Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

czwartek, 31 maja 2018

[Fallout 4] Nienormalne (Hancock x Aina)

Przestanę pisać opowiadania z tym dwojgiem, jak Hancock przestanie być taki seksowny...

No to tak. To jest po pierwsze efekt tzw. Spamu Starej Gry, który zaserwowałam Tumblrowi jakiś czas temu, i dla tych, którzy go przeczytają, poniższe opowiadanie nie będzie niczym zaskakującym. Takie są skutki, jak się znowu rozgrywa pierwsze rozmowy z Hancockiem, kiedy on jest takim nieprzeciętnym stymulatorem owulacji, a do tego zdaje się sobie sprawę, że z jego osobowością powinna być opcja w grze, żeby go przelecieć jeszcze ZANIM zostaje towarzyszem podróży, a potem i tak go zromansować. No, więc postanowiłam spróbować to naprawić. A po drugie, jest to przy okazji spin-off od głównej mojej serii Falloutowej pisanej od kiedy FO4 w ogóle wyszedł — gdzie wciąż się zmagam z 3. częścią, a to mi się tak wyrodziło niechcący w międzyczasie... Tak sobie wyskoczyło. Więc uznajmy to za część 0 albo 2.5, jak komu wygodnie.
Także, proszę, Nienormalne, przywleczone specjalnie dla was z angielskiego, bo wyszło mi tak zajebiste, że muszę się podzielić ;)


– I jak tam mój mały skaut?
Ochrypły głos z figlarną nutą posłał fale dreszczy w dół jej pleców. Aż niepojęte było to, jak na nią działał ten mężczyzna, i to tylko po jakichś trzech spotkaniach. Albo może to wina owulacji. Ale jakie to ma znaczenie?
– Dowiedziałaś się, co się dzieje w Galerii Pickmana? – kontynuował, kiedy Aina wracała do rzeczywistości. A potem ona, oczywiście, skoczyła na główkę w sarkazm. Znowu.
– Powiedzmy, że sztuki Pickmana nie będzie łatwo odsprzedać, kiedy te wszystkie ciała zaczną się rozkładać...
A Hancock, oczywiście, się zaśmiał. Znowu. – Cóż, w końcu mówi się, że artystyczna inspiracja jest ulotna, co nie? – Ale potem mina mu zrzedła w coś pomiędzy smutkiem i delikatnym zakłopotaniem, gdy kontynuował: – Chciałbym powiedzieć, że to najbardziej pokręcona rzecz, o jakiej słyszałem... – Kurna, ja też, Hancock, pomyślała Aina. Ja też. – Ale plasuje się tam, w pierwszej trójce... Dam ludziom znać, żeby unikali tej okolicy. Zatrudnienie ciebie było zdecydowanie jednym z moich lepszych momentów. – I znów, ten cholerny uśmiech wrócił na jego upiorną twarz, a dreszcze Ainy do jej kręgosłupa.
Fahrenheit krążyła po pokoju jak lwica, a Aina wcale nie była pewna tego, co miała zamiar zrobić, ale przełknęła to uczucie i kiedy Hancock sięgnął po kapsle, zatrzymała go krótkim: – Yy, poczekaj z tym moment.
– Co?To był pierwszy raz, kiedy zobaczyła na jego twarzy prawdziwe zdumienie, i z jakiegoś powodu przyniosło jej to niewypowiedzianą satysfakcję. – O co ci chodzi?
– W sensie, ja... – Prychnęła. – No dobra, mam sześćset kapsli utargu z łupów z Galerii tak czy inaczej, więc... – Odkaszlnęła, by oczyścić zaciskające się gardło. Serce o mało co nie wyskoczyło jej z piersi na jego kolana. Ba, jej samej niewiele brakowało. Fahrenheit zatrzymała się nieopodal i przyglądała jej się zdecydowanie zbyt uważnie jak na jej gust.
– I?
– I po prostu pomyślałam, że moglibyśmy się umówić na inną zapłatę za tę konkretną robotę. – Wymusiła na ustach coś w rodzaju nieśmiałego, acz zachęcającego półuśmiechu; ale kiedy Hancock wyszczerzył szeroko zęby na jej sugestię, jej cholerne jajniki znowu się odezwały i opuściły ją wszelkie resztki niepewności. Kątem oka zobaczyła Fahrenheit,  gapiącą się na niego z niedowierzaniem, kiedy wstał i postąpił krok ku niej. Aina zdławiła nagły odruch ucieczki, zamiast tego biegnąc do teg, który kazał jej zatopić się w bezdennych otchłaniach czarnych oczu oraz szczytach i kotlinach spalonej radiacją skóry. Nieświadomie oblizała wargi, a usta Hancocka wygięły się w podekscytowany, niemal wygłodniały uśmiech.
Za łatwo poszło, przeszło jej nagle przez myśl. Mocno za łatwo. Coś było na rzeczy. Jakkolwiek seksualnie wyzwolony nie był od samego początku, z tymi jego spojrzeniami i żarcikami, i tymi jego cholernymi podtekstami, nie powinien był tak szybko zgadzać się na jej propozycję. Prawda?
– No, siostro... – Znowu ją tak nazwał. To powinno ją odrzucać, prawda? Nie powinno było sprawić, że zrobiło jej się jeszcze goręcej. Może to tylko ciepło, które biło od niego. No. Pewnie tak.
...Prawda?
Uniosła twarz, by na niego spojrzeć, i zdało się, że niewypowiedziane pytanie wisiało ciężko w powietrzu między nimi. Wcale się nie śpieszył. Cholera, był wręcz tak samo nieufny, jak i ona. A teraz czuła się jak idiotka. Tylko że ciągle miała to rozpalone coś w podbrzuszu i jakkolwiek by nie próbowała, nie było jak tego zignorować.
– Słuchaj, będę z tobą szczera, Hancock – powiedziała z cichym niewinnym śmiechem. – Wiem, jak to wygląda, ale prawda jest taka, że... no, mam po prostu nieprzeciętną chcicę. – Prychnął, ale nie lekceważąco, tylko bardziej pobłażliwie. Może odrobinę patronizująco. Ale atmosfera od razu się zmieniła... poza tą, która otaczała Fahrenheit. Ona wciąż stała z boku, cała napięta i gotowa do skoku. Ale Hancock nawet na nią nie patrzył. Jego płomienny wzrok był skupiony na Ainie, pieścił z wolna jej twarz, wargi, oczy, podbródek. Z samego tego wzroku mogła dokładnie wyczytać, co chciał jej zrobić. I Boże, jak to w niej rezonowało. Oderwała się od niego, żeby nie dać się porwać temu emocjonującemu dyskomfortowi, i powiedziała: – W sensie, naprawdę miałam nadzieję, że cała ta krwawa jatka, którą tam zobaczyłam, zdoła to przytemperować, i cóż, na moment zdołała... ale potem weszłam znów tutaj. – Omiotła go od stóp do głów idealnie wykalkulowanym spojrzeniem. Hancock znów się wyszczerzył. Pokręcił trochę głową. Prawie słyszała ciche piski zębatek w jego głowie. Musiał wiedzieć, jaki wywierał na niej efekt od kiedy tylko się spotkali. Od kiedy pierwszy raz dla niej zabił. Musiał czuć coś podobnego, gdy ona zabiła dla niego. Czy naprawdę to takie dziwne, że w końcu postanowili coś z tym zrobić?
Było coś ekscytującego w takiej relacji jak ich. Coś jak dreszczyk emocji. Ten sam dreszczyk, który się miało, gdy wbijało się bagnet w czyjąś pierś, czuło, jak ugina i łamie się kość, jak umyka powietrze, jak serce ślisko owija się wokół ostrza. Ten sam dreszczyk, który się miało, gdy podlewało się ziemię własną krwią i stawało się boleśnie jasne, że jedyną rzeczą ratującą przed zimnym końcem był szept pojedynczego zastrzyku. Dreszczyk, gdy lufa paliła w ręce, a głowy spluwały mózgami i kośćmi, gdy łuski uderzały o bruk, cyk cyk cyk cyk cyk, gdy zdawało się sobie sprawę, że w miarę jak życie ulatywało z oczu wrogów, coś dzikiego i pierwotnego budziło się we własnej piersi, coś okropnie przypominającego smak zwycięstwa i dominacji. I gdy przypomniała sobie Hancocka, z krwią wciąż spływającą z czubka jego noża i rękawu jego koszuli, odchodzącego od pojękujących resztek parodii ludzkiej istoty, pytającego ją, czy wszystko w porządku... i jeszcze z tą jego przeklętą „siostrą”... O, tak, czuła ten dreszczyk, jak rozpychał jej miednicę i próbował wyprysnąć na jej kombinezon.
Hancock wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę tym jego rozgorzałym wzrokiem, gdy odbywał wewnętrzną bitwę, a potem nagle, jakby coś w środku puściło niczym tama, podjął decyzję. Obrócił głowę — tylko trochę, tak żeby nie stracić jej z oczu — i powiedział: – Fahr, nie chciałoby ci się wyjść, może potrzymać drzwi? – Aina poczuła przypływ podniecenia i gorąca, i dreszczy oblewających ją całą i z zewnątrz, i wewnątrz. Nawet już nie próbowała z tym walczyć. Jasne, wciąż odzywał się ten maleńki, nieszczęsny głosik, który usilnie starała się zepchnąć dalej i dalej w głąb umysłu, a który mówił, że to nienormalne, żeby pozwalała takiemu mężczyźnie... właściwie w dodatku nawet nie mężczyźnie... obrabiać ją w taki sposób, żeby dopuściła się takiej zdrady na pamięci swego męża, żeby pozwoliła na coś takiego... Ale był ciszej i ciszej z każdym ułamkiem sekundy, aż pozostało jedynie jedno pytanie: coś jakiego? I naprawdę, naprawdę chciała odpowiedzi. Normalnej czy nie.
– Nie, Hancock, nie chciałoby mi się – powiedziała jednak Fahrenheit. – Chyba sobie żartujesz. Nawet nie znasz tej kobiety.
– Nigdy wcześniej mnie to nie powstrzymało – powiedział on z kolejnym ze swoich uśmiechów, które zdawały się być coraz cieplejsze i czulsze za każdym razem, gdy na nią spojrzał; ale potem jakby zrozumiał, o co chodziło jego ochroniarce, bo sięgnął do ramienia Ainy i powoli, intymnie, zsunął z niego jej karabin. Jego oczy nie opuściły jej twarzy nawet na moment dopóki nie wręczył broni Fahrenheit mówiąc: – Lepiej? To idź. – A potem wracając wzrokiem do Ainy: – Poradzę z nią sobie sam.
Aina naprawdę chciała powiedzieć „Nie byłabym taka pewna”, ale coś w jego ochrypłym, niskim głosie wybuchło wewnątrz niej tak mocno, że nogi napięły jej się jak struny, a ona złapała się na zagryzaniu wargi do białości i nagle nie mogła normalnie oddychać. Nie mogła już dłużej wytrzymać.
– Zazdrosna? – spytała, kiedy tylko drzwi zamknęły się za Fahrenheit. Hancock wzruszył ramionami.
– Może o ciebie. Jest lesbijką.
– Hm. – Aina obejrzała się na drzwi z zaintrygowanym uśmiechem na ustach. – Chcesz ją zawołać z powrotem?
I znowu to się stało — drugi raz zdołała wytrącić go z równowagi. Robiła się coraz lepsza w te klocki. – Na poważnie? – rzucił z prawdziwym szokiem wymalowanym na twarzy. Pozwoliła sobie rozkoszować się widokiem przez moment zanim odparła:
– No co? Potrafię docenić piękną kobietę – z kolejnym spojrzeniem w stronę drzwi, tym razem również z uniesioną brwią. Potem wróciła wzrokiem do Hancocka i obdarzyła go kolejnym półuśmiechem. Ze zdziwienia przeszedł do czegoś pomiędzy nieokiełznanym pożądaniem a niedowierzaniem z nutą niepewności.
– Może następnym razem – mruknął, zbliżając się. Gdy ich wargi się spotkały, wszelkie procesy myślowe Ainy z radością wyskoczyły za okno. Jego silne dłonie schwyciły ją w talii, przyciągnęły bliżej, a ona położyła swoje na jego szczęce, i wszystko to wydawało się ważne, niezastąpione, jakby wciąż była jeszcze szansa, że zaraz ją puści i wywali na zbity pysk.
Ale potem sama się odsunęła, zupełnie bezmyślnie, z ustami wciąż lekko rozwartymi, gdy przejechała palcami po jego policzkach, jakby chciała zapisać w kodzie linii papilarnych każde zagłębienie i pasek skóry... czy raczej tego, co z niej zostało. Pozwolił jej na to przez chwilę, a potem, delikatnie przejeżdżając kciukiem po jej wardze, spytał miękko: – Pasuje ci to? –  i jakimś cudem brzmiało to tak, jakby chodziło mu o więcej niż tylko jego wygląd czy rasę. Ale to nie miało znaczenia; w tym momencie była skłonna pozwolić mu na absolutnie wszystko, co tylko chciał. Przytaknęła bezmyślnie, już skupiona znów na jego ustach, i sięgnęła ku nim, gdy on znów się schylił; całowali się... sama nie wiedziała, jak długo, zanim w końcu się od siebie oderwali i znowu po prostu patrzyli się w siebie nawzajem przez chwilę. Było coś w jego wzroku — choć nie miała pojęcia, jak się odnajdywała w tych jego czarnych oczach — ale coś tam było... Pożądanie i podniecenie, oczywiście, ale też coś głębszego, ukrytego dalej, i nie mogła do końca tego określić, ale z absurdalną pewnością wiedziała, że błagało ją, by go nie puszczała... Albo może tylko przenosiła na niego swoje własne uczucia.
Aina cofnęła się o krok i absolutnymi resztkami rozsądku, znów rzucając okiem na drzwi, powoli i ku rozbawieniu Hancocka zdjęła z siebie Pip-Boya i kaburę z dziesięciomilimetrówką i położyła je na stole. Przez moment trwali w impasie: on wpatrywał się w nią jak rozszalałe zwierzę, a ona pozwoliła sobie rozpłynąć się pod tym jego wzrokiem, ale wciąż coś w rodzaju blokady po latach i latach narzuconej jej przez społeczeństwo przyzwoitości nie pozwalało jej spełnić swego najskrytszego marzenia, żeby go obskoczyć już, teraz, natychmiast. A potem jej wzrok spadł do jego warg, tych cienkich, ledwo widocznych linii pozostałych po tym, co kiedyś z pewnością miało żywy czerwony kolor krwi i żądzy, i w tej jednej sekundzie jakby dała mu przyzwolenie, bo Hancock złapał ją za głowę i pociągnął do spotkania z nim, gdy znów zatopili się w gorącym pocałunku. Ten jednak różnił się od poprzednich, był wyraźnym preludium do tego, co miało się za chwilę wydarzyć, tak naturalnie pożądliwy, że wydawał się wykalkulowany, by wywołać w niej stan nieprzytomnego podniecenia. Aina owinęła ramiona wokół szyi Hancocka – brzeg jego kołnierza otarł się o rękaw jej kombinezonu z cichym, wyczuwalnym wręcz zgrzytem; przylgnęła do niego, równie wygłodniała tego, co jej dawał, co on, by jej to dać. Uderzyli ciężko o ścianę. Hancock okręcił ją jednym ruchem, jednocześnie tak kontrolowanym i nieobliczalnym, że serce zabiło jej szybciej od dreszczyku emocji. Przycisnął ją całym ciałem do obnażonych cegieł i pachnącego wilgocią tynku, wyraźnie bardzo starając się, by się o nią nie ocierać, kiedy odsunął na bok jej włosy i ściągnął płaszcz z jej barku, i przyłożył wargi do jej szyi nad krawędzią kombinezonu. Zdołała stłumić jęk do chropawego stęknięcia, ale z ledwością, i z jej skórzanym płaszczem już zwisającym luźno z jej łokci, sięgnęła do tyłu na oślep, by objąć dłonią jego krocze. Hancock wydał z siebie najgorętszy z oddechów, prosto w jej ucho, gdy zaczęła go masować, drugą ręką pomagając mu rozpiąć jej kombinezon, żeby mógł wsunąć dłoń w jej spodnie. Jego skóra, szorstka i sucha, przesunęła się po jej najdelikatniejszej tak ciepło, och, tak bardzo ciepło, kiedy tak torowała sobie drogę, żeby w końcu znaleźć jej napęczniałe miejsce.
Zarzuciła biodrami i w odpowiedzi wygięła plecy w łuk, ale Hancock tylko przycisnął ją mocniej do ściany aż była kompletnie zdana na jego łaskę. Jej głowa opadła mu na ramię, łzy znaczyły brzegi jej oczu, a ręka zwyczajnie nie mogła znaleźć rytmu, kiedy czynił cuda palcami i pieścił wargami jej ucho. Chciała go dosiąść. Nie ważne, czy jego palce, kutasa, czy twarz. Wszystkim, czego chciała w tej konkretnej chwili, było doprowadzić się do szczytu jeżdżąc po czymś biodrami – po jego czymś. Zamiast tego mogła tylko pozwolić, by ją zaspokajał najlepiej, jak potrafił, i mieć nadzieję, że uda jej się dojść, i może jeszcze wygiąć się niemożebnie, żeby pocałować go przez ramię. Hancock wsunął język do jej ust, jakimś cudem nie tracąc rytmu, który ustalił sobie dla palców, i dopiero w tym momencie w końcu w pełni to poczuła... Jego smak. Och, ten smak. Było w nim coś cierpkiego, jakby jego ślina kłuła ją w język milionami małych igiełek, a to nałożone na świeżość czystej wody z nutką dymu i alkoholu... ale było też coś jeszcze, coś pod spodem pod tym wszystkim, jakby obietnica słodyczy, i Aina złapała się na sięganiu głębiej i głębiej z każdym pocałunkiem, próbując ją odnaleźć. Wbiła mu palce w kark tak, że aż poczuła fragmenty skóry i tkanki pod paznokciami, ale on nawet nie drgnął. Wydawało się, że kompletnie się skupił na niej, że w tej chwili istniał tylko po to, by przynosić jej rozkosz, że stracił zupełnie świadomość własnego ciała i zamiast tego zrósł się z nią na niższym, emocjonalnym poziomie. Dla niego nie miało znaczenia, jak długo go całowała czy ile sprawiła mu bólu – liczyło się tylko doprowadzenie jej do samej granicy rozkoszy, za którą tak długo tęskniła... a potem zostawienie jej tam.
Poczuła na policzku jego uśmiech, kiedy wydała z siebie głośny jęk i zaczęła ocierać się o jego nieruchomą nagle dłoń, podczas gdy on zwyczajnie objął jej kobiecość i tylko przyciskał do niej dłoń. Oddechy miała ciężkie podnieceniem, a pomiędzy nie wkradały się ciche jęki, ale on pozostawał niewzruszony. Wolał ją torturować. To było tak oczywiste, że prawie że bolało samo z siebie, ale z drugiej strony nie miało znaczenia. Nie miało znaczenia, bo naprawdę bardzo chciała, żeby kontynuował, i była gotowa zrobić absolutnie wszystko, by tak się stało.
 – Och, proszę, proszę... – jęknęła prosto w jego usta, wyginając się znów w łuk, by w ogóle ich dosięgnąć.
– Hmm? – mruknął, mistrzowsko trzymając swój bezczelny uśmiech zaraz przy jej, a jednak poza jej zasięgiem. – Tak?
– Kurwa... – Nie było słów, którymi mogłaby wyrazić, jak bardzo go nienawidziła w tej konkretnej chwili. Znów uderzyła biodrami o jego dłoń, ale nic to nie dało. – Proszę, kurwa, proszę, włóż je we mnie i doprowadź mnie, dobra?
Hancock wyszczerzył się bardziej, i gdy wcisnął dłoń jeszcze głębiej, jednocześnie kontynuując swoją dreszczotwórczą kampanię w dół jej szyi, Aina zmiękła jak wosk w jego ramionach, zapominając się w tej rozkoszy. Ale to jeszcze nie był koniec. Ponieważ gdy tylko zacisnął zęby na jej szyi i doprowadził ją do gwałtownego, mokrego orgazmu, obrócił ją znów ku sobie, delikatnie opierając ją o stolik, żeby nie upadła, jeśli jej drżące nogi postanowiłyby się pod nią ugiąć. Jego dłoń błyszczała z lekka, pozostawiając za sobą ledwo widoczny ślad, kiedy tak sunął nią powoli w górę i dół jej nagiego ciała. Napawając się nim.
Dał jej chwilę na złapanie oddechu zanim znów zaczął ją całować z tym samym pożądliwym głodem, który widziała wcześniej w jego oczach. A Aina znów mu się poddała. Nie było już sensu z tym walczyć. Zresztą, zabiłaby, żeby móc znów zasmakować jego ust. Ba. Właściwie to zabiła, żeby móc zasmakować jego ust.
Z każdą sekundą coraz bardziej ulegając desperacji, pozwoliła dłoniom wybadać jego ciało w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby zdjąć jako pierwsze. I przez mgłę utworzoną z jego uzależniających pocałunków i przejmującego gorąca jego oddechu przebijała powoli świadomość, że czegoś takiego nie ma.
– Mm, poczekaj sekundę – wymamrotała, odsuwając się, by przyjrzeć się jego ubraniom. Cholera. To będzie trudniejsze niż myślała. Przynajmniej zgubił swój trójgraniasty kapelusz gdzieś w trakcie tego całego zamieszania.
– Pozwól, że ci pomogę – odparł z uśmiechem. Zdjął swój czerwony płaszcz, jakimś cudem robiąc to trochę jak żigolo i potęgując jej dreszcze. Aina schwyciła go za szarfę i przyciągnęła bliżej, rozkoszując się uczuciem jego naprężonego ciała przyciskającego ją do stołu; teraz to jej umysłowe zębatki powoli wracały do życia, gdy najpierw odpięła pas, który nosił na ukos przez tors, a potem zaczęła szarpać się z jego staroamerykańską szarfą, podczas gdy Hancock obserwował jej niezbyt skoordynowane ruchy z lekkim rozbawieniem.
W końcu, szarfa opadła na podłogę, a zaraz za nią jego niebieska kamizelka i w końcu koszula, a potem Hancock stał przed nią tylko w swoich skórzanych spodniach i Aina nie mogła powstrzymać się od gapienia się i sunięcia palcami po jego odsłoniętym torsie. Nie był umięśniony per se, nie tak, jak Nate po jego służbie wojskowej i miesiącach spędzonych w pancerzu wspomaganym, ale Hancock był wyraźnie niedożywiony i to, w połączeniu z jego niesamowicie cienką popaloną skórą, sprawiało, że każdy mięsień, który miał, był wyraźnie widoczny w upiorny, nienaturalny sposób. Nienormalny sposób. I tak ją to podniecało, że coś chłodnego i mokrego ocierało się o jej uda przy każdym ruchu.
A kiedy już napoiła oczy tym paradoksalnie wspaniałym widokiem jego nagiej piersi, a palce teksturą jego napromieniowanej skóry i żylastych linii jego ścięgien drgających lekko pod spodem, podczas gdy on obserwował ją z oddechem przyspieszającym z każdą kolejną sekundą i dłońmi zaciskającymi się na jej talii coraz tylko mocniej, ucałowała jego ramię i zeszła dalej na szyję, sunąc paznokciami w dół jego torsu aż do granicy jego spodni. Syknął, chwytając jej ręce.
– Hej, bez drapania… – mruknął z ustami już tak blisko jej, że wiedziała, jak smakuje dym z jego oddechu. Lekko ugryzła go w wargę w ramach przeprosin, a potem zatopiła się głębiej w dzikim pocałunku. Wydawało się, że Hancock poddaje jej się i zapomina o bólu, ale wyszło na to, że to ona się zapomniała, bo nawet nie zauważyła, kiedy zsunął jej płaszcz z drugiego ramienia i zawinął nim jej nadgarstki, więżąc je między nią a stołem. – Zostań tak.
Mogła się oczywiście uwolnić w każdej chwili, ale wcale nie chciała. Tylko dlatego, że ją o to poprosił. Boże, istnie przerażające, to, co była gotowa zrobić dla…
– Pokażę ci, dlaczego lubię te spodnie – rzucił z szelmowskim uśmiechem zanim odsunął się na krok, wciąż z oczami utkwionymi w jej. A potem powoli spojrzał w dół, a ona powiodła za jego wzrokiem jak kukiełka i patrzyła, z gorącym dreszczykiem bawiącym się jej wnętrznościami, z płucami nienadążającymi za tym wszystkim, jak je powoli rozpinał… i rozpinał, aż rozporek dotarł do jakiegoś punktu daleko między jego nogami. I Aina szczerze nie potrafiła stwierdzić, czy bardziej ją zdumiało to, czy to, co już wyglądało ze środka, ale jej oddech tak czy inaczej ani myślał spowalniać w najbliższym czasie. Hancock rzucił jej kolejne zadowolone spojrzenie, w pełni świadom tego, jaki wywierał na niej efekt, pociągając materiał w dół tylko na tyle, by odsłonić wszystko. Aina wydała z siebie głębszy oddech plasujący się niebezpiecznie blisko westchnięcia i znów poczuła dreszcze, ale tym razem trochę bardziej niespokojne. Nie miała bladego pojęcia, jak go tam zmieści. W tym mężczyźnie nie było za grosz wstydu, ale na Boga, nie miał się wcale czego wstydzić.
– A teraz – powiedział znów z szerokim, dumnym uśmiechem, wzrokiem opadając ku jej ubraniom – pozwól mi się zastanowić, jak toto zdjąć…
Aina stłumiła śmiech. – Do tego będziesz musiał pozwolić mi się ruszyć – wyjaśniła najbardziej rzeczowym tonem, jaki mogła z siebie wydobyć, gdy odwzajemniała zaraźliwy uśmiech Hancocka.
– Hmm… W takim razie może jeszcze za chwilkę. – Omiótł ją wzrokiem, powoli. – Mm. To dopiero widok. Ale muszę zapytać — dlaczego nie masz na sobie stanika? Ten kombinezon nie wygląda na… delikatny.
Wzruszyła ramionami. – Lepsze to niż spać ze ściśniętymi piersiami. – A po kolejnej chwili wypełnionej nim napawającym oczy każdym calem calem tego, co z jej ciała zdołał dotychczas odkryć, i nią zagryzającą wargę, gdy rzucała spojrzenia temu, co dla niej miał, dodała: – Czy ty będziesz delikatny?
Uśmiech Hancocka natychmiast stał się bardziej pokrzepiający, gdy się zbliżył i złożył na jej ustach zadziwiająco powściągliwy pocałunek na jej ustach zanim zszedł niżej, mówiąc: – Jasne, że tak. – A kiedy jego wargi pieściły i całowały w dół jej szyi, posyłając fale dreszczy po jej kręgosłupie, dostała takiej gęsiej skórki, że pewnie była w dotyku taka sama jak on, i prawie poddała mu się całkowicie — gdyby tylko nie ta jedna mała myśl uwierająca w tył jej głowy. Jej spowolnionemu, ospałemu umysłowi zajęło chwilę, żeby ją odnaleźć.
– Kurwa… – wyrwało jej się z ust, kiedy w końcu zrozumiała, o co chodziło, i chciała jednocześnie płakać i śmiać się z zakłopotaniem.
– Hmmm? – mruknął Hancock, wciąż przyklejony do jej szyi. Czuła wibracje jego pomruku na skórze.
Aina przez chwilę milczała, zbierając odwagę, by wypowiedzieć tę kompletną głupotę, która trzymała jej umysł w morderczym uścisku. – Właśnie zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak masz na imię…
Poczuła, jak uśmiecha się przy jej szyi. Marzyła o tym, by ukryć twarz w dłoniach, ale te wciąż były zawinięte w płaszcz i uwięzione między nią a stolikiem, a z Hancockiem naciskającym teraz na nią całym ciałem, nie było mowy o ich uwolnieniu. Miała tylko nadzieję, że nie wpadnie mu do głowy… Cholera jasna.
Hancock przesunął wargami po jej szyi, gdy wracał na górę, by spojrzeć jej prosto w oczy, a razem z nim przyszło nieprzemożne gorąco i wspięło jej się na policzki. Cholera, kurwa, jasna.
– John – szepnął, znów ją całując, tym razem z tak niepohamowanym pożądaniem, że natychmiast zapomniała, czym była tak zawstydzona, a ciepło z podbrzusza rozeszło się po całym jej ciele. Sięgnęła ku niemu, ku jego specyficznemu smakowi, i ledwo zdołała się cofnąć, kiedy to on z kolei się odsunął. Zaczął ją rozbierać, tym razem na serio, zaczynając od odwinięcia tego bajzlu z jej płaszczem i rękami. Prychnął cicho z półuśmiechem. – Skoro jesteśmy w tym temacie, to ja nie znam twojego.
Nie mogła powstrzymać cichego śmiechu. Owinęła mu ramiona wokół szyi. – Aina.
– W takim razie, Aina, ściągnijmy to w końcu z ciebie. – Hancock pozwolił sobie na jeszcze tylko minutę napawania oczu i dłoni jej piersiami i talią, aż w końcu obrócił ją przodem do stołu. Zwiesiła głowę z oddechem tak ciężkim, że aż kręciło jej się w głowie, i przymknęła oczy. Teraz czuła już tylko krawędź stołu wbijającą jej się w miednicę i twardą męskość Hancocka przy jej udzie, gdy jego ręce ściągały kombinezon z jej ramion aż opadł wolno z jej bioder. Jedna z jego szorstkich dłoni przesunęła się w górę jej kręgosłupa w towarzystwie jeszcze jednej fali dreszczy, uciskając mocniej, im wyżej była, aż Aina załapała i pozwoliła mu się położyć na stole. Przez kolejną chwilę, gdy ściągał z niej resztę ubrań dopóki nie stała tam kompletnie naga, zdała sobie sprawę, że naprawdę mógłby zrobić z nią teraz, co tylko chciał, i wydawało się to… nie w porządku, w jakiś sposób. Być tak bezbronną, tak kompletnie na jego łasce; była bliska paniki, gdy w pełni do niej dotarło, jak bardzo szybko to mogło pójść bardzo źle, i już postanawiała pobiec po broń, kiedy Hancock nagle opadł za nią na kolana i… Ooch, Boże. Och, już nigdy, przenigdy w niego nie zwątpi.
Samo ciepło bijące od jego języka zlizującego jej wilgoć wystarczyłoby, żeby oszalała z rozkoszy, ale kiedy dołączył do gry jeszcze palce, ciało Ainy zwiotczało jak szmaciana lalka. Na szczęście nie maltretował jej zbyt długo, ale kiedy wstał i umiejscowił się za nią, rzuciła “Nie!” i zerwała się na równe nogi zanim w ogóle pomyślała, co robi. Nie potrafiła stwierdzić, czy bardziej się zdziwił, czy przestraszył, że zrobił coś nie tak.
– Przepraszam – mruknęła, podchodząc bliżej i kładąc dłonie na jego rozpalonej piersi. – Po prostu… Chcę na ciebie patrzeć, kiedy będziesz mnie otwierał.
Znowu wyszczerzył się w zadowolonym uśmiechu, choć wyraźnie jeszcze nie do końca odzyskał rezon, i przyciągnął ją do pocałunku, jednocześnie przyciskając ją z powrotem do stołu. Wciąż przyklejony do jej ust, zrobił miejsce spychając na ziemię swoją kolekcję narkotyków, posadził ją tam i rozłożył jej nogi najszerzej, jak się dało, nieprzeciętnie ją przy tym podniecając. Ale wtedy znowu odezwała się niepewność, i wydawało się, że w nich obojgu, bo Hancock nagle cofnął się i spojrzał na nią uważnie.
– Czekaj, czy ty chciałaś powiedzieć, że to twój pierwszy raz? – spytał, marszcząc brwi.
– Z mężczyzną, od naprawdę zajebiście długiego czasu… tak. – Nie było sensu mówić czegokolwiek innego niż prawda. Wkrótce sam się przekona, jak długi to był czas.
– Dobrze. – Zaczął bawić się jej piersiami, jednocześnie doprowadzając się do pełnej gotowości, gdy ona uczepiła się jego ramion, czując każde drgnięcie i każdy skurcz mięśni pod palcami. – Powiedziałaś to w taki sposób, że przez moment myślałem, że jesteś dziewicą.
– Przeszkadzałoby ci to? – wyszeptała, pochylając się ku niemu, by zacząć całować i sunąć językiem po jego szyi, a on westchnął cicho i odchylił głowę do tyłu, ułatwiając jej dostęp. Ręka zacisnęła mu się na jej talii, a drugą dalej robił sobie dobrze, choć było jasne, że bardziej skupiał się na doznaniach, które zapewniała mu ona.
– Jasne, że nie – zdołał mimo to powiedzieć całkiem równym głosem. Brawa za opanowanie. – Ale bardzo zmieniłoby to, co bym ci zrobił.
I znów, gdy powiedział to takim niskim, ochrypłym głosem zaraz przy jej uchu, zalały ją kolejne fale dreszczy i pożądania. Musiała zaprzęgnąć całą swoją siłę woli, żeby pozostać przy jego szyi. Chciała, żeby miał nerwy napięte jak postronki zupełnie tak, jak ona, zanim go w końcu wpuści. Żeby był w takim samym stanie, jak ona. Mało tego, chciała go sama do niego doprowadzić. I wcale nie było to trudne, nie kiedy jego skóra była tak cienka, że za każdym razem, gdy mocniej uciskała, jego całe ciało drżało z podniecenia.
Szczerze spodziewała się przynajmniej posmaku albo okazjonalnego powiewu spalonego ciała, kiedy była tak blisko niego, ale nic takiego nie odczuła. Miał lekko kwaskowatą skórę, ale była bardziej skłonna winić za to narkotyki niż to, że był ghulem. Poza tym, smakował całkiem zwyczajnie — trochę słonawego potu, lekka metaliczna słodycz w zagłębieniach i po prostu nic na szczycie fałdów. Och, i pachniał trochę jak sosna i siano, z jakiegoś powodu.
– Powiedziałeś to w taki sposób, że przez moment chciałam być dziewicą – powiedziała, przygryzając jego ucho, a kiedy on prawie że zawinął się wokół niej w odpowiedzi, wiedziała, że był blisko tamtego stanu. – Ale nieistotne. Obiecuję, że nie ma dużej różnicy.
Ścisnął jej talię jeszcze bardziej, przymykając oczy, a dłoń, którą miał owiniętą wokół swojej męskości, wydawała się poruszać z większą desperacją, gdy to mówiła. Aina dostrzegła to wszystko i poczuła coś w rodzaju przypływu nieprzemożnej satysfakcji. Jeśli to tak się czuł, gdy drażnił się z nią, była skłonna mu to wybaczyć. A potem znów zbliżyła się do jego ust i najgorętszym, najsłodszym głosem, jaki tylko mogła z siebie wydobyć, szepnęła: – No, chodź.
Kolejna tama zerwała się z hukiem i Hancock przyciągnął ją do wygłodniałego pocałunku, rękę zaczepiając o jej kark tak, że nie było wątpliwości, że nie miał najmniejszego zamiaru jej puszczać w najbliższym czasie. Była tak rozpalona, że ledwie mogła to znieść, i sądząc po jego twardości, on też. Znów położyła dłonie na jego policzkach i znów zdumiało ją to, jak jego skóra i żuchwa przesuwały się pod jej palcami, gdy posapywał gorącymi, ciężkimi oddechami i smakował jej wargi i język, jakby nie mógł się nią nasycić tak, jak ona nie mogła nasycić się nim. Czy tak to jest? Być jednością?
Wyglądał erotycznie nawet kiedy zajmował się formalnościami, zdejmując trochę śliny z warg, by zwilżyć swój koniec, i rozszerzając ją, by jej własne podniecenie ułatwiło wejście; Aina nie mogła przestać się wpatrywać w jego wyraz twarzy, oczy patrzące w dół, rozwarte usta, bezwłosą brew lekko drgającą, gdy się dotykał. Wszystko w nim w tej chwili było seksowne. Nawet kościsty grzebień tego, co zostało z jego nosa.
Aż w końcu umieścił się przy jej wejściu i myśl o byciu znów tak otwartą i pełną zalała jej zmysły podnieceniem. Owijając ramiona wokół jego szyi, spojrzała w dół i patrzyła z niemym zachwytem, jak powoli, metodycznie się w nią wsuwał.
– O, kurwa – wymamrotał po drodze – rzeczywiście jesteś ciasna…
Przyciągnęła go do pocałunku, tak po prostu, tylko dlatego, że podobało jej się, jak jego usta się poruszały, gdy mówił, ale on musiał pomyśleć, że to zaproszenie, bo nagle wepchnął się w nią najdalej, jak się dało — choć co prawda to wcale nie było daleko. A Aina wydała z siebie wrzask bólu i rozkoszy zanim w ogóle zarejestrowała, co się dzieje.
 Po kilku długich sekundach uspokajania jej, kiedy przyłożył czoło do jej i szeptał przeprosiny, Hancock spróbował się z niej wysunąć, ale po tym, jak ból ją na nim zacisnął, każdy jego ruch palił żywym ogniem. A gdy wydała z siebie parę syknięć i jęków, zaciskając palce na jego ramionach, Hancock z braku innych pomysłów, pewnie starając się ją odwrócić jej uwagę, rzucił: – No weź, nie jest aż tak wielki.
Aina prychnęła tłumionym śmiechem. – Właśnie że jest! – odpowiedziała i ucałowała go w ten głupi uśmiech, po czym otarła oczy z łez i spojrzała w dół. – Okej. Jeśli cokolwiek, to jestem wytrwała. Spróbujmy jeszcze raz.
Tym razem ona go ujęła — dowiadując się przy okazji, że nie mogła całkiem owinąć wokół niego palców, co prawdopodobnie tłumaczyło, dlaczego mieli takie problemy — i wsunęła go w siebie. Tym razem Hancock poruszał się jeszcze wolniej, cofając się kilka razy, ale sukcesywnie wciskając się głębiej, rozwierając ją bardziej i mocniej z każdym pchnięciem aż Aina była pewna, że pęknie. Jęki wyrywające się z jej ust tylko rosły, a kiedy Hancock w końcu dotarł do jej najgłębszego punktu, była tak obezwładniona tym wszystkim, że nie mogła już nawet jęczeć ani krzyczeć, a tylko oddychała ciężko z głową zawieszoną na jego ramieniu, wdychając zapach sosny i siana, i potu. I dopiero kiedy wydawało się, że minęła wieczność, a jej wnętrzności przesunęły się i rozluźniły, by go pomieścić, dopiero wtedy udało jej się znów spojrzeć mu w twarz.
Wydawał się blady, o tyle, o ile to było możliwe, kiedy jego skóra była zasadniczo jedną wielką blizną, ale głęboko w jego oczach czaił się błysk, który zdradzał, ile musiał włożyć w to, by nie zacząć się w nią wbijać z bezmyślną pasją.
– Wszystko gra? – spytała, przesuwając kciukiem po jego wargach.
– Och, tak – zapewnił ją. – Przez moment myślałem, że się tu zatracę, i to nie w ten dobry sposób. U ciebie?
Aina przytaknęła, ale nie wydawało się to do końca szczere, więc pocałowała go, żeby to nadrobić. I to przebrało miarę. Schwycił ją za żuchwę i łapczywie przyciągnął ją bliżej, a drugą ręką przytrzymał jej biodra, gdy zaczął się w nią wbijać raz za razem. I jakkolwiek Aina by nie chciała, żeby jej się to podobało, jej kobiecość nie podzielała tego zdania. Każdy jego ruch posyłał fale nieopanowanej rozkoszy i nieznośnego bólu po jej całym ciele, a za każdym razem, gdy się cofał, czuła się tak, jakby zabierał ze sobą całe płaty jej wnętrzności. W którymś momencie jego ręka spadła niżej i schwyciła ją za szyję, lekko ją podduszając — i z jakiegoś powodu spodobało jej się to jeszcze bardziej. Odchylił jej głowę siłą, by przylgnąć ustami do jej obojczyków i powoli sunąć do góry, ciągle wpychając się w nią z rosnącą desperacją, jakby nie mógł się nią nacieszyć. A Aina mogła tylko trzymać się mocno jego barków i cicho, w ledwie słyszalnych szeptach, błagać go, by nie przestawał.
– Och, Boże, proszę... John, więcej, więcej...  Tak, proszę…
Z każdą chwilą, każde pchnięcie stawało się następnym i poprzednim jednocześnie, aż Aina nie czuła już upływu czasu, jedynie Hancocka i jego ciało przylegające ciasno do jej, i jego palce na szyi, zaciskające się lekko przy każdym jego ruchu, i jego masywną męskość druzgocącą jej wnętrze. W ferworze tych uczuć  nie umiała nawet stwierdzić, czy on jeszcze tam był, czy jego umysł się zamknął wokół jej ciepła i ciasnoty, która wciąż nie ulegała jego naporowi. I tak ból trwał, podmywając wszechogarniającą rozkosz wybuchającą w jej jękach, które wciąż, resztkami rozsądku, próbowała tłumić; i uwielbiała ten ból. I nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek go nie było, a jeśli tak i mogłaby do tego czasu wrócić, nie była całkiem pewna, czy by chciała.
Cholera jasna.
– Czekaj. Czekaj. – Odepchnęła Hancocka nieco, ale tylko nieco, zwłaszcza że balansowała na brzegu stołu i gdyby zbyt szybko odszedł, jej własne nogi z pewnością by jej nie utrzymały. Łzy cisnęły jej się na powieki, kiedy bezskutecznie próbowała się ich pozbyć zanim Hancock je zauważy.
– Co się dzieje? – spytał z ciężkim oddechem i głosem jeszcze bardziej ochrypłym z podniecenia. A potem cisza, przestał w ogóle oddychać, i nawet z zamkniętymi oczami i pochyloną głową Aina wiedziała, że w końcu zobaczył. – Nie mów, że cię skrzywdziłem?
– Nie, nie… – Pokręciła głową, ale zaraz zdała sobie sprawę, że właśnie wypierdoliła przez okno idealne wyjaśnienie na to, co się z nią działo. Nie mogła powiedzieć mu prawdy. Nie mogła mu powiedzieć, że właśnie znikąd przypomniała sobie o swoim zmarłym mężu i ich dwustuletnich wspólnych chwilach, ich ostatnich wspólnych chwilach, i że napływ tamtych uczuć zmieszał się z tymi uczuciami, i że uświadomiła sobie, że gdyby miała wybór, wolałaby zostać tu i teraz i dalej pozwalać Hancockowi wbijać się w stół zamiast wrócić do swojego dawnego życia z Nate’em, i ta zdrada… Nie mogła mu tego powiedzieć. Nie w tej chwili i pewnie nie nigdy. (Wypchnęła z głowy szalone, wywołane hormonami fantazje o wspólnym życiu z Hancockiem.) Ale Hancock wciąż patrzył na nią ze zmartwieniem i stawało się jasne, że tego tak nie zostawi. Więc co miała mu powiedzieć?
– Hej, co się stało? – Starł łzy, które uciekły spod jej zaciśniętych powiek. Cholera jasna. – Słuchaj, jeśli chcesz przest…
– Nie. Nie. – Owinęła wokół niego nogi, ale nie pozwolił jej się wepchnąć głębiej, więc w końcu na niego spojrzała. Twarz Nate’a przewinęła jej się przed oczami zanim Hancock znów się przed nią pojawił, i samo to prawie posłało kolejną falę łez w dół jej policzków. Cholera, kurwa, jasna.
– Aina… – ale widząc, że nie reaguje, Hancock wrócił do swojej niefrasobliwej, wyluzowanej persony. – Hej, doceniam sentyment – mówił, sunąc dłońmi po jej udach – ale nie musisz robić niczego, czego nie chcesz. Możemy przestać, zapalić sobie Jeta pokoju i się rozejść. Bez spiny.
Ogarnij się, dziewczyno. Nate nie żyje. Echo wystrzału zabrzmiało w jej uszach. Przeszywający, zimny strach zmroził jej kości. No dalej… No, daj spokój. Nie mogła powiedzieć Hancockowi. Nie mogła.
– Serio – kontynuował, zbliżając się nieco bardziej i przesuwając nosem po jej policzku, kiedy sięgał ku jej ustom. Brzeg kości zarysował jej skórę i posłał dreszcz w dół jej pleców. – Jakoś to zniosę. Jestem dużym chłopcem.
– No, jesteś – szepnęła, pociągając go do tego pocałunku, na który tak wyraźnie liczył. Poczuła uśmiech na jego ustach i nie mogła go nie odwzajemnić. Kurna, był zaraźliwy. Ale kiedy w końcu się od siebie oderwali, znów na nią spojrzał, wciąż oczekując jakiegoś wyjaśnienia. – Nic się nie stało. Po prostu miałam chwilę słabości.
– Wątpisz we mnie? – zażartował. Aina prychnęła z cicha, choć gorąco znów wstępowało na jej policzki. Musiała nauczyć się lepiej kłamać, i to szybko.
– Może troszkę. – Uniosła palce. – Tak tylko… troszkę, o tyle?... Żartuję. Po prostu przypomniałam sobie coś i zrobiło się nieprzyjemnie na moment. Ale już wszystko dobrze. I nie chcę, żebyś przestawał.
– Czaję – odparł, i zabrzmiało to tak, jakby zrozumiał znacznie więcej niż tylko to, co powiedziała. Jego dłonie wróciły do badania zakamarków jej ciała.  – Ale chyba będziemy musieli zacząć od nowa. – Wysunął się z niej, by pokazać, co miał na myśli.
Aina uśmiechnęła się ze współczuciem. – No, nie może być łatwo utrzymać takiego kolosa w górze przez dłuższy czas. Czy to dlatego byłeś wcześniej taki blady?
A Hancock, jak się spodziewała, tylko się zaśmiał i odparł: – Och, chodź tu, ty mała kokietko. – A gdy znów sięgnął ku jej ustom, dłońmi zjechał do jej bioder i zdjął ją ze stołu, Aina, zaskoczona, wydała z siebie stłumiony okrzyk, uczepiając się jego ramion, ku jego ogromnej satysfakcji.
– Masz z tego za dużo frajdy – wymamrotała z wyrzutem.
– Ja bym raczej powiedział, że za mało. – Wyszczerzył się, znów ją całując, kiedy niósł ją w stronę kanapy. Aina oderwała się od niego, kiedy tylko mogła się do tego zmusić.
– Może lepiej patrz, gdzie idziesz – rzuciła. – Po tym, co przeszłam, byłoby wręcz obelgą umrzeć od uderzenia głową w stolik do kawy.
– Problemy z zaufaniem? – spytał z tym jego szelmowskim półuśmiechem, a potem po prostu rzucił się na kanapę z Ainą wciąż uczepioną go i próbującą stłumić kolejny wrzask. Jakoś jednak przeżyli; Hancock zarechotał jak szaleniec, więc Aina trzepnęła go w pierś, co tylko rozbawiło go jeszcze bardziej. Idiota. Jej wzrok padł na dziesięciomilimetrówkę wciąż jakimś cudem leżącą na stole, choć mogłaby się założyć, że Hancock potrącił go nogą, jak spadali.
– No, daj spokój, chyba nie jestem taki zły, co? – rzucił, podążając za jej spojrzeniem. Jeśli pomyślał, że chciała go zastrzelić, przyjmował to zadziwiająco dobrze. Prawda była jednak taka, że gdyby nawet przyszło jej do głowy sięgnąć po pistolet, Hancock mógłby z łatwością ją rozbroić, a potem poderżnąć jej gardło nożem, który wiedziała, że wciąż miał ukryty w pochwie za pasem. Z jakiegoś powodu ta świadomość sprawiała, że chciała go jeszcze bardziej. Więc po krótkiej chwili, którą spędzili znajdując wygodniejszą pozycję na kanapie, zaczęła poruszać biodrami, ocierając się o jego męskość, a potem opadła na niego, zasypując jego usta drobnymi pocałunkami.
– Co tak delikatnie? – mruknął między jednym a drugim. Aina z krótkim “pff” sięgnęła w dół, by owinąć palce wokół niego najmocniej jak mogła, z powodzeniem wyrywając mu z ust syknięcie. – Hej, ostrożnie tam.
– Powiedziałeś „co tak delikatnie” – wymamrotała mu prosto w usta, ale chyba już nie słuchał, kiedy poluźniła trochę chwyt i zaczęła pieścić jego męskość. Pozwolił sobie zapomnieć się w tych uczuciach przez chwilę zanim przesunął dłonie z jej talii do jej twarzy i przyciągnął ją do pocałunku — mocnego, głodnego, niezaspokojonego pocałunku, przez który znów zrobiła się mokra, a ciche jęki umykały z jej gardła tylko po to, by zostać zdławione przez jego wargi. Objęła jego męskość i znowu zaczęła się po niej przesuwać, rozprowadzając po niej swoją wilgoć i rozkoszując się uczuciem, jakie zostawiała na niej jego pobliźniała skóra. Hancock wydał z siebie głębszy oddech, który brzmiał niemal jak cichy jęk. A ona tylko się nim zaspokajała, aż w końcu, nie mogąc już tego znieść, chwycił jej biodra i pociągnął ją do góry, by się na niego nabiła. Przeszedł ją kolejny dreszcz strachu zmieszanego z podnieceniem. Wiedziała, że będzie znowu bolało, była tego pewna. Ale… Gdy patrzyła na Hancocka leżącego pod nią, na jego lekko rozwarte wargi, skórę błyszczącą gdzieniegdzie kroplami potu i to, jak jego czarne oczy wpatrywały się w nią i jej ciało, nie miało to znaczenia. Jego też będzie to bolało, a jeśli on mógł to zignorować, to ona też mogła.
Z jedną nogą na ziemi, a drugą zwiniętą między Hancockiem a oparciem kanapy, Aina powoli na nim usiadła, ostrożnie kierując go do środka. I znów to poczuła: tę pełnię, tę bliskość, te ostre ukłucia bólu, kiedy otworzył ją na nowo. Hancock wsunął się w nią z syknięciem, podczas gdy ona skupiła się na głębokich oddechach przerywanych cichymi, tłumionymi jękami. A kiedy był już cały w środku, dała sobie kilka sekund na przyzwyczajenie zanim zaczęła się poruszać, najlepiej, jak mogła, kiedy tak naprawdę nie wiedziała jak, a za każdym razem, gdy unosiła biodra, miała wrażenie, że Hancock zaraz wywróci ją na lewą stronę. Naprawdę próbowała nie dać po sobie nic poznać, ale wyrywające się jej z ust jęki i to, jak zmarszczyła brwi, musiało być wystarczające, bo w którymś momencie Hancock powiedział:
– Dobra, chodź tu – po czym schwycił ją za kark i przyciągnął do siebie. Pozwoliła dłoniom błądzić po jego torsie, powyczuwać zagłębienia w jego skórze i między mięśniami zanim w końcu spoczęła na jego piersi. Hancock pocałował ją ponownie, tym razem znacznie bardziej delikatnie i zmysłowo, póki szukał podparcia dla nogi, a potem zaczął się poruszać, rozwierając ją jeszcze szerzej niż myślała, że to w ogóle możliwe. Aina znów przylgnęła do jego barków i pozwoliła sobie zapomnieć się w jego ustach, żeby nie krzyknąć, podczas gdy Hancock owijał wokół niej ramiona. Sam z cicha pojękiwał, wpatrując się jej w twarz, obserwując — nie, studiując drobne zmiany w jej wyrazie, żeby ocenić, kiedy będzie gotowa na więcej, i wciąż wolno, dokładnie się w nią wsuwając. I wciąż ją to obezwładniało, przerażało, to uczucie, że wyciąga z niej jej własne wnętrzności, ale kiedy to on się poruszał, jakimś sposobem było ono znacznie przyjemniejsze. Wystarczająco, by przymknęła oczy i skupiła się na nim z ustami szeroko otwartymi w ciężkim oddechu.
Więc Hancock znów ją pocałował, trzymając ją tak blisko, że jej pierś ledwo miała gdzie falować, i ciągle przyspieszając, aż wbijał się w nią raz po raz, sapiąc przez zaciśnięte z wysiłku zęby, choć stęknięcia rozkoszy również umykały mu z gardła przy każdym pchnięciu. A wszystko to sprawiało, że jej umysł postanowił wziąć wolne, kiedy oddała mu się w całości, ale to rozkosz, którą dawała jej jego męskość uderzająca o jej największe głębie, ostatecznie posłała ją w otchłań. Nie minęło nawet pięć minut, a Aina już westchnęła: – Och, Boże, zaraz… – po czym wcisnęła twarz między jego ramię a szyję, żeby stłumić wzrastające jęki i następujący zaraz po nich krzyk, podczas gdy jej dłonie desperacko szukały czegoś, na czym mogłyby się zacisnąć. Nie zdążyły; fala rozkoszy zalała ją nagle, prawie że niespodziewanie, całe ciało trzęsło jej się pod jej naporem, i mogła już tylko trzymać się Hancocka tak, jakby od tego zależało jej życie i starać się nie krzyczeć wystarczająco głośno, żeby ją słyszeli w Trzeciej Szynie.
Hancock zatrzymał się na moment, pozwalając jej się z tym oswoić bez dodatkowych bodźców. A kiedy mogła się znów ruszać, kiedy właściwie znowu w ogóle poczuła swoje ciało, podniosła głowę znad jego ramienia tylko po to, by usłyszeć jego ciche posykiwanie. Okazało się, że zdołała złapać brzeg kanapy jedną ręką, ale druga wbiła paznokcie tak mocno w ramię Hancocka, że jego cienka skóra pękła aż polała się krew. Aina oderwała się od niego z zaskoczeniem.
– O kurwa, przepraszam – rzuciła, wpadając jeszcze głębiej w szok, zanim w końcu wynurzyła się gdzieś w okolicy przerażenia, kiedy jej mózg oprzytomniał na tyle, by w pełni dotarł do niej widok czerwieni kapiącej jej z palców. – O ja pierdolę, naprawdę przepraszam…
Hancock rzucił okiem na cztery rany w prawie idealnym rządku. – Ech, zdarza się.
Zdarza się?!
– No. To nie pierwsza krew tej kanapy. Ta przynajmniej jest z dobrego powodu.
Aina postanowiła nie pytać. Zamiast tego patrzyła, jak Hancock zgarnął stimpaka ze stołu i wstrzyknął go sobie zaraz obok nacięć. Syknął cicho razem ze strzykawką. Rany pokryły się strupami w kilka sekund i zaraz pasma tkanki zaczęły wyrastać z brzegów, żeby je zamknąć.
– Widzisz? I już po krzyku. A teraz chodź tu z powrotem… – Hancock rzucił strzykawkę na podłogę i znów sięgnął jej ust, siadając i przyciskając się do niej, co w jakiś sposób sprawiło, że wepchnął się w nią jeszcze głębiej, znacznie dalej niż sięgała jej strefa komfortu. Poraczyła go zbolałym jękiem prosto w jego usta, więc znowu się z nią położył. Wciąż przypominało jej to bardzo wyraźnie o jego męskości zatopionej w jej wnętrznościach, i kiedy strach o jego zdrowie zaczął opadać, na czoło znów wysunęło się pożądanie, a ona poddała mu się bez zastanowienia. Hancock pocałował ją tak głęboko, jakby nie mógł się powstrzymać, a to, jak jego ciche jęki spotykały się z jej skamleniem i jak jego palce zacisnęły się z rozkoszą na jej włosach, i jak jego druga dłoń znalazła jej własną, żeby już go nie mogła podrapać, powlekając swój nadgarstek krwią — to wszystko prawie wystarczyło, żeby znów doszła.
A potem zaczął się ruszać i przyjemność ogarnęła ją do tego stopnia, że Aina odrzuciła głowę do tyłu, ale on pociągnął ją z powrotem w dół za włosy. – Powiedziałem, chodź tu – mruknął, znów ją całując, po czym przycisnął dłoń do jej ust. Aina pozwoliła wolnej ręce spaść z jego nadgarstka, rozsmarowując krew po jego piersi, dopóki w końcu nie położyła jej na podłokietniku, o który się opierał. Tak na wszelki wypadek.
Hancock osiągnął już tempo, którym doprowadził ją wcześniej do szczytu w kilka sekund, z jedną ręką ciągle przyciśniętą do jej ust, a drugą zawiniętą w jej włosy, żeby nie mogła mu uciec. A Aina, obezwładniona rozkoszą, po prostu mu się poddała. I tak czuła za dużo na cokolwiek innego. Jego męskość wbijająca się głęboko w nią, kiedy Hancock rżnął ją w dobrze wypracowanym rytmie, jego ciche jęki i warknięcia, ból i rozkosz mieszające się gdzieś pod jej pępkiem i stamtąd rozlewające się po jej całym ciele... Mógłby z nią teraz zrobić, co tylko by mu przyszło do głowy, i jeszcze by mu za to podziękowała.
Doszła jeszcze dwa razy zanim w końcu znudził się czy też zmęczył wyrzucaniem bioder do góry i obrócił ich na sofie jednym szybkim ruchem, dając jasno do zrozumienia, że nie pierwszy raz wykonywał taki manewr, chociaż Aina na tym etapie nie zdołała tego pojąć. Pozwoliła mu wsunąć ramiona pod swoje kolana i ściągnąć jej biodra z kanapy, aż jedynym powodem, dla którego nie wylądowała jeszcze na podłodze, były jego dłonie przyciągające jej biodra. Mgliste wspomnienie siedziało gdzieś w tych partiach jej umysłu, które zamknęła na trzy spusty, żeby móc się skupić na tu i teraz; wspomnienie, które sugerowało, co taka pozycja z nią zrobi, ale zanim do niej dotarło, było już za późno. Hancock wbił się w nią jednym gładkim pchnięciem, a Aina ledwie zdołała przycisnąć dłonie do ust zanim wyrwał się z nich przeciągły krzyk.
– Przepraszam, przepraszam – mruknął Hancock i widziała, że sam ledwo się już trzymał rzeczywistości. Czy to przez wysiłek, który w to wkładał, jak sugerowała warstwa potu pokrywająca prawie całe jego ciało, czy czysta rozkosz, jego umysł zaczynał się wyłączać zupełnie tak samo, jak jej. Był już blisko. A to sprawiało, że chciała dać mu jeszcze więcej. Więc uniosła się na łokciach i wpychała na niego biodra najdalej, jak mogła, a przeciągły jęk przeszył powietrze, gdy wytrzymywała ból w nadziei, że jej wnętrze znów się przystosuje do jego wielkości. Jego i jego cholernego tarana. Co jej przyszło do głowy, żeby go uwodzić?
– Przestań, kobieto – powiedział, odsuwając się nieco, ale nie pozwoliła mu się zbytnio oddalić. – Przestań. Zrobisz sobie krzywdę. Nie martw się, zajmę się tobą.
Spojrzał jej prosto w oczy, gdy to mówił, a ona wprost musiała w odpowiedzi owinąć wokół niego nogi i podciągnąć się, by go pocałować. Hancock rozstawił kolana szerzej na podłodze, żeby nie stracić równowagi, po czym uniósł ją nieco wyżej i zaczął ją rżnąć w powietrzu. Aina za to trzymała się mocno jego ramion i całowała jego wargi, uszy, szyję, rozkoszując się dźwiękami wyrywającymi się z jego ust, kiedy jakimś szaleńczym cudem zabierał ją na coraz to nowe wyżyny pożądania. W tej jednej chwili wszystko, czego chciała, to doprowadzić go do jego własnego szczytu. Przeciągnęła językiem po jego tętnicy i linii żuchwy zanim dotarła do jego ucha i podgryzła je lekko. – Użyj mnie – szepnęła w gorącym westchnięciu.
Hancock warknął głośniej niż kiedykolwiek wcześniej i rzucił ją z powrotem na kanapę. Podtrzymując jej biodra jedną ręką, drugą przełożył jej nogi na jedną stronę, po czym uczepił się jej talii, wbijając palce w jej miednicę, i zaczął rżnąć ją namiętnie, żarliwie, desperacko. Wziął ją i wykorzystał dla własnej przyjemności tak, jak tego chciała. Wciąż bolało, oczywiście, ale w jakiś sposób teraz nie miało to znaczenia. Jedynym, co się liczyło, była jego twarz poznaczona rozkoszą, to, jak zaciskał powieki, skupiając się na tym, co mu dawała, i jak krople potu spływały mu po nosie i podbródku tylko po to, by uderzyć o jej skórę i stoczyć się na boki. Pomagała mu, jak tylko mogła. Za bardzo się bała, by spróbować się zacisnąć, ale wyrzucała ku niemu biodra najlepiej, jak umiała, i wkrótce ukłucia bólu zmieniły się w odrętwienie i mogła już tylko czuć wybuchy przyjemności, kiedy uderzał o jej największe głębie, i same jego pchnięcia. Hancock dawał jej i jedno, i drugie w szybkim tempie, rżnąc ją, jak się wydawało, w rytm jej własnego kołatającego serca. Zapomniała o wszystkim poza nim; i nagle nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego nie miała krzyczeć i jęczeć. Więc robiła i to, i to, i wołała jego imię, i błagała, i bełkotała bez ładu i składu. Hamulce puściły. Został tylko on.
– Och, John, John, John... Tak, John, kurwa, John, tak, tak... Rób tak dalej, proszę, nie przestawaj, szybciej...
– Szybciej? – Zaskoczenie, tak wyraźne w jego głosie, sprawiło, że aż się na moment zatrzymał. Wykorzystał tę chwilę, by podtrzymać ją kolanem i otrzeć z twarzy pot. A skoro już się z niej wtedy wysunął, Aina usiadła, rozsmarowując trochę śliny na otwartej dłoni, na którą potem dmuchnęła, zanim owinęła ją wokół jego męskości. Sapnął, kiedy chłód dotknął jego rozpalonej skóry. Był niezwykle gorący w dotyku jeszcze zanim zaczęli, ale teraz Aina szczerze się zdumiała, że nie zaczął skwierczeć, kiedy dotknęła go wilgotną dłonią.
– Wybacz, nie przemyślałam tego... – Złożyła pocałunek na jego wargach, ale Hancock oddychał tak ciężko, że w żadnym razie nie mógł go odwzajemnić. – Jakkolwiek bym nie chciała, to chyba przerasta ludzkie możliwości.
Hancock nagle wybuchnął śmiechem. – Cóż – rzucił między jednym sapnięciem a drugim – ja nie jestem człowiekiem. – I gdy Aina gapiła się na niego, próbując zrozumieć, jak mógł tak po prostu użyć swojej rasy jako niepodważalnego argumentu, on wskazał kanapę i zwyczajnie zaordynował: – Wracaj tam.
Aina, oczywiście, posłuchała i pozwoliła mu położyć sobie jej nogi wysoko na ramionach, podczas gdy wszystkie dźwięki zginęły w przyspieszających uderzeniach jej serca. Hancock nagle, zdawałoby się, chciał zrobić wszystko dobrze: znalazł znów oparcie dla nóg, ułożył ją przy podłokietniku kanapy, podniósł jej biodra ku sobie, kiedy unosił się nad nią na rękach wyciągniętych przy obu jej bokach. Przeznaczył sekundę na spojrzenie jej w oczy, by utwierdzić się, że była tego pewna, a kiedy nie ruszyła się ani nie wydała z siebie nawet dźwięku, by go powstrzymać, przeniósł swój ciężar na jedną stronę, utrzymując równowagę w niemałej mierze dzięki niej podtrzymującej go, bezceremonialnie splunął sobie na drugą dłoń i nałożył ślinę na swój czubek zanim znów się w nią wsunął. Aina zachłysnęła się powietrzem. Już była otwarta, oczywiście, ale w tej pozycji sięgał tak głęboko, jak przed chwilą się wpychał, ale tym razem bez żadnego wysiłku. Hancock wyszczerzył zęby, widząc jej zszokowaną reakcję, ale wyraźnie nie miał zamiaru przestawać, dopóki by go o to nie błagała. A kiedy upewnił się, że jego cztery punkty oparcia to wytrzymają, zaczął w nią uderzać. Przyspieszał mniej więcej w tym samym tempie, co dotychczas, ale wcale nie przestawał budować rytmu, dopóki nie rżnął jej z taką prędkością, jakiej nikt nie powinien w ogóle móc osiągnąć. I tak został, z udami pracującymi wyraźnie nawet pod spodniami, z napiętą piersią i ramionami, z mięśniami brzucha kurczącymi się w niezwykle dziwaczny sposób, kiedy wpatrywał się w nią z dumą, rozkoszując się jej zdumieniem i rozkoszą, i szczerym przerażeniem, że jej wnętrzności już nigdy nie wrócą do siebie. Jej jęki, z początku zgrane z jego uderzeniami, teraz tylko się zlewały w jeden ciągły krzyk. Nie mogąc pojąć natłoku odczuć dochodzących z jej podbrzusza, Aina skupiła się na drobnych szczegółach: jego rozwartych ustach, jego gorącej skórze i napiętych mięśniach poddających się jej dotykowi, ścieraniu potu z jego twarzy zanim mógł spaść na jej własną, próbach utrzymania jego rozpalonego wzroku. Co nie było wcale takie proste, kiedy jej oczy wydawały się zdecydowane, by patrzeć na wszystko naraz, a nie tak zadowolone śledzeniem linii jego blizn, jak ona. Gdzieś przez tę całą mgłę i zapamiętanie przebiła się jedna mała myśl, z miejsca dając jej po mordzie: że właśnie uprawiała dziki seks z ghulem. Ze straszliwie napromieniowaną osobą, kimś, kto nie był już nawet człowiekiem, kimś nieróżniącym się wcale mocno od bezmyślnych potworów, które rozstrzeliwała na kawałki po całym mieście. A teraz pozwalała jednemu z nich wpychać się w nią, sięgać miejsc, których sięgać dotychczas pozwalała tylko mężowi. To nie było w porządku. To było nienormalne.
Ale w ślad za tą świadomością przyszło coś jeszcze, coś ogromnego, nieprzebranego, wypychającego jej z głowy każdą ostatnią myśl, która jej jeszcze została, i Aina pozwoliła temu czemuś objąć się drżącymi, napiętymi palcami, skupiając się na widoku bladej, poharatanej twarzy Hancocka, kiedy szybko schwycił jej nadgarstki i przycisnął je do kanapy, żeby nie mogła znów zrobić mu krzywdy; wciąż wbijał się w nią w tym samym nieprawdopodobnym tempie, ale teraz mocniej, a wraz z niskimi jękami wyrywającymi mu się spomiędzy zaciśniętych zębów dawało jej to jasno do zrozumienia, że Hancock był tak samo blisko, jak i ona. I to ostatecznie popchnęło ją nad krawędzią, i doszła, mocno, mocniej niż kiedykolwiek dotąd, wiła się pod nim z krzykiem na ustach, aż w końcu wyrzuciła biodra do góry, a jej wnętrze pochłonęło go całego. Hancock warknął głośno; ramiona ugięły się pod nim w tej jednej chwili i oboje opadli na kanapę, Aina z głową wciąż odrzuconą do tyłu, z plecami wciąż wygiętymi, gdy John wpychał się w nią jeszcze ostatnie kilka razy, wyrzucając z siebie wszystko, co miał, i wciskając twarz między jej szyję a bark. A potem z kolejnym warknięciem skończył i on. Aina owinęła wokół niego nogi, przeciągając łydkami po jego zadziwiająco chłodnych plecach i pośladkach, które najwyraźniej opuściły jego spodnie gdzieś po drodze. Całkiem zacne pośladki, nawiasem mówiąc. To wszystko spłynęło na nią powoli, kiedy jej płytki oddech wracał do rytmu, w którym mogła przyjąć tlen, nawet z Johnem leżącym na jej piersi. Co też długo nie trwało: po paru minutach w końcu odzyskał wystarczająco dużo kontroli nad własnym ciałem, by unieść się na łokciach i spojrzeć jej w oczy. A potem oboje wybuchli śmiechem jak dwoje szaleńców.
– Czy zatemże panience spodobał się ów akt? – wysapał. Aina zaśmiała się jeszcze bardziej, ale nie odpowiedziała. Kolejna świadomość spłynęła na nią przez mgłę niedawnego orgazmu.
– Czy ty... doszedłeś we mnie...? – spytała, nie z wyrzutem czy niezadowoleniem, tylko żeby się upewnić. Nie dane jej było jednak zobaczyć, czy John odebrał to w ten sam sposób, bo on, najwyraźniej wciąż niechętny do wstawania, zaczął się po niej zsuwać, całując każdy cal skóry po drodze.
– Nie martw się – rzucił między jednym a drugim. – Jestem jałowy jak Morze Blasku.
– Chwila, co ty... – zaczęła, ale on wtedy zjechał w dół jej łona i przyłożył do niej wargi, a przy tym, jak wrażliwa jeszcze była, uderzyło ją to jak piorun. – O, mój BOŻE.
Poczuła na sobie, jak się uśmiechnął, kiedy tak ją wylizywał do czysta ze wszystkich stron, powoli i ostrożnie, żeby nie ominąć ani jednego kawałka. Drgała i wiła się; i prawdopodobnie wybiłaby mu biodrami to, co mu zostało z nosa, gdyby nie przytrzymywał jej dłońmi splecionymi na jej podbrzuszu.
– Mój Boże, John, przestań... – błagała. Czuła, jak jego nasienie z niej wypływa, czuła, jak je zlizuje, ale on nie słuchał. Jej nagła wrażliwość sprawiała, że każde muśnięcie posyłało po jej ciele falę za falą ciepłych dreszczy. Ale kiedy tylko się do tego przyzwyczaiła, poczuła też coś innego. Jego cierpka ślina, to samo, co ją wcześniej kłuło w język i policzki, gdy się całowali, teraz tańczyło wszędzie, gdzie jej dotknął, i jak szczypiący trop podążało za każdym jego ruchem. A każdy dreszcz, który w niej budził, ciągnął za sobą echo, jakby procesję mniejszych. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła (jak mogła wcześniej tego nie poczuć?) i wkrótce pozwoliła sobie zapomnieć się również i w tym. To, że nie uderzał o nią nosem, było tylko dodatkowym bonusem.
Boże, wszystko, co ten mężczyzna jej robił, było dla niej tak nowe i niesamowite, jakby naprawdę była dziewicą, nawet to. Położyła mu dłoń na potylicy, podciągając go nieco wyżej. Bardzo chciała poczuć tę cierpkość na swojej... Oo, braciszku. Oooch...
Ale kiedy do gry weszły znowu palce, wyłuskała mu biodra spomiędzy rąk i odsunęła się mówiąc: – Och, nie, nie, chyba nie zdzierżę kolejnego orgazmu. – John, oczywiście, roześmiał się i usiadł. Aina pozwoliła nogom, wciąż lekko drżącym, spaść z kanapy, po czym także podciągnęła się do pozycji względnie wyprostowanej. Powiodła palcami po świeżych, jeszcze czerwonych bliznach na jego ramieniu.
– Bezcenne, jak „o, kurwa” było pierwszym, co ci wypadło z ust – zaśmiał się, szukając zapalniczki.
– Och, zamknij się – rzuciła Aina, również ze śmiechem, zanim w końcu wstała i zaczęła zbierać ubrania, porozrzucane po całym gabinecie. Kiedy wróciła po broń, nie mogła się powstrzymać od rzucenia Hancockowi jeszcze jednego spojrzenia, kiedy tak siedział, półnagi (chociaż przynajmniej zapiął spodnie gdzieś w międzyczasie), i palił papierosa. Rzuciła mu jego kapelusz, a Hancock nałożył go nieco krzywo, ale z uśmiechem. Och, ten jego szelmowski uśmiech.
– Już idziesz? – spytał z na poły żartobliwym zawodem w głosie, gdy nakładała płaszcz.
– Tak, najwyższa pora – odparła, zapinając Pip-Boya na nadgarstku, by spojrzeć na godzinę. Cóż, przynajmniej było wcześniej, niż się spodziewała. Miała jeszcze kilka godzin dnia. – A co? Będziesz za mną tęsknił?
– Heh. Jasne, że tak, siostro.

Aina zdławiła nagłą potrzebę, żeby znów wpakować mu się na kolana i może przynajmniej spalić tego papierosa na spółę. Zamiast tego wymaszerowała przez podwójne drzwi; Fahrenheit rzuciła jej krzywe spojrzenie, gdy się mijały, ale Aina to zignorowała i tylko bez zatrzymywania się, bez nawet choćby słowa, wyjęła Fahrenheit swój karabin z rąk i powiesiła sobie znowu na ramieniu. Z jakiegoś powodu, jego ciężar sprawił, że łatwiej było odejść, zostawić to wszystko w tyle. Ale zauważyła też coś dziwnego: jej umysł, nawet te przedwojenne części, milczał teraz, ukontentowany. Więc może jednak wcale nie było to takie straszne. Może wcale nie było nienormalne.

środa, 8 lutego 2017

[Rzeka Mgieł] Sear Rouse (Lyeiess x Illa Fond Veems + Lyeiess x Żyrafka)

Usilnie polecam przeczytać najpierw pozostałe opowiadania o Lyeiessie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Niektóre rzeczy są tak połączone, że może być ciężko zrozumieć, o co lub o kogo chodzi, jeśli się nie wie, co było "wcześniej".


W miarę jak zapadał zmierzch, rozświetlały się kolejne świece w jego komnatach – nie same z siebie, oczywiście; zapalała je Fari, jego osobista służąca, niosąc ogniki zamknięte w dłoniach jak zranione pisklęta, jakby bała się, że jeden zły ruch i ich płomyk zgaśnie. Yevhe pomagał jej, znacznie mniej delikatnie, ze świecami w kandelabrach i innych miejscach, do których nie była w stanie dosięgnąć. Lyeiess obserwował ich kątem oka znad „Legend, które wszyscy znamy i kochamy”, a które poczytywał sobie ostatnimi czasy w rzadkich momentach wolnego czasu. Gdy skończyli, Yevhe rozpalił jeszcze w klepisku i wyszedł, podczas gdy Fari zabrała się do sprzątania. Po ponad dwóch latach pracy w tej roli wiedziała już dokładnie, co miało gdzie swoje miejsce, a także których przedmiotów nie wolno jej było ruszać, i miała wypracowaną rutynę, która pozwalała jej utrzymywać jego komnaty w czystości dzięki ledwie piętnastu minutom pracy raz na dwa dni. Resztę czasu teoretycznie miała wolną, ale Lyeiess wiedział, że Yevhe cichaczem zrobił z niej swoją własną asystentkę, czyli notabene pierwszą służącą księcia Iao, co niekoniecznie podobało się pozostałym, starszym i bardziej doświadczonym służkom. Z drugiej strony, stanowisko było w istocie jedynie umowne, jako że Yevhe wiedział, że na oficjalną decyzję nawet w tej kwestii Lyeiess potrzebowałby zgody Rady Książęcej, a o to zawsze było ciężko. Dlatego oficjalnie pierwszą służącą księcia Iao dalej była podstarzała, zupełnie ślepa babuszka, która z dużym zapałem kleciła na drutach wszystko, co wpadło jej do głowy, kołysząc się na stołku przy piecu w kuchni. Służba darzyła ją niezwykłym wręcz szacunkiem i podskakiwała na każde jej skinienie, jakby ta właśnie staruszka była co najmniej królową dystryktu, co również Yevhe potrafił wykorzystać zwykłym szepnięciem jej słówka na ucho – zwłaszcza że Bezimienna, jak mówiło się na kobietę, której prawdziwego miana nikt nie pamiętał, tudzież Beza dla co bardziej spoufalonych, zawsze bardzo centaura lubiła, diabli wiedzą dlaczego. Jednak nie nadawała się babuleńka zupełnie do tego, żeby w razie potrzeby, pędząc korytarzami i galeriami, obiec cały zamek, co Fari z kolei potrafiła zrobić niemalże równie prędko, co sam Yevhe. Była więc dla nich obu niezastąpionym narzędziem i wydawało się, że bardzo jej się to podoba.
Teraz jednak Fari sprężnym krokiem przenosiła się od mebla do mebla, jakby w rytm jakiejś wewnętrznej melodii, odstawiała na miejsce wykorzystane przez Lyeiessa wcześniej kielichy i karafki, zbierała przy wejściu tace, naczynia, porwane pergaminy i wszystko inne, co będzie musiała wynieść z jego komnat, a on mógł ukradkiem obserwować, jak to się działo, że gdy zaczynał czytać, pomieszczenie nosiło zazwyczaj wyraźne ślady użytkowania, a gdy podnosił znad książki głowę, nagle nie było po niczym śladu. Nowy stan rzeczy rozwijał się teraz przed nim stopniowo w miarę jak Fari posuwała się ku skrytej w głębi komnat łaźni. Lyeiess uśmiechnął się do siebie. Dziewczyna, tak najwyraźniej przyzwyczajona do jego rutyny, nawet nie pomyślała, że mogłaby mieć na sobie jego wzrok.
Fari również uśmiechnęła się do siebie. Lyeiess, tak najwyraźniej przyzwyczajony do jej obecności, nawet nie pomyślał, że mogłaby doskonale zdawać sobie sprawę z jego ukradkowych spojrzeń. Jej kariera służebna trwała już kilka lat zanim w ogóle trafiła do jego komnat – a umiejętność obserwowania bez patrzenia była jedną z pierwszych, które każda służąca musiała opanować. Teraz więc Fari obserwowała księcia bez patrzenia – spod rzęs zwróconych ku komodzie, ale nad pochylonym ramieniem spoglądała na jego półnagie ciało spoczywające swobodnie na bawełnianej pościeli, której Fari wciąż nie mogła się nadziwić. Gdyby ona była szlachcianką, codziennie spałaby w jedwabnych satynach, rozkoszując się ich gładkością i miękkością. Gdy tu zaczęła, kilkakrotnie sugerowała to księciu, ale on za każdym razem odmawiał, tłumacząc jej cierpliwie, że woli taki stan rzeczy – aż w końcu przestała pytać. Teraz przyglądała się wyrzeźbionej, pociemniałej od ostrego północnego słońca książęcej piersi, poznaczonej licznymi ciętymi bliznami i pasmami nieomal całkiem białych włosów sięgających mu prawie do łokci; mięśniom jego ramion napinającym się wyraźnie pod jego skórą przy każdym ruchu szlachecko długich palców, które a to gładziły pościel, a to odsuwały z twarzy jasne kosmyki, a to niby samoistnie gładziły budzący mu się na brodzie zarost, gdy skupienie odbierało mu samokontrolę; jego tak intensywnie błękitnym oczom, że w blasku świec przybierały barwę niemalże purpurową, przeskakującym między kartami książki a ruchami jej rąk; i czuła, jak na policzki wstępuje jej ciepła fala czerwieni. Jego wąskie wargi, blade w barwie jak u każdego rodowego Vyirnianina, rozchyliły się lekko, zza ucha wysunął mu się cienki warkoczyk, jeden z kilku, które miał zaplecione we włosach. Książę zaraz odgarnął go jednym ruchem szorstkiej dłoni, po czym przetarł twarz, czubek nosa prostego jak spod liniji, krawędzie wyrazistej żuchwy. Gdy tak na poły siedział, na poły leżał oparty o poduszki, ujawniały mu się na brzuchu napięte wypukłości mięśni. Fari złapała w głowie natrętną myśl, jak to by chciała przejechać mu paznokciami po tym książecym, wyćwiczonym torsie, i ta wizja wybiła ją z rytmu – nagle zdała sobie sprawę, że od jakiegoś czasu wpatruje się we własnego władcę całkiem otwarcie, co oczywiście nie uszło jego uwadze. Fari odchrząknęła, odetchnęła i czym prędzej wróciła do pracy. Usłyszała za plecami cichy, miękki śmiech księcia.
- Moja droga – rzucił nagle. Jego słowom towarzyszył głuchy odgłos ciężkiej książki odkładanej na blat nakastlika. Och, nie. Fari spojrzała ku niemu przez ramię, starając się nie odrywać od swoich zajęć. Jeśli książę ma zamiar ją pytać, z czego wynikała jej poprzednia pauza, nie będzie umiała mu odpowiedzieć, choćby jej obiecał cały skarbiec Iao. Wstrzymała oddech, gdy on swój nabierał. – Nie miałabyś ochoty pomóc mi w kąpieli?
Jej wzrok natychmiast mimowolnie spadł do jego nagiej piersi. Przeklęła w myślach i zamknęła oczy, ale obraz nie zniknął, wypalony na jej powiekach. Fari czuła już nie tylko, jak się rumieni, ale również jak serce tłucze jej się w piersi. – Ale, mój książę... Znaczy, jaśniepanie...
- Nic ponadto. – Gdy znów uniosła na niego wzrok, mężczyzna uśmiechał się tak wyrozumiale, że mogłaby przysiąc, że zaraz się roztopi pod tym jego spojrzeniem. Kiedy zaczęła myśleć o nim jako mężczyźnie, a nie jej księciu i władcy?! – Chyba że będziesz chciała – dodał i czar prysł. Fari parsknęła tłumionym śmiechem, a potem od razu ucichła zdając sobie sprawę, że książę mógł to odebrać jako wyśmiewanie jego sugestii. Nigdy by nie powiedziała, ba, nigdy by nie pomyślała, że to ostatnia rzecz, której by chciała, czy że nigdy by mu się nie poddała i nie oddała. Ostatnia służka, która tak mówiła, zniknęła z zamku w tajemniczych okolicznościach. Fari dobrze wiedziała, jakie plotki krążyły w mieście w tej kwestii, ale sama nie mogła uwierzyć, że książę dokonałby czynu tak okrutnego. Nawet jeśli do jego obowiązków należało stosunkowo częste ścinanie ludzi.

Gorąca woda spływała mu szerokimi strumieniami w dół ramion, gdy Fari przyciskała gąbkę do jego szyi. Leżal w balii z głową opuszczoną do tyłu, potylicą zaczepioną o brzeg, półprzymkniętymi oczami wpatrzonymi w płomyk świecy stojącej na półce. Czuł przyspieszony oddech dziewczyny na czole, ale udawał, że nie widzi jej spłonionej twarzy spod opuszczonych powiek. Jej nieśmiałość była wręcz rozczulająca. Gąbka sunęła z wolna po jego ramionach, w dół piersi, zatopiła się w wodzie z cichym pluskiem i przesmyknęła się po jego brzuchu, by zaraz wynurzyć się po drugiej stronie. Mokra dłoń Fari zahaczyła o jego szyję. Rumieńce rumieńcami, ale dziewczynie wyraźnie podobało się nowe zadanie.
- A... jaśniepanie... – Jej głos tuż przy uchu wyrwał go z graniczącego ze snem zamyślenia.
- Hmm?
- Jaśniepan naprawdę mieszkał kiedyś na wsi?
- Owszem. – Lyeiess westchnął, gdy znów jego ramiona oblał strumień gorącej wody. – Powinnaś to wiedzieć. Całe miasto wie.
- Całe miasto wie wiele rzeczy, jaśniepanie, to nie czyni ich prawdą.
Lyeiess roześmiał się w głos. – Jesteś jeszcze mądrzejsza, niż na początku sądziłem.
- Naprawdę tak jaśniepan sądził?
- Od samego początku. – Lyeiess z lekkim trudem uniósł na nią wzrok tylko by zobaczyć, że czerwień na jej policzkach jakby się pogłębiła. Jej ręce wróciły do pracy z wyraźnie większym zapałem i... dokładnością.
- A... jak się mieszkało na wsi? Chyba nie miał tam jaśniepan służby, jak tu?
- Nie, moja droga. – Lyeiess znów się zaśmiał, zupełnie wbrew sobie, na samą myśl, że biedni chłopi poza odejmowaniem sobie jedzenia od ust, czego za żadne skarby nie mógł ich oduczyć, mieliby mu jeszcze usługiwać. – Ojciec nakazał, żebym miał doświadczenia możliwie najbliższe prostemu życiu. Zresztą, nawet gdyby chcieli, a chcieli na pewno, nie mieli możliwości rozpuścić mnie tak jak tu, w zamku. Miałem pracować i uczyć się tak samo, jak inni chłopcy. Wszyscy oczywiście wiedzieli, kim jestem, ale traktowali mnie jak swojego. Między innymi dlatego było mi tam tak dobrze.
- Nie lubisz wygód szlacheckiego życia? – Fari najwyraźniej zapomniała się na moment, bo szybko dodała: - Jaśniepanie?
- Od czasu do czasu zdzierżę – odparł, ale nie zdołał powstrzymać tęsknego westchnięcia. – Ale na polach... jest pewna beztroska. Jasne, trzeba płacić podatki, trzeba zasiać pole, zebrać plony, zrobić żniwa, ale i tak... W jakiś sposób to jest oczywiste. Wszyscy wiedzą, co robić, i wykonują swoje obowiązki, ale między jedną robotą a drugą jest tak... lekko. Nie umiem tego wyjaśnić. Nikt nie myśli, co będzie za dwa albo trzy lata, nikt nie kombinuje, nie planuje intryg ani zabójstw, nie ma tego całego szlacheckiego zakłamania. Życie tam jest naprawdę proste i nieskomplikowane, i... przyjemne. Poza tym, że czasem trzeba sobie ręce wyrywać.
- Ale tobie, książę, przecież nigdy nie przeszkadzała ciężka praca. – Lyeiess słyszał uśmiech w głosie Fari. Prychnął z cicha na to „nigdy”. Jakby go znała od dawna.
- No nie, nie od kiedy tam wyjechałem.
Przez dłuższą chwilę trwała cisza. Fari w zamyśleniu masowała mu ramiona, a Lyeiess pozwolił mięśniom zupełnie się rozluźnić i leżał tak nawet gdy czuł, że zaczynał zjeżdżać niżej do wody. Było mu jednak tak błogo, że ani myślał nawet oczu otwierać, a co dopiero się prostować. Łaźnię wypełniał zapach jego mokrej skóry, różanego mydła i topniejących świec, wiszący ciężko w powietrzu...
- Książę?! – wykrzyknęła nagle Fari, skutecznie wyrywając go z graniczącego z drzemką stanu, gdy potrząsała jego ramieniem, jednocześnie usiłując go podciągnąć do góry za drugie. Uniósł na nią pytające spojrzenie, gdy odetchnęła z olbrzymią ulgą. – Och, bogowie... Myślało mi się, że żeś omdlał, jaśniepanie... Żeś się niemalżeś potopił...
Lyeiess roześmiał się gromko, po części na jej moment przerażenia, po części z tego, jak się zupełnie zapomniała z manierami i językiem... A potem coś go tknęło. Ani ona, ani Yevhe nigdy nie wspominali mu, że Fari pochodziła ze wsi. Obrócił się w balii. Fari właśnie z ciężkim oddechem odgarniała swoje mysie włosy... odsłaniając rdzawe znamię na długiej szyi. Lyeiess poczuł najpierw uderzenie gorąca, a potem krew odpłynęła mu z twarzy i istotnie zaczął poważnie rozważać utopienie się w tej nieszczęsnej balii.
- A niech to... – wyszeptał zamiast tego, wciąż wpatrując się w to jej znamię jak w obrazek. Fari, czy raczej Sirafia, dopiero wtedy zauważyła jego bladość i czym prędzej poprawiła włosy na ramionach, ale to już nie miało znaczenia. Jak on mógł jej wcześniej nie rozpoznać? Dwa lata prawie codziennie bywała w jego komnatach. Jak to było możliwe?
- Ach, jaśniepanie... – Dziewczyna znów się zaczerwieniła, ale tym razem jakby inaczej niż zwykle. Wróciła do swojego zwykłego (fałszywego?) akcentu. – Może jaśniepan by już wyszedł z kąpieli? Woda z pewnością ostygła i...
Nie słuchał. Jasne, widział ją wcześniej tylko raz, w półmroku, ale... to był ten jeden raz, którego nie mógł zapomnieć, bez względu na to, jak się starał. Nie potrafił wymazać sobie z głowy najgorszego czynu, jaki w życiu popełnił, czynu, za który innych skazywał na tortury i powolną śmierć. Nie potrafił wymazać sobie z głowy tego znamienia.
Miała wtedy znacznie dłuższe włosy, zaplecione w warkocz. Wołali na nią Żyrafka, bo kojarzyło się z jej imieniem, a ona tak to lubiła, że nosiła na szyi zawiązany na supeł rzemyk, który jedynie bardziej wydłużał jej szyję. Teraz z mysią gęstą czupryną ściętą na krótko i postawionym kołnierzykiem jej sukienki, wyglądała prawie że krępo. Ale to znamię, ta łatka, której poświęcił był większość ich wieczoru, było wypalone na płótnie jego wspomnień.
I wyrwał się z tego splotu przeszłości akurat w porę, by usłyszeć, jak dziewczyna pyta: - ...Czy jaśniepan źle się czuje? Być może powinnam pobiec po Lady Railę i...
- Ani mi się waż – warknął, zrywając się na równe nogi. Dziewczyna, spłoniona, z opuszczoną głową podała mu ręcznik. Lyeiess owinął się nim w biodrach, odgarnął mokre włosy z twarzy i wyszedł z łaźni, by stanąć na ciepłej posadzce w pobliżu kominka. Fari czym prędzej wzięła się za sprzątanie, wyraźnie zadowolona, że ma chwilę ucieczki. Bo Lyeiess nie wierzył, że naprawdę nie zorientowała się, że ją rozpoznał. Obserwował ją, gdy wodę z balii ostrożnie usuwała do nieczystpływu, gdy wycierała podłogę i wymieniała tekstylia. I próbował sobie uświadomić, jak to było możliwe, że przez dwa lata nie miał bladego pojęcia, kim naprawdę była jego osobista służka.
Kiedy jednak dziewczyna się wyprostowała i obróciła ku niemu, wyglądała jak dziecko, tak zahukana przez jego nagłą surowość. Zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej się do niej w taki sposób nie odezwał – a przynajmniej nie do Fari. Sirafii, jak przypominał sobie z bólem, dokładnie takim tonem wydawał niegdyś niegodziwe polecenia.
Czuł, że powinien coś powiedzieć; chcał odpowiedzi na mnóstwo pytań. Miał jednak abstrakcyjne wrażenie, że dopóki nie wypowie na głos tego, co jej zrobił, jeśli pozostanie to tylko w jego pamięci, to będzie to tak, jakby to się nigdy poza jego głową nie wydarzyło. Dziewczyna jednak wciąż stała tam bez ruchu, wyraźnie bojąc się, że jeśli spróbuje odejść, spotka ją dotkliwa kara. Lyeiess wahał się jeszcze przez chwilę, czy nie powinien jej może odesłać bez dalszych dyskusji, ale w końcu zmusił się, by spytać:
- Jak doszło do tego, że się tu znalazłaś? Czyżeś umyślnie przeniosła się do zamku, poszła do służby? – A widząc, że dziewczyna dalej udaje, że nie pojmuje, co Lyeiess ma na myśli, dodał: - Sirafio?
Wtedy dopiero spojrzała na niego z zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się, że będzie pamiętał jej prawdziwe imię po jednej nieszczęsnej nocy, a potem zwiotczała lekko, opuściła wzrok i osunęła się słabo na kolana.
- Mój panie, ja... – zaczęła się niezręcznie tłumaczyć. – To nie było moim zamiarem; ani pracować tutaj, ani zataić przed tobą swej tożsamości, ale gdy tu przybyłam, zupełnie mnie nie poznałeś i pomyślałam, że... że może chciałeś zapomnieć o... o swoim życiu tam i... o mnie też...
Nawet nie zdawała sobie sprawy, ile było w tym racji; lecz, zrozumiał nagle Lyeiess, nie zdawała sobie również sprawy, w jaki sposób on pamiętał to, co się między nimi wydarzyło. Ale... to niemożliwe. Fari nie mogła widzieć tego inaczej... prawda?
- Żyrafka... – rzekł z cicha, a ona uniosła na niego zwilgotniałe, zaskoczone szare oczy. – Przecież... Przecież ja ci zrobiłem krzywdę. Co ty tutaj robisz?
- Co... Książę, co ty m... Ja nie... – jąkała się Fari, gramoląc się z posadzki. Podeszła, wciąż szukając słów. Położyła dłoń na jego napiętej szczęce. – Nie przyszłam tu pracować dlatego, że czegoś od ciebie chcę, mój książę. Moja rodzina... Pogorszyły nam się plony, straciliśmy jedno pole i zaczęło nam brakować na życie. Ktoś musiał pomóc, a ja byłam najstarsza z rodzeństwa, więc...
Lyeiess z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami. - Zupełnie nie to mam na myśli. – Żyrafka patrzyła się na niego bez zrozumienia, więc dodał: - Nie pamiętasz? „Opuszczona” stodoła? Siano? Twoje jęki i „Lye, nie, o bogowie, proszę, zabijesz mn...”
Nie dokończył. Dziewczyna, wciąż krasnoludzko wręcz niska, podciągnęła się rękami na jego karku i ucałowała go mocno, a potem namiętnie, a potem... A potem, akurat gdy Lyeiess miał ją już podnieść w ramionach i naprawić to, co onegdaj spartaczył, do komnaty wpadł Yevhe z taką miną, jakby coś się paliło.
- Co się dzieje? – spytał Lyeiess wystarczająco poważnie, żeby Yevhe wiedział, że jego potępiające spojrzenie zostało zignorowane z dobrego powodu. Fari odskoczyła jak oparzona, zabrała to, co miała zabrać, i w zupełnej ciszy wyślizgnęła się z komnat obok Yevhego. Centaur poczekał, aż zamkną się za nią drzwi i dopiero wtedy powiedział:
- Jaśniepanie, Kilwater jest tutaj. Czeka na galerii.
- A niech to diabli. – Z podenerwowanym warknięciem Lyeiess zaczął wciskać się z powrotem w swe skórzane nogawice. – Poraczył cię, czego mu trzeba?
- Tak, poraczył mnie. Nie, nie tym.
Lyeiess rzucił mu krótkie spojrzenie i w końcu parsknął śmiechem. Yevhe wyszczerzył swoje dwa rządki identycznych zębów i zadowolony z powodzenia misji otworzył Lyeiessowi drzwi. Miał poniekąd rację. Potajemne nocne schadzki z Kilwaterem przebiegały najlepiej, gdy miał dobry humor. Lyeiess uśmiechnął się do swoich myśli.
I z tym właśnie uśmiechem Lyeiess wyszedł na zatopioną w mroku galerię górującą nad ogrodem, gdzie słychać było jedynie szelest liści i nocne pieśni świerszczy. W blasku księżyca z trudem dostrzegał twarz Dona Korsarzy, ale widział, że maluje się na niej zmęczenie i cień nadchodzącej starości. Kilwater opierał się niby to nonszalancko o kolumienkę galerii, przyglądając się z pozornym zainteresowaniem dziedzińcowi. Jego wzrok a to podążał za jakimś kotem, który przemykał od ściany do ściany, a to za płatkiem kwiatu spadającym z owocowego drzewa, a to za gwiazdą pikującą ku ziemi jak orzeł tylko po to, by zniknąć w ułamku sekundy. Lyeiess nie tracił czasu na więcej aniżeli jedynie krótkie spojrzenie w dół. Kilwater już z pewnością przeczesał dziedziniec w poszukiwaniu wszelkich szpiegów – w końcu miał doskonały widok na każdy zakamarek. Tak. Galeria była najbezpieczniejszym miejscem, gdzie Lyeiess mógł się spotkać ze swoim... informatorem.
Kilwater, którego prawdziwe imię prędko zdradziłoby jego tożsamość postronnej osobie i miało z tego względu zawsze pozostać ich wspólną, słodką tajemnicą, był przywódcą Korsarzy, półszlachetnego gangu kryminalistów, utworzonego obecnie z dzieci i przyjaciół prawdziwych korsarzy, uziemionych przed ponad trzydziestoma laty przez zamknięcie iaońskiego portu uchodzącego do niebezpiecznej zatoki Vyirn. Teraz na ten uchyłek Morza Asen wypływali jedynie rybacy – i dobrze, bo by całe miasto już dawno sczezło śmiercią głodową; Korsarze zaś utworzyli własny kryminalny półświatek, do którego Lyeiess zapuścił swe książęce wpływy dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności sprzed dwóch lat, obejmującego Noxę, głupotę syna Dona i istne książęce miłosierdzie.
Yevhe został z tyłu, przy wejściu do zamku, i teraz patrzył spokojnie, jak Lyeiess zbliża się do Kilwatera, opiera o galeryjny parapet i niby w milczeniu napaja oczy pięknem opatulonej nocą przyrody. Jednak jako uważny obserwator, dla którego nie było sensu wracać do swych komnat, kiedy lada moment znów by go wzywano – bo tak zawsze kończyły się te sporadyczne wizyty - Yevhe mógł dostrzec, że Kilwater, z taką miną, jakby deklamował wiersze ku niebu, coś księciu z zapałem tłumaczy, a im dłużej mówił, tym mocniej zaciskała się książęca szczęka i tym ciemniejsze robiło się książęce spojrzenie. A kiedy blask księżyca już wyraźnie malował cieniami linie jego mięśni i żuchwy, Lyeiess uniósł dłoń i Kilwater zakończył swą opowieść. Skłonił się księciu płytko i wyminąwszy Yevhego, zniknął na schodach do stajni. Lyeiess jednak tkwił w bezruchu, wpatrując się mrocznym wzrokiem w równie mroczny dziedziniec.
- Yevhe – rzucił w końcu cicho. Centaur zbliżył się ze świecą i dopiero wtedy dostrzegł, że książę drżał, czy to z zimna, czy ze wściekłości, a jego dłonie tak mocno zaciskały się na kamieniu, że palce mu zbielały.
- Co mogę dla ciebie zrobić, jaśniepanie? – Yevhe narzucił księciu jego wełniany płaszcz na nagie plecy. Dopiero wtedy Lyeiess, zupełnie jakby zdał sobie sprawę, że mu zimno, wyprostował się i już w drodze do komnat rzekł:
- Potrzebuję, żebyś odnalazł i przyprowadził do mnie Ferthera. Tylko cichcem. Nie chcę, żeby ktokolwiek dowiedział się, że się nim interesuję.
- Oczywiście, jaśniepanie, ale... jeśli powiesz mi, kto to jest, być może ułatwi mi to zadanie.
Lyeiess położył dłoń na klamce. – To asystent Sear Rouse.
- Radnej Sear Rouse? – Yevhe wpatrywał się w ponurą twarz księcia rozwartymi ze zdziwienia oczami. - Ale, jaśniepanie, myślałem, że nie możesz podejm...
Zamiast odpowiedzieć, Lyeiess w ciszy wcisnął mu do ręki swój sygnet i zniknął za drzwiami. Yevhe, przewracając w palcach pierścień, zaskoczony, słyszał jeszcze, jak książę uderza w coś z warknięciem, potem jak coś metalowego toczy się z brzękiem po posadzce, aż w końcu zapadła cisza, z której wyłaniał się jedynie szelest pościeli i uginającego się łoża. Yevhe westchnął i opuścił wzrok do onyksowego konia zatopionego w srebrze pierścienia.

Obudził go dziwaczny, śliski stukot. Lyeiess zerwał się ze snu gotów do walki; miał już dłoń na rękojeści miecza, gdy zorientował się, że były to jedynie racice Yevhego, który bezskutecznie próbował poruszać się cicho po jego komnatach.
- Przepraszam, jaśniepanie – rozległ się jego szept w zupełnej ciemności. Księżyc musiał być po drugiej stronie zamku. A więc nadchodził ranek. Lyeiess usiadł na łożu i rzeczywiście, za oknem, na horyzoncie, widać było cienką bladą łunę budzącego się świtu. – Jaśniepanie, oto Ferther, którego szukałeś.
Obróciwszy się, Lyeiess mógł nad ramieniem zobaczyć niewątpliwie centaurzą sylwetkę Yevhego, a obok... cóż, coś przy nim tak drobnego i chuderlawego, że mógłby przysiąc, że adiutant przyprowadził mu nastoletniego elfa. W ciszy komnaty odezwał się ostry dźwięk sygnetu odkładanego na blat, a potem już tylko przerażony oddech Ferthera.
- Yevhe, błagam, zapal jakąś świecę – mruknął Lyeiess, zakrywając najważniejsze części swej nagości pościelą. - I rozpal w kominku, zanim tu wszyscy zamarzniemy.
- Ależ ty dramatyzujesz, książę – odparł Yevhe, ale wziął się do pracy i już za parę chwil komnatę rozświetlił migotliwy poblask. Lyeiess wskazał Fertherowi krzesło stojące akurat strategicznie blisko niego i jego miecza. Teraz jedyną drogą ucieczki było dla niego wyskoczenie przez okno.
Ferther był dobre dziesięć lat młodszy od Sear Rouse, ale wciąż wystarczająco dorosły, by było możliwe, że towarzyszył jej od początku jej działalności w dziedzinie gospodarowania miejską przestrzenią. Do tej jednej kobiety należała bowiem przeważająca część iaońskich budowli i jeśli to, co mówił Kilwater, to prawda, ten dorobek nie był jedynie wynikiem skutecznych inwestycji.
- Fertherze, mam nadzieję, że wiesz, dlaczego kazałem cię tu przywieść o tak nieludzkiej godzinie. – Lyeiess rzucił znaczące spojrzenie Yevhemu, ale centaur udał, że tego nie dostrzegł. Ferther z kolei przenosił przez chwilę ciemne oczy z jednego na drugiego, potem z westchnięciem odgarnął przepocone brązowe włosy z wysokiego czoła, potem potarł wysunięty, maleńki podbródek, aż w końcu zatopił swoją zaskakująco płaską twarz w dłoniach i przez palce wymamrotał:
- Chcę, ale nie mogę, na litość Waszej Książęcej Mości... – Yevhe syknął ostentacyjnie, zanim Lyeiess zdążył zareagować, więc Ferther natychmiast się zreflektował, zawieszając teraz wzrok na swoich nieciekawych trzewikach: - Mam na myśli, mój panie, nie wiem, jak mógłbym ci pomóc, kiedy naprawdę...
- Nic nie wiesz? – wciął mu się Lyeiess. – Mam w to uwierzyć? Jesteś najbliższym jej doradcą od diabli wiedzą jak wielu lat i chcesz mi wmówić, że nigdy nie widziałeś, żeby Sear Rouse zrobiła coś bezprawnego lub choćby zwyczajnie złego?
- Po drodze tutaj mówiłeś mi, że nie będziesz sprawiał kłopotów – dodał Yevhe z ledwo wyczuwalną, ale wciąż sugestywną groźbą w głosie. Lyeiess nadał jej większej wagi, znów kładąc dłoń na głowicy miecza. Ferther jęknął płaczliwie na ten widok.
- Mój panie, proszę, nie rób mi krzywdy...
- Ależ ja wcale tego nie chcę – odparł Lyeiess miękko. – Wiem, że ty niczemu nie zawiniłeś. Jeśli powiesz mi wszystko, co wiesz, zapewniam cię... Ba, daję ci własne książęce słowo, że włos ci z głowy nie spadnie, gdy Sear Rouse będzie odpowiadać za swe zbrodnie.
- Ale skąd...
- To nie jest istotne. Mów.
Ferther dla odwagi nabrał powietrza w taki sposób, jak większość mężczyzn wlewa w siebie kieliszek wina przed pierwszą rozmową z piękną kobietą, i w końcu rzekł:
- Szlachetna Pani Rouse zatrudniła mnie osiem lat temu, mój panie, jeszcze za życia Jego Wysokości, twojego ojca, a po śmierci jej poprzedniego asystenta, który zginął był w niewyjaśnionych okolicznościach, wedle jej słów z rąk królewskiej straży... Zostałem zatem rzucony na głęboką wodę, ale mimo żem był obcy, pani Rouse nie miała żadnych oporów, by już pierwszego dnia wprowadzić mnie w kulisy swej działalności i... no...
- Co kazała ci robić? – spróbował go naprowadzić Lyeiess.
- Rozmawiać z budowniczymi, pilnować dochodów, informować ją o wszelkich problemach z przepływem złota, materiałów, informacji... Ale nade wszystko miałem utrzymywać w porządku jej dziennik, zapisywać każdą transakcję i każdą osobę, której pani Rouse się pozbywała, a także w jakich okolicznościach... gdyby ktokolwiek się kiedyś pytał o tych ludzi. Bo widzisz, mój panie, pani Rouse ma niesamowicie krótką pamięć i...
- Jacy to byli ludzie?
Ferther zachłysnął się własną śliną i przez dłuższą chwilę kaszlał nieopanowanie. Yevhe miłosiernie podał mu kielich z winem, który mężczyzna wypił jednym haustem. Lyeiess zdał sobie sprawę, że siedzi wręcz na samym brzegu łóżka, czekając niecierpliwie na ciąg dalszy o występkach Rouse, zwłaszcza że już to, co usłyszał, doprowadzało go do wściekłości, którą z najwyższym trudem kontrolował.
- Mój panie, proszę, zrozum, że...
- Kogo Rouse się pozbywała?
- Gdy... K-Kiedy pani Rouse... Zdarzało się, że gdy... Gdy pani Rouse miewała swoje pomysły i widziała dla nich idealne miejsca, one wtedy często były domami, które do kogoś należały, i... I wtedy pani Rouse składa takim ludziom ofertę, ale... choć zazwyczaj szczodrą, nie na tyle, żeby... - Ferther ucichł. Lyeiess już miał go ponaglić, gdy rozległ się cichy odgłos kroków na zewnątrz. Yevhe wyskoczył z komnat i zniknął na dłuższy czas, wypełniony dla nich niecierpliwym oczekiwaniem; Ferther z oczami szeroko rozwartymi, z białkami błyskającymi jak u przerażonego konia, wpatrywał się w drzwi, Lyeiess zaś w tym czasie rzucił okiem za okno. Wyszkolonemu złodziejowi lub skrytobójcy nie byłoby trudno dostać się na jego tarasy z dachu stajni, a hałas za drzwiami byłby w tej sytuacji idealną dywersją. W ciemnoszarej przestrzeni nic się jednak nie poruszało, a Yevhe wrócił za moment z wyjaśnieniem, że to tylko jedna z kucharek pędziła za kotem, który skradł ze spiżarni całą dorodną rybę.
- I co zrobiłeś? – spytał Lyeiess z absurdalnym uśmiechem.
- To samo, co ty byś zrobił, jaśniepanie. – Yevhe wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste. – Kazałem jej zostawić biedne zwierzę w spokoju.
Lyeiess prychnął cichym śmiechem i odwrócił się znów do Ferthera. Atmosfera w komnacie się nieco zmieniła, a wraz z nią i jego nastrój – teraz wyglądał, jakby się już poddał i położył wszystko, co miał, na szali wraz z miłosierdziem swego księcia. Nareszcie, pomyślał Lyeiess.
- A więc? – rzucił. - Co działo się z tymi, którzy się nie zgadzali?
Ferther westchnął z bólem. – Pani Rouse miała już wypracowany sposób, który pozwalał jej uniknąć... dzięki któremu nikt nie widział jej winy w tym, co się działo, lecz... – Zamilkł znów, ale tym razem panowała zupełna cisza.
- Lecz...?
- To ci się, mój panie, nie spodoba...
- Nic mi się tutaj nie podoba, Ferther – burknął Lyeiess. - Ta cała przeklęta polityka mi się nie podoba. Moje życie też mi się nie podoba. Już się z tym dawno pogodziłem. – Mężczyzna patrzył na niego w bezbrzeżnym szoku, jakby nie mieściło mu się w głowie, że książę mu się spowiada. – Mów, do diaska.
- Cóż... Pani Rouse... Wykorzys... Zrobiła so... Jej narzędziem zbrodni stał się twój ojciec, mój panie.
- Co? – Lyeiess ze szczerym zdumieniem rzucił okiem ku Yevhemu, ale ten przysypiał właśnie lekko w kącie, z nogami podwiniętymi pod jelenie cielsko, a ludzką częścią ciała oparty o ścianę. Książę pokręcił głową i przeniósł wzrok z powrotem na Ferthera. – W jaki sposób?
- Mój panie, gdy ciebie zabrakło, Jego Wysokość znacznie podupadł na zdrowiu, szczególnie na... no...
- Na umyśle. Wiem.
Ferther jakby odetchnął lekko na jego bezemocjonalne podejście. – Ale być może nie wiesz, mój panie, że najbardziej pogłębiła się jego paranoja i... Cóż, pani Rouse, gdy ktoś jej przeszkadzał, spotykała się z Jego Wysokością po cichu albo podchodziła do niego na spotkaniach Rady, a czasem nawet przychodziła na audiencje, a wszystko tylko po to, by powiedzieć mu... „Panie, doszły mnie słuchy, że ten a ten spiskuje przeciwko tobie”... I to jedynie wystarczyło, by król tę osobę bez sądu ni sprawiedliwości kazał pojmać i ściąć, mimo że to było kłamstwo, a ludzie ci błagali go na kolanach o litość.
Lyeiessa przeszedł dreszcz obrzydzenia. – A pozostała część Rady? Wiedzieli o tym?
- Nie wiem, mój panie... Lecz, ymm, trudno mi uwierzyć, że nie dostrzegli niczego podejrzanego w tym nagłym wysypie zdrajców w mieście...
- I tym, jak zawzięcie Rouse ich wyszukiwała, jakby nic innego w życiu nie robiła. – Lyeiess przytaknął mu cicho. – Dlaczego nic z tym nie zrobiłeś?
- A cóż ja mogłem zrobić, mój panie? Jeśli Rada nie podjęła żadnych działań... Gdybym powiedział królowi prawdę, gotów ściąłby również mnie. To były ciemne czasy, mój panie. Kiedy ty wziąłeś Iao we władanie... Nigdy nie widziałem pani Rouse tak wściekłej. Musiała wrócić do swoich dawniejszych praktyk, więc zmusiła mnie, bym przeczytał o nich w dzienniku; zapisy płatności, setek złotych monet płaconych bezosobowym przezwiskom, miejsca spotkań, wiadomości z drugiej, trzeciej ręki, a wszystko wciąż znacznie bardziej ryzykowne.
- Chcesz mi powiedzieć, że Rouse wynajmuje skrytobójców?
- Najpierw oferuje pożyczkę na wysoki procent i upewnia się, żeby ludzie nie mieli jak jej spłacić. Ale jeśli to i groźby nie działają... Tak, mój panie.
- Niechby ją potępieńcy do piekieł porwali i przez wieczność tam chędożyli – warknął Lyeiess i zaraz z kąta odezwało się parsknięcie Yevhego obudzonego z drzemki przez niezamierzoną książęcą kreatywność. Lyeiess zawtórował mu i tak spędzili obaj parę chwil, podśmiewając się z siebie nawzajem. Ferther, siedzący z otwartymi ustami jak kołek, albo nie był w stanie się śmiać, albo nie mógł wyjść z szoku, że jego władca jest jednak człowiekiem, a nie jedynie ideą.
- W porządku – rzekł w końcu Lyeiess, przecierając zmęczone oczy. – I dowody na to wszystko są w jej dzienniku?
- Tak, mój panie – odparł Ferther grzecznie, choć wyraźnie nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzała rozmowa. - Jak mówiłem, moim zadaniem jest go uzupełniać na potrzeby pani Rouse.
- Masz go zatem w posiadaniu?
- Nie, mój panie. Pani Rouse trzyma go w zamkniętym biurze. Bardzo ostrożnie się z nim obchodzi.
- Ale ufa tobie.
Pod znaczącym spojrzeniem Lyeiessa Ferther zaczął energicznie kręcić głową, poruszał ustami, nagle oniemiały, aż w końcu wstał i zbliżył się do okna tyłem tak, jakby rzeczywiście zastanawiał się, czy przez nie nie wyskoczyć. – Nie, proszę, mój panie... – błagał jękliwie. – Nie zmuszaj mnie, żebym... To, co ona robi...
- ...najwyraźniej ci się podoba. Takie odnoszę wrażenie, gdy mówisz w ten sposób – rzekł Lyeiess spokojnie, podczas gdy Yevhe dźwignął się z posadzki tylko po to, by stanąć znacząco blisko Ferthera. – Powiedz mi, czy naprawdę zgadzasz się z tym, co Rouse wyczynia? Lubisz pomagać morderczyni?
- Nie, mój panie, oczywiście, że...
- To przestań. – Yevhe delikatnym, acz stanowczym naciskiem posadził Ferthera z powrotem na krześle. Lyeiess pochylił się bliżej. – Jedyne, co musisz zrobić – kontynuował, wpatrując się przenikliwie w oczy mężczyzny – to powiedzieć Rouse, żeby dała ci dzisiaj ten dziennik. Powiedz jej, że zapomniałeś zapisać czegoś o wczorajszych interesach albo że przypomniałeś sobie o błędzie, który tam popełniłeś. Gdy już go zdobędziesz, przyjdziesz prosto na audiencje, powiesz każdemu, kto zapyta, że masz dla Rouse niezwykle pilną wiadomość. Gdy już będziesz w sali z dziennikiem, wezwę cię przed tron i opowiesz to wszystko, co powiedziałeś mi przed chwilą, przed całą Radą. Wtedy będę mógł bez przeszkód ją osądzić i ukarać, i zapewniam cię, że już nigdy nie będzie mogła zrobić krzywdy tobie ani nikomu innemu. Jesteś w stanie to uczynić dla swojego księcia?
Ferther jeszcze przez moment miał taką minę, jakby usilnie chciał odmówić, ale że wiedział, że nie mógł, to w końcu oklapł w krześle i w ciszy pokiwał głową.
- Ochronię cię jak tylko będę mógł – rzekł jeszcze Lyeiess, mając nadzieję, że teraz, gdy już osiągnął swój cel, nada mu to wiarygodności. – Jeśli chcesz, Yevhe przydzieli ci strażnika, który będzie cię pilnował, zanim wrócisz do zamku. – Znów kiwnięcie głowy. Lyeiess wtedy skinął na centaura, który wyprowadził Ferthera i już po kilku minutach wrócił, żeby upewnić się, że księciu nic nie trzeba. Lyeiess, nie kryjąc się już ze swoją nagością, stał przy oknie i z założonymi na gołym tyłku rękami przyglądał się budzącemu się miastu. Kupcy rozstawiali na Dalekim Placu swoje towary, rybacy przygotowywali się do odpływu, kurtyzany żegnały klientów przed drzwiami swoich burdeli. Ach, Iao. Ciasne, ale własne.
- Księciu nie wypada być tak bezwstydnym – rzekł Yevhe potępiająco, po raz drugi tej nocy zarzucając Lyeiessowi płaszcz na ramiona, chociaż sam nie miał nic na sobie i udawał, że jemu jako jeleniowi było wolno paradować z wysuwającą się z pochewki przy każdym kroku żołędzią prącia. Lyeiess nie omieszkał mu tego wytknąć, na co Yevhe wzruszył ramionami i burknął: - Jaki władca, taki lud. – Po czym wymienili się spojrzeniami i parsknęli śmiechem. Lyeiess znów spojrzał ku ulicom, ku alejkom, z których powolnym krokiem wyłaniali się schorowani bezdomni, i zacisnął szczęki.
- Serce mi się kraje – rzekł tylko, a centaur w ciszy przytaknął. Wszystkie możliwości pomocy mieszkańcom już dawno z Yevhem wyczerpali. Teraz mógł tylko starać się nie pogarszać ich sytuacji i czekać na okazję, by odzyskać pełnię władzy.
- Jeśli wszystko pójdzie dzisiaj dobrze, jaśniepanie, pozbędziesz się przynajmniej jednego zagrożenia dla tych biednych ludzi. – Yevhe położył mu dłoń na ramieniu. – A na razie... Ułóż się znów do snu, książę. Powinieneś wypocząć przed audiencjami. Obiecuję, że obudzę cię dopiero w absolutnie ostatniej chwili.

Ferther jednak się nie pojawił. Za każdym razem, gdy w sali audiencyjnej odzywał się głos Sear Rouse, Lyeiess spoglądał ku Radzie w nadziei, że mówiła do swojego asystenta, ale zawsze okazywało się, że tak jak reszta Rady tylko próbowała rządzić się w jego mieście. Lyeiess niecierpliwie przewracał nóż w rękach, rozwiązując spory między chłopami i podejmując inne tego typu drobne decyzje, na które pozwalała mu Rada; aż w końcu wezwał do siebie Yevhego i po cichu rzekł:
- Potrzebuję, żebyś znów dokonał swej magii i odnalazł Ferthera. Nie podoba mi się ta sytuacja.
Yevhe na to skłonił się płytko, lecz nie przedtem, jak powiedział mu z uspokajającym uśmiechem: „Kiedyś, mój książę, będziesz musiał się nauczyć, że nie należę do zaszczytnego grona czarodziejów”, i czym prędzej wybył z zamku. Lyeiess spojrzał ku Radzie. Sear szczerzyła do niego zęby i tym razem był przekonany, że nie z powodu tego, że wiedziała, jak bardzo nienawidził, gdy się wtrącała. A niechby ją diabli wzięli.
Interesanci wlewali się do sali audiencyjnej jeden za drugim, para za parą, rodzina za rodziną, a to skarżąc się na niewygody, a to błagając na kolanach o litość i miłosierdzie, i, zazwyczaj, o pomoc finansową, a Lyeiess aż zgrzytał zębami na różanych płatkach, które na próżno żuł dla uspokojenia, gdy każda jego próba otwarcia skarbca na rzecz biedoty Iao, była natychmiast blokowana przez któregoś członka Rady, który bardzo uprzejmie i ze sporą dozą kreatywności wyjaśniał, jak to miejskie złoto jest niedostępne, gdyż już dawno temu zostało, oczywiście wspólnie, przeznaczone na coś innego; a że do mistrzostwa opanowali sztukę serwowania tych kłamstw tak, żeby nikt się nie zorientował, co tak naprawdę się działo, Lyeiess mógł jedynie z napiętą szczęką przytakiwać na ich przymilne „Nieprawdaż, Wasza Książęca Mość?” i patrzeć, jak ludzie wychodzą na dziedziniec ze łzami w oczach lub przekleństwem na ustach. Lyeiess czuł, jak z każdą kolejną audiencją coraz bardziej trafia go szlag i coraz ciaśniej obejmuje wszechogarniające zmęczenie. W głowie zaś coraz częściej pojawiały mu się obrazy Radnych trupów kołyszących się ponuro na stryczkach w powiewach słonego wiatru.
W obecnej tragicznej sytuacji, audiencje były dla niego wielogodzinną katorgą. Przy zamkniętym na co dalsze wyprawy porcie, przy podupadłym handlu i wzrastających napięciach nie tylko między klasami społecznymi, ale też zwyczajnie między sąsiadami, codziennie rosła ilość mieszkańców przymierających głodem, chorujących na iaońską gorączkę krwotoczną, lądujących na ulicach bez dachu nad głową ani środków do życia; a wraz z nimi sępów, które żerowały na szczątkach ich dawnych żyć, na zbielałych kościach kruszącego się dobrobytu miasta, sępów takich jak właśnie Sear Rouse, rozmawiająca teraz z Daonisem Fond Veemsem z zapałem i radosnym uśmiechem na przebrzydłej gębie. Czy spiskowali, jak odebrać mu jeszcze więcej władzy, czy przeszli już do knucia, jak zamachnąć się na jego życie, tego Lyeiess nie umiał stwierdzić, i nieszczególnie miało to jakiekolwiek znaczenie. Z jednej strony z niecierpliwością wyczekiwał momentu, gdy będzie miał świadka w jednej ręce i dowody w drugiej, gdy będzie mógł zasłonić się tym właśnie prawem, które Radni tak kochają, i skazać ją na śmierć z pełnym przekonaniem; z drugiej, coraz silniejsza była jego obawa, że kobieta jakimś sposobem dowiedziała się o jego planach i że gdy w końcu Yevhe wróci z pustymi rękami, Sear będzie znów szczerzyć kły na myśl o tym, że pójdzie, wolna, do swoich szemranych interesów i niszczenia cudzych żyć. Na tym ostatnim spędzała tyle godzin dziennie, że z pewnością to już jej stały zawód, pomyślał z goryczą Lyeiess.
Yevhe wrócił po południu; wbiegł do sali audiencyjnej kłusem i ledwo wyhamował przy tronie, by schylić się do Lyeiessowego ucha. Książę z daleka dostrzegł był ściągniętą twarz swego adiutanta, ale i tak poczuł przypływ podszytej szokiem wściekłości, gdy usłyszał jego słowa.
- Ferthera i jego eskortę znaleźli dzisiaj rano rybacy wracający po nocnych połowach. Zostali utopieni w zatoce Vyirn. Na ciałach są ślady, ale nic jednoznacznego.
Po czym uniósł się i zajął swe tradycyjne miejsce przy boku księcia. Lyeiess czuł, jak zalewa go zimny szał, i tylko z najwyższym trudem powstrzymał się od ciśnięcia nożem prosto w Radę. Rouse rzuciła mu niby to zainteresowane, niby to pytające spojrzenie, ale tym razem się nie szczerzyła, co samo w sobie było podejrzane. Tylko skąd ona wiedziała o jego spotkaniu z Fertherem?
Z drugiej strony, jakie to miało znaczenie. Jakoś się dowiedziała i dotarła do Ferthera zanim ten zdołał się stawić na audiencji. Dziennika też się na pewno pozbyła. A Lyeiess, bez dowodów ani świadków, nigdy nie zdoła skazać Rouse za jej zbrodnie, nie kiedy Rada trzyma jej stronę. Przewracało mu się w żołądku na samą myśl, że będzie musiał pozwolić jej dalej robić z jego grodem, co jej się tylko żywnie podobało.
Ostatnie fale interesantów wlewały się coraz wolniej, ale Lyeiess nie mógł się już skupić. I tak nic na to nie poradzi. Jego miasto nie należy do niego. Jego zdradliwe prawo odebrało mu władzę, wolność, wszystko, co przysługiwało mu z urodzenia, a miłość do ludu i poczucie obowiązku nie pozwalało mu odejść. Był więźniem we własnym domu; choćby mieli go związać i zamknąć w lochach, nic by to nie zmieniło. Całe jego jestestwo buntowało się ze wszystkich sił przeciwko temu życiu, a on nie mógł nic z tym uczynić. Tylko dlaczego? Lyeiess jednym uchem słuchał Yevhego mówiącego w jego imieniu, tego młodego centaura, którego za cielaka zabrał z rodzinnego lasu i zamknął w czterech kamiennych ścianach, a który mimo to służył mi z miłością i wiarą. Yevhe złożył swe życie na szali zaraz obok Lyeiessa. Myśli księcia natychmiast popłynęły ku wczorajszemu wieczorowi i Fari, ku Żyrafce, którą skrzywdził bardziej niż było to możliwe, a mimo to ona również służyła mu chętnie i radośnie – czy to dlatego, że dostrzegła, jak się zmienił? Czy zdaje sobie sprawę, że to właśnie przez to, co się kiedyś stało?
Chłopi, nieludzie, mieszczanie, chorzy i zdrowi, ale szczególnie ci biedni i głodni, wszyscy kładli się bez wahania u jego stóp, błagając o pomoc, której on nie mógł... nie, nie chciał im jej zaoferować. Być może istotnie nie mógł nic począć z Fond Veemsem, Eleonorą Vinorshe, czy nawet Faessem Poidennem, którego dzisiaj na posiedzeniach nie było, jak zresztą zazwyczaj; ale Sear Rouse nie była członkiem Rady z urodzenia. Nie należała do jedynych pozostałych trzech z siedmiu rodów, które przed ponad wiekiem pomogły Gunnarowi. Nie, wkupiła się do Rady swoim bogactwem zgromadzonym na trupach prostych ludzi. Nie obejmowało jej więc prawo dziedziczenia i jakikolwiek potomek, którego mogłaby mieć gdzieś ukrytego, nie przejąłby jej miejsca, gdyby jej zabrakło. Gdyby tylko Lyeiess mógł...
- To już ostatni, jaśniepanie – szepnął mu na ucho Yevhe, wyrywając go z zamyślenia, gdy akurat do sali wchodził podstarzały mężczyzna w obdartych szatach, po którym od pierwszej chwili było widać, że od pewnego czasu żyje na ulicy, ale wciąż nie zdołał się do tego przyzwyczaić. Być może był wcześniej majętnym człowiekiem. Podchodząc do tronu, ze strażnikami idącymi tak blisko niego, że nie mógł nawet zboczyć z kursu, mężczyzna spojrzał przelotnie na Radę, ale jego wzrok zawiesił się na moment na Sear Rouse zanim opadł ku ziemi. Strażnik sięgnął, by go popchnąć na kościste kolana, lecz niepotrzebnie – mężczyzna sam uklęknął i zaczął szeptem zmawiać arateickie modlitwy.
- Mój panie, znaleźliśmy przy nim to – usłużnie poinformował jeden ze strażników, unosząc w dłoni umazany w błocie, ale całkiem zwyczajny nóż, zaostrzony do granic możliwości, sądząc po nieregularnych szlifach, na jakimś kamieniu pod murem.
- Chciał pewnie targnąć się na twoje życie, książę – dodał drugi. Lyeiess odprawił ich obu z powrotem do drzwi zanim postanowiliby w napadzie patriotyzmu i lojalności stłuc tego biednego człowieka. Jeśli mieli jakiekolwiek protesty, ucichły pod twardym książęcym wzrokiem jeszcze zanim się rozbudziły.
Dopiero wtedy mężczyzna uniósł wzrok na Lyeiessa. Jego brudna twarz była poznaczona jasnymi liniami po strugach łez. – Mój panie, mój najmiłościwszy książę, przybyłem błagać o litość – rzekł z taką pewnością zaszytą gdzieś głęboko w głosie, że nie ulegało wątpliwości, że był niegdyś jednym z dobrze postawionych mieszczan. Lyeiess wymienił spojrzenia z Yevhem. Mężczyzna nagle zamilkł, być może przerażony, więc Lyeiess pochylił się w tronie, by, może, ukryć nieco swoją wściekłość.
- Jak ci na imię? – spytał na początek. Mężczyzna od razu wyraźnie się rozluźnił, rozumiejąc, że Lyeiess nie ma zamiaru go tak od razu wysyłać na szafot.
- Yuthar, mój książę. Miałem kiedyś majątek, co prawda jedynie na obrzeżach miasta, i zupełnie niewielki, ale... – Wziął głębszy oddech. – Moja żona urodziła nam bliźnięta, ale niestety... Bardzo ciężko zniosła poród. Przychodziliśmy do zamku do Lady Chirurgii na leczenie, ale żona ciężko się poddawała, nie wierzyła w te zioła, mój panie, zawsze była bardziej skłaniająca się ku magii.
- Kojarzę – przerwał mu Lyeiess. – Raila opowiadała mi o kobiecie po porodzie, której z trudem wyperswadowała wizytę u nadwornego maga. Co się stało?
- Tak, mój panie, tak. Między dziećmi a jej chorobą, zwiększyły się koszty życia, nie mogłem już...
- Moment. – Lyeiessowi aż zrobiło się słabo z wściekłości i przerażenia. – Raila kazała wam płacić?
- Nie, nie, mój panie, ale kazała wprowadzić dietę, a potem i zioła kupowałem sam na mieście, żeby jej już nie zawracać głowy, mój książę. To było wtedy, gdy tylu ludzi zapadło na gorączkę i Lady Raila miała ręce pełne roboty, to już nie chciałem wtedy przeszkadzać, żeby tylko kilka ziół... Zaciągnęliśmy pożyczkę, mój panie, ale nie wiedzieliśmy, że... nie będziemy mogli jej spłacić i w końcu straciliśmy wszystko. Moja żona już nie żyje, mój panie... Bez ziół, zwyczajnie, zasłabła, i nie doniosłem jej na czas do zamku... A moje małe dziewczynki... – Mężczyźnie wyrwał się długo powstrzymywany szloch i Lyeiess już spodziewał się najgorszego. Z tyłu odezwało się ciche skrzypienie drewnianego tronu pod zaciskającą się dłonią Yevhego. – Moje dziewczynki musiałem odesłać... ostatkiem pieniędzy, mój panie, odesłałem je do Omarormu, żeby tam miały szansę na ży... – Rozpłakał się już zupełnie i gdzieś w szlochach zgubiło się zakończenie historii. Takich jak on było w Iao mnóstwo. Dotkniętych nieszczęściem, które dobiła poż... Pożyczka. Lyeiess spojrzał ukradkiem ku Sear Rouse, która patrzyła na szlochającego mężczyznę z kamienną twarzą; przypomniał mu się Ferther i jego przerażenie, jak tylko mimochodem wspomniał o pożyczkach na wysoki kredyt, tak że Lyeiess z początku tego nie skojarzył. Spojrzał znów ku mężczyźnie. To dlatego ją rozpoznał. Czyżby nie wiedział, że zasiadała w Radzie? To musiał być moment, w którym dopiero pożałował, że odebrali mu ten nóż przy wejściu. Lyeiess doskonale go rozumiał.
- Po co wziąłeś ze sobą broń? – spytał najsurowszym głosem, jaki potrafił z siebie wykrzesać, choć serce mu waliło, rezonowało w piersi słabnącymi, desperackimi uderzeniami. Nie mógł pozwolić, żeby Rouse się zorientowała, że on o wszystkim wie.
I mimo że Lyeiessowi wydawało się, że słabnie, wydźwięk jego pytania i tak sprawił, że mężczyzna skulił się na posadzce i z najwyższym trudem powstrzymał kolejną falę szlochów. – Nie chciałem, mój panie, nikogo skrzywdzić, przysięgam. Jedynie... Ja jedynie słyszałem od innych, że to nie ma sensu, że tu się niczego nie dostaje. – Lyeiessowi krew tak uderzyła do głowy, że aż zabolało. – A ja już nie mogę... nie mogę tak żyć, mój panie... Chciałem zostać skazany. A teraz mogę już tylko błagać.
- Chciałeś zostać skazany? Yutharze, skazany na co?
- Kamieniołomy, mój panie. Proszę, zrozum, moje życie już dobiegło końca. Teraz tylko czekam na śmierć. Więc proszę, mój książę, póki jeszcze żyję, chcę i mogę pomóc. Kiedyś byłem kowalem, mój panie, dopóki koń nieomal nie kopnął mnie w głowę oboma kopytami i wtedy poczułem pocałunek śmierci, i... od tamtego czasu nie mogę się nawet zbliżyć do tych zwierząt. Jaki ze mnie kowal, kiedy konia nie mogę podkuć? Ale jestem silny i wiem co nie co o handlu, i pomyślałem, mój panie, że jeśli pomogę, jeśli będzie choć trochę więcej marmuru do sprzedania, wtedy może będzie więcej złota w skarbcu, żeby pomóc innym ludziom takim, jak ja... Proszę, mój panie. Byłem gotów zrobić... Chcę jedynie pomóc, mój panie.
Lyeiess, który siedział z ręką przy ustach, żeby nie było tak bardzo widać, jak zaciska zęby, nie miał serca powiedzieć mu, że złoto z tego handlu i tak znalazłoby inne zastosowanie, już Rada by się o to postarała. Yuthar dostrzegł jego ściągniętą twarz i wbił wzrok w marmurową posadzkę, oczekując najgorszego, ale Lyeiess już dawno podjął decyzję. Przychyli się do jego prośby, nawet jeśli bezzasadnej, choćby dlatego, że w kamieniołomach, poza pracą, czeka na niego również wyżywienie i schronienie, nawet jeśli mierne. Jeśli Yuthar na to właśnie liczył, ale nie chciał dać tego po sobie poznać, Lyeiess zupełnie go nie winił. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, z własnej woli skazać się na taką pracę... Książę westchnął.
- Yevhe, niech jeden ze strażników przygotuje Yuthara do podróży. Potem osobiście odwieziesz go do kamieniołomów. – Centaur skinął i odszedł wydać rozkazy. Yuthar z płaczem rzucił się na posadzkę i zaczął Lyeiessowi dziękować z całego serca. Książę nie mógł na to patrzeć; spojrzał więc ku Radnym, którzy tym razem, zaskakująco, nie mieli nic do powiedzenia. Siedzieli w zamyślonym milczeniu, poza, oczywiście, Sear Rouse, która z najwyższym trudem usiłowała ukryć swoją radość. Yuthar ją rozpoznał, i ona o tym wiedziała, a teraz książę pozbył się go za nią. Człowiek w takiej kondycji i wieku nie przetrwa w kamieniołomach długo. Lyeiess rozwiązał jej problem, a jej reakcja była ostatnim, czego potrzebował, by podjąć decyzję. Nie pozwoli jej już nigdy nikogo skrzywdzić.
Strażnik delikatnie podniósł Yuthara z podłogi i wyprowadził na zewnątrz. Yevhe spokojnym krokiem wracał do Lyeiessa – zrozumiał, że jeszcze czegoś od niego chciał. Nie wiedział tylko, że miał jedynie być świadkiem. Radni zaczęli się zbierać, kierować ku sali narad, skąd rozeszliby się po mieście. Lyeiess kaszlnął znacząco.
- Stójcie – rzekł tak ponurym tonem, że nawet przez myśl im nie przeszło się sprzeciwiać. Wszyscy obrócili się ku niemu.
- Czekasz jeszcze na kogoś, mój panie? – spytała przymilnie Sear Rouse i Lyeiess znów poczuł, jak coś się w nim gotuje.
- Nie, Lady Rouse. Czy mogłabyś tu podejść, milady, jeśli łaska?
Sear zmarszczyła brwi. Lyeiess nigdy nie był dla niej tak uprzejmy i z pewnością wiedziała, że coś się święci. Nie byli jednak sami w sali tronowej. Yevhe czekał pod ścianą wedle rozkazu. Eleonora Vinorshe i Daonis Fond Veems, zainteresowani, nie szykowali się, żeby zniknąć w sali narad. Co ważniejsze, byli również strażnicy przy wszystkich drzwiach, łącznie sześciu, i w cieniu czaiła się też służka, czekająca, żeby posprzątać na koniec dnia. Rouse nie mogła odmówić księciu, nie przy tak uprzejmej prośbie i nie przy świadkach, inaczej mogłaby stracić swoją pozycję, i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Skłoniła więc lekko głowę i podeszła, stając na zatopionym w marmurze herbie Iao, jak nakazywał obyczaj.
Lyeiess milczał przez pewien czas, wystarczająco długi, by Radni popatrzyli po sobie nierozumiejącym wzrokiem. Rouse przestąpiła z nogi na nogę, ale nie ośmielała się zdejmować z niego wzroku. I słusznie, pomyślał Lyeiess, rozsiadły w tronie, z twarzą opartą na dłoni, zupełnie tak, jak jego ojciec miał w zwyczaju. To było jedyne wspomnienie z dzieciństwa, które pamiętał tak wyraźnie, jakby to było wczoraj – jak wszedł do sali tronowej z jakimś pytaniem, król ojciec siedział na tronie właśnie tak, jak on teraz, a przed nim, właśnie tam, gdzie teraz Rouse, stał mały Rescha – opatulony w koc, z mokrymi włosami, wciąż trzęsący się z zimna i ze strachu. Król patrzył był na niego badawczo i myślał, co z nim począć. A potem dostrzegł był Lyeiessa i powiedział: „Tak”. I tym jednym słowem wyznaczył Reschę jako jego osobistego sługę i przyjaciela, i przyszłego adiutanta. Teraz, jeśli by ich zobaczył, pewnie przewróciłby się w grobie, gdyby nie umarł był dwukrotnie.
Lyeiess przypomniał sobie tamten moment i miał nadzieję, że Rouse również – potem przypomniał sobie też Kilwatera na wpół opatulonego ciemnością, przerażonego Ferthera, kręcącego się w krześle ze strachu przed śmiercią, przed którą książęce słowo nie zdołało go uchronić, ściągniętą twarz Yevhego, a w końcu Yuthara błagającego o kamieniołomy. Odezwał się cichy głos: „...a czasem nawet przychodziła na audiencje...” Uniósł głowę.
- Pani, doszły mnie słuchy, że spiskujesz przeciwko mnie.
Sear Rouse zbladła; wręcz momentalnie przybrała kolor swojej jasnej sukni. Lyeiess wstał z tronu. Miecz miał odpięty od pochwy od kiedy strażnik pokazał mu nóż Yuthara. Był władcą i katem. Położył dłoń na głowicy. Rouse stała jak wbita w ziemię, nagle oniemiała. Lyeiess rozkoszował się jej ciszą, dopóki Fond Veems się nie ocknął i nie ruszył naprzód, pewnie po to, żeby go powstrzymać lub zażądać dowodów, więc zanim tego dokonał, Lyeiess zszedł ze schodków i rzekł spokojnie i wyraźnie:
- Czy wiesz, milady, jaka jest kara za zdradę stanu? - I nie czekając na odpowiedź, Lyeiess przeszedł dwa kroki dzielące go od Rouse, a równocześnie jednym płynnym ruchem wyszarpnął miecz i ściął ją tak, jak stała. Nauki ojca jednak nie poszły na marne.
Ostrze błysnęło czerwienią. Ciało kobiety opadło na posadzkę; krew z kikuta szyi tryskała radośnie na herb miasta, cholewy jego butów, wsiąkała w rozrzuconą na marmurowej podłodze jasną suknię. Głowa przetoczyła się nieco w bok i spoczęła w szkarłatnej kałuży, wpatrując się rozwartymi, zdumionymi oczami w wysoki sufit.
- Za twe zbrodnie skazuję cię na śmierć przez ścięcie głowy.
W zapadłej ciszy jedynymi odgłosami były jego ciężki oddech i rozbijające się o posadzkę krople spływające po ostrzu Nieskończonego; ale nawet gdyby podniósł się tumult, Lyeiess nie zdawałby sobie z tego sprawy, kiedy jego uszy wypełniał ogłuszający huk pulsującej mu w tętnicach krwi i echo tłukącego mu się w piersi serca. Pozostali dwoje Radni patrzyli się na niego i na trupa w zszokowanym milczeniu – Fond Veems wyraźnie zzieleniał na twarzy, choć przecież nie była to pierwsza egzekucja, której był świadkiem; Eleonora z kolei zbladła i przeniosła na księcia nienawistny wzrok.
- Jesteś potworem – wydusiła z siebie w końcu, kiedy Lyeiess szedł już w kierunku tronu.
- Ranisz me uczucia, milady – odparł Lyeiess ze zmęczeniem, marząc jedynie, by dano mu spokój i żeby przestały trząść mu się ręce. Drżącymi palcami wziął od Yevhego chustkę, by otrzeć ostrze z krwi Sear Rouse, którą strażnicy właśnie zbierali w ciszy z posadzki. Lyeiess spojrzał na centaura – jego twarz nie wyrażała nic. Spokój przerwał jedynie trzask drzwi, gdy Eleonora wymaszerowała z sali. Fond Veems patrzył na księcia jeszcze przez moment, z przestrachem i obrzydzeniem kryjącymi się za wściekłością w jego wzroku, a w końcu również i on opuścił salę.
Lyeiess przysiadł ciężko na tronie, przytłoczony wyczerpaniem, o którym na moment zapomniał. Ręce dalej trzęsły mu się jak nigdy dotąd i żadne z wyjaśnień, które mógł sobie wyobrazić – wściekłość, podniecenie, przerażenie – jakoś nie oddawało tego, co czuł. Pozwolił głowie opaść do tyłu, aż stuknęła o wysokie oparcie... i dopiero wtedy dostrzegł, że na galerii stoi starsza córka Fond Veemsa, Illa; i że patrzy na niego takim wzrokiem, jakby wszystko widziała.
Dlaczego nie odeszła z ojcem? Czyżby chciała o czymś porozmawiać z księciem, ale bała się do niego zbliżyć po czymś takim? Lyeiess nie miał sił się nad tym zastanawiać i nie zamierzał czekać, aż dziewczę znajdzie język w ustach. Skinąwszy na Yevhego, który wtedy wyruszył, by odeskortować Yuthara do kamieniołomów, Lyeiess rzucił jeszcze raz okiem na krzepnącą już przy brzegach kałużę krwi na marmurowej posadzce zanim wyszedł z sali audiencyjnej i w końcu, po tym całym ciężkim dniu, udał się na zasłużony spoczynek.
Już kładł dłoń na klamce, kiedy usłyszał za sobą szybki stukot trzewików i prawie że desperackie „Lyeiess, mój książę!”. Znów zazgrzytał zębami. Ile jeszcze książęcych obowiązków będzie musiał znieść zanim wreszcie wróci do długo wyczekiwanego łoża? Ani jednego, ot ile. Czegokolwiek dziewka by od niego chciała, każe jej poczekać z tym do jutra. Albo niech prosi ojca o pomoc. Po to go ma.
Jednak gdy się obrócił, otwierając usta, by dać Illi do zrozumienia, co sądzi o takim nachodzeniu go bez powodu, dostrzegł łzy w jej oczach i z zaskoczenia aż oniemiał. Jeszcze nigdy mu się nie zdarzyło, żeby szlachcianka przybiegła do niego z płaczem, a co dopiero mówić o tym, że ledwie co kogoś zabił na jej oczach.
Illa milczała przez chwilę, jakby czekając na przyzwolenie, ale gdy Lyeiess nie wykonał choćby najmniejszego ruchu, wzięła głębszy oddech. – Książę, chcę powiedzieć ci coś, co powinnam była wyznać dawno temu, ale... Być może nie będzie to dla ciebie zaskoczeniem... Od kiedy cię niegdyś ujrzałam po twym powrocie ze wsi, mój książę, już wtedy oczarował mnie twój widok, lecz dotychczas nigdy... nie miałam odwagi, by...
Lyeiess dalej nie słuchał. Przypomniał sobie, jak podczas jego koronacji Illa, wówczas ledwie czternastoletnia, przyglądała mu się z żywym zainteresowaniem i odwracała wzrok z nieśmiałym uśmiechem, gdy tylko zerknął w jej kierunku. Wzdrygnął się. Potem zdał sobie sprawę, że również wtedy nie wzbraniałby się nadmiernie przed wzięciem jej do łożnicy, gdyby odważyła się mu to oznajmić i wręcz zaschło mu w gardle.
Nie była to kwestia prawa czy konwenansów, a raczej jego osobistego moralnego kodeksu. Co prawda prawo Ghaiakelu - powszechnie przyjęte nawet w najdalszych zakątkach Noellye i lądów przyległych, w szczególności wtedy, gdy lokalne zapisy nie stanowiły inaczej – za granicę dorosłości stawiało wiek szesnastu lat dla wszystkich ras za wyjątkiem centaurów, które dojrzewają i umierają znacznie szybciej, goblinów i nimf, które rządzą się swoimi prawami, no i smoków, ale w Noellye nie ma żadnych smoków. Mimo to żadnego... obcowania z osobami młodszymi się z góry nigdzie nie karało, nawet jeśli dla części społeczeństwa nie było to w dobrym smaku, a gdy sprawa dotyczyła wszelakich władców, robiło się jeszcze bardziej zawile. Jedynie gdy doszło do wymuszenia, przymuszenia albo... innych sytuacji, podejmowane były odpowiednie działania, identyczne do tych, które podejmowano w podobnych zbrodniach dotyczących osób dorosłych. Lyeiess jednak swój honor miał, nędzny, bo nędzny, ale zawsze jakiś, i myśl, że jeszcze ledwie trzy lata temu mógłby swoje zasady złamać, przepełniała go trwogą i pogardą dla samego siebie.
- Po wielokroć wyobrażałam sobie, mój panie – mówiła dalej Illa, zupełnie nieświadoma jego dylematów, choć już wyraźnie czerwona na twarzy – spotkania z tobą w tajemnicy przed ojcem, lecz nie mówiłam ci nic dotychczas, gdyż nie chciałam, byś pomyślał, że jedynym powodem takich mych uczuć jest to, że jesteś księciem...
- A tak nie jest? – przerwał jej Lyeiess, w końcu przezwyciężając swoje ściśnięte gardło.
- Nie, mój panie! – Illa wydawała się szczerze oburzona taką perspektywą. – To nie ma z tym absolutnie nic wspólnego, choć oczywiście, gdybyś był jedynie szlachcicem, to wszystko byłoby znacznie łatwiejsze.
Lyeiess wolał nie myśleć, co dziewczyna miała na myśli przez „to wszystko”. – Nie powinno cię tu być, milady. – Na to określenie policzki Illi pokryły się jeszcze głębszą czerwienią i dopiero wtedy Lyeiess zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Nie powinien się z nią spoufalać. – Powinnaś wrócić do ojca, Illo, z pewnością czeka, by zabrać cię do domu. W końcu właśnie dlatego przybyłaś dziś na dwór, nieprawdaż?
Dziewczyna tylko pokręciła smutno głową, ale tak, jakby zupełnie go nie słuchała. – Zawsze, gdy przychodziłam na dwór i wiedziałam, że cię ujrzę, mój panie, czułam się tak, jakbym mogła... jakby nie było żadnych przeszkód ani brzemion... lecz dzisiaj to wszystko się zmieniło.
- Bo widziałaś, że kogoś zabiłem.
- Nie – odparła z takim przekonaniem, że Lyeiessowi odechciało się z nią polemizować. Zamknął się tylko i słuchał. – Nie, już wcześniej widywałam egzekucje z twojej ręki, gdy ojciec zmuszał mnie, bym... Bym przyzwyczajała się do roli Radnej. I wiem, mój panie, że wykonywanie tego przykrego obowiązku nie przynosi ci żadnej radości, to widać od razu, jeśli spojrzeć na twą twarz, a ja zawsze patrzyłam na ciebie, żeby nie musieć patrzeć na... I wtedy było łatwiej to znieść. – Oczy miała utkwione w rąbku swej sukni, ale mimo opuszczonej twarzy i tak było widać, że płacze. – A także dlatego, że wiedziałam, że to byli źli ludzie, że zawsze miałeś powód, by skazywać ich na taki los, i wiedziałam, że w pewien sposób było to miłosierne z twej strony, jako że pozostałe kary ci dostępne są... – Przeszedł ją wyraźny dreszcz, gdy otarła twarz wierzchem dłoni. Na jej rękawie pozostała mokra smuga. – Mój panie, ja wiem, na pewno, że tym razem też miałeś powód, bo zawsze go masz... Ale pani Rouse tylekroć witała u nas w domu, jadła z nami przy jednym stole i zwyczajnie... nie mogę... nie mogę wrócić do domu i patrzeć znów na te wszystkie miejsca, gdzie ona była, bez wizji tego, co widziałam tutaj... – Illa już zupełnie straciła kontrolę i teraz płakała jak dziecko, którym jeszcze tak niedawno była. – Mój panie, proszę... Muszę znać powód... powód jej śmierci, jeśli mam jeszcze kiedykolwiek móc myśleć o tobie bez strachu...
Lyeiess przełknął gorzką ślinę, zanim w końcu odrzekł: – Być może nie powinnaś móc myśleć o mnie bez strachu. – Czy była to suchość tego stwierdzenia, czy jego podtekst, Illa spojrzała nagle wprost na niego z takim bólem i smutkiem, że jedno zerknięcie wystarczyło, by osłabić jego determinację. A potem zdał sobie sprawę, że istnieje spora szansa, iż kiedyś – wkrótce? – Illa przejmie rolę swego ojca i rzeczywiście byłoby najlepiej, gdyby mogła myśleć o nim ciepło. Westchnął.
- Chodź więc – rzekł cicho. – Wejdźmy do środka. – Ale gdy otworzył drzwi swych komnat, w środku ujrzał Żyrafkę, tym razem z włosami zaplecionymi w luźny warkocz, który opadał jej swobodnie na drobne piersi uwięzione w gorsecie służebnej sukienki. Uniosła na niego głowę z udawanym zaskoczeniem – Lyeiess wiedział, że umyślnie guzdrała się z pracą, by nie skończyć przed jego powrotem, jak zazwyczaj – które zaraz przerodziło się w prawdziwe zdumienie, gdy ujrzała Illę nieśmiało wchodzącą do pomieszczenia z rumieńcami na twarzy.
- Fari, dziękuję, ale możesz udać się już na spoczynek – rzekł głosem nieznoszącym sprzeciwu. Służka patrzyła na niego jeszcze przez moment z czymś bardzo przypominającym smutek, ale książę był zbyt zmęczony, by przejmować się jej domysłami. – Dokończymy swą... rozmowę kiedy indziej.
Żyrafka skłoniła się głęboko i znów czym prędzej wybyła z komnaty. Lyeiess wskazał Illi krzesło przy stole, to samo, w którym nad ranem Ferther postanowił mu pomóc w zamian za obietnicę, że książę będzie go chronił. Lyeiess znów poczuł przypływ pogardy.
Illa przysiadła na samym brzegu i wpatrywała się w niego jak w obrazek szeroko rozwartymi piwnymi oczami, które natychmiast przywiodły mu na myśl martwy wzrok głowy Rouse. Coraz ciężej było mu oddychać. Jeśli powie Illi, co Sear wyprawiała z jego miastem, skąd może mieć pewność, że dziewka nie pobiegnie prosto do ojca i mu o wszystkim nie opowie? Nawet jeśli nie wiadomo, jak mógłby zareagować na to, że jego córka była sam na sam z księciem w jego komnatach. Chciałby móc wierzyć, że tylko na dobre by wyszło, gdyby Fond Veems usłyszał, że Rouse nie zginęła bez powodu, ale zbyt dobrze już znał tego człowieka – tak czy inaczej znalazłby sposób, by obrócić to przeciwko niemu. Lyeiess nie lubił podejmować takiego ryzyka.
- Illo, nie mogę ci przedstawić całej sytuacji – powiedział tak, jakby to było oczywiste, jednocześnie żywiąc cichą nadzieję, że to wystarczy, by nie dopytywała – ale Sear Rouse nie była wcale dobrym człowiekiem. Swoimi interesami żerowała na ludności Iao i nie mogłem pozwolić, by to się dalej toczyło. Dlatego gdy tylko dowiedziałem się o takim stanie rzeczy...
- Ale kto ci o tym powiedział? – wyskoczyła nagle i to pytanie było tak trafne, że jakiś głos w głowie Lyeiessa zaczął desperacko krzyczeć, że nie można jej ufać. Wymusił na sobie spokój, zanim w końcu odparł:
- Jej asystent, Ferther, przyszedł do mnie ogarnięty wyrzutami sumienia. – A gdy lekko przytaknęła, bez cienia zwątpienia brnął dalej w kłamstwo. - Bał się o swoje życie i chciał mojej ochrony, ale zanim zdołał przynieść mi dowody, jego najgorsze obawy się spełniły.
- Zginął? – szepnęła Illa. Książę skinął głową. – Co się stało z twoją ochroną?
Lyeiessowi zupełnie nie spodobał się jej ton i ponurym wzrokiem dał jej to do zrozumienia. – Skończyła w zatoce Vyirn razem z nim. – Illa opuściła oczy ku swoim kolanom i nie przerywała więcej. – Także sama widzisz, miałem najszczersze chęci dać Rouse sprawiedliwy sąd, na który zupełnie nie zasługiwała, mimo że wiedziałem, że Eleonora Vinorshe i twój ojciec mogliby wtedy łatwo uchronić ją przed karą i wszystko poszłoby na marne. Nie chciałem jej zabijać, ale nie dała mi wyboru, nie kiedy miałem podstawy podejrzewać ją o morderstwo na Fertherze i moich strażnikach. A jeśli istotnie pozbyła się go dlatego, że mi doniósł o jej czynach, to już od jutra z pewnością wszystko by zmieniła i nigdy bym nie zdołał jej ukarać, a ona mogłaby dalej dokonywać swoich niegodziwości bez przeszkód.
Dopiero poniewczasie zdał sobie sprawę, że powiedział nieco więcej niż miał zamiar, ale Illa w międzyczasie znów uniosła na niego spojrzenie i widział w nim jasno, że już bez wątpliwości spijała słowa z jego ust. Nie było już sensu kryć przed nią swoich uczuć.
- Dlatego nie obchodzi mnie, co Rada sobie o tym myśli albo jak bardzo będą próbowali obrócić to przeciwko mnie. Wiem, że to był jedyny sposób, by uwolnić Iao od jej niszczycielskich wpływów. – Westchnął ze zmęczeniem, odpinając miecz od pasa, by postawić go na jego stałym miejscu przy łożu. – Nie cieszę się, że zabiłem kobietę; cieszę się, że zabiłem podłotę.
Nagle poczuł na policzku chłodną dłoń; Illa pojawiła się przy nim, tak blisko, że czuł na piersi jej prędki oddech. Wspiąwszy się na palce, sięgnęła wargami do jego ust. Lyeiess zupełnie nie miał ochoty poddawać się w tej chwili żadnym kobiecym wpływom, ale nie miał też serca odpychać jej niewinnych, dziewczęcych zalotów po tym, gdy się przed nim otworzyła. Położył więc dłonie na jej ramionach, dając sobie możliwość delikatnego jej odsunięcia, ale zarazem nie opierał się, gdy przyciągnęła go do pocałunku. Dopiero gdy zarzuciła mu ramiona na szyję i stało się jasne, że oczekiwała czegoś więcej niż jedynie bliskości, ujął lekko jej podbródek, by go posłuchała.
- Illo, nie powinnaś o mnie zabiegać – szepnął. – Jeśli twój ojciec się dowie, oboje...
- Zbyt długo czekałam na tę chwilę, mój książę, by jej nie uchwycić – odparła równie cicho, patrząc mu prosto w oczy. I wtedy, gdy tak spoglądał w dół na tę dziewkę niższą od niego o dobrą głowę, uderzyła go w pełni świadomość, że przecież jest młodsza o sześć lat. Ledwie rok temu osiągnęła dorosłość, stała się kobietą. Teraz już prawie że obskakiwała własnego księcia, a jeśli on jej na to pozwoli, jego życie może się bardzo szybko, bardzo mocno skomplikować. Jej pozycja była dosyć szczególna i nie miał na myśli tego, jak przyciskała go do kolumienki łoża, wspierając się na nim całym ciałem, żeby nie musieć balansować na samych czubkach trzewików. Była jedną z niewielu szlachcianek w całym Iao wystarczająco wysoko postawioną, by w oczach arystokracji nadawać się na partnerkę dla księcia. W jego głowie przesuwały się po kolei wszystkie możliwości – jeśli pozwoli jej zabrnąć dalej w ten wieczór i ktoś się o tym dowie, a nie było Yevhego, którego mógłby postawić na warcie jak ranhońskiego ogara, Daonis Fond Veems stanąłby przed poważnym dylematem, czy bardziej zależy mu na pozycji córki, czy bardziej uważa Lyeiessa za niegodnego jakichkolwiek przywilejów i związków z jego rodem. Nie to, żeby Lyeiessowi zależało na jednym albo drugim. Jedynym sposobem, by temu wszystkiemu zaradzić, było zrazić do siebie Illę, a tego dokonać by nie potrafił – nie było w jego umyśle możliwości, by nie starać się ze wszystkich sił przynieść kobiecie szczęścia, tak samo jak nie potrafił nie dostrzec w każdej choćby odrobiny piękna.
Dlatego kiedy dziewczyna spojrzała na niego zmartwionym spojrzeniem i nieśmiało, z policzkami spłonionymi czerwienią, spytała: - Książę, co się dzieje? Dlaczego...? Czy na pewno ci odpowiadam? – a on nie mógł z pełnym przekonaniem, czy raczej w ogóle z żadnym przekonaniem, odrzec „Nie.”, poddał się i postanowił dać jej dokładnie to, czego chciała. A potem okłamywać samego siebie, że to nie jego wina, że oczekiwała czegoś innego.

- Skoro tak, Żyrafko, to dam ci dokładnie to, czego chcesz – oznajmiłem, zatrzaskując za nami drzwi stodoły. Spora beczka pełna ziarna okazała się doskonałym ryglem, zarówno dla tych, którzy chcieliby wejść tu z zewnątrz, jak i dla ciebie, gdyby przyszło ci do głowy uciekać. W środku nie panował zupełny mrok – słońce gorącego letniego dnia przeciskało się uparcie przez szpary między deskami – ale powietrze przepełniał ciężki, prawie że namacalny zapach wszechobecnego siana. W wiosce nie używaliśmy tej stodoły często, bo choć bardzo solidna, to jednak stała zbytnio na uboczu, a już na pewno nikt nie myślał o pracy, gdy na placu trwały weselne obrządki – i właśnie dlatego mogłem być pewien, że nie będziemy tu niepokojeni. Ściągnąłem mokrą od wody i potu koszulę.
Odwróciłaś się na dźwięk materiału uderzającego o kamienne podścielisko, szarymi oczami omiotłaś powoli całe moje ciało w niezwykle nęcący sposób, ale gdy zacząłem rozwiązywać również nogawice, mógłbym przysiąc, że dostrzegłem w twoim wzroku szczyptę strachu. Czyżbyś nie robiła tego wcześniej?
- Wiesz, że jestem księciem, prawda? – rzuciłem od niechcenia. Przytaknęłaś. – To dobrze. – Schwyciłem cię za kark i wpiłem się mocno w twoje usta, drugą ręką jednocześnie sięgając do twojej iście chłopskiej sukienki. W głowie delikatnie szumiało mi od wina, przepełniony sianem wiatr wywiewał ostatnie myśli. Położyłaś mi dłonie na ramionach tak, jakbyś chciała mnie odepchnąć, jakby to było dla ciebie za dużo, ale poza tym nie próbowałaś się opierać. Czyli zrozumiałaś swoją pozycję. To dobrze.

Illa jęknęła cicho, gdy wwinął palce w jej sprężynujące loki i przyciągnął ją do siebie z siłą, na którą już dawno sobie nie pozwalał. Mógłby przysiąc, że próbowała szepnąć coś z przestrachem, ale skutecznie uciszył ją pocałunkiem. Jej wargi smakowały wręcz nienaturalnie słono i Lyeiess przez moment zastanawiał się, czy nie doprowadził jej znów do płaczu – ale tylko przez moment. Potem myśli z głowy wywiał mu ciężki, gorący wiatr i nie miało już znaczenia, czy płakała, czy dopiero będzie płakać, i czy będzie to z bólu, czy z rozkoszy. Miał zamiar pokazać jej wszystkie płaszczyzny książęcej miłości i nie przejmować się, czy zdoła je przyjąć. Miał zamiar sprawić, że zrozumie swoją pozycję.
- Jeśli chcesz się cofnąć, teraz jeszcze możesz – rzekł cicho prosto w jej usta, ale nie spodziewał się, że przyjmie propozycję. Illa spojrzała mu w oczy załzawionym wzrokiem i przez moment myślał, że się pomylił, ale w końcu pokręciła głową. Przejechała palcem po jego wardze, zabierając się do dalszych pocałunków. Chwycił jej nadgarstek. – Odsuń się i zdejmij wierzchnią suknię. – A gdy rzuciła mu zaskoczone spojrzenie, dodał drwiąco: - W czym problem? Myślałaś, że skoro kocham się tylko z dziwkami i więźniarkami, to nie wiem, jak wygląda strój prawdziwej szlachcianki?
Zacisnęła wargi, ale zaczęła rozwiązywać gorset, wyraźnie czerwieniejąc na policzkach pod jego wzrokiem; Lyeiess odwrócił się więc, by nalać sobie wina. Wypił zawartość kufla jednym haustem i dopiero potem znów na nią spojrzał. Nie radziła sobie najlepiej.
- Myślałaś, że pokażesz mi nowe horyzonty? – kontynuował, zbliżając się do jej pleców. Przesunął dłonią w górę jej uda i mimo że nawet nie dotknął jej skóry, poczuł, jak drży. Przyłożył jej szorstką żuchwę do szyi. – Musiałabyś najpierw przyspieszyć. – Muskając wargami jej ucho, szarpnął za obie części jej gorsetu, jednocześnie rozluźniając wiązania do końca i zsuwając jej suknię z ramion. Illa odruchowo zasłoniła dłońmi swój wątły dekolt, mimo że materiał zsunął się głównie z jej pleców i zawisnął na jej zgiętych łokciach. Tyle jeszcze nauki przed nią.

- Książę... proszę... – szeptałaś mi prosto w wargi, gdy prędkimi, niecierpliwymi ruchami zdejmowałem ci sukienkę. Widziałem wstyd na twych policzkach i w twoich oczach, ale choć zupełnie się tym nie przejmowałem, nie próbowałaś się odsunąć. Czyżbyś już dostrzegła beczkę przy drzwiach? Czyżbyś wiedziała, że nie uciekniesz? Czy może perspektywa spędzenia nocy z księciem, nawet jeśli schłopiałym, podpitym i gwałtownym, przepełniała cię dotychczas nieznanym podnieceniem?
Nie zadałem ci ani jednego z tych pytań. Zdejmowania twojej sukni też prędko mi się odechciało. Zamiast szarpać za czerwone wstążki, którymi dzisiaj związałaś sukienkę na cześć młodej pary, sięgnąłem po rzemień na najbliższym snopku i rozsypałem siano po kamieniach. Drugą ręką przyciągnąłem cię do siebie i gdy położyłaś mi brodę na ramieniu, poczułem na szczęce wilgoć twoich łez. Spojrzałem ci w oczy. Przetarłem ci palcem po policzku i wardze, pozwoliłem ci zadrżeć, aż w końcu chwyciłem cię za żuchwę i pociągnąłem do głodnego pocałunku. Będziesz moja. Będziesz należeć do mnie. I nigdy o mnie nie zapomnisz.
- Na kolana – warknąłem. Nie ośmieliłaś się sprzeciwić, choć spłoniłaś się po same mysie włosy. Zawinąłem dłoń w twój warkocz i przycisnąłem cię sobie do uda. – Rozwiąż je do końca. – Drżącymi palcami poczęłaś rozplątywać rzemyki mych nogawic, a ja rozkoszowałem się twoim posłuszeństwem. Próbowałem wyobrazić sobie, że tak właśnie będzie wyglądać moje życie, gdy przejmę tron, ale nie czułem tego tak samo. Po co mi tron, kiedy mogę zostać tutaj.
- Wiesz, co robić – stwierdziłem bardziej niż spytałem, ale prędko przekonałem się, że jednak nie wiedziałaś. – Ręce za plecami. A teraz wielb go, dopóki nie przestanie ci się mieścić w ustach.

W jej szybko falującej piersi, rozwartych wargach i zaciśniętych do białości palcach Lyeiess jasno widział budzący się strach. Za włosy pociągnął jej głowę do tyłu, wpił się głodnymi wargami w jej odsłoniętą szyję, ale kątem oka dostrzegł, że miała wzrok utkwiony w drzwiach. Obrócił ją w drugą stronę.
- Och, proszę, mój panie... – jęknęła łamiącym się głosem. – Bądź...
- Milcz. – Natychmiast ucichła. Widać nie była wystarczająco przerażona, skoro potrafiła z taką łatwością powstrzymać budzące się szlochy. – Swą ostatnią drogę odwrotu straciłaś przed momentem. Teraz pokornie poddasz się swojemu umiłowanemu księciu – dodał z naciskiem. Drgnęła lekko, gdy przesunął dłonią po jej łonie. – I przestaniesz udawać, że ci to nie odpowiada. Tego w końcu właśnie chciałaś, prawda?
Przytaknęła głową na tyle, na ile pozwoliła jej jego pięść zaciśnięta na jej brązowych lokach.
- Słucham? – mruknął na wpół wesoło, na wpół gniewnie, sunąc wolnym palcem po jej odsłoniętych łopatkach.
- Tak – szepnęła pod nosem.
- Tak...? – Na próżno usiłował uciszyć prymitywną radość ze znęcania się nad nią. A potem przestał próbować. – Tak, co?
- Tak, mój książę...
- Ano. Cieszę się, że się rozumiemy. – W nagrodę ucałował jej policzek wręcz z uczuciem. – Ręce na stół. – Przesunął dłoń na jej plecy, żeby upewnić się, że dobrze się ustawi. Włosy rozrzuciły jej się po jasnej skórze, zlewając nieco z bordową suknią. Czerwone wstążki zwieszały jej się po obu stronach talii.

Zakrztusiłaś się po raz kolejny. – Mówiłem, żebyś nie prosiła o pomoc. – Rytmicznie rżnąłem ci usta, pozwalając ci odsunąć się tylko na tyle, ile ci było potrzebne, żeby się nie udusić. Jeśli coś ci nie odpowiadało, nie próbowałaś tego zakomunikować. Dłonie, które już jakiś czas temu przeniosłaś zza pleców na moje uda, zamiast usiłować mnie odepchnąć, owinęłaś na mojej męskości, niby żeby sobie pomóc. Wiedziałem, że tak naprawdę chciałaś tylko mnie skrócić. Może istotnie przestałem ci się już mieścić w ustach.
Podniosłem cię w ramiona; owinęłaś mi uda wokół bioder, mocno, jakbyś bała się, że cię upuszczę, choć w istocie miałem wszystko pod kontrolą. Spoczęliśmy oboje na szczycie stosu siana. Uniosłem się lekko, tylko na tyle, żeby móc podciągnąć ci rąbek sukienki. Westchnęłaś gwałtownie, gdy wsunąłem dłoń pod spód.
- Ach, książę, na miłość twoją, nie... – Przyłożyłem ci dłoń do ust, zanim mogłaś dokończyć, dokładając ci kolejną porcję wilgoci na policzkach. Wciągnęłaś powietrze jakby ze zdumieniem.
- Mam nadzieję, że miałaś zamiar prosić mnie, żebym nie przestawał? – spytałem bardziej niż stwierdziłem, a ty usłużnie przytaknęłaś. – Cieszy mnie to niezmiernie.
Pochyliłem się ku twojej szyi, wpiłem ci się mocno w skórę, zostawiając ślady wszędzie, gdzie się zatrzymałem. Wciąż z moją ręką na ustach odchyliłaś głowę do tyłu, choć dłoń miałaś mocno zaciśniętą na moim nadgarstku. Chyba sama nie wiedziałaś, czy ci się to podoba, czy nie.

Gdy schylił się, by podciągnąć rąbek jej sukni, zrobiła taki ruch, jakby chciała rzucić się do ucieczki, ale wytrwała. W nagrodę już bez znęcania się nad nią podwinął jej spódnicę aż spoczęła w kłębach na jej talii. Illa oddychała ciężko, przerywanymi haustami, gdy wiódł wargami w górę jej nagich ud, podniósł się i w końcu stanął za nią.
- Przyciśnij się do mnie. – A gdy usłuchała, upewnił się, że czuła jego twardą wypukłość nawet przez skórę nogawic. – Wolisz, żebym dotykał ciebie czy od razu uwolnił siebie?
Odpowiedziało mu jedynie ciche kapanie.
- Illo? Płaczesz? - Schwycił ją za szczękę i podciągnął do pionu, znów plasując twarz przy jej szyi. – Nie ma zupełnie czego się bać... – szepnął jej do ucha, drugą ręką sięgając w dół. Zachłysnęła się powietrzem i przymknęła powieki, a łzy spłynęły jej po policzkach. Zacisnęła mocno dłoń na jego nadgarstku. – Pokażę ci jedynie, co to znaczy pragnąć księcia.
Wyraźnie próbowała tłumić jęki, gdy odnajdywał palcami takie zakamarki, których, sądząc po jej reakcjach, nawet sama dotychczas nie dotykała. Jeśli Daonis Fond Veems wmawiał jej przestarzałe przesłanki, że ma być „czysta” dopóki nie znajdzie swojego prawdziwego partnera, to... cóż, przynajmniej jedno z nich się mocno przeliczyło. Ciekawe tylko, czy Illa próbowała być cicho, by zadość się stało jego wcześniejszym poleceniom, czy po prostu bała się, że ktoś ich usłyszy przechodząc za drzwiami. Lyeiess uśmiechnął się do swoich myśli. I tak nikt nie odważyłby się wejść do jego komnat bez pozwolenia.
- Sprawdźmy więc, ile zdołasz mnie przyjąć. – Wziął koniuszek jej ucha w wargi, zanim popchnął ją z powrotem na stół, odejmując już zupełnie mokrą rękę od jej łona. Spojrzenie, które rzuciła mu przez ramię, zdradzało zarówno strach przed bólem, podniecenie perspektywą bycia otwartą, a także tę jej nieszczęsną miłość, której jeszcze nie zdołał jej wyperswadować.

Przylgnęłaś do mnie każdym skrawkiem ciała, którym tylko mogłaś, przyjęłaś mnie z wyraźną rozkoszą, choć przerywaną bólem. Czułem, jak po udzie cieknie mi twoja krew, ale nie obchodziło mnie to. Byłaś tak ciasna, że nie potrafiłem tego z niczym porównać, i jeśli jeszcze jakikolwiek skrawek rozsądku pozostał w mojej głowie, teraz już go nie było. Stałem się w tej chwili niczym więcej aniżeli zwierzęciem wiedzionym prymitywnym popędem i nic nie mogło tego już zmienić.
Twoje jęki rozsadzały mi czaszkę; w piersi brakowało tchu. Wbijałaś mi paznokcie w plecy, uwieszona mnie jak zbawiciela, mimo że wyraźnie byłem czymś zupełnie przeciwnym, i z trudem powstrzymywałaś krzyki. A ja uderzałem w ciebie coraz szybciej, coraz mocniej, zapominając się w tej rozkoszy, której sam dotychczas nie zaznałem nawet w pobliżu wystarczająco wiele.
- Och, książę, mój książę... – piszczałaś, żeby tylko nie wrzeszczeć, usiłując jednocześnie zatopić palce w moich włosach i odgarnąć swoje z twarzy. Wpiłaś się w moje usta, ale do mnie dotarło to dopiero wtedy, gdy wsunęłaś mi język między wargi. Zassałem go na moment, po czym uniosłem się na kolana, upajając wzrok twoją półnagą formą rozciągającą się przede mną na sianie. Zakryłaś rękami czerwoną twarz, jakbyś nie chciała patrzeć na mnie, gdy robię ci takie rzeczy, ale mi zupełnie to nie odpowiadało.
- Patrz na to – warknąłem i pociągnąłem ci głowę za kark, zmuszając cię, byś ujrzała dokładnie, jak wsuwam się w twoją do niedawna dziewiczą kobiecość. Usłuchałaś, przez chwilę, potem jednak uniosłaś na mnie swój błagalny wzrok, ale zaraz opadła na ciebie fala rozkoszy i z przeciągłym, ledwo tłumionym krzykiem i przymkniętymi powiekami pozwoliłaś głowie opaść z powrotem do tyłu. Przeniosłem ci więc dłoń z karku na szyję i zacisnąłem palce, aż ty nie zacisnęłaś się na mnie, wpatrując mi się prosto w oczy z nowo obudzonym przerażeniem.
- Krzycz moje imię, gdy szczytujesz – rozkazałem, rozluźniając nieco uścisk; i już za chwilę moją nagrodą było przesłodkie „Lyeiess, Lyeiess, och, Lye...” urwane kolejnym wrzaskiem rozkoszy. Łzy spływały ci po policzkach.

Mimo jego najszczerszych starań i sporej ilości śliny nie zdołał pokonać wejścia od pierwszego razu, być może dlatego, że dziewczyna zacisnęła się na nim tak mocno, że w którymś momencie nie mógł poruszyć się ani w jedną, ani w drugą stronę. Dał jej więc chwilę spokoju, jedynie sunąc dłońmi po wszystkich odsłoniętych częściach jej ciała, szukając jeszcze podatnych miejsc, ale nie wyglądało na to, żeby miała się rozluźnić w najbliższym czasie.
- Illo, czy nie mówiłem ci przed chwilą, że nie ma się czego bać? – rzekł znów, nieco spokojniej, schylając się ku jej ramionom. Jej jedyną reakcją było to, jak przycisnęła do niego rozgorzały policzek. Powieki miała mocno zaciśnięte. Lyeiess składał jej na szyi delikatne pocałunki, ale gdy to nie odnosiło oczekiwanego efektu, w końcu wbił jej zęby w ramię. Ugięła się z głośnym jękiem i wtedy pchnął.
- Oooch, mój książę...! – krzyknęła Illa, gdy w końcu wsunął się w nią w całości, a on już zupełnie nie potrafił stwierdzić, jakimi uczuciami podszyty był jej głos. Z drugiej strony, nie miało to dużego znaczenia w tej chwili.
Illa nie krwawiła, co zaskoczyło go na wystarczająco długo, by dziewczyna złapała oddech na nowo. Opierała się teraz ciężko na stole, a sądząc po jej drżących rękach, z trudem pilnowała się, by nie opaść na łokcie. Nie zamierzał jej tak dłużej maltretować.
- Połóż się na nim, jeśli potrzebujesz – szepnął, a ona natychmiast skorzystała z pozwolenia i przycisnęła twarz do stołu. – Rozstaw nogi nieco bardziej. Unieś biodra. Właśnie tak. Będzie ci bardzo dobrze.
Z początku chyba niezbyt się z nim zgadzała, ale poruszał się z wystarczającym wyczuciem, by wkrótce pojękiwała z cicha z powoli budzącej się przyjemności. Zwinięta na stole, obróciła ku niemu twarz, wpatrując się w niego tak uległym i pełnym uczucia wzrokiem, że Lyeiess nie mógł tego znieść. Niby mimochodem odwiązał szarfę, którą dziewczyna przewiązała suknię w talii i założył jej ją na oczy; pociągnąwszy za końce jak za lejce, zmusił ją do odrzucenia głowy do tyłu. Jej jęki momentalnie przybrały na sile. Lyeiess wolną rękę położył jej na biodrach, pomagając sobie nieco w coraz to bardziej rytmicznych ruchach, a Illa jęczała i poddawała mu się bez żadnych sprzeciwów.

Palce miałem mocno zaciśnięte na twoich udach, gdy przyciągałem cię do siebie, ale na zdradliwym sianie ciężko było znaleźć właściwe oparcie i nie mogłem rozwinąć takiej prędkości, jaka była mi potrzebna do pełni szczęścia. Ty, zatopiona we własnej rozkoszy, nawet nie zauważyłaś mojego dylematu, dopóki się z ciebie nie wysunąłem.
- Ależ ciebie łatwo zaspokoić – mruknąłem, patrząc, jak z trudem unosiłaś się na łokciach, próbując zogniskować na mnie wzrok przez mgłę podniecenia. – Szczególnie jak na dziewicę. Nie powinnaś się czuć tak dobrze, wiesz o tym, Żyrafko?
Nie odpowiedziałaś. Chyba nie do końca docierało do ciebie, co mówiłem.
- Odwróć się. Unieś biodra. – Odgarnąłem włosy klejące mi się do czoła, gdy ochoczo spełniałaś polecenia. Zdążyłaś wziąć dwa głębsze oddechy, zanim powiedziałem: - Mam nadzieję, że jesteś gotowa. Nie mam zamiaru na ciebie czekać. – I znów wbiłem się w ciebie aż po same jądra, posyłając cię z krzykiem na siano. Rżnąłem cię tak mocno, że z trudem utrzymywałaś twarz nad suchymi, miejscami nawet ostrymi źdźbłami, których obecność w oczach była raczej niewskazana.
- Lye, nie, proszę, o bogowie, zabijesz mnie... – Z całego opętanego przez podniecenie bełkotu wylewającego się z twoich ust docierało do mnie jedynie co drugie słowo, ale choć mój umysł zdołał zarejestrować, że błagasz o litość, moje ciało zupełnie nic sobie z tego nie robiło. Byłem już całkowicie skupiony na własnej przyjemności i dążyłem do niej teraz bez względu na wszystko. Jak przez mgłę poczułem na udzie twoje palce, ale za żadne skarby nie umiałem określić, czy próbujesz mnie odepchnąć, czy przyciągnąć. Twoje ogłuszające krzyki rozsadzały mi czaszkę, zlewały się ze żwawym tętnieniem krwi i desperackim biciem przemęczonego serca. Odczucia twego ciała rozlewały się wszechogarniającą falą po całym mnie, mimo że czułem, jak drętwieją mi dłonie, kolana, męskość. Spełnienie przyszło zupełnie nieoczekiwanie, uderzyło mnie w pierś z taką mocą, że zupełnie odebrało mi dech w piersiach i przez moment zapomniałem, kim jestem i gdzie jestem. Gdy do siebie doszedłem, byłem rozciągnięty obok ciebie na sianie, które kleiło się nieprzyjemnie do kropel potu okrywających kobiercem całe moje ciało. Ty znalazłaś schronienie w zgięciu mego łokcia, do którego lgnęłaś z podwiniętymi, wciąż trzęsącymi się nogami.
- Nie ma czasu odpoczywać – mruknąłem, gdy w końcu odzyskałem oddech. Przez szpary między deskami płynęło rześkie wieczorne powietrze. W oddali wciąż słychać było odgłosy muzyki i radosnych ludzi. Najwyraźniej nikt nie zauważył, że kogoś brakuje.
Na moje słowa uniosłaś się z lekkim trudem; twoim ciałem wstrząsały ciągłe dreszcze, czy to z zimna, czy z jeszcze niezakończonej rozkoszy. Odgarnąłem ci niesforne kosmyki z twarzy, zaraz zanim znów zatopiłem palce w twych włosach. – Naprawdę myślałaś, że już z tobą skończyłem? Żyrafko, noc jeszcze młoda. – Wiedziona moją ręką, przylgnęłaś mi do piersi i poczęłaś wargami poszukiwać najprzyjemniejszych miejsc. – Powiedz mi więc, co jeszcze chcesz, żebym ci dzisiaj zrobił.

Kiedy wreszcie ugięły się pod nią kolana, Lyeiess był już zaspokojony, ale dopóki pozwalała mu na to wyćwiczona wytrzymałość, nie miał zamiaru przestawać pokazywać Illi kolejnych poziomów przyjemności. Oparł jej na wpół bezwładną formę o łoże i dopiero gdy w odpowiedzi na pieszczoty zacisnęła palce na jego bawełnianej pościeli, znów wbił w nią swoją na nowo tężejącą męskość. Jego drugie wejście przeszło bez nie mniejszej odpowiedzi niż pierwsze, ale tym razem nie przeszkadzał jej reagować tak, jak tylko chciała. Illa oparła więc głowę na ręce i patrzyła na niego przez ramię, a on obserwował zmiany na jej twarzy, gdy zagłębiał się w nią coraz bardziej i dokładniej.
- Mój książę, ja... – próbowała z siebie wydusić, ale Lyeiess nigdy się już nie dowiedział co, bo właśnie w tej chwili zwilżonymi palcami sięgnął do jej łechtaczki i Illa momentalnie stała się zupełnie inną dziewczyną. Wypchnąwszy ku niemu biodra, jęknęła z nową siłą, a on z dumą pieścił ją dalej, wbijając się w nią bez żadnych oporów tak głęboko, jak dotychczas go jeszcze nie wzięła. Nie powstrzymywał uśmiechu przerywanego jedynie przez podniecone sapnięcia, przepełnione zdumieniem, gdy zdał sobie sprawę, że ta drobna szlachcianka będzie pierwszą kobietą od lat, która doprowadzi go do drugiego szczytu w ciągu jednego wieczoru.
Spięła się pod jego palcami, zaskakująco prędko, i wcisnęła twarz w pościel, próbując bezskutecznie zdławić najsłodszy jęk, którym go dotychczas uraczyła. Ścisnęła go przy tym tak mocno, że wybiła go z rytmu, ale już przy kolejnym pchnięciu i on to poczuł – ciężkie spełnienie, przytłaczające wręcz, które przycisnęło go swoją siłą do jej gorących pleców, gdy oparł się na brzegu łoża, z trudem utrzymując równowagę. Zakręciło mu się w głowie. Nogi mu drżały.
Gdy fala opadła, przesunął językiem po wyboistych liniach jej kręgosłupa, podczas gdy Illa zsunęła się z niego z wyraźną ulgą i opadła na posadzkę obok. Nie wyglądało na to, żeby którekolwiek z nich miało się gdziekolwiek ruszyć w najbliższym czasie. Lyeiess zaczął żałować, że odprawił Fari – tylko dlatego, że brakowało mu jej teraz, by podała mu wino.
- Przepraszam, mój książę – szepnęła Illa nieskończenie zmęczonym głosem, a on spojrzał na nią ze zdumieniem. Ona przeprasza? – Miałeś rację, a ja nie słuchałam.
Lyeiess pozwolił przebrzmieć temu zdaniu, którego słodycz od zawsze chciał usłyszeć - najbardziej z ust któregoś z Radnych, ale wiedział, że nie może mieć wszystkiego – zanim w końcu zapytał: - W czym?
- Że nie powinnam o ciebie zabiegać.
Lyeiess parsknął śmiechem tak nagle, że dziewczyna wyraźnie się zgorszyła. Nie miał sił się tym przejmować; jego wyczerpanie osiągnęło taki poziom, że nawet go nie czuł, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że gdy tylko się położy, cały świat się spod niego osunie jakby go tam nigdy nie było.
- Mam więc rozumieć, że nie zdołałem cię zaspokoić? – szepnął jej znów na ucho, przesuwając znów dłonią w dół jej mokrego uda, jeszcze nie zasłoniętego suknią. Sapnęła.
- Wręcz przeciwnie, mój książę – odparła – zrobiłeś to zbyt dobrze, zbyt mocno. Nie potrafię sobie wyobrazić życia, w którym potrafiłabym to znieść każdej nocy...
Lyeiess ukrył uśmiech w jej włosach, gdy szukał dostępu do jej szyi, a palcem delikatnie zahaczył o jej łechtaczkę wysuwając dłoń spomiędzy jej ud. I choć ledwie jej dotknął, Illa wygięła się w łuk z kolejnym, ostatnim jękiem rozkoszy, a w następnej chwili z trzaskiem otworzyły się drzwi komnaty. Lyeiess obejrzał się nad brzegiem łoża i w progu ujrzał gotującego się ze wściekłości Fond Veemsa, równie czerwonego na twarzy, co jego córka jeszcze jakiś czas temu.
- Ups – szepnęła Illa ku rozbawieniu Lyeiessa, po czym zaczęła pospiesznie porządkować suknię. Księciu nie chciało się podnosić, by czekać, aż Fond Veems znajdzie język w ustach, więc tylko przyglądał mu się ciekawie przez ramię. Za jego plecami dostrzegł Yevhego, który wzruszał właśnie ramionami z takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć „Starałem się, ale...”
- Co tu się dzieje?! – wybuchł w końcu Daonis, kiedy Illa już wstała i teraz zawiązywała szarfę w talii. – Illa... Czy ty naprawdę... Czyś ty zupełnie ogłupiała?! Co twoja matka powie?! Masz jakiekolwiek pojęcie, jakie mo...
Lyeiess postanowił przerwać mu wpół słowa, zanim się dobrze rozpędził. – Ale skąd ci wpadł do głowy pomysł, że wolno ci wejść do moich komnat bez pozwolenia?
Wyraźnie wybił Fond Veemsa z rytmu, bo ten, zamiast zastanowić się nad odpowiedzią, wygadał nagle całą prawdę. – Rozmawiałem z tym twoim adiutantem, żeby mnie tu wpuścił, gdy usłyszałem jęk Illi, i...
- Rozpoznałeś głos swojej własnej córki, gdy jęczała z rozkoszy? Jak? – Lyeiess pokręcił głową. – Zresztą, nie. Zrobię ci uprzejmość i udam, że tego nie słyszałem. Ale na przyszlość, mój drogi Daonisie, powinieneś bardziej uważać, bo może się jeszcze okazać, że kiedyś skończysz jak Sear Rouse.