w jego gorące ciało. Wsłuchiwała się w jego ciężki oddech, czuła na piersi szybkie bicie jego serca. Przed długi czas trwali tak w bezruchu, aż w końcu Lyeiess z westchnięciem zsunął się z niej i opadł na poduszki obok; i zaraz z jego ust wyrwało się syknięcie.
- Ależ mnie podrapałaś, niech to diabli – mruknął, sięgając do swoich pleców. Na szczęście na jego palcach nie pozostała żadna krew, ale Irri i tak skuliła się lekko, niepewna siebie. Książę rzucił na nią okiem, po czym bezceremonialnie jednym ruchem przyciągnął ją do siebie, zmuszając ją do wtulenia się w jego nagą pierś.
- Mój panie... – wymamrotała po raz kolejny, próbując się od niego odsunąć, chociaż bez większego przekonania.
- Nie turbuj się już – odparł, ucinając wszelką dyskusję i przycisnął ją do siebie. Jej wzrok powędrował po komnacie, szukając czegokolwiek, na czym mógłby się zawiesić, a co nie byłoby żadną częścią fizjonomii księcia; i nagle spoczął na jego mieczu, który wciąż stał oparty o łóżko.
Pochwa, poza tym, że zawieszona na potrójnym pasie, była z zasady prosta. Jedyne jej zdobienie stanowiło stalowe, pięknie grawerowane okucie wokół krawędzi, pasujące kształtem do jelca i taszki, i podobne u dołu, żeby skóra nie zdzierała się o ziemię. Chwyt sam w sobie był czarny, a głowicę stanowiła profilowana srebrna kula, która najbardziej przyciągnęła jej wzrok.
Zafascynowana, wyciągnęła rękę ponad piersią Lyeiessa, nieco nieśmiało w obawie, że nie chciałby, by dotykała jego broni. Obserwował ją z zainteresowaniem, ale nie powiedział ani słowa, by ją powstrzymać. Uniosła miecz na sztywnej ręce, ale aż zdziwiła się, jak lekki był – dopóki nie dostrzegła, że Lyeiess pomaga jej drugą dłonią. Zgromiła go wzrokiem, żeby go puścił, i zaraz musiała usiąść, żeby wciągnąć miecz na łóżko. Książę uśmiechnął się pobłażliwie, obserwując, jak dziewczyna przygląda się głowicy.
Teraz już widziała, że był to księżyc, ale nie byle zwykły księżyc: każdy krater i każde zagłębienie było wiernie odwzorowane, a na dnie miało niewielki znak runiczny, i Irri od razu rozpoznała te same znaki, które znała od dziecka. Sapnęła zdumiona i próbowała obnażyć ostrze, ale okazało się, że okucia na pochwie nie były tylko ozdobą, a przytwierdzały miecz do jego osłony. Lyeiess znów jej pomógł, tym razem delikatnie, ale stanowczo przekręcając klingę i dopiero ją wysuwając. Odsłaniała ją powoli, ale już od pierwszego cala mogła dostrzec podobne znaki runiczne na zbroczu, układające się w...
- Mój panie – powiedziała nagle. – Czy zdajesz sobie sprawę, co masz?

---
Raila na jego pytanie wzruszyła ramionami tak lekceważąco, jak jeszcze nigdy dotąd. Był wręcz pod wrażeniem.
- Uczyń ją swą stałą nałożnicą – rzekła bez ogródek, nie przerywając operacji. Gnom leżący na jej stole jęknął z cicha, gdy wcięła mu się w jamę brzuszną, więc skinęła na asystującą jej dziewczynkę, by przyniosła więcej laudanum. Lyeiess już chciał coś powiedzieć na jej propozycję, ale uniosła dłoń. – Nawet nie dyskutuj, to jedyna droga. Arateitom powiesz, że skoro wiedźmy nie da się zabić, to twoim wyrokiem do końca życia będzie cierpiała katusze bycia postrzeganą jako nic więcej niźli tylko ciało. A dziewczynie się to spodoba... prędzej czy później.
Książę uniósł bezsilnie ręce i pokręcił głową.
- Nie mam zamiaru jej tak wykorzystywać – odparł. – Nawet nie wiem, czy bym potrafił.
- Jakoś wczorajszej nocy ci to nie przeszkadzało. – Raila uniosła brew. – Ani nigdy wcześniej, gdy wyciągałeś więźniarki z kamieniołomów. Nigdy nie przeszło ci przez myśl, że mogłyby tego nie chcieć?
- Oczywiście, że przeszło! – żachnął się. – Każda miała wybór i żadna nigdy mi nie odmówiła. Zresztą kamieniołomy, jak sama przyznajesz, to nie jest miejsce dla kobiety, więc może teraz nie zachowuj się tak, jakbym robił coś złego. A Irri wczoraj tego chciała, ale to nie znaczy, że będzie również chciała spędzić tak resztę swojego życia.
- No to jak ci się znudzi, to ją odstawisz do kuchni. Albo wyślesz ją po cichu na drugi kraniec Noellye, gdzie jej kupisz ładny biały domek w Lyeworze z pięknym widokiem na Daur. Naprawdę, Lye, czy ty musisz robić problemy tam, gdzie ich nie ma?
Lyeiess nie miał na to odpowiedzi, zresztą Raila nie wydawała się na nią czekać.
- Na litość boską, ludzie przychodzą do mnie z udarami słonecznymi. Grupami, Lyeiess! Grupami! Teraz łatam karawaniarza, który miał nam przywieźć jedzenie, a zamiast tego miał dla nas tylko więcej złych wie... och, kurwa. Alia! Ucisk!
Dziewczynka czym prędzej przybiegła z narzędziem, opalając je po drodze nad oczyszczającym płomieniem. Raila od razu wsadziła je mężczyźnie do brzucha i Lyeiess tylko o cal uniknął strumienia krwi, który trysnął w jego stronę.
- ...więcej złych wieści – kontynuowała Lady Chirurgia – a i tak zaraz mi się tu wykrwawi, jak nie przestaniesz mnie denerwować. Toż oszaleć można. Nasz mały światek w tej pięknej naldeńskiej delcie wali się i pali, a ty się przejmujesz uczuciami jakieś elfiej dziewki, której imienia nawet nie pamiętam.
- Irri – powtórzył Lyeiess, choć wiedział, że bezsensownie.
- Och, mój drogi książę – westchnęła Raila z nutą beznadziei w głosie. – To wspaniałe, że masz dobre serce, ale zupełnie nie nadajesz się do rządzenia.
Lyeiess westchnął. Wiedział, że miała rację, ale taka już jego niedola.
- Chętnie oddałbym ci tron, milady, ale obawiam się, że zależy mi na dobrobycie tych ludzi.
Raila roześmiała się gromko na tę uwagę, jakby wcale nie była utytłana po łokcie we krwi i nie odcinała swojemu pacjentowi czegoś, co niewprawionemu oku Lyeiessa wydawało się ważne.
- Bardziej jednak się martwię, że ten cały rozgardiasz z herezjami wywoła wojnę z Arateitą. – Lyeiess zeskoczył ze swojego miejsca na komodzie z lekami i obszedł niespokojnie niezachlapaną żadnymi płynami ustrojowymi część posadzki.
- No to niech wywołuje, byle prędko – odparła kobieta. – Wyjdzie nam tylko na dobre. Przy odrobinie szczęścia mały rozlew krwi przytemperuje różne dzikie żądze ichniego kapłaniska, a jeśli połowa naszej ludności zginie, to może potem nie pomrzemy wszyscy z głodu.
- Kocham cię, Raila – rzekł już tylko Lyeiess, kładąc dłoń na klamce.
- Ja ciebie też, mój książę – odparła ona, uśmiechając się do niego sponad krwawiącego brunatnego organu. – A teraz wynoś się z mojego szpitala.