Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

wtorek, 3 maja 2016

Wcale nie (Nikt x Nikt)

Zawsze była bardzo spostrzegawcza. Zawsze zauważała drobne zmiany w zachowaniu innych, niewielkie różnice, niuanse języka, i jak diabeł, tkwiła w szczegółach. Przez to też szczyciła się nietuzinkowym opanowaniem - pragmatycznie analizowała każdy detal każdej sytuacji, żeby tylko nie pozwolić emocjom wziąć góry. Nie poddawała się łatwo uczuciom.
Dlatego tym bardziej ją przeraziło, gdy znienacka usłyszała Jego głos przy uchu - zupełnym przypadkiem, akurat po coś sięgał, a ona stała obok - i niemalże kolana się pod nią ugięły, i gdyby nie oparła się niby to niezobowiązująco o szafkę, to by już przed Nim klęczała i... Poczuła przypływ gorąca. To było bez sensu. To nie miało tak być. To nie miało jej tak schwycić. Ale...
Przestała bezwiednie zagryzać wargę, ciesząc się jedynie, że był do niej odwrócony plecami i nie dostrzegł tego, jak na Niego patrzyła. Żeby jeszcze to wszystko nie było tak skomplikowane. Żeby miała chociaż cień pewności, że to ma szansę... Żeby jeszcze się tak nie bała. Tylko czego ona się, do cholery, tak bała?
Jego szerokie ramiona, do których nie chciał się przyznać, majaczyły jej przed durnie załzawionymi oczami. Tylko się nie odwracaj, jeszcze nie... Jeszcze muszę odnaleźć grunt pod nogami.
- Cholerny pył - burknęła na wyjaśnienie swojego ocierania oczu, a On spojrzał na nią przez ramię z zaniepokojeniem.
- W porządku? - spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. I dobrze, bo nie byłaby w stanie Mu jej szczerze dać. - Zaraz skończę i wyjdziemy na zewnątrz. Wytrzymasz jeszcze chwilę?
- Mhm - mruknęła przez ściśnięte gardło. Jego poharatane dłonie sypały owies do śrutownika, a ona zwracała uwagę na każdy szczegół, jak układał palce, jakim ruchem chwytał worki, jak mięśnie przesuwały Mu się pod skórą. Wyobrażała sobie, że tak samo przesuwają się, gdy ją do siebie przyciąga, że takim samym ruchem chwyta ją za biodra, że tak samo układa palce na jej szyi. Poczuła uderzenie gorąca; przestąpiła z nogi na nogę. Stłumiła ochotę wsunięcia Mu ręki pod koszulkę. A niech to wszystko cholera weźmie.
Zawiązał worek z wprawą kogoś, kto robił to całe życie, i odwrócił się do niej. Uśmiech rozjaśnił Mu twarz. - To co? Idziemy?
Skinęła głową i ruszyła ku wyjściu, czując, jak Jego ręka wręcz automatycznie powędrowała ku jej talii. Słońce uderzyło w nią całym swoim żarem, jakby chciało jej dać coś do zrozumienia, ale myśli miała tak rozszalałe, że z trudem przypominała sobie własne imię. Jego dłoń nacisnęła lekko na pasek jej krótkich spodenek, kierując ją w stronę domu...
- UWAGA! Z DROGI! - rozległ się wrzask i zanim jej mózg choćby przeanalizował znaczenie tych słów, poszybowała na ścianę; szorstki tynk nieprzyjemnie otarł jej ramię, ale nie to było istotne. Przed nią szarżujący roczny byk właśnie wbijał niewyrośnięte jeszcze na szczęście rogi w Jego klatkę piersiową. On złożył się nad łbem zwierza, ramię położył mu na czole, a drugą ręką po szczęce sunął do przodu, próbując schwycić nozdrza.
- STÓJ, KURWA! - ryknął mu prosto do ucha, ale nie odnosiło to większego skutku. Trzasnął go dłonią w śluzawicę, poprawił i dodał: - STÓJ, TY BYDLAKU, KUR...! Bo jak cię zaraz... - W końcu udało Mu się wcisnąć byczkowi palce do nosa, i jak na zawołanie wszystko się uspokoiło. Byk stanął, posapując ciężko, gdy On pchał mu łeb do góry najdalej jak dał radę; Jego ojciec już był obok, już nakładał byczkowi uwiąz, już go odprowadzał z powrotem do obory... Odetchnęła z ulgą.
- Żyjesz? - spytał cicho, zbliżając się do niej. Zamrugała, odganiając zalegający jej pod powiekami obraz Jego napiętych z wysiłku mięśni, i skupiła wzrok na Jego dziwacznie pobladłej twarzy. Przytaknęła.
- A ty? Nie wyglądasz najlepiej...
- Nic mi nie jest - zdążył powiedzieć, zanim wziął głęboki oddech i wypuścił go z bolesnym kaszlnięciem. - Moja przep... - I już nie nabrał więcej powietrza. Ścisnął sobie splot słoneczny, osuwając się na kolana. A Ona nie mogła wydusić z siebie dźwięku, zszokowana, nie dała rady nawet drgnąć... To się nie mogło dziać. Nie teraz. Nie, nie, nie, nie kiedy już zaczęła wierzyć we własne szczęście. Nie kiedy wszystko miało się już... Wtedy jednak coś nią pchnęło, jakby dostała w twarz od niewidzialnej ręki, i oprzytomniała.
Czym prędzej położyła Go na ziemi. Był wciąż świadomy, sam wyciągnął głowę do tyłu, ale, jak można się było spodziewać, nic to nie pomogło. Nie, problem tkwił głębiej. Wspięła się na Niego, próbując opanować czerwień wspinającą jej się na policzki, gdy słyszała, że nadbiega Jego ojciec. Kolanami, najmocniej jak potrafiła, ścisnęła Mu pierś nad ostatnimi żebrami, starając się nie zważać na rozsypany wszędzie drobny żwir zdzierający jej skórę, po czym silnie wpompowała w Niego porządny oddech powietrza, jednocześnie powoli puszczając Mu żebra. Gdy tylko się odsunęła, tlen natychmiast opuścił Jego płuca, ale On zrozumiał, co próbowała zrobić. Sama niemal straciła dech, gdy poczuła Jego dłonie na nagich udach, ale On jedynie pomógł jej zgnieść Go mocniej i sam łapczywie zassał oddech przez ściśnięte z bólu zęby, gdy odpuściła. Powoli budząca się sinica jak na zawołanie opuściła Jego twarz. Jego matka stała w drzwiach domu, zbyt przerażona, by zrobić cokolwiek konstruktywnego. A ona ściskała go dalej, oparta ciężko o ziemię przy Jego głowie, a On wciąż chwytał każdy najmniejszy oddech, który udawało im się zassać Mu do piersi, i wpatrywał się jej prosto w oczy tak, jakby świata poza nią nie widział. Jakby nie mógł bez niej żyć, i nie tylko dlatego, że tylko ona stała właśnie między Nim a bezdechem. Poczuła, że łzy znów ciekną jej do oczu. Nie zasługiwała na to. Ona tylko trochę pomagała Mu oddychać, dopóki Jego przepona nie uwolni się ze skurczu. Ściskała Mu pierś z coraz głębszymi, coraz bardziej desperackimi sapnięciami. I lepiej, żeby uwolniła się prędko, bo...
I wtedy, jak na zawołanie, On zepchnął ją z siebie i rozkaszlał się, próbując między atakami złapać porządne oddechy, a między oddechami przeprosić ją za brutalność. Machnęła na Niego ręką. Jak dla niej nie musiał jej za nic przepraszać. No, może ewentualnie za nerwy. Zaraz też przeniósł wzrok na swojego ojca, który wciąż nad nimi stał i teraz tylko pokręcił głową i odszedł bez słowa.
Podnieśli się w końcu oboje; On, na drżących jeszcze ze strachu nogach, ledwo stał, więc pozwoliła Mu się na sobie wesprzeć. Ruszyli w stronę domu. Jego matka czekała w progu i na wejściu przygarnęła Go do piersi, ucałowała, po czym natychmiast obróciła się na pięcie i wróciła do krzątania się po kuchni. Nim w ogóle dotelepali się do drzwi Jego pokoju, już zdążyła przygotować synowi herbatę i wcisnąć ją jej do ręki. Przytaknęła w ciszy i pociągnęła Go do pokoju.
- Daj spokój, zaraz ją rozlejesz, jak się będę na tobie dalej wspierać - rzucił. Mogłaby przysiąc, że na Jego policzkach dostrzegła cień rumieńca.
- A weź nie odpierdalaj. - Przewróciła spektakularnie oczami i położyła sobie Jego dłoń na ramieniu. - Nie doceniasz mnie, ty durny świrze.
Prychnął na nią tłumionym śmiechem, ale już nie dyskutował, a ona nie uroniła ani kropli. Ich odbicia zafalowały w lustrach szafy, gdy zawadził o framugę drzwi do pokoju, ale herbacie nic się nie stało. Drzwi popchnęła lekko nogą. Opadł ciężko na krzesło, a ona postawiła kubek na biurku i uśmiechnęła się do Niego z dumą kogoś, kto powstrzymuje się od powiedzenia: "A nie mówiłam". W odwecie wciągnął ją sobie na kolana. Jego ramiona były chłodne i jakby niepewne. Wtuliła się w Jego szyję.
- Nie strasz mnie tak więcej - burknęła, dziabiąc Go po żebrach. Syknął z bólu, więc natychmiast się odsunęła z przeprosinami na ustach, ale przyciągnął ją z powrotem. Przeklęty masochista. - Przestań, przestań... - Udało jej się w końcu wstać, chociaż spojrzał na nią jak szczeniak z lękiem separacyjnym. - Daj, chcę zobaczyć. Pomogę ci.
On jednak postanowił sam się rozebrać i z nieprzeciętnym zaskoczeniem odkrył, że żebra Go bolą, gdy tylko unosi ręce. Pokręciła na Niego głową, westchnęła przeciągle, uniosła brew - wtedy wreszcie poddał się i pozwolił jej sobie pomóc. Z wprawą osoby, która miała sporo do czynienia z takimi urazami, ściągnęła z Niego delikatnie koszulkę.
Pół Jego piersi pokrywał rozległy siniec w miejscach, gdzie wbiegł w Niego byk i gdzie jej kolana pogniotły Mu żebra. Z empatycznym syknięciem omacała Go lekko, ale nie wydawało się, żeby miał coś połamane. Przez cały czas przyglądał się jej skupionej twarzy, a gdy tylko uniosła na Niego wzrok, nie wahał się - schwycił jej kark i pocałował ją, niby to gwałtownie, a jednak, gdy tylko ich wargi się spotkały, wyhamował; ledwie musnął jej usta, ledwie wysunął język, kciukiem podparł jej żuchwę, jednocześnie palcami przyciągając ją bliżej.
Tym razem z własnej inicjatywy wspięła Mu się na kolana, a On przycisnął ją sobie do piersi, choć na pewno musiało to boleć jak diabli; przylgnęła do Niego, wczepiła się palcami w Jego ramiona, ustami wpiła się w Jego szyję. Odwzajemnił gest tak skutecznie, że nie wiedziała już, co się dzieje - a gdy się od niej oderwał, była już tak rozgorączkowana, że chaotycznymi ruchami zaczęła dobierać Mu się do rozporka. Nie opierał się, a wręcz zaczął jej pomagać - a ona czym prędzej zdjęła spodenki z jednej nogi i odsunęła na bok bieliznę, i już za chwilę miała Go w sobie, wsuwał się w nią całą swoją pełnią tak powoli, że czuła dokładnie każdy szczegół, a ona przyciskała się do Niego i wbijała zęby w Jego szyję, żeby tylko nie krzyczeć ani nawet nie jęczeć za głośno, szczególnie że drzwi wciąż były tylko lekko przymknięte.
On błądził rękami po jej ciele, całował jej szyję, podgryzał jej ramię... Nie dawał jej ani chwili odpoczynku, ale i tak, choć uderzenia gorąca ślizgały się w dół jej kręgosłupa za każdym razem, gdy czuła Jego zęby na skórze, a w ślad za gorącem szły zaraz wstęgi dreszczy, choć wciąż musiała powstrzymywać się od krzyku, i tak nie było dla niej wystarczająco szybko i mocno. Nawet gdy poczuła, jak zaciska na niej dłonie aż do bólu, jak z trudem tłumi warknięcie, wbijając się w nią mocniej, gdy poczuła Jego ciepło rozlewające się po jej wnętrzu, nie dała rady przejść przez ten próg. Dostrzegł to, ale, niezrażony, pocałował ją głęboko i tak namiętnie, że wbrew jej woli wyrwał jej się rozkoszny jęk, a potem brutalnie schwycił ją za żuchwę i zdjął z siebie, rzucając ją na łóżko jak szmacianą lalkę. Stłumiła pisk. On zamknął drzwi.
Próbowała się podnieść, żeby pomóc Mu w tym samym, ale przycisnął ją za szyję do pościeli. Drugą ręką pomagał sobie sam, patrzył jej prosto w oczy i choć nie mogła Go całego widzieć, doskonale zdawała sobie sprawę, jak to na Niego działa. Sięgnęła w dół, wsunęła w siebie palce, westchnęła przeciągle, czując swoją wilgoć pod opuszkami. Oglądał ją całą, wpatrywał się w chaotyczne, desperackie, acz bezsensowne ruchy jej palców - oboje doskonale wiedzieli, że ona się tak nie doprowadzi. Nie bez Niego.
I zaraz przewrócił ją na brzuch, gwałtownie, jakby nie mógł już się jej doczekać, i rozpaliło ją to bardziej niż wszystko, co zrobili dotychczas. Ścisnął jej kark. Poderwał jej biodra do góry i do siebie. Wgryzł się w jej ramię i od razu ręką stłumił krzyk, który wyrwał jej się spomiędzy warg. Ocierała się o Niego błagalnie, ale, choć wiedziała, że sam nie mógł już dłużej czekać, On wciąż to odwlekał. Poczuła Jego dłoń na pośladku, ostry ból, ale zaraz zanikł, przytłumiony całunem podniecenia; poderwał jej głowę, dłoń owijając wokół jej żuchwy, zmusił ją, by spojrzała w lustro. Jego wzrok był dziki, nieokiełznany, a ona wyglądała jak najbardziej posłuszna dziwka, jaką wyrodziły światowe burdele. Ich oczy spotkały się w tym lustrze i dokładnie w tym momencie On wbił się w nią po same biodra, jednym gładkim ruchem, aż zagryzła sobie rękę, żeby nie krzyknąć głośno z mieszanki bólu i rozkoszy. Podciągnął ją za tę żuchwę do góry, wpił się w jej szyję, wyjął jej rękę z ust.
- Nie oszukuj - szepnął jej do ucha, niskim, pełnym ognia głosem, którym zawsze doprowadzał ją do szaleństwa. - I bądź cicho. Nie waż się wydać dźwięku. Rozumiesz?
Przytaknęła bez słowa; wtedy puścił ją i pozwolił jej opaść na poduszki, podczas gdy sam schwycił jej biodra, wbił jej palce głęboko w brzuch i zaczął ją rżnąć jak rasową sukę, podczas gdy ona musiała poświęcić całą świadomą uwagę temu, żeby powstrzymywać się od desperackich wrzasków. Szczególnie, gdy słyszała nad sobą, jak On dyszał z wysiłku, jak sam próbował stłumić pojedyncze warknięcia, jak pomyślała o Jego poobijanych żebrach i jak wyobraziła sobie mięśnie Jego rąk i piersi, napinające się przy każdym Jego ruchu... Osiągnęła szczyt nagle, fala uderzyła w nią z taką siłą, że niemal natychmiast ją zepchnęła w otchłań, i poczuła to wszystko tak bardzo i tak nagle, że zupełnie nie wiedziała, co dzieje się z Nim. Wykrzyczała swoją rozkosz w cichej, stłumionej parodii przeciągłego wrzasku, a gdy już była w stanie zwrócić na Niego całą uwagę, on właśnie pochylał się, by czule pocałować jej rozgrzany kark. Opadli na pościel, wycieńczeni.
- Aleś to sobie zaplanowała - mruknął, przeczesując włosy, podczas gdy ona przykleiła się do Jego ramienia i ułożyła się do snu. Dziabnęła Go figlarnie w jedno z niebolących żeber i tylko pół serio odparła:
- Wcale nie...

niedziela, 6 marca 2016

[Rzeka Mgieł] Żyła (Lyeiess x Jezierza)

Wszystko po staremu. Opowiadanie zawiera lokowanie produktów :D




Pojedynek nie trwał nawet minuty. Dziewczynka, przełykając łzy i zaciskając palce na kilku krwawiących ranach, zniknęła między budynkami, a pies, porwawszy swą zdobycz w postaci nie najświeższego ochłapu szczurzego, odszedł w kierunku muru, skąd dochodziły ciche piski i ledwo słyszalne skomlenie. Jakaś suka wyszła mu naprzeciw i obwąchiwała jego na wpół oderwane ucho, odprowadzając go najpewniej do nory. W głowie Jezierzy kłębiły się nieprzyjemnie zwały ciemnych myśli.
Nigdy jeszcze nie widziała tylu bezdomnych osób w jednym miejscu. Nigdy też, co prawda, nie miała okazji być w mieście - po opuszczeniu studni matki dość szybko trafiła na swoją, odwiedzając jedynie kilka pomniejszych wiosek po drodze. Matka opowiadała jej historie o najadach, które nie mogły znaleźć domu, więc poszły do jakiegoś miasta i słuch po nich zaginął. Jezierza lubiła opowieści, ale akurat nie te; dlatego gdy dzięki przychylności Losu znalazła dla siebie miejsce, nie miała najmniejszego zamiaru honorować tradycji - czy tam nawet prawa, nieistotne - i błagać jakiegoś ludzkiego dupka o pozwolenie na jego zajęcie. Nie miała zamiaru skończyć jak tamte tępe dzidy.
Teraz jednak Los ją kompletnie opuścił. Nie miała już wyboru. Nie mogła już nałgać strażnikom, że tak, oczywiście, że rozmawiała z księciem, i mieć serdecznie gdzieś, czy jej się uda wymigać od kary, czy nie. Teraz musiała wejść do miasta, powiedzieć strażnikom prawdę, że przybyła starać się o audiencję, i mieć nadzieję, że nie aresztują jej tak po prostu za wygląd czy niepewność; ale strażnik przy bramie powiedział tylko uprzejmie:
- To do zamku panience trzeba - i wskazał leniwie na niewielkie wieżyczki majaczące za dachami co większych budynków. Jezierza ruszyła szeroką ulicą, starając się nie uderzać zbyt mocno o kamienie cienkimi podeszwami swoich trzewików. Jej studnia wysychała - a przy jej głębokości Jezierza nigdy nie sądziła, że byłoby to możliwe. Jeśli książę nie będzie umiał jej pomóc... Nawet nie chciała myśleć, co ją czeka.
Nie potrafiła nie czuć się jak osaczone zwierzę w tym nieznanym miejscu, mimo że nikt nawet nie zwracał na nią większej uwagi. Obcy ludzie mijali ją i okrążali, schodząc w boczne uliczki, zajęci swoimi sprawami - jeśli ktoś na nią spoglądał, to jedynie przelotnie, a nikt nie gapił się na nią jak na dziwoląga, jak to już kiedyś bywało. A przecież matka mówiła jej, że po tej stronie gór mało kto słyszał o najadach, a tylko zapaleni podróżnicy wiedzieli, że Krineje do nich należą. Jezierza sama pamiętała, że kiedyś, gdy zabrakło miejsca w magazynku, spiżarka była pusta, a od jakiegoś czasu nie miały gości, matka sama poszła do miasta trochę przehandlować, i wróciła wściekła, bo ktoś się jej pytał, czy nie jest aby tylko gadającym zwierzęciem. Tutaj jednak ludzie byli jakby zupełnie oswojeni z ideą, że inne rasy dzielą z nimi ulice. Jezierza nie mogła się nadziwić i zupełnie jej nie pomogło, gdy zobaczyła kasztanowego centaura kłusującego w poprzek placu na środku miasta. Przystanęła tylko i odprowadzała go wzrokiem - dotychczas była przekonana, że centaury w ogóle nie opuszczają swoich rodzinnych stron.
Z każdym krokiem była coraz bardziej zdumiała; to miasto, choć mogła objąć je wzrokiem prawie całe naraz, nie mieściło jej się w głowie. Trzy budynki temu oglądała brudny obraz nędzy i niedoli, a teraz ludzie krzątali się wokół niej jak pszczoły, zajęci sobą, jakby zupełnie nie dostrzegając wygłodniałych psów, o które się prawie potykali, i nędzarzy skulonych w zaułkach. A przy tym te smoliście czarne dachy; ściany ułożone troskliwie z kamienia tak jasnego, że w promieniach słońca wydawał się biały jak sól, a jednak załamaniami i naturalną teksturą tworzącego misterne, zawiłe wzory; piękne malowane znaki na rybich pęcherzach w oknach mieszczańskich domów, stojących zaraz obok na wpół zrujnowanych ruder, z których przez dziurawe dachy sączyło się zawodzenie chorych dzieci; bogata tawerna przy placu, z pięknymi akantami i plecionkami wyrzeźbionymi we framudze drzwi, choć przez ich szkła widać było jedynie opustoszałe wnętrze - ani płomyka świecy. I piętrząca się przy placu olbrzymia świątynia z półkolistą fasadą, złożonymi witrażami i błyszczącym w białym złocie napisem nad wejściem: "ŚMIERĆ JEST WROTAMI DO NOWEGO ŻYCIA".
Jedynie klon na środku placu wydawał się Jezierzy większy - jakby stał tam od przynajmniej stu lat. Przez chwilę tak długą, że sama nie wiedziała, czy trwało to minutę, czy piętnaście, dziewczyna po prostu stała tak, wpatrując się w gładką korę, w burzę liści z tej odległości wyglądających niczym dłonie driadzich dzieci, w skrzydlaki wciąż jeszcze woskowe, twarde i dalekie od spadania. Uszy na moment wypełnił jej jedynie dźwięk morza i nieszczęśliwy szelest rzeki płynącej niedaleko w zbyt wielkim dla niej korycie. Jedność spłynęła na nią jak kojący strumień, natura przejęła ją do głębi i jakby naprawiła od środka - i dlatego w ostatniej sekundzie Jezierza powstrzymała się od rozpadnięcia w kałużę na kamieniach placu. Rozejrzała się niepewnie, czy nikt nie dostrzegł jej już roztapiającej się skóry, ale nieliczni ludzie wokół wciąż nie zwracali na nią najmniejszej uwagi. Zupełnie nie mogła się im nadziwić.
Mury zamkowe, wysokie na trzy piętra, dla Jezierzy wyglądały z tej odległości niczym ogromna, nieprzebyta biała forteca. Brama - wrota z grubych bielonych beli wzmacnianych metalowymi okuciami i bolcami, poprzecinanych pasami bursztynów, na których wymalowano ogromny herb podtrzymywany przez dwa rosłe byki, przedstawiający karego konia z wieńcem z liści klonowych, skaczącego nad morwowym polem ze srebrną kielnią - była jednak otwarta na oścież i właśnie jakaś rodzina wychodziła tamtędy ze łzami w oczach: ojciec wyraźnie wstrząśnięty trzymał za rękę dziewczynkę zbyt małą, by rozumiała, co się działo, i tulił do piersi matkę, która garbiła się nad opatulonym w pieluchy synkiem. Jezierza była przekonana, że nie dostali od księcia tego, po co przyszli; wiodła za nimi wzrokiem podobnie jak strażnik oparty nonszalancko o swoją halabardę, który zaraz przerzucił pytające spojrzenie na nią, jakby doskonale wiedział, gdzie zmierzała. Jezierza stała jeszcze jak wryta, dopóki mężczyzna nie skinął na nią delikatnie ręką - wtedy dopiero oderwała się od Matki Ziemi i ruszyła przez bramę. Strażnik pozostał bez ruchu; wydawał się zupełnie nie przejmować ostrymi czarnymi zębiskami brony, które wisiały mu zaraz nad głową.
W cieniu murów na osłoniętym dziedzińcu było jeszcze czuć zimowy chłód. Z zapachem morza mieszała się cała gama innych woni: oleju z zatkniętych na ścianach pochodni, kwiatów dojrzewających intensywnie w ogrodach nieopodal, świeżego drewna, a także czegoś smażonego zawzięcie w zamkowej kuchni. Strażnik patrolujący plac właśnie przechodził przed jej nosem i Jezierza bezmyślnie zawiesiła na nim wzrok, wiodąc nim tak aż po kukły i cele do ćwiczeń stojące nieco dalej. Dopiero wtedy, gdy tak rozglądała się niepewnie, choć było jasne, że wysoko sklepiony budynek naprzeciw jest tym, do którego powinna iść, dotarł do niej dźwięk topora uderzającego o drewno, który właśnie teraz urwał się na sekundę przed tym, jak usłyszała:
- Yevhe, ja wiem, że szybko przebierasz racicami, ale nie... Och. - Gdy Jezierza się odwróciła, dostrzegła młodego mężczyznę, który właśnie odrywał dłonie od dwuręcznego topora wbitego w pieniek. Był półnagi; swoją koszulą automatycznie otarł pot z czoła, po czym włożył ją natychmiast do rąk służce, która przemykała obok, zamieniając z nią parę krótkich szeptów. Kobieta, choć nie najmłodsza, spłoniła się jak niewinne dziewczę i zniknęła tak sprawnie, że Jezierza nawet nie zauważyła, dokąd poszła.
Lub być może po prostu nie mogła skupić na tym uwagi, gdy mężczyzna, odgarnąwszy z twarzy prawie białe włosy, wbił w nią przejmująco niebieskie spojrzenie, stawiając powolne kroki ku niej tak, jakby chciał przy każdym z nich napoić oczy jej widokiem. Jezierza sama poczuła, że policzki jej błękitnieją, przynajmniej dopóki nie dostrzegła, że mężczyzna stąpa boso po płaskim i nawet jeśli nie zimnym, to z pewnością twardym i szorstkim kamieniu dziedzińca. Mimo to... Nie, to było coś więcej niż grube ziarna naniesionego piasku wbijające mu się w podeszwy. Mężczyzna stanął przed nią, kompletnie swobodny w swoim nieporządku, zupełnie niezrażony, a ona mimowolnie zaczęła się zastanawiać, kim dla niego była ta służka przed chwilą. Jego żoną? Czy to możliwe, że jest starszy niż wygląda, że to praca w ogrodzie go zachowała w tak... cholernie dobrym stanie, a tak naprawdę ma prawie czterdzieści lat i dwójkę dzieci?
I gdy już zaczęła wyzywać się w myślach od mokrych szmat i zakwitłych głupich kałuż, on znów odezwał się tym cichym, rezonującym jakoś dziwnie głęboko głosem:
- Nie było tu panienki wcześniej. Czyżby panienka przyjechała w odwiedziny do Rzęsy i Lotosa? - Skłonił się przy tym lekko, jakby chciał uszanować ją, gdy się do niej odzywa, ale dla Jezierzy było to tylko jeszcze bardziej zaskakujące i też... dziwnie miłe. Nikt jej się wcześniej nie kłaniał.
- Słucham? Kogo? - Jezierza zdała sobie sprawę, że przez cały ten czas wpatrywała się w jego nagą pierś, więc czym prędzej przerzuciła wzrok na jego oczy. Nie pomogło jej to zbytnio. - Nie, nie znam ichpaństwa. Przybyłam z prośbą do księcia.
- To się spóźniła panienka - jęknął mężczyzna ściągając brwi w wyrazie zawodu - oj, spóźniła się, niestety. Książę zakończył swoje audiencje ledwie z paręnaście minut temu, i udał się na spoczynek. Oj tak.
Jezierza nie mogła pohamować oburzenia. - Już?! Wszak słońce jeszcze nie w zenicie - prychnęła, wyrzucając dłonie ku niebu. Postąpiła z dezaprobatą kilka kroków; po chwili dodała znów: - Lenie, obiboki, bezużyteczne łyse małpiszony!
Mężczyzna roześmiał się, szczerze i dźwięcznie, jakby odnalazł bratnią duszę. - Otóż to, panienko, otóż to. - Wciąż radośnie się do niej szczerząc, podsunął jej ramię, drugą ręką wskazując w głąb ogrodu. - Może panienka usiądzie i mi opowie, co panienkę trapi? Szkoda by było, żeby panienka nie odpoczęła po ciężkiej wędrówce.
Jego ramię, wyćwiczone od pracy i topora, kusiło swoją obietnicą, ale Jezierza nie była pewna, czy potrafiłaby się potem oderwać. Dlaczego przekwitające rośliny pachną tak desperacko i mocno? Ruszyła ku ławce, majaczącej wśród krzewów amimy, w końcu sama, ale mężczyzna, niezrażony, położył jej dłoń na krzyżu tak delikatnie, że ledwie to poczuła i zupełnie jej to nie przeszkadzało.
- Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się tak pięknych ogrodów w mieście. - Uśmiech obudził się na jej ustach, gdy tylko weszli między drzewa i znów poczuła objęcia natury, więc podzieliła się nim ze swoim towarzyszem. - To twoje sprawne ręce pielęgnują tutejsze uroki?
Mężczyzna odwzajemnił jej radość, choć nie wydawało się, żeby w którymkolwiek momencie przestał się uśmiechać.
- Dokładnie tak, panienko. Dziękuję, że panienka dostrzegła. - Usiadł na ławce obok, spoglądając na rosnący nieopodal jesion z miłością w oczach. - Zazwyczaj rośliny też są wdzięczne. Pomagają. Ale ostatnio to ciężki wysiłek utrzymać je w dobrym stanie. Wszystko przez tę chędożoną suszę... Panienka wybaczy.
Jezierza wręcz poczuła na skórze, jak urok chwili pryska. - Właśnie w tej sprawie zawitałam do... - Skrzywiła się. - Do miasta. Jak się pewnie zorientowałeś, nie jestem człowiekiem.
- Oczywiście. Że panienka jest najadą, to widać od razu. - Mężczyzna machnął ręką, ale jakby zaraz się opamiętał. - Znaczy, ja... Nie chciałem obrazić panienki. Najmocniej przepraszam.
- Za co? Że nie jesteś ślepy i durny? Mogło być gorzej. - Nie dowierzając sama sobie, Jezierza dotknęła lekko jego ramienia i rzuciła mu przelotny uśmiech. Dostrzegła nawet, jak jego kąciki ust lekko drgnęły w odpowiedzi, ale zaraz oboje przypomnieli sobie, o czym rozmawiali, i miny im zrzedły. - Sam więc rozumiesz, że brak wody odbija się na mojej studni i za kilka księżyców nie będę miała się gdzie podziać.
Mężczyzna pogładził krótki, może dwudniowy zarost, wbijając wzrok w przestrzeń. - A więc tak daleko w głąb to już sięga... - mruknął nieobecnie.
- Bez pomocy się nie obejdę. - Jezierza z westchnięciem wstała, wzięła jeszcze oddech i obróciła się do mężczyzny. - Ale skoro książę mi uciekł, może ty zechcesz mi chwilę potowarzyszyć. - Nie do końca niechcący opuściła wzrok poniżej jego obojczyków... a potem jeszcze trochę niżej. - Przez tę suszę i podróż dawno nikt mi nie towarzyszył.
- Czyli zasuszyło panienkę? - Uśmiech mężczyzny, gdy wstał i podał jej ramię, by poprowadzić ją dróżką biegnącą brzegiem ogrodu, był bezczelny; ogrodnik szybko jednak odkaszlnął i sprostował: - Miałem na myśli, oczywiście, panienki pragnienie - i od razu, zdając sobie sprawę ze swych słów, parsknął nie do końca nerwowym śmiechem. - Panienki żywiołu, oczywiście.
- Nie musisz się martwić. Jestem wystarczająco wilgotna.
Mężczyzna nagrodził jej uwagę szerokim uśmiechem i zatrzymał tak o, na środku dróżki, ukrytych przed niepożądanym wzrokiem za obfitą kępką krzewów. Bez większego wysiłku, bez spojrzenia nawet, jednym ruchem zerwał przekwitłą już, ociężałą wiekiem różę i wplótł ją w zielonkawe włosy Jezierzy.
- Nie wątpię. A jednak, jak i te róże, i te drzewa potrzebuje panienka wody, zwłaszcza po pod... - Uśmiechnął się zawadiacko. - ...róży.
- Ach, gdyby ten kraj miał równie kompetentnego zarządcę, co ten ogród. - Mężczyzna uśmiechnął się dumnie, a Jezierza, dotknąwszy delikatnie róży, ujęła go w końcu pod ramię. - Nieważne. Jestem Jezierza; gdzie mnie zabierzesz, zacny panie?
- Jaki tam ze mnie pan - odparł jakby lekceważąco ogrodnik, choć uśmiech nie spełzał z jego ust. - Być może właśnie do studni? Jeśliś spragniona, moi podopieczni podzielą się z tobą swą życiodajną wodą, tegom pewny. - Nagle przystanął z takim wyrazem twarzy, jakby ktoś wymierzył mu policzek. - Właśnie... Studnia. Ta tutaj jest tak blisko morza, że pewnie będzie wzbierać jeszcze długimi miesiącami. Zamieszkaj w zamku. Będziesz blisko wody, dłużej wyczekasz aż susza przeminie. - Wciąż trzymając jej dłonie, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy, patrzył na nią z jakimś dziwnym ogniem w tych błękitnych oczach.
- W mieście? - Szargnął nią dreszcz. - ...Lepsze to niż bezdomność. Dziękuję za ofertę. Teraz pytanie, jak nazywa się mój dobroczyńca?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko z tym obezwładniającym urokiem, któremu już dawno się poddała, i ucałował jej dłoń, wykonując jeszcze jeden ukłon, tym razem głębszy, bardziej wypracowany i... dworski? A potem oznajmił: - Książę Lyeiess z rodu Arionnów, z matki Astii, Przyjaciel Centaurów, Ambasador Pojednania i Zaklinacz Rogacizny... moja pani. - Wyprostował się, obdarzając ją niby tym samym uśmiechem, ale miał on tym razem jakby inne, bardziej szlacheckie zabarwienie. Tym bardziej jego następne słowa zabrzmiały jak wyjęte z kontekstu. - Żyję, by służyć.
- I zdobywać tytuły, najwyraźniej. Czemu miał służyć ten teatrzyk?
- No niech się panienka nie złości - rzucił jeszcze książę niby to nieszczęśliwie, ale wciąż w żartach; potem jednak spoważniał i wpatrzył znów w jesion z tą samą tęsknotą w oczach, którą widziała wcześniej. - Czemu? Mógłbym przytoczyć wiele powodów... więcej niż bym chciał. Ale nie będę cię przynudzał.
- W takim razie, drogi książę, racz wyrazić swoje pozwolenie odnośnie do mojego pobytu w zamkowej studni i na moje oddalenie się.
Książę odwrócił się do niej tak, jakby przewrócił w międzyczasie oczami, a jego wzrok nagle stał się znacznie twardszy.
- Moja miła, nie jesteś w sytuacji, by mi stawiać takie warunki. Lub jakiekolwiek warunki. - Jego głos stał się jeszcze niższy; nie wściekły, ale już blisko. - Jesteś tu i masz swoją studnię tylko i wyłącznie dzięki mojej dobroci. Rozmawiamy teraz tylko i wyłącznie dzięki temu, że zostaliśmy w ogrodzie, a to z kolei dzięki temu, że pozwoliłem ci trwać w swojej niewiedzy co do mojej tożsamości. Nie wiesz, jak działa władza tego przeklętego miasta. Nie masz pojęcia, co by się stało, gdybym oznajmił ci, kim jestem, i zabrał cię na audiencję. Ja wiem. - Słońce wysunęło się zza jakiejś chmury i odbiło w kroplach potu na skórze księcia, na jego napiętych mięśniach, na wyrazistych liniach jego twarzy. - Podporządkujesz mi się tak, jak ma się podporządkować każdy inny mieszkaniec tego zacnego grodu i okolic, albo nie będę w stanie ci pomóc; a może nawet przypomnę sobie twój brak szacunku sprzed tych trzech lat, na który machnąłem wtedy ręką.
- No proszę, jaki władczy. Wolałam cię jako ogrodnika.
Lyeiess prychnął. - Ja też.
Jezierza w odpowiedzi zbliżyła się nieco i przesunęła mu palcami w dół piersi najlżej jak umiała, głównie dlatego, że każdy dotyk palił jej opuszki niczym żywym ogniem. Nie dała nic po sobie poznać.
- Ta persona też ujdzie - mruknęła. - Czego mój szacowny książę sobie życzy? - Dygnęła w zamierzeniu zupełnie nie drwiąco, siląc się na wymuszoną dostojność.
Lyeiess uśmiechnął się na ten pokaz: - Ano, tak możemy rozmawiać. Nie mogę ci pozwolić na zamieszkanie w naszej zamkowej studni, bo jej potrzebujemy. Możesz zostać w gościnie, wykarmimy cię i obronimy w razie potrzeby, a będziesz miała blisko do wody. Ewentualnie istniałaby zapewne możliwość, byś zamieszkała u Rzęsy, oni mają dostęp do rzeki, chociaż też już niedługo. W najgorszym wypadku wyślę was wszystkich na południe nad jezioro, do elfów Ossara. - Gdy tak rozważał możliwości, wodząc niewidzącym wzrokiem po niej, po ogrodzie i całym zamku, nagle wydawał się starszy o dziesięć lat. Mimo oślepiającego późnowiosennego słońca wciąż odzywał się od czasu do czasu chłodny północny wiatr, ale książę, choć półnagi, nie wydawał się tego w ogóle zauważać.
- Takie rozwiązanie będzie musiało mi wystarczyć, póki problem nie zostanie rozwiązany. Dziękuję. - Jezierza uśmiechnęła się, podchodząc jeszcze bliżej. - Czy książę ma też czas, by wypełnić towarzyskie zobowiązanie ogrodnika? Czy ma już kolejną kandydatkę do tajemniczego zniknięcia?
Wyraźnie rozważał jej propozycję przez dłuższą chwilę, ignorując bezczelnie drugą jej część, ale dostrzegł coś nagle nad jej ramieniem. - Ku mojemu ubolewaniu mam inne sprawy, którym muszę poświęcić uwagę. - Uniósł dłoń, aż Jezierza usłyszała wytłumiony stukot racic o ubitą ziemię. Odwróciła się jedynie po to, by stanąć twarzą w twarz z tym samym kasztanowym centaurem, którego dostrzegła wcześniej na placu. Skinął jej uprzejmie głową, choć przy jego wzroście nie miało to większego efektu. - Jezierzo, Yevhe pokaże ci twoje komnaty. Wyślę kogoś do twojej studni, żeby przywiózł ci twój dobytek. Na razie zażyj odpoczynku i staraj się nie pokazywać na dworze ani w okolicy. Porozmawiamy późniejszą porą.
- Tak jest, książę. Będę niecierpliwie czekać na wezwanie. - Uśmiechnęła się nieco szerzej, choć wyraźnie jego myśli były już gdzie indziej. Gdy, odchodząc, spojrzała jeszcze na niego przez ramię, kierował się ku stajniom, pospiesznie nakładając nową koszulę, którą przyniosła mu jeszcze jakaś służąca, choć tym razem chyba jednak inna niż ostatnia. I tak odeszła zaczerwieniona po uszy.
- Proszę, tędy - rzekł Yevhe, wyrywając ją z zamyślenia, i wskazał dłonią drzwi do jednego z budynków, które podtrzymywał racicą.
--
Pokój gościnny, w którym Jezierza została umieszczona, nie należał do największych, więc mimo że wystarczał jej potrzebom, nie mogła nie czuć się w nim jak w więzieniu. Kamienne ściany przytłaczały ją do tego stopnia, że zaraz po rozstaniu z księciem zasnęła na miękkim łożu z delikatnie żłobionego drewna i wstała dopiero niedawno, na początek starając się jak najlepiej obmyć swą już wysuszoną skórę chłodną wodą z miednicy. To ją trochę oprzytomniło, ale i tak siedziała na brzegu łóżka tak długo, że sama nie wiedziała jak, wpatrując się w otwarte okno pustym wzrokiem, bezmyślnie wsłuchując się w śpiew ptaków i szum drzew. Wypolerowane, nawoskowane drewno, z którego zrobione były meble, nie miało w sobie za grosz natury; dywan ze skóry jelenia rzucony niedbale na podłogę i rogi użyte do zdobienia stołu, nadawały jedynie nieuchwytny grobowy nastrój, a szklane okno, które otworzyła, gdy tylko weszła, prawie parzyło jej palce. Jedynie słomiana mata w części z umywalnią dawała krztynę satysfakcji dla nimfy, ale absolutnie niewystarczającą. To nie było miejsce dla najady. Tak, pokój był zdecydowanie bardziej przystosowany do potrzeb oready. Driada czułaby się doskonale w ogrodzie i klonie na placu, nereida mogłaby popływać w morzu. Jezierzę przeszedł dreszcz. Gdyby ona spróbowała się choćby dotknąć słonej wody, natychmiast wyssałaby z niej wszelką chęć do życia. Jej jedyną namiastką natury była ta nieszczęsna wysychająca rzeka i woda z zamkowej studni, w której nawet nie mogła popływać, bo jej magia rezydualna mogłaby zatruć wszystkich, którzy by próbowali tę wodę potem wypić. Pomyślała o księciu, skręcającym się na łożu w cierpieniu, o tym, jak by się czuła, gdyby siedząc tutaj słyszała jego głos w chórze jęków dochodzących z pobliskiego szpitala - i natychmiast porzuciła wszelkie pomysły o tej studni. Wytrzyma. Musi. W końcu już niedługo - ile może trwać taka susza? A ile już trwa? Nigdy się nad tym nie zastanawiała... Jej studnia miała się dobrze jak dotychczas. Podróżnicy czasem przynosili jej wieści, że w Iao źle się dzieje, ale... Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszała? Musiało to być dawno temu, bo nie mogła sobie przypomnieć ani dnia, ani nawet pory roku. Pomyślała o Rzęsie i Lotosie, którzy najwyraźniej mieszkali tu od dawna. Jak oni znoszą miasto? Dzięki rzece? To jak musi wyglądać ich życie teraz? Wszak jeśli tylko Jezierza wyjrzała przez okno, widziała pod sobą prawie puste koryto jednego z kanałów Naldenii. Nie mogła tego zrozumieć. Rzeka nie powinna wysychać tak blisko ujścia. To absolutnie nienaturalne. Niemożliwe. Niemożliwe...
Ciche pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Oczy jej przeschły, więc z bardziej niepewnym "Proszę" niż miała zamiar z siebie wydać, poszła jeszcze raz obmyć twarz w miednicy. Do pokoju wsunął się Yevhe, składając jej uprzejmy, jeśli płytki ukłon zanim zniknęła za drewnianym parawanem.
- Książę przysłał mnie, bym cię do niego zaprowadził, moja pani - rzekł spokojnie. - Radni udali się do swych własnych domów, a książę skończył doglądać swoich obowiązków. Chciałby zatem powrócić do obiecanej rozmowy.
Nareszcie, pomyślała Jezierza, przemywając twarz ponownie, zanim w końcu wyszła zza parawanu. Spojrzała na centaura, starając się nie dać znów zdumieć jego wzrostowi - w przeciwieństwie do ostatniego razu, gdy go widziała, teraz miał na sobie długą derę w kolorach Iao, która miała być najwyraźniej namiastką książęcej liberii, ale spełniała funkcję zasłaniania tego, co w centaurach zazwyczaj najbardziej przeszkadza ludziom. Tors okrywała mu zwykła lniana koszula przytrzaśnięta opiętą kamizelką, białą z przodu, ciemnofioletową z tyłu, haftowaną w delikatne, abstrakcyjne wzory.
- Rozumiem, że twój władca nie może się pofatygować sam, jakżeby inaczej. W takim razie niech pan centaur prowadzi.
Yevhe odwrócił się wypracowanym czterokończynowym manewrem i wymaszerował przez drzwi, a następnie zamknął je za nią na klucz, który wcisnął jej bezceremonialnie do ręki.
- Książę w ciągu tych kilku godzin od waszego ostatniego spotkania objechał prawie cały teren Iao na karym koniu, w pełnym słońcu - wyjaśnił zupełnie nieprzepraszającym głosem. - Ze wszystkich spotkań, które dzisiaj odbył, tylko jedno zakończyło się spokojnie; książę jest więc w nie najlepszym nastroju. Dlatego cieszę się, że ma mnie, dla którego bieganie w tę i z powrotem nie jest męczące, a wręcz jest to nagroda, i z chęcią załatwiam dla niego tak błahe rzeczy. Mam nadzieję, że to rozumiesz, moja pani.
- Oczywiście - odparła Jezierza, nieco zaskoczona. Myślała, że książę pacan zostawi ją na całą noc w tamtej klitce. - W takim razie, cieszy mnie, że znalazł dla mnie czas i pamięć.
- Gdyby nie mógł dotrzymać swojej obietnicy, nigdy by jej nie składał. - Yevhe rzucił jej zadowolony uśmiech. - Książę jest, jak na człowieka, niezwykle honorowy.
- Skoro tak mówisz. Wydajesz się tu być dość ważny, więc się zgodzę.
- Ach, żeby i reszta dworu miała twą wspaniałomyślność, moja pani - westchnął Yevhe, z wdzięcznością skłaniając ku niej głowę. - Obawiam się jednak, że jedynie dla księcia i przez księcia jestem kimś istotnym.
- Ludzie. - Jezierza z westchnięciem przewróciła oczami. - Daleko jeszcze?
- Nie, komnaty księcia są zaraz za rogiem.
I rzeczywiście, po chwili Jezierza zobaczyła pięknie zdobione drzwi z kołatką w kształcie węża. Poczuła, że serce jej nieco głośniej zabiło.
- Coś, co powinnam wiedzieć, zanim zapukasz? - spytała jeszcze tak na wszelki wypadek. Yevhe rzucił jej nieprzenikniony uśmiech.
- Spróbuj być grzeczna. - I, zastukawszy kilkakrotnie kołatką, ale nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi i gestem zaprosił ją do środka.
Cała ściana naprzeciw drzwi wypełniona była oszklonymi oknami, na których jakąś białą farbą rozrysowane były półprzezroczyste wzory i figury zwierząt w stylu tej północnej sztuki, do której Jezierza jeszcze się nie przyzwyczaiła. Zachodzące słońce rzucało na podłogę długie cienie, które zdawały się ożywać przy każdym ruchu wysokich chudych brzóz rosnących z tyłu zamku. Dziewczyna przez moment wpatrywała się w bezruchu w jasną marmurową podłogę, której własne wzory wydawały się współgrać z obrazami z okien, tworząc dla nich idealne tło.
Na samym środku komnaty pięły się w górę cztery jasne, żłobione kolumienki, sięgające grubych krokwi pod sufitem, na których, jeśli Jezierzy nie myliły oczy, właśnie wygrzewały się przynajmniej trzy koty. Między kolumnami zawieszone było monstrualnej wielkości łoże, w którym wraz z Lyeiessem, bez większego problemu, mogłyby się zmieścić trzy kobiety i dwa psy. Jezierza zaczęła się mimowolnie zastanawiać, czy kiedykolwiek zdarzyło mu się wypróbować taką kombinację. Półprzezroczysty baldachim miał kolor ciemnych winogron, a odsunięty do połowy odsłaniał białą, na oko bawełnianą pościel. Przy zagłówku stała mała, okryta jakimś ciemnym futrem ława, której oparcie było tak wygięte i wydłużone, że robiło za nakastliki do łoża, choć obecnie puste. W głębi komnaty stał spory stół i spirytka zaraz obok - choć proste, dobrze wpasowywały się w wystrój wnętrza, szczególnie z leżącym podeń dywanem uprzędzionym w obraz iaońskiego herbu - a za nimi kolejna kamienna ściana, w której przejściu majaczyła ogromna drewniana balia do kąpieli: najlepsze wygody dla księcia, który ponoć chciałby nie być księciem.
Pod oknem naprzeciw drzwi stał kolejny stół, czy raczej powiększone biurko w sporej części zawalone papierami, wśród których Jezierza mogła z daleka dostrzec stosy cyfr i jakieś pojedyncze listy. Rząd szafek w różnych kształtach i rozmiarach, łączących się ze sobą jedynie jasną kolorystyką i podobnymi północnymi zdobieniami, wiódł aż po teraz otwarte drzwi, prowadzące na rozległy balkon. Przez okno Jezierza widziała szybko poruszające się dwie sylwetki, i choć zakładała, że jedną z nich musi być Lyeiess, przez wzory na oknach ciężko jej było cokolwiek dostrzec.
- Tędy, proszę - mruknął Yevhe, gdy już dał jej chwilę na opatrzenie się, po czym poprowadził ją między meblami na zewnątrz. Gdy tylko nieco zbliżyli się do okien, ukazał się książę Lyeiess, z półtoraręcznym mieczem w dłoni, który sprawne handlarskie oko Jezierzy oceniło na unikalny; mężczyzna spuszczał właśnie niezłe lanie podrostkowi, który wyglądał na jego giermka, chociaż miał włosy przedwcześnie poprószone siwizną. Lyeiess był bezlitosnym nauczycielem, nie dawał młodemu żadnych forów poza tym jednym, że wyraźnie nie chciał go zranić i za każdym razem, gdy giermek się odsłonił, uderzał go nie ostrzem, a płazem miecza, choć i tak wystarczająco mocno, by chłopak wydawał z siebie jęk bólu. Jezierza miała wrażenie, że jeszcze niedawno były to krzyki.
- Mówiłem ci, Aarkh, nie powstrzymuj się - mówił właśnie książę z bezczelnym, wręcz sadystycznym uśmiechem, nawet zbytnio się nie zasapawszy. - Szermierka to nie pokaz, tylko pojedynek. Nie możesz sobie pozwalać na sentymenty, jeśli chcesz nawet nie wygrać, a przeżyć. Czy może ja mam zacząć cię ciąć, żebyś oprzytomniał?
- Nie, mój panie... - jęknął chłopak, korzystając z chwili wytchnienia, by rozmasować sobie okropny siniec na ramieniu. - Przepraszam, mój panie.
Książę wyrżnął go płazem w udo. - Się zacznij bronić, a nie przepraszasz. - Wyskoczył do następnego ciosu, ale wyraźnie w młodzieńcu obudził się jakiś instynkt samozachowawczy, bo odbił jego klingę i ruszył do ataku. Przez dłuższą chwilę skakali tak wokół siebie, a wieczorne powietrze wypełniał tylko metaliczny dźwięk uderzających o siebie ostrzy; tak rytmiczny i prędki, jak skoczna piosenka, przerwana nagle wpół przejmującym krzykiem chłopaka, który chyba nie spodziewał się ostatniego uderzenia.
- Kark też należy chronić, drogi chłopcze - skwitował to radośnie książę; do Jezierzy, zaaferowanej tańcem ostrzy, dopiero teraz dotarło, że ją dostrzegł i najwyraźniej miał zamiar zakończyć lekcję. - Głowa to najcenniejsza część ciała człowieka, chyba że jest pusta.
- Ale, mój panie, ojciec mówił mi, że poza szafotem głowy nie można ściąć - burknął chłopak, wyraźnie starając się nie brzmieć jak pokonany. Książę zarechotał prawie że złowieszczo zanim w końcu odpowiedział:
- Można, mój drogi, jak najbardziej. A jeśli mi nie wierzysz, zapytaj ciotki o historię Sear Rouse. - Pośmiał się jeszcze trochę, aż w końcu rzekł. - A teraz czmychaj i zastanów się, jaka zastawa by cię osłoniła przed takim ciosem.
Aarkh ukłonił się nisko i chowając swój treningowy miecz wyminął zręcznie Yevhego - Jezierzy, zdaje się, w ogóle nie dostrzegł - i opuścił czym prędzej komnaty księcia. Lyeiess zamknął za sobą drzwi balkonowe, pokryty drobnymi kropelkami potu, i Jezierza ze zdumieniem dostrzegła, że trzęsie się z zimna.
- Jezierzo - rzucił prawie że zdziwiony. - Wybacz, moja miła, najmocniej przepraszam, ale na śmierć o tobie zapomniałem.
Yevhe strzelił się w czoło tak mocno, że aż echo odbiło się od pustej ściany, po czym zrozpaczony przetarł oczy; książę jednak tego nie zauważył, bo schował się za przepierzeniem i po chwili słychać było plusk wody, gdy - najpewniej - obmywał się z potu.
- Ech, jaśniepanie... - mruknął jeszcze Yevhe, ale nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi po prostu obrócił się i wyszedł, wciąż nieprzerwanie kręcąc głową.
Jezierza stanęła w przejściu do umywalni, patrząc, jak książę pochyla się nad miednicą i schlapuje wodą twarz i ramiona. Te jego ramiona...
- Powinieneś zwolnić swojego sługę - mruknęła, powstrzymując westchnięcie. - Skłamał, że po mnie posłałeś.
Lyeiess parsknął - trudno było powiedzieć, czy ze śmiechu, czy po prostu zachłysnął się wodą - i otarł twarz pobliźniałą dłonią, zanim spojrzał na nią zza mokrych rzęs. Mogłaby przysiąc, że omiótł ją spojrzeniem od stóp do głów, zanim w końcu ich oczy się spotkały.
- Chciał dobrze - odparł spokojnie. - Gdybym nie zapomniał, rzeczywiście mniej więcej teraz bym go posyłał. Nie mam zamiaru mieć mu za złe, że próbował naprawić mój błąd i zachować przy tym mój honor. Zresztą... - Machnął ręką, pochylając się znów nad misą. - Yevhe ma talent do spełniania moich życzeń zanim w ogóle je wypowiem. To dobry przyjaciel. Nie wiem, co pocznę, gdy przyjdzie mi szukać innego adiutanta.
Jezierza zbliżyła się spokojnie; mimo to Lyeiess drgnął, gdy położyła mu ręce na plecach, jakby nie spodziewał się jej tam poczuć. Włosy miał już zagarnięte na jedną stronę, więc nic jej nie przeszkadzało przesunąć dłońmi w dół jego ramion, aż dotarła do misy i nabrała w dłonie wody, bez większego trudu przytrzymując ją w palcach niczym galaretę. Uśmiechnęła się sama do siebie - bo książę, pochylony i oddychający coraz ciężej, nie widział jej twarzy - że jeszcze nie straciła mocy. Przynajmniej tyle. Zwilżyła mu plecy, twarde niemal jak kamień od wyćwiczonych mięśni pod spodem, i pozwoliła reszcie wody spaść z powrotem do miednicy.
- Miło z jego strony - powiedziała wtedy cicho, choć nie była pewna, czy książę jej w ogóle jeszcze słucha. Uśmiechnęła się dumnie, gdy tak stał nieruchomo, ciężko oparty o blat stolika, jakby się zapomniał w jej dotyku. - Kamień mi nie służy. Mam nadzieję, że nie będzie zazdrosny, że dziś ja pospełniam twoje życzenia?
Dopiero wtedy Lyeiess uniósł się i stanął tak blisko, że policzki znów jej pobłękitniały, mimo że sama się na to wystawiła. Jego silne dłonie przesunęły się delikatnie po jej nadgarstkach.
- Oczywiście, że będzie - mruknął znów nisko, ale tym razem nie było w jego głosie ani krztyny wściekłości. - Ale Yevhe wie, że nasz związek może trwać jedynie platonicznie. Zaakceptował swój los, ale z pewnością wie, że kocham go burzliwą przyjaźnią.
- Ach, dwóch kochanków... - Sięgnęła ku jego ustom, ale Lyeiess schwycił jej nadgarstki tak mocno, że aż zabolało, a ona z trudem nie pisnęła z rozkoszy. - Rozdzielonych przez status... - Ucałowała palce jego prawej dłoni. - Uprzedzenia... - A potem lewej. Lyeiess pokręcił lekko głową z pobłażliwym uśmiechem, ale nie uczynił nic ponadto. Jakby czekał na rozwój wydarzeń, choć wciąż nieustępliwie trzymał jej nadgarstki. Jezierza odnalazła większą bliznę na jego palcach i prześledziła ją językiem, czując jak książę lekko drży. Jego wargi rozchyliły się w głębszym oddechu. - ...I podłe uwodzicielki.
Gdy znów z uśmiechem, wpatrując się prosto w niebieskie oczy Lyeiessa, próbowała się do niego zbliżyć mimo swoich własnych rąk, które wciąż trzymał mocno między nimi, miała wrażenie, że jego twarz nieco się zmienia. Zawiesił wzrok na jej ustach, potem zsunął go znacznie niżej, zanim w końcu wrócił nim do jej oczu i wpatrzył się w nie z zupełnie innym wyrazem niż dotychczas. Sprawiał wrażenie psa na krótkim łańcuchu, który z wielkim trudem powstrzymywał się, żeby go nie zerwać jednym porządnym susem.
- Jezierzo... - szepnął, oddychając jakby ciężej. Westchnął. - Nie chcę, żebyś potem tego żałowała.
Mimo jego słów powoli zaczynał jej ulegać i cal po calu zbliżała się wargami do jego ust - czując jak jej własne pięści wciskają jej się w mostek, co prawda, ale zawsze się zbliżała.
- Podobasz mi się - mruknęła, wbijając wzrok w jego przejmująco niebieskie tęczówki, ciemniejące powoli wraz ze światem na zewnątrz i wnętrzem komnaty. - Byłeś dla mnie dobry... I jak na szlachcionko nie jesteś zły.
Lyeiess uśmiechnął się, ale nie był to ten sam wesoły uśmiech ogrodnika, a coś znacznie głębszego i jakby bardziej nieokiełznanego. Przez moment w ciszy pożerał ją wzrokiem - a czuła się pod nim tak, jakby lada moment miał ją złapać za włosy i wmusić się w jej gardło... nawet jeśli nie opierałaby się zbytnio.
- Powiedz mi, czego chcesz - rzekł jeszcze nisko, mrukliwie, wpatrujac się już tylko w jej usta. Przebierał lekko długimi palcami, jakby nie mógł się zdecydować, co chce z nimi zrobić.
- Puść mnie, a się dowiesz. - Opuściła wzrok do jego nogawic, wypełnionych już po brzegi, po czym lubieżnie oblizała wargi. Najwyraźniej jednak było to zbyt wyważone, bo książę przez długi czas w ogóle nie reagował, aż w końcu przełożył sobie jej nadgarstki do jednej ręki, zaciskając na nich palce równie mocno, co przed chwilą i uniósł je w górę, zupełnie nie przejmując się jej odruchowym protestem. Wolną dłonią zaczął szarpać za wiązania na jej biuście tak gwałtownie, że chyba tylko cudem rzemienie pozostały w całości. Książę jednak na tym nie poprzestawał i zaraz zerwał jej krótkie rękawy dwoma silnymi pociągnięciami, aż jej sukienka opadła luźno na podłogę u jej stóp. Wtedy dopiero, tak obnażoną, raczył ją puścić. Cofnął się nieco, by nakarmić wzrok jej nagą figurą; Jezierza ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że gdzieś po drodze zaprowadził ją do sypialni, prawie że pod same łóżko.
Jezierza, naga, natychmiast opadła na kolana i tak zbliżyła się do niego, żeby otrzeć się policzkiem o jego udo. Udawała - jeszcze - że nie czuje twardości, która uwypuklała się na jego nogawicach. Wzrok nieprzerwanie miała utkwiony w jego niebieskich oczach, które nawet z tej odległości wciągały ją niczym morska głębia, odbierając jej siłę w członkach; Jezierza była przekonana, że nawet gdyby chciała, nie dałaby już rady wstać i wyjść z komnaty. Lyeiess wplótł swoje długie palce w jej włosy przy akompaniamencie jej zadowolonego mruknięcia, oplątując je sobie na kłykciach, po prostu patrząc tak na nią w bezruchu. Jego twarz była nieprzenikniona.
- Powiedz, czego chcesz - powtórzył spokojnie. Jezierza jęknęła cicho w proteście, ale po Lyeiessie było jasno widać, że jej nie przepuści. Nabrała oddechu, a potem jeszcze jednego, zanim w końcu, zaciskając palce na materiale jego nogawic, szepnęła:
- Jestem twoja, mój książę. Posiądź me usta i ciało... jak tylko pragniesz.
- Rzeczna dziewczynka - mruknął na to książę, już od jej pierwszych słów gwałtownymi ruchami rozwiązując swoje nogawice. Jezierza skupiła się na opanowaniu odruchu, by przymykać oczy i odsuwać głowę, gdy jego dłoń szarpała za rzemienie zaraz przy jej twarzy, aż w końcu Lyeiess obsunął lekko swe jedyne odzienie i tylko na wpół niechcący otarł się czubkiem o policzek Jezierzy.
Jego męskość nie była nazbyt długa, nie w stosunku do jego wysokiego wzrostu, ale na tyle szeroka, że Jezierza z trudem owinęła wokół niej wargi. Dopiero gdy minęła główkę i jeszcze większe zgrubienie potem, czując, że ma usta wypełnione po brzegi, zdała sobie sprawę, że trzon jest odrobinkę wygięty. Lyeiess odgarnął jej włosy na bok, żeby się o niego nie ubrudziły, wyraźnie rozważając wbicie jej się w gardło jednym płynnym ruchem; a potem rozwarł jej szczęki i wbił jej się w gardło jednym płynnym ruchem.
Z ust Jezierzy wydobywały się przytłumione jego męskością jęki i pomruki, gdy dłonią sięgnęła do jego niewielkich, wysoko podwieszonych jąder, a ustami, dławiąc się lekko, próbowała objąć go jak najdalej, jak nagłębiej, jak najwięcej... Bezskutecznie. Zaraz musiała się oderwać, żeby nabrać powietrza, ale dłoń księcia nie pozwoliła jej się odsunąć zbyt daleko - spojrzał na nią z góry i choć jego twarz wciąż nie zdradzała ani krztyny uczucia, oddech miał już jakby płytszy. Jezierza zupełnie nie była usatysfakcjonowana taką reakcją, więc wypełniwszy znów płuca, pomimo łzawiących oczu i graniczących z bolesnymi skurczów gardła, wróciła do wciskania go sobie do ust.
Najpierw usłyszała nad sobą, jak Lyeiess wydaje głębokie mruknięcie, a jego oddech przyspiesza - brzmiało to wręcz tak, jakby coś w nim puściło. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, schwycił jej głowę obiema rękami i zaczął się wbijać w jej usta znacznie mocniej i gwałtowniej niż ona robiła to dotychczas; wszystkie łzy spłynęły natychmiast po jej policzkach, ślina skapywała cienką strużką z jej dolnej wargi. Gdy zdołała spojrzeć przelotnie na księcia, zobaczyła, że wpatrywał się w nią z dziwnym żarem w jego zimnych oczach, zaciskając zęby. Jego napięte mięśnie odznaczały się wyraźnymi liniami na jego szyi i ramionach.
Jezierza nie mogła długo znieść takiego tempa, ale zacisnęła na nim wargi, mimowolnie kładąc mu ręce na udach - z trudem powstrzymała się od prób odepchnięcia go, więc skupiła się po prostu na oddychaniu przez nos, żywiąc cichą nadzieję, że starczy jej powietrza na przeżycie tego dziwacznego ataku księcia. On jednak zupełnie się tym nie przejmował - rżnął jej usta bezlitośnie, a gdy przeszedł, prawie na pewno niechcący, przez jej gardło, wykorzystał to, by wbić się w nie nagłębiej, jak mu na to pozwalała jego długość. Jezierza widziała jak przez mgłę, że oczy mu się lekko wywracają, ale bardzo wyraźnie usłyszała jego przeciągły, niski jęk - lecz potem wysunął jej się z ust, ściskając swoją męskość tak mocno, że na pewno zablokował sobie dopływ i krwi, i wszystkiego innego, zatoczył się dwa kroki i spoczął ciężko na brzegu stołu, wciąż lekko wypychając biodra, jakby mu czegoś brakowało, choć głowa opadła mu na moment do tyłu. Wydawał się roztrzęsiony.
Jezierza przysiadła na piętach, czując, jak znajoma wilgoć spływa jej po udach podobnie jak ślina spływała jej z kącika rozchylonych warg. Lyeiess spojrzał na nią, wciąż z ręką na swojej męskości, ale bardziej jakby ją zasłaniał niż pieścił; jego wzrok ślizgał się po całym ciele Jezierzy, a ona złapała się na myśleniu: "Tak, człowieku, patrz na mnie, patrz na to ciało".
Lyeiess jednak tylko tyle czynił: wciąż delikatnie dotykając swojej męskości, patrzył się na nią nieprzerwanie, ale poza tym nie wykonał nawet ruchu w jej kierunku. Jezierza opuściła się na podłogę, rozpłaszczyła jak najpotulniejsza, najbardziej uległa poddana, delikatnie poruszając uniesionymi biodrami, lecz książę, choć wyraźnie podobał mu się ten pokaz, nie poruszył się ani na jotę. Dopiero gdy jęknęła cicho, błagalnie, pozwolił sobie westchnąć i powiedział:
- Maleńka, ja cię skrzywdzę... Nie brnijmy dalej. - Odgarnął włosy z twarzy w niezwykle estetyczny sposób. - Tracę panowanie.
Jezierza podpełzła bliżej, nie podnosząc się z podłogi. - Nie skrzywdzisz mnie bardziej niż ci na to pozwolę, mój książę. Nie jestem człowiekiem, pamiętasz? - I gdy to mówiła, jej ręka rozpłynęła się w kałużę, która, oderwana od reszty ciała, przesunęła się ku jej kolanom i scaliła się z nimi, a jednocześnie ręka powoli jej odrosła do swojej poprzedniej postaci. - Jeśli coś będzie nie tak, po prostu się rozpłynę i uwolnię.
Lyeiess patrzył na to z uniesioną brwią, a gdy skończyła, westchnął z cicha, pokręcił głową, po czym z szuflady w spirytce wyjął szeroki pasek rzemienia, ale ku jej nieszczęściu zdecydowanie zbyt krótki, żeby ją związać, a potem jeszcze jeden. Zdążyła już zacząć się zastanawiać, czy będzie chciał ją nimi zesmagać czy przydusić - czy może są to zaklęte więzy, które zapobiegną jej Jedności?, przeszło jej przez myśl w towarzystwie lekkiego dreszczu - ale książę zawiódł ją na wszystkich frontach: z pomocą jednego kilkoma wypracowanymi ruchami opanował i związał włosy, a drugi zacisnął sobie mocno wokół podstawy męskości; wtedy dopiero oderwał się od stołu i ruszył w jej kierunku.
- Ostrzegałem - mruknął jeszcze z dziwnie przerażającym spokojem, zaraz zanim schwycił ją za włosy, podniósł siłą z podłogi i rzucił nią brutalnie o łoże. Jezierza pisnęła z bólu i podniecenia, rozkoszując się tą jego gwałtownością. Przewróciła się na plecy i skrzyżowała nadgarstki jak posłuszna dziwka, obserwując księcia ze zniecierpliwieniem. Wiedział, jak się nad nią znęcać. Jego smukła sylwetka powoli nikła w półmroku wieczoru, gdy oddychając tak spokojnie, jak to zapewne robi wyrobiony w swym fachu psychopatyczny morderca, ponownie sięgnął do szuflady spirytki. Nie zdjął nogawic - ich materiał był jednak na tyle opięty, że nie zamierzały same spadać, mimo że z przodu ujawniały nie tylko jego wezbraną męskość, ale również skrzydła miedniczne, których dobrze zarysowane linie obiecywały silne, wypracowane mięśnie lędźwi. Jezierza zadrżała na samą myśl, że już niebawem je wypróbuje. Zamierzała jednak być grzeczną dziewczynką i niecierpliwie czekała, w bezruchu, śledząc wzrokiem linie torsu księcia, dopóki się nie obrócił, kiedy to jej wzrok mimowolnie zawiesił się na trzech długich, grubych bliznach na jego prawej łopatce. Z daleka widać było, że zostały zadane pazurami jakiejś sporej Bestii, i Jezierza miała zamiar go potem zapytać, jak udało mu się przeżyć takie spotkanie.
Lyeiess wyjął z szuflady tym razem nie zwykłe rzemienie, a skórzane więzy tak misternie zrobione, że stanowiły same w sobie przejaw ogromnego kuśnierskiego kunsztu. Ze sobą spinał je porządny, wypolerowany stalowy łańcuch, na którego widok Jezierzę przeszły ciarki, i sama nie do końca wiedziała dlaczego. Książę podszedł, pewny siebie, kompletnie swobodny w swoim nieporządku i zupełnie niezrażony; jej ciało wygięło się jak po kacim bacie, gdy tylko położył dłoń na jej biodrze, sunąc nią spokojnie w górę, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że zostawia na jej skórze ślad ognia. Pocałował ją - głęboko, ale krótko, i tylko bardziej ją podniecił - po czym skierował na siebie jej głowę i zagłębił się męskością w jej ustach, podczas gdy jego władcza dłoń sunęła teraz w górę jej wyciągniętego ramienia. Znów schwycił mocno jej nadgarstki, i tylko za nie podciągnął ją wyżej na pościeli, jakimś cudem nie wypadając z jej ust, choć trochę ją dławiąc, gdy wbił się za głęboko. Jego ręka, szorstka na jej skórze, przeskoczyła od razu do jej szyi i ścisnęła, aż Jezierza nie otworzyła ust, a wtedy Lyeiess jeszcze raz pocałował ją głęboko i zachłannie, choć nie bardzo miała mu jak odpowiedzieć.
Nagły huk ją oprzytomnił - Lyeiess, puściwszy jej szyję, od razu wyrżnął ręką w zagłówek łóżka, skutecznie zatrzymując jej serce na moment, a gdy spojrzała w górę, w zagłówku widniało okienko z mocnym żeberkiem na środku, do którego, nim się w ogóle obejrzała, została natychmiast przykuta.
- Szybciej, mój panie... - jęknęła, wypychając ku niemu biodra - sprofanuj, zbezczeszcz, znieważ mnie, używaj mnie jak...
- Milcz, bo każę wychłostać - mruknął książę, więc Jezierza natychmiast ucichła, jeśli nie liczyć rzężącego z podniecenia oddechu i pojedynczych cichych jęków, wyrywających się z jej ust przy każdym jego torturująco powolnym, delikatnym ruchu. Zdołała jednak dostrzec, że masował się drugą ręką, choć jego wymęczonej, nabrzmiałej męskości z pewnością nie potrzeba było więcej pobudzenia. To jedynie dawało jej nadzieję, że już niebawem skończy się nad nią znęcać i wypełni ją sobą po brzegi i dalej.
- Będziesz się odzywać tylko kiedy ci na to pozwolę - mówił dalej książę, spokojnie sunąc dłonią po jej ciele, z bezwzględnym wyrachowaniem omijając wszelkie części, które mogłyby jej przynieść choć odrobinę spełnienia. - I lepiej też nie błagaj mnie w żaden inny sposób, bo będę tylko bardziej przedłużał. Cierpliwość to cnota, moja miła. Nie sądzisz?
Jezierza przytaknęła posłusznie, próbując bezskutecznie opanować swoją niecierpliwość, lecz na szczęście książę postanowił nagrodzić jej dyscyplinę i zupełnie bez ostrzeżenia wbił w nią nagle trzy palce. Z ust dziewczynie wyrwał się nieartykułowany okrzyk rozkoszy, szarpnęła się w więzach, ale Lyeiess niemal natychmiast odjął od niej dłoń i oczyścił językiem - było na niej tyle soków, że spływały mu po nadgarstku. Smakowały jak woda, słodka i świeża, z nieuchwytną nutką ziemi gdzieś głęboko pod warstwami obezwładniającego podniecenia i lekkiego strachu. Lyeiess już wtedy wiedział, że jego pościel będzie zupełnie mokra, gdy skończą.
Jezierza, prawie że rozpływając się z rozkoszy - choć w jej przypadku to pewnie zła metafora, pomyślał sobie Lyeiess w duchu - wypchnęła biodra ku niemu w niemej prośbie, by nie przeszkadzał. Lyeiess zaśmiał się z cicha.
- I czemu mnie nie słuchasz, moja miła? - mruknął spokojnie i zmienił ręce, sunąc jedną po jej udzie, gdy kierował się ku drzwiom. Jej schłodzone powietrzem soki były jak balsam dla jego nabrzmiałego członka i działały tak samo, jak smakowały. - Yevhe! - krzyknął na korytarz, uchylając nieco drzwi, starając się jednocześnie wsłuchać w zdesperowany dźwięk łańcucha z tyłu i nie dotykać męskością do niewygładzonej framugi. Rzucił okiem przez ramię - Jezierza z wyrazem paniki na twarzy złożyła nogi i wzięła głębszy wdech, najpewniej żeby nie było słychać jej cichych, wręcz błagalnych jęków, których chyba nie mogłaby powstrzymać, nawet gdyby chciała. Lyeiess uśmiechnął się, wyobrażając sobie, co musiała myśleć, że się wydarzy.
- Tak, jaśniepanie? - Centaur przy akompaniamencie stukotu racic pojawił się w zasięgu wzroku; omiótł spojrzeniem to, co z Lyeiessa było widać w szparze drzwi i ku jego rozbawieniu chyba się lekko zaczerwienił.
- Przygotowałbyś mi świeżą pościel? - rzucił Lyeiess przymilnie i wtedy również Yevhe się uśmiechnął.
- Rozumiem, że przynieść ją jaśniepanu za około godzinę? - rzucił jeszcze i nie czekając na odpowiedź, oddalił się, tłumiąc chichot. Lyeiess przymknął drzwi, wyjął sobie drzazgę z męskości i odwrócił się znów do Jezierzy. Patrzyła na niego, cicho i grzecznie, choć z mieszaniną ulgi i nienawiści, i może nutką rozczarowania. Lyeiess uśmiechnął się na ten widok.
Nie mógł powiedzieć, że tego nie chciał - jego wezbrany do granic możliwości członek był tego najlepszym wyznacznikiem, i jeśli Lyeiess choćby pomyślał o zatopieniu się w jej ciepłym wnętrzu, był od razu wdzięczny samemu sobie, że założył zacisk. Mimo to nie miał najmniejszego zamiaru dać dziewczynie satysfakcji; miał jeszcze trochę czasu zanim chęć znęcania się nad nią zostanie przerośnięta przez zwykłą ludzką chuć. A do tej chwili...
Bezceremonialnie przerzucił Jezierzę na bok i ułożył się za nią. Przyciągnął do siebie jej biodra, wsuwając się między jej uda i rozkoszując się tym niecierpliwym oddechem, który wyrwał się z jej ust, gdy myślała, że się w nią wbije. Lyeiess jednak tylko przesuwał się lekko przy samych jej wargach, nawilżając męskość jej sokami i nie miał zamiaru jeszcze robić nic więcej.
Jezierza zacisnęła na nim uda, wyraźnie próbując być mu bardziej zdatna, naciągając łańcuch i z pewnością podrażniając sobie nadgarstki. Lyeiess uśmiechnął się, zaciskając palce na jej biodrach; pocałował jej ramię, powiódł językiem wzdłuż jej szyi, a dziewczyna wyginała się, jakby chciała się jeszcze bardziej obnażyć. Jej soki płynęły nieprzerwanie niczym z dobrego źródła - i Lyeiess poczuł, że go obezwładnia to uczucie, że sam już długo tego nie zniesie.
- Dobra nimfa - szepnął jeszcze, zagryzając lekko jej ramię i rozkoszując się jękiem, który wydobył się z jej ust. Potem jednak znów się odsunął. - Pokaż swojemu księciu, jak ma cię zerżnąć, żeby było mu najlepiej.
Jezierza z prędkością zdradzającą jej desperację przerzuciła się na plecy i rozłożyła nogi najszerzej, jak mogła, pojękując z lekka, wpatrzona w niego swymi srebrnymi oczami. Lyeiess natychmiast zakrył je dłonią, przy okazji wciskając jej głowę w poduszki, po czym wbił się w nią z lekkim trudem i nie na całą długość. Jezierza z cichym jęknięciem zagryzła wargę, wypychając się ku niemu, jakby to miało go wsunąć w nią głębiej, ale bezskutecznie.
- Musisz mi tu pomóc, maleńka - rzucił Lyeiess, ku swojemu zdumieniu słysząc już zupełnie nie własny głos. Nie da rady dużo dłużej wytrzymać.
Jezierza, na szczęście, zrozumiała. Już po chwili Lyeiess poczuł, że ucisk na jego męskość nieco się zmniejsza, zastąpiony przez delikatnie masujące fluktuacje, a droga naprzód otwiera się w jakby żelowaty sposób, stawiając lekki opór, ale nie największy - a co najważniejsze, Jezierza nie czuła już bólu z jego wejścia, a jej jęki pogłębiły się i nabrały rozkosznego wyrazu, podczas gdy ręce szarpnęły bezładnie za więzy. Lyeiess zaczął się więc poruszać - a z każdym jego pchnięciem jej wodna forma obejmowała go głębiej i pełniej, a on przyspieszył i dochodził raz po raz, połową mózgu nienawidząc samego siebie za tę opaskę elastyczną, drugą zaś połową ciesząc się, że mógł się powstrzymać od wypełnienia jej w tej samej sekundzie, gdy poczuł jej przejmującą wilgoć.
- I jak, moja miła, rozpływasz się już? - rzucił jej do ucha, wtulając twarz w jej włosy; ustami sięgnął jej szyi, wciąż dociągając do siebie jej biodra, coraz to gwałtowniej, drastyczniej i pełniej, zaciskając zęby, wsłuchując się w jej jęki wzrastające zupełnie jak ucisk w jego lędźwiach, ale nie, jeszcze nie, nie zanim ona nie... Jezierza, kiwająca głową od kiedy jej zadał to pytanie, nagle odrzuciła ją do tyłu.
- MhmmmMM...! - pisnęła, i na pierwsze znamiona jej krzyku Lyeiess jednym, desperacko szybkim ruchem rozwiązał rzemień i wbił się w nią, tak głęboko, że dalej już naprawdę się nie dało, i wgryzł się w jej szyję, gdy szarpała za więzy i zaczęła krzyczeć z rozkoszy tak szaleńczo, jakby straciła zmysły. Woda wewnątrz niej spięła się i zmieniła znów w ciało, zaciskając się na nim z taką siłą, że na moment zabrakło mu tchu, ale to wciąż jeszcze nie... Wepchnął się jeszcze raz, i jeszcze, wbrew jej wewnętrznemu oporowi, aż dopełnił się w niej tak gwałtownie, jak jeszcze nigdy dotąd, wbijając jej palce w biodra, gdy niski, gardłowy jęk wyrwał mu się z ust i zupełnie nie chciał się skończyć.
Spełnienie opadło na nich ciężkim całunem. Lyeiess wysunął się z niej, wykończony, z trudem powstrzymując się od przymknięcia powiek i zaśnięcia tam na miejscu. Gdy poruszył nogami, okazało się, że istotnie, zarówno pościel, jak i jego nogawice zostały kompletnie przemoczone. Nadgarstki Jezierzy były dziwacznie wygięte przez skrzyżowany łańcuch, jej niedawne szarpanie rękami i nieustępujące jeszcze napięte mięśnie. Lyeiess sprawnymi ruchami odpiął je od zagłówka i nachylił się nad nią, by przygryźć jej lekko ucho i szepnąć żartobliwie:
- Moja miła, żyjesz?
Jezierza przytaknęła słabo. Żyła. Bardziej niż kiedykolwiek, żyła.


piątek, 8 stycznia 2016

[Fallout 4] Próbuję (Hancock x Aina x Nick)


Jestem syntem. Syntetycznym mężczyzną. Wszystkie części, minus kilka czerwonych krwinek.




Jednak nie pojechali z Nate'em do Finlandii. Już nigdy nie dowie się, jak wyglądał kraj, z którego pochodzą jej przodkowie, jej matka... Nigdy nie zobaczy ostrej fińskiej zimy.

Nigdy już nie zobaczy Nate'a.

- Aina? - Głos Hancocka wyrwał ją z zamyślenia. Nick stał nieco z tyłu, jakby czekając; ci dwaj coś kombinowali, czuła to w kościach. Psochłap lekko trącił jej dłoń, oczekując pieszczot. Przynajmniej ich jeszcze miała. Przynajmniej nie była całkiem sama.
- Tak? - Chyba było słychać, że nie była zupełnie na miejscu, bo Hancock przykucnął przed nią, blisko, i odgarnął jej włosy z twarzy. Uśmiechnął się lekko, jak to on, tym półgrymasem, który ledwo było widać na jego twarzy. Jego czarne oczy sunęły po jej rysach, niby to z troską, niby badawczo.
- Niedaleko są ruiny starej faktorii - rzekł. - Nick i ja pójdziemy ją sprawdzić, a nuż znajdziemy coś przydatnego. Co ty na to? Zostaniesz tu z kundlem?
Parsknęła. - Nie nazywaj go kundlem.
- No dobra, zostaniesz tu z futrzakiem? - Rzuciła mu poirytowane spojrzenie, choć wiedziała, że tylko bardziej będzie się chciał z nią przekomarzać. - Kupą sierści? Autostopem dla pcheł? - Nie wyglądało na to, żeby jakoś z trudem przychodziło mu wymyślanie nowych przezwisk, prawie jakby układał je sobie w głowie w wolnych chwilach; istniało więc prawdziwe niebezpieczeństwo, że mógłby tak nadawać do jutra. - Jedynym jakimś cudem dorastającym do kolan czworonogiem w całej Wspólnocie, który nie wydaje się chcieć nam skoczyć do gardeł?
- Okej, idź, zejdź mi z oczu. - Strzeliła go w ramię, tłumiąc śmiech. Pocałował ją szorstkimi wargami w czoło i razem z Nickiem odeszli na północny wschód. Nie mogła oderwać wzroku od jego durnego czerwonego płaszcza szarpanego przez budzący się wieczorny wiatr. Hancock obrócił się jeszcze ku niej zanim zniknęli za pagórkiem, więc uśmiechnęła się do niego; nie widział już, jak jej twarz momentalnie wraca do poprzedniego wyrazu. Czuła się, jakby ją staranowało stado braminów, i nie w tym samym sensie, co Hancock każdego ranka; jakby ją to stado obskoczyło i pozostawiło za sobą tylko to, co zawsze zostawia za sobą stado braminów. Jedno wielkie morze gówna.
Ostatnio zbyt często myśli o Nate'cie i Shaunie. Nie powinna sobie na to pozwalać. Powinna po prostu ufiksować wzrok na najbliższym celu i nie odwracać, póki go nie osiągnie. Ale... Nie umiałaby, nawet gdyby spróbowała. Nie potrafiłaby tak po prostu przestać żyć przeszłością. Zapomnieć o porwanym synie i skupić się na jednym. Nie. To by nie wyszło.
Minęło dziesięć lat od śmierci Nate'a. Shaun był już chłopcem. A co, jeśli się uda? Co jeśli rzeczywiście stanie z nim twarzą w twarz? Co mu powie? Czy uwierzy jej, że jest jego matką, czy uzna ją za wariatkę? Co Kellogg i Instytut nawciskali mu do głowy przez cały ten czas? Czy będzie potrafiła go do siebie przekonać mimo ich propagandy?
Nawet nie zauważyła, gdy zapadła w lekki sen, z którego wybudził ją dopiero zbolały jęk Hancocka. Otworzyła natychmiast oczy, ale nie był ranny. Półleżał właśnie oparty o jakiś kamień, z głową opuszczoną do tyłu i ręką nałożoną na twarz.
- Mówiłem, żebyś nie brał tego cholerstwa - rzucił Nick, grzebiąc jakimś kijem w ognisku.
- Ale Ultralot, człowieku... - Hancock podniósł się tylko po to, żeby prawie natychmiast opaść z powrotem. - Wiesz, jakie to jest rzadkie?
- A teraz wiesz dlaczego.
Hancock machnął na niego słabo ręką.
- Serio, jesteś w takim stanie, a nie żałujesz swojej głupoty?
- To jest złoty graal, Nick, ten... No. Jak to się...? Nie odlot, tylko...
- Ultralot.
Hancock pstryknął palcami. - Właśnie.
- Chociaż z mojego miejsca wygląda bardziej jak Ultrakatastrofa.
- Pierdol się, Valentine.
- Jak zawsze do usług.
Aina, jeszcze nie do końca obudzona, ledwo rozumiała, co się dzieje, ale uśmiechnęła się do siebie w myślach. Panowie milczeli przez dłuższą chwilę, albo po prostu przysnęła i tego nie zarejestrowała, aż w końcu Hancock mruknął:
- Zresztą, dobrze wiesz, że długo mnie to nie będzie trzymać. - I dodał półszeptem: - Przynajmniej taką mam nadzieję.
- A co się dzieje? Gorzej ci? - Nick parsknął do siebie sucho. - Co ja się pytam; gorzej być nie może.
- Przestań już - warknął Hancock, nagle rozeźlony. - Myślisz, że potrzebuję ciebie, żebyś mi o tym przypominał?
- No nie, Hancock, tylko nie świruj...
- Serio, czuję się tak, jakbym żył na pożyczonym czasie - mówił Hancock dalej, choć ledwo go było słychać, bo twarz miał już całkiem zasłoniętą rękami. - Co za cholerne zrządzenie losu sprawiło, że tylu ludzi umarło w Goodneighbor, zastrzeleni przez ludzi Vica, a ja to jakimś cudem przeżyłem?
- A gdybyś nie przeżył, to myślisz, że ktoś by to ogarnął tak, jak ty to zrobiłeś? - odparł mu od razu Nick, jakby był przygotowany na tę okoliczność. - A nawet jeśli, to kiedy? Ilu ludzi by jeszcze zginęło? Byłem w Goodneighbor za rządów Vica i byłem za twoich. I uwierz mi, widać różnicę na pierwszy rzut oka.
- Zawsze chciałem zrobić gdzieś różnicę... - głos Hancocka był prawie że płaczliwy.
- No i zrobiłeś. Powinieneś być z siebie dumny.
- To czemu nie mogłem tam po prostu zostać? Siedzieć na tyłku i mieć spokój?
- Bo nie miałeś spokoju? - Nick przewracał oczami już prawie bez przerwy. - A poza tym przyszła taka jedna, zarżnęła dla ciebie kilkadziesiąt osób, broniła twoich interesów, no i się zauroczyłeś, co poradzisz. Nie dziwię ci się, że z nią poszedłeś; w końcu sam też rzuciłem wszystko, żeby się z wami szwendać po Wspólnocie. Zresztą, gdyby cię wtedy nie było u jej boku, to nie wiem, czy bym się zgodził tak łatwo.
- Serio? Co ja mam do tego?
- Ufam twojemu osądowi, ty katastrofo ultralotnicza. - Nick z kamienną twarzą zdjął Hancockowi kapelusz, zmuszając go do podniesienia się, żeby go zabrać z powrotem. - Jakkolwiek na haju byś nie był, jeszcze nie dałeś mi powodu, żebym przestał.
- Och, do diabła z tym wszystkim. - Hancock, wyraźnie nieprzekonany, założył swój kapelusz, zdjął go, położył na swoim śpiworze i zawiesił wzrok na płomieniach. - Czym ja sobie zasłużyłem na twoją przyjaźń?
Nick ostentacyjnie pogładził brodę. - Zaraz... Coś mi świta... - Kłamca. Jego mechaniczny mózg doskonale wszystko pamiętał. Nick jeszcze przez chwilę się tak znęcał nad Hancockiem, aż niby to sobie przypomniał. - Była taka sytuacja w Diamond City... Jak tamten alfons i dwóch typów próbowali mnie przyspawać do czyjegoś domu, kojarzysz? Ten, któremu się nie podobało, że moje prowadzenie śledztwa zahaczyło o jego... podopieczną, i wyciągnął palnik acetylenowo-tlenowy? Któremu oddałeś swój tygodniowy zapas chemów, żeby, jak to ująłeś, "odpierdolił się ode mnie i poszedł sprzedawać swoje i cudze tyłki gdzie indziej". - Nick poruszył swoją szkieletową ręką. - A potem pomagałeś mi zdjąć tę stopioną dłoń, żeby mi chociaż to zostało? To tym. To, jak mnie potem nazwałeś "głupim, pakującym się w kłopoty Szturmotronem bez jaj" też było ujmujące.
Hancock parsknął. - Ja ci mówię, powinieneś poznać Kl-E-0. - Chyba trochę wytrzeźwiał, bo spojrzał po sobie, potem przerzucił wzrok na ognisko, a w końcu na Ainę. Chyba nie zauważył nad płomieniami, że patrzyła wprost na niego. - A czym sobie zasłużyłem na nią? - mruknął żałośnie. - Nie jestem jej wart.
- No nie. - Nick położył mu dłoń na ramieniu. Hancock rzucił mu takie spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: "Co z ciebie za przyjaciel?", ale Nick kontynuował: - Ale jak zaćpany byś nie był, i tak jesteś lepszy niż ja kiedykolwiek mógłbym być.
- Co ty gadasz.
- Popatrzyłeś sobie na mnie ostatnio?
Hancock zmrużył przeraźliwie oczy, próbując zogniskować na nim wzrok, ale po chwili dał sobie na spokój. - Aina cię lubi.
- A ja lubię ją; i tak nic by z tego nie wyszło. - Nick znów pogrzebał w ognisku z taką miną, jakby nie mógł uwierzyć, że mówi to wszystko Hancockowi. Aina doskonale go rozumiała. Sama nie mogła w to uwierzyć. - Gdyby była ze mną, miałaby bardziej przesrane niż ma teraz. Weź Bractwo Stali na przykład. Nie lubią ghuli, ale dużo z tym zrobić nie mogą. Ale z tym ich przeświadczeniem, że synty to abominacje? Nawet by nie chcieli z nią rozmawiać.
- Ich bigoteria do nas to dokładnie powód, dla którego ich już nie odwiedzamy. - Hancock wzruszył ramionami. Sprawiał wrażenie, jakby trzeźwiał z każdym słowem. Nick machnął ręką.
- Nie ma znaczenia - rzekł. - Te wspomnienia Nicka mnie ciągle uwierają. Nie mógłbym się całkiem zaangażować, kiedy za każdym razem, gdy myślę o związku, przypominam sobie Jenny.
- Ta, wiem, co czujesz - odparł Hancock kiwając wolno głową. Nick wydał z siebie coś między rozbawionym parsknięciem a lekceważącym prychnięciem.
- A kogo ty sobie przypominasz? Irmę, Heili, Ginę, Dianę, Avę...? - Nick wymienił jeszcze kilka imion, ale Hancock w ogóle nie odpowiedział, więc przestał.
- Nic ci nie stoi na przeszkodzie sobie poużywać - rzucił tylko Hancock.
- Ocipiałeś.
- No co? Jeśli masz taką potrzebę... - Nagle coś wpadło Hancockowi do głowy. - Chyba że... Hyy! Nick, rozumiem, że jesteś poharatany, ale nie spodziewałem się, że aż tak... Chłopie, tak mi przykro...
- Pierdol się, Hancock, wszystkie części mam na miejscu. Diagnostycznie przynajmniej.
- No to w czym problem? Mi casa es su casa.
- To nie powinno się odnosić do kobiet. - Nick pokręcił głową z rezygnacją.
- Mhm, masz absolutną rację. Aina!
Kobieta poderwała się na łokciu, niby to gwałtownie obudzona. - Co? Nie śpię. Nie śpię. Co chcesz? Kiedy wróciliście?
- Nie chciałabyś zobaczyć, co Nick chowa pod tym swoim trenczem? - rzucił Hancock z sugestywnym półuśmiechem. Aina bezwiednie omiotła Nicka wzrokiem i... Nie no, cholera. Już kiedyś do tego doszło. Zastanawiała się, jak daleko sięgają jego ubytki w skórze, i niechcący zaczęła sobie wyobrażać, że go rozbiera... A potem dała sobie w twarz i poszła popływać w lodowatym jeziorze. A teraz zdała sobie sprawę, że przecież Nick bez większego problemu mógłby...
- Co?! - rzuciła znów Hancockowi w nadziei, że nie zauważył, jak się zawiesiła.
- Nick ma dziś kiepski humor - rzucił ten tak, jakby sam go wcale przed chwilą nie miał.
- No to jest nas dwoje - odburknęła.
- Ale pomyślałem, że moglibyśmy go rozweselić. - Półuśmiech ani na moment nie zniknął z jego twarzy. - Co myślisz?
- Myślę, że jesteś doszczętnie naćpany.
- Oczywiście, że jestem. - Hancock wstał tylko po to, żeby znów ukucnąć tuż przy niej. - Ale mówię serio. - Odgarnął jej włosy z twarzy, sięgnął na kark, a potem od razu przeniósł szorstką dłoń na jej szyję, szczękę... Ścisnął, zmuszając ją do otworzenia ust. Uwielbiała, gdy to robił. Poddała się, wysuwając język ledwie o ćwierć cala, a Hancock pocałował ją głęboko. Odrywając się, szepnął jej prosto w usta:
- No, daj się skusić... - jeszcze zanim przejechał językiem po jej wardze. Załaskotało i zagryzła ją lekko, przenosząc wzrok na Nicka. Siedział wciąż na swoim miejscu, prawie że bez ruchu, obserwując ich z jakąś dziwaczną mieszaniną tęsknoty i podniecenia w mechanicznych, żółtych oczach. Aina uśmiechnęła się do niego, ale zaraz przyłapała się na zastanawianiu, czy dwie głowy u braminów to zaleta... Spojrzała znów na Hancocka.
- Jesteś szalony - powiedziała potępiająco, a przynajmniej taką miała nadzieję. - Dlaczego w ogóle z tobą jestem?
To skutecznie zmazało mu uśmiech z twarzy, i Aina poniewczasie zdała sobie sprawę, co takie słowa zrobią z jego poszarpanym narkotykami i niepewnością mózgiem.
- Zasługujesz na coś więcej - przyznał, wciąż z ręką na jej szczęce, jakby nie mógł się od niej oderwać, choćby chciał.
- Hancock... - szepnęła z bólem, kładąc dłoń na jego i gładząc lekko jego szorstką, cienką skórę. Czuła pod palcami jego napięte ścięgna, jego żyły i towarzyszące im pulsowanie leżących głębiej tętnic. Wpatrzył się w tę jej dłoń, jakby nie wierzył własnym oczom. - Błagam, przestań tak myśleć.
Jego twarz jakby zmiękła. Aina patrzyła w górę na niego i widziała, że coraz bardziej się poddaje jej oczom. - Jesteś taka śliczna... - szepnął tylko, bezwiednie opuszczając dłoń i sunąc palcem po jej szyi, coraz niżej, aż przeszedł ją przyjemny dreszcz, i niżej. Prześlizgnął się między jej obojczykami i pogładził lekko obrączki, które nosiła na łańcuszku na pamiątkę Nate'a. - I taka wierna. - Serce Ainy podskoczyło, gdy zobaczyła, że Hancock zaciska szczękę.
Teraz zrozumiała. To nie była kwestia chemów ani udawania. Hancock rzeczywiście jest pewny siebie i zawsze był, tak jak go poznała. Chodziło o nią. Zakochał się w niej. Która ciągle nosi obrączkę zmarłego męża na szyi. Ciągle nie może przestać o nim myśleć. Ciągle żyje przeszłością, przypomina sobie swój dawny dom, tęskni za zaginionym synem i chce go odzyskać po to, żeby mieć choć cząstkę Nate'a z powrotem. A Hancock wciąż trwa u jej boku, mimo że musi na to patrzeć i go to zabija. To to miał na myśli, gdy powiedział Nickowi "Wiem, co czujesz". Dlaczego nigdy wcześniej nie dał jej niczego poznać? Dlaczego z nią o tym nie porozmawiał? Nie chciał jej zawracać tym głowy w tej sytuacji i czekał, aż to wszystko się skończy? Czy bał się jej reakcji? Aina zdała sobie z bólem sprawę, że jeszcze nigdy nie powiedziała mu, że go kocha... i nie miała pewności, czy byłaby w stanie. Teraz rozumiała.
Hancock przez cały czas patrzył na nią, obserwując drobne zmiany na jej twarzy, i czuł, jakby mięśnie mu się powoli rozluźniały. Frustrację zastąpił strach. Nie powinien był jej tego mówić. Było jeszcze za wcześnie. I tak nie będzie mogła się na tym skupić, nie dopóki nie znajdzie Shauna i nie położy kresu temu wszystkiemu. Chciał tylko, żeby to się już skończyło i żeby mogli być razem bez oglądania się za siebie. Tak byłoby najlepiej. Tylko co, jeśli Aina pomyśli, że odbiera jej wolność, że chce jej odmówić odnalezienia syna? Nigdy nie odważyłby się tego zrobić. Zależy mu na głowie. I jajach. I najpewniej wszyskim innym, co uznałaby za słuszne mu odciąć.
- Przepraszam - powiedział jeszcze, choć sam czuł, że wyszło jakoś inaczej, i powtórzył: - Zasługujesz na więcej.
- I dlatego starasz mi się wcisnąć więcej osób? - Wskazała brodą na Nicka, który wciąż siedział na swoim miejscu, choć Hancock szczerze nie rozumiał dlaczego.
- Tak - odparł z przekonaniem. - Zasługujesz na kogoś rozsądnego. - Rozpiął jej śpiwór, uśmiechając się znów szelmowsko. Twarz Ainy od razu się rozpromieniła, i Hancock poczuł małą falę spokoju. Porozmawiają o tym kiedy indziej. - Wiesz, kogoś, kto ma zasadniczo kalkulator zamiast mózgu. - Nick przewrócił ostentacyjnie oczami, ale Hancock sięgnął ustami do szyi Ainy i udał, że tego nie dostrzegł.
Aina spięła się przez moment, jej oczy utkwione w Nicku, który obserwował ich bez śladu emocji na twarzy, ale Hancock już wiedział, co jego dziewczyna lubi, i w końcu odchyliła głowę z cichym westchnięciem. Uwielbiał, gdy się mu tak poddawała, uwielbiał to uczucie, gdy jej gładka skóra uginała się nieco pod jego palcami, i ten ból, gdy jej paznokcie wbijały mu się w ramiona. Uwielbiał ją.
Oddychała jakby ciężej i szybciej. Hancock rzucił okiem za siebie i samym kącikiem zobaczył, że Nick, choć siedział tam, gdzie poprzednio, zdążył w międzyczasie opuścić rękę do spodni i teraz zapamiętale się przez nie masował, choć na jego syntetycznej twarzy nie zagościła ani krztyna pożądania. Aina patrzyła na to jak zahipnotyzowana. Hancock uśmiechnął się do siebie i wrócił do całowania jej szyi i szukania sposobu, żeby wsunąć dłonie pod jej koszulkę. Nie opierała się zupełnie, wciąż wpatrzona w Nicka, który w końcu wstał i zaczął iść ku nim, obchodząc ognisko szerokim łukiem i wciąż lewą dłonią robiąc sobie dobrze. Aina zaczęła oddychać jeszcze szybciej, widząc, jak nadchodzi. Przez chwilę, ułamek sekundy dosłownie, odezwały się jeszcze jakieś resztki złej fazy po Ultralocie i Hancock poczuł ukłucie zazdrości; musiało się to odbić w jego pieszczotach, czy może w tym, jak zacisnął dłoń na jej boku, bo Aina przyjrzała mu się z uwagą, a potem szeptem, żeby Nick nie usłyszał, rzuciła:
- Hancock, to ty jesteś moim ulubionym półtrupem... - I od razu sięgnęła do jego rozporka.

Gdy wsunął się, najciszej jak potrafił, żeby jej nie obudzić, do jej kwatery w Zamku, ku swojemu zdumieniu zobaczył, że Aina już nie śpi i właśnie przebiera się w odzież podróżną. Na dźwięk otwieranych drzwi natychmiast się zakryła, ale gdy zobaczyła, że to on, opuściła ręce, odpuszczając sobie jakiekolwiek ubieranie. Hancock przez dłuższą chwilę, idiotycznie, nie mógł oderwać oczu od jej piersi, ale w końcu zamknął drzwi i przekręcił klucz. Ruszył ku Ainie; jej oddech przyspieszył wyraźnie, ale nie uznała za słuszne się zakryć, co tylko bardziej go nakręciło.
- Powinniśmy ruszać w drogę - mruknął, a ona tylko pokiwała głową, zagryzając wargę, jakby tylko czekała, aż jej dotknie. Hancock nie omieszkał czym prędzej spełnić jej niemej prośby. Gdy poczuła jego dłoń na swojej nagiej talii, wydała z siebie prawie nieme westchnięcie; a gdy jednym ruchem obrócił ją do siebie tyłem, bezwiednie wygięła się ku niemu, bezczelnie podstawiając mu szyję. Wpił się w nią ustami, sunąc językiem po jej konturach, a Aina tylko z trudem powstrzymała jęk. - Hmm? - mruknął jeszcze, ale mimo to nie odpowiedziała. Z uśmiechem przygryzł jej ramię, ścisnął jej talię tak mocno, że aż pisnęła z czegoś bardzo blisko bólu i natychmiast przycisnęła dłoń do ust. Zabrał ją i ucałował jej wargi.
- Niech wiedzą - szepnął, sięgając niżej, aż wsunął rękę za jej opięte spodnie. Jęknęła, ale że owinął ramię wokół jej talii, unieruchamiając ją całkiem skutecznie, nie mogła już się prowizorycznie zakneblować. Wsunął w nią dwa palce i przyspieszył, i patrzył, jak pieszczotami doprowadza ją do szaleństwa. Zaciskała palce na jego ręce, drapała wręcz, jakby chciała tylko, żeby dał jej chwilę odetchnąć, ale Hancock odkrył swojego wewnętrznego sadystę i siłą utrzymał ją w miejscu; dopiero gdy jej jęki wydłużyły się wyraźnie, wzrosły i w końcu przerodziły się w przeciągły krzyk, a sama Aina złożyła się w pół, gdy nogi odmówiły jej posłuszeństwa, podczas gdy Hancock czuł, jak jej ciepła wilgoć rozlewa mu się po dłoni, dopiero wtedy dał jej chwilę odetchnąć.
Rzucił ją na łóżko. Spoczęła bezsilnie; a te przeklęte obrączki uderzyły w pościel przy jej głowie. Hancock poniewczasie zdał sobie sprawę, że Aina mogła jeszcze nie być gotowa, tak jak nie była dotychczas. Z drugiej strony, gdyby tak było, najpewniej nałożyłaby swoją zbroję i poszliby... gdzie tam tym razem by ją wysłał Garvey. Nie stałaby półnaga, czekając tylko, aż Hancock jej dotknie.
Nie przejmując się już, ściągnął jej spodnie, korzystając z tego, że, jeszcze słaba, nie mogłaby mu się oprzeć nawet gdyby chciała. Jej uda lśniły wilgocią. Nim zaprotestowała, Hancock opadł i ustami przylgnął do jej warg i skóry, rozkoszując się jej słonawym smakiem. Aina przez moment poddawała mu się tylko z cichymi jęknięciami, niezdolna do niczego więcej, ale w końcu uniosła się na łokciach i patrzyła mu w oczy, gdy on językiem odnajdywał coraz to nowe miejsca. Nie mógł nasycić nią wzroku: wszystko, od ud zawieszonych na jego ramionach, przez kształtne biodra, brzuch złożony teraz wpół, piersi, smukłe ramiona i jeszcze smuklejszą szyję - wszystko składało się na jego wzrastające pożądanie. Nie był pewien, jak długo da radę to znieść, ale Aina sama chyba już miała dość, bo strąciła mu kapelusz z głowy, jak to ona, złapała go za kołnierz i wciągnęła na łóżko. Palce plątały jej się, gdy próbowała niemal równocześnie rozwiązać jego szarfę i rozpiąć mu guziki koszuli.
Hancock, nie czekając, aż to ogarnie, zrzucił płaszcz, rozpiął spodnie, założył sobie jej nogę na ramię i, wpijając się w jej usta, wbił się w nią naraz tak głęboko, jak tylko mógł sięgnąć. Nie spodziewał się tego, nie z jej historią szczęśliwego małżeństwa i rodzenia dziecka, ale była tak ciasna, że przez ułamek sekundy szczerze się przeraził, że straci kolejną część ciała na rzecz ghulowego osłabienia tkanek. Oparł się ciężko na łokciu, zaciskając powieki na zebranych w kącikach łzach. Aina nagrodziła jego zachłanność cichym śmiechem, czym tylko jeszcze bardziej go ścisnęła. Już miał zamiar błagać ją o litość.
- Nawet nie dałeś mi się ostrzec... - szepnęła, całując go w ucho, choć palce miała mocno zaciśnięte na jego ramionach. Po prawie rozerwaniu jego koszuli dała sobie spokój z rozbieraniem go i tylko wiodła wzrokiem w dół jego piersi wyglądającej spomiędzy rozchełstanych pół. Hancock wciąż bał się poruszyć, ale nie mógłby nawet gdyby chciał. - Przepraszam... - szeptała dalej, kładąc się na wznak, żeby nie napinać niepotrzebnie mięśni. - Nie panuję nad tym.
- Nie zabolało? - spytał z troską. Wzrok Ainy jakby na moment uciekł gdzieś na bok. Wzruszyła lekko ramionami, jeżdżąc palcami po jego karku.
- Jestem przyzwyczajona. - Z jej wilgocią owijającą go wciąż tak ciasno i mocno, że czuł, że się topi, miał pewne problemy z myśleniem, ale nie ominął go fakt, że to nie znaczyło "nie".
- Przepraszam, nie chciałem cię skrzywdzić. - Pocałował ją i dopiero teraz poczuł, że zaczyna się lekko rozluźniać.
- Musiałbyś się najpierw skurczyć... - szepnęła niby to do siebie, spoglądając przelotnie w dół, a potem pocałowała go w jego szeroki uśmiech.
- Nie pomyślałem - wyjaśniał dalej. - Nie miałaś seksu od ponad dwustu lat, czego ja s...
- Nie przypominaj - rzuciła na wpół ze złością, na wpół z rozbawieniem. - Ruchaj.

Nim się obejrzała, mechaniczne palce Nicka wsunęły jej się między nogi, podczas gdy Hancock, zupełnie nie pomagając, ściągał z niej po kolei wszystko, co było do ściągnięcia. Sapnęła z przestrachem, czując zimny metal na udzie. Nick na szczęście nie postanowił ich nigdzie wkładać, a tylko zaczął delikatnie masować jej łechtaczkę, gdy ustami sięgnął jej ucha; nie było przy tym żadnego odgłosu oddechu i dawało to nieprzyjemne wrażenie, że ma omamy.
Nie do końca wiedziała też, co zrobić z rękami. Jak na razie zaciskała jedną na szkieletowym nadgarstku Nicka, gdy on pieścił jej łechtaczkę tak, jakby był do tego stworzony, i to dosłownie; drugą zaś lekko i bezmyślnie szarpała kołnierz Hancocka, który właśnie ściągał jej bieliznę. Niech to szlag. Niech to szlag!
Nick nagle chwycił jej szczękę, metaliczne palce zacisnęły się na jej skórze, i niemalże siłą zmusił ją, by go pocałowała. Poddała mu się bez walki, uchwyciła się jego karku i zassała lekko jego żółty język bez smaku. Wciąż nie mogła się mu nadziwić. Teraz również nie czuła podnieconego oddechu, do którego była tak przyzwyczajona, i nie mogła nie odczuwać tego jako zdystansowanego chłodu.
Potem jednak Hancock poderwał jej biodra do góry aż uklęknęła, wbijając kolana w śpiwór i opierając się ciężko na Nicku. Zacisnęła mu palce na ramionach, ustami sięgnęła jego chłodnych, sztucznych warg; strąciła mu kapelusz i nagrodził to lekkim uśmiechem. Gdy spojrzała za siebie, Hancock właśnie umiejscawiał się ostrożnie między jej nogami i patrzył na nią, na nią całą, z takim błyskiem pożądania w oczach, że od razu poczuła, że staje się dla niego mokra. Coś w środku skurczyło się lekko z niecierpliwością. Hancock jednak zupełnie się nie spieszył, zrzucił płaszcz i zaczął powoli odpinać kaburę i rozwiązywać swoją amerykańską szarfę. Aina warknęła ze złością i bezmyślnie sięgnęła ustami do rozharatanej szyi Nicka zaciskając wargi na krawędziach jego powłok, ucha, na jego sztucznym gardle.
- Ostrożnie tam - mruknął na nią tym jego głosem mówiącym wyraźnie "w sumie, nie obchodzi mnie to". Ugryzła go lekko i ku jej zdumieniu poczuł to, bo odsunął się nieco i złapał ją za szyję. - Powiedziałem coś.
- Przepraszam - próbowała wydusić, ale wyszedł jej z tego tylko ledwo słyszalny szept, bo Nick, niechcący czy z premedytacją, tak ścisnął jej krtań, że przez moment nie mogła oddychać. Złapał ją więc za żuchwę i nakierował jej twarz na siebie i wpatrywał się w nią tak przez moment, gdy próbowała jednocześnie zdjąć mu płaszcz i utrzymać równowagę w nienaturalnej pozycji. Wtedy jednak Hancock, już - wreszcie! - najwyraźniej gotowy, zaczął się w nią wbijać, tym razem powoli i ostrożnie, nauczony dawnymi traumatycznymi doświadczeniami. Żółte oczy Nicka śledziły dokładnie każdą zmianę na jej twarzy, od lekkiego zmarszczenia brwi, po zęby zaciśnięte, by zatrzymać wyrywający się jęk; jego wargi rozwarły się lekko w podnieconym, nieobecnym oddechu.
- Och... John... Nick... - wyrwało jej się zupełnie wbrew woli, ale Nick nie narzekał. Teraz on jedną ręką ściągnął płaszcz i krawat, a potem opadł na kolana i zaczął rozpinać spodnie, a Aina patrzyła na jego kamienną, zdeterminowaną twarz ze wzrastającym podnieceniem. Był nieprzewidywalny w swojej syntetyczności i to z jakiegoś powodu niesamowicie na nią wpływało.
Hancock dotarł już do końca i teraz zaczynał się wreszcie cofać, poruszając się tak sadystycznie powoli, że byłaby już dawno zaczęła sama na niego nabijać, gdyby Nick nie trzymał jej tak mocno, że groziłoby to permanentnym urazem twarzy.
- Och, cholera... - szepnęła, zdając sobie sprawę, że jest zdana na ich łaskę. - Wy sucze syny, wy. Hancock, przestań się ze mną zabawiać - rzuciła do tyłu, choć nie mogła ruszyć głową - a ty, Nick, napr...
- Milcz. - Nick bezceremonialnie zacisnął te ludzkie palce na jej włosach i opuścił ją na swoją już odsłoniętą męskość. Nie zdążyła nawet spojrzeć, a już był w jej gardle, a ona poczuła, jak gęsta ślina spływa jej strumieniami po wewnętrznej stronie policzków, żeby zalać jego sztuczne jądra. Nick ruszył głową, jakby patrzył w górę; i zaraz, jak na znak Hancocka, odpuścił jej nieco, pozwalając cofnąć się trochę, nabrać powietrza i wyczuć pod językiem te same zagłębienia, które znaczyły całe jego ciało na złączeniach polimerowych płyt.
Hancock za to uprzejmie przychylił się do jej prośby i znacznie przyspieszył, rżnąc ją nagle w takim tempie, że i bez pomocy Nicka zaczęła się dławić jego męskością. Zacisnęła mu palce na spodniach, z jednej strony chcąc im obu je zerwać, żeby nie tylko ona czuła te powiewy chłodnego, nocnego wiatru, a z drugiej zdając sobie doskonale sprawę, że przynajmniej w przypadku Nicka nie zrobi to żadnej różnicy; na marginesie myśląc, z trzeciej strony nie można było powiedzieć, że dodałoby im to uroku, a z czwartej... dość szybko przestawało jej być zimno.
- Niech to, stary - rzucił Hancock, najwyraźniej zauważając kątem oka wyposażenie przyjaciela, gdy Aina oderwała się od niego na moment, żeby złapać oddech i odgarnąć sobie włosy z twarzy. Nick od razu odpowiedzialnie zebrał je w dłoń. - Nie, że narzekam czy coś, ale widziałem synty drugiej generacji, i one nie pakują tyle... centymetrów.
- Ta - odparł Nick - też to zauważyłem. Doszedłem do wniosku, że to jakiś chory żart tego, kto mnie stworzył w Instytucie, którego z oczywistych względów nie może powtórzyć. Wiesz, przymocujmy syntowi wibrator i zobaczmy, co się stanie. Albo może nie chcieli, żebym miał problemy z tożsamością, jak mi wgrają wspomnienia Nicka.
Hancock przez moment nie odpowiadał, jakby się lekko zawiesił, choć nie przestawał jej rytmicznie na siebie nabijać. Czuła jego szorstkie dłonie a to zaciskające się na jej biodrach, a to sunące po jej gładkiej skórze. - To wibruje?!
Aina zakrztusiła się Nickiem ze śmiechu, bo akurat w tym momencie postanowił nacisnąć jej na potylicę, i zaraz puścił, a ona poczuła raptem fale wibracji w ustach i aż odskoczyła od niego ze zdziwieniem. Hancock wysunął się z niej, i gdy rzuciła okiem do tyłu, patrzył na Nicka z lekko uniesioną z uznaniem brwią. Pokręciła na niego głową, więc położył jej dłoń na policzku i delikatnym naciskiem obrócił ją w swoją stronę. Nick nie czekał na pozwolenie - od razu uniósł się i wbił w nią głęboko, ostro i gwałtownie, aż krzyk wyrwał jej się z ust; spojrzała na Hancocka, na jego czarne oczy i ścięty nos, i cienkie, wręcz niewidoczne wargi, i policzki poznaczone pasmami zbliznowaciałej skóry. Piszcząc, jęcząc i naprawdę starając się nie krzyczeć, uwiesiła się na nim, sunąc dłonią w dół jego nagiej piersi. Rześkie nocne powietrze zostało już całkiem zastąpione przez ich podniecone oddechy i nieuchwytny, ciężki zapach feromonów.
- No już, kochana - szepnął, wsuwając palce do jej ust, przeciągając jej szorstkimi opuszkami po języku. Poddała mu się, i tak niezdolna do zrobienia niczego konkretnego, kiedy Nick rżnął ją od tyłu tak zapalczywie, że z trudem utrzymywała się nawet na kolanach i kontrolowała oddech. Hancock przyciągnął ją i pocałował, choć nie mogła wiele z tym uczynić, czując męskość Nicka tak głęboko, że nie sądziła, że jest to w ogóle możliwe; jakby próbował ją zrujnować, jakby rozwierał ją bardziej z każdym ruchem.
- John, John... - pisnęła Hancockowi prosto w usta. - Rany boskie, John, on mnie zabije...
- Staram się - mruknął Nick między jednym pchnięciem a drugim. Aina krzyknęła z obezwładniającej rozkoszy, wczepiając się w nagie ramiona Hancocka tak, że poczuła, jak trochę jego skóry zostaje jej pod paznokciami. On jednak jakby nie zwrócił na to uwagi; rzucił Nickowi niezadowolone spojrzenie, a synt w odpowiedzi tylko włączył znów swoje wibracje. Aina mogłaby przysiąc, że niebawem straci poczucie samej siebie i już nigdy nie będzie taka sama.
- Już, kochana, no już... - znów szepnął jej Hancock do ucha, niemalże siłą utrzymując jej głowę w pionie. Nauczyła się już widzieć jego oczy za tą pozornie bezkresną zasłoną czerni; teraz patrzył na męskość Nicka wsuwającą się w nią w mechanicznym rytmie i niby bezwiednie opuścił ją na swoją. Był twardszy i większy niż zapamiętała, ale z rozkoszą, niby dobrze wytrenowana niewolnica, zaczęła go wielbić.
Nick nie potrafił się opanować, powstrzymać ani choćby zwolnić. Po prostu nie mógł. Nie po tylu latach. Nie po, kurwa, ponad dwustu latach. Więc zaciskał swoje prawie ludzkie i zupełnie nieludzkie palce na jej biodrach, rżnąc ją tak, jakby miało nie być jutra po raz drugi; i z każdym ruchem miał nadzieję, że poczuje w końcu to, co pamiętał, że w jakiś sposób magicznie go to naprawi i będzie czymś więcej niż czyimś eksperymentem, sztuczną parodią, przerośniętą mechaniczną lalką. Że poczuje naprawdę to ciepło i ucisk, zamiast odczytywać i analizować sygnały elektronicznych receptorów. Ale ta nadzieja nigdy nie miała być spełniona.
A w końcu też się wypaliła. Została już tylko skorupa dawnego Nicka, syntetyk ze świadomością, że jest tylko wrakiem dawnego człowieka, który naprawdę kochał i naprawdę nienawidził, i nie był tylko niepełną imitacją, i, do cholery jasnej, czuł.
I gdy już był pewien, że Aina dochodzi, wykalkulowawszy to nie z jej feromonów, a z sygnałów jej pochwy, z tego ucisku, którego, pamiętał, nie powinien czuć, a jednak odbierał; zmuszając się nieco, wypuścił swoje sztuczne nasienie i... och, KURWA. Nagle to poczuł. Zesztywniał, jakby go poraził niewyobrażalny ładunek elektryczny, ale nie było bólu, który również, mgliście, pamiętał, a jedynie wszechogarniający ucisk.
Nagle przed oczami mignęła mu twarz Jenny, jej usta rozwarte w krzyku rozkoszy, jej włosy rozrzucone po błękitnej poduszce, każdy najmniejszy szczegół wrócił do niego tak dokładnie, jakby wcale nie minęły dwa wieki, i wtedy Nick zrozumiał. To wciąż nie było to. Został zaprogramowany, by jakimś cudem odblokować te wspomnienia, o których nigdy wcześniej nie myślał. To było najbliższe, co mógł osiągnąć, ale to nie było czucie. Tego nigdy więcej nie doświadczy, tak jak i smak powietrza, jedzenia, wody, jak i zapach morskiej bryzy, kwiatów w jej włosach, niej - to wszystko pozostanie już tylko w jego pamięci.
Gdy doszedł do siebie, do tego zimnego, syntetycznego siebie, Aina właśnie opadała biodrami na ziemię, podkulając lekko kolana, podczas gdy Hancock wciąż eksplorował jej gardło na wszystkie możliwe sposoby. Kobieta była już właściwie nieprzytomna, ale Hancock wcale nie wyglądał, jakby się choćby powoli zamierzał zbliżać do szczytu. Na skanerach Nicka był już niemal tak ciepły, jak jeszcze płonące ognisko. Aina jednak z godną podziwu wytrwałością nieprzerwanie zatapiała go w swoich ustach. W końcu, kiedy Nick już się ubierał, Hancock jakby poddał się, zdjął ją z siebie i złożył delikatnie na śpiworze, choć widać było, że przynajmniej jego męskości jeszcze było mało.
- Nie doszedłeś - powiedziała bardzo cicho z bardzo lekkim wyrzutem. Hancock uśmiechnął się i pocałował ją w czoło, a potem mocno wpił się w jej usta.
- No, Aina, kochana - mruknął jej prosto do ucha. - To ty idź teraz spać, a ja jeszcze posiedzę z Nickiem i jego wibratorem. Muszę przyznać, że jestem nim... zafascynowany.
- Pierdol się, Hancock. - Nick rzucił mu spojrzenie zimnego mordercy.
- Właśnie próbuję, mój przyjacielu, właśnie próbuję.


- Nick, w porządku?
- Jasne, Hancock. Zastanawiam się tylko... w czym ja jestem lepszy od tego prawdziwego Nicka?
- Stary. WIBRUJESZ.
[#neverforget]