Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

środa, 4 lipca 2012

Arka Przymierza (buhaj-nosiciel x córki-nosicielki)

TYTUŁEM WSTĘPU
Jeśli rok temu, po przeczytaniu "Kropel krwi", słuchowisk Akatsuki, "Dna śmierci", "Wilczego wycia", "Trzepotu skrzydeł", "Krzyku" lub jakiegokolwiek innego psycholitycznego opowiadania mojego autorstwa, sądziliście, że jestem zryta/szalona/rąbnięta/psychiczna/[wstaw-synonim], to teraz zobaczycie, co zrobiła ze mną weta. Powiem tyle: te studia są jak Alien, gwałcą ci łeb i nawet nie wiesz, że składają ci jaja do torby sieciowej, a dwa semestry później toto się wykluwa i następuje koniec wszelkich resztek normalności.


Dla mnie ten moment nadszedł właśnie dzisiaj. Cały ostatni tydzień aż do przedwczoraj spędziłam na sumiennej (khem, khem) nauce i opłaciło się, bo zdałam jeden z dwóch anatomów, więc jest nieźle. Całą noc z wczoraj na dzisiaj spędziłam na opracowywaniu pytań z egzaminu z genetyki z poprzedniego roku, kierując się zasadą: "A pierdolę to wszystko, robię to i niech się dzieje wola boska"; po czym się okazało, że pytania wyglądające na pierwszy rzut oka jak skrzyżowanie Enigmy z fatamorganą, po pięciu godzinach nocki nawet mają sens i bez większego trudu umiem na nie wszystkie odpowiedzieć; o 8.20 dzisiaj rano zaczęłam pisać egzamin i wyszło na to, że podle woli boskiej 95% pytań było z zeszłego roku... Więc też było wesoło. Serio, powinnam postawić Przypadkowi kapliczkę i napisać jakiś durny poradnik pt. "Jak osiągnąć bardzo dużo bardzo małym kosztem, np. zdać niezdawalny egzamin po pięciu godzinach nauki..."


No ale zanim wyrodzę poradnik, wyrodziłam coś innego. Obawiam się niestety, że cała ta wiedza, którą w siebie siłą wtłoczyłam ostatnimi czasy musi gdzieś znaleźć ujście, no i niestety będziecie cierpieć tego efekty. Albo i nie cierpieć. Pewnie znajdzie się ktoś, komu się to nawet spodoba o_O


Niniejsze opowiadanie dedykuję Panom Profesorom J.K. i K.W.

Sponsorowane jest ono nieprzespaną nocką ze skutkiem w głupawce, pytaniem "Buhaj-nosiciel gwałci córki nosicielki. Jaki procent potomstwa jest martwy?" oraz płakaniem ze śmiechu przy rozmowie z Neko, która jako pierwsza oberwała moździerzem mojego nowego pomysłu...

Shiro: "*wykład na temat tego, dlaczego 25% potomstwa jest martwe*"
Neko: "Chyba nie rozumiem... xX"
S: "Aż mnie wzięła ochota na napisanie hentaica o buhaju zmuszanym do gwałcenia córek, bo dziwne dwunożne istoty chcą sprawdzić, czy przypadkiem nie jest chory, kiedy on się czuje całkiem zdrowy... XDDD
O, to byłoby dobre. XD"
N: "Rozumiem już XD"
S: "BUAHAHAHAHAHAH~!"
N: "Aaa, buhaj to byyyyk!"
S: "Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo teraz rechoczę XDD"
N: "HENTAJCA O BYKU?!
O wilkach jeszcze rozumiem...
Ale o pieprzonym BYKU?!"

S: "Nie pieprzonyym... *deeech* ...tylko pieprzącym XDDDDD"
N: "...
...
...
Nie, próbowałam sobie wyobrazić opis tej kopulacji, ale mój mózg jest na to za słaby X____X"

S: "*poryczała się*"

Także tak...
UWAGA!


Jakby się ktoś jeszcze nie zorientował po tytule, uczciwie ostrzegam, że to opowiadanie jest zoozoo... interzoo... mesozoo... jest pierdolnięte. I pisane głównie dla śmiechu, więc jeśli kogoś byczo-jałówkowe zabawy nie śmieszą, to lepiej niech poczeka, aż napiszę coś poważniejszego. A odważnych zapraszam do czytania i jeśli łzy w oczach wam w tym nie przeszkodzą, to możecie pozachwycać się trochę luźnym stylem i neologizmami, byłabym wdzięczna ^^




Motto:
- O, cześć, ta... ŁOOOŁ, tato!


W sumie, nigdy nie byłem dobrym ojcem. Znaczy, jeśli chodzi o wychowywanie swoich dzieci. Bo w czynieniu się wielokrotnym rodzicielem zawsze przodowałem.
- To nasz najlepszy rozpłodowiec - mówili ludzie, wskazując mnie z daleka, a ja kroczyłem dumnie po łące, prezentują w całej okazałości swoje silne mięśnie i naprężoną sondę. Wszyscy hodowcy w okolicy chcieli mieć moje dzieci... w oborze, oczywiście. Zazwyczaj stawiano mnie na odosobnionej polance i przyprowadzano mi jakąś ładną baryłkę z jeszcze nieuciętymi różkami, a ja bardzo chętnie wskakiwałem jej na grzbiet. Ach, to były dobre czasy.
A teraz te małe, dwunożne istoty mówią, że jestem chory i że ma to coś do czynienia z moją profesją. Nie wiem, skąd ten pomysł, bo ja się czuję doskonale, może nawet lepiej niż kiedykolwiek, ale oni uparcie zdawali się tego nie zauważać.
No i wzięli mnie na powróz, tak jak zawsze, więc poszedłem grzecznie, ale tym razem zaprowadzili mnie w inne miejsce, na pole może dwukrotnie większe niż nasza (moja i stada) łączka. Chyba coś tu niedawno rosło, bo w powietrzu wciąż unosił się gorzki zapach zboża. Czekałem tam cholernie długi kawał czasu, aż zacząłem się zastanawiać, co się dzieje, co oni robią? Nie potrafiłem sobie wyobrazić żadnej krówki, która nie chciałaby pobyć ze mną sam na sam na polance - nawet najbardziej strachliwe jałówki podchodziły bez zastanowienia, by zobaczyć, co też miałem dla nich przygotowanego w - ekhem, khem - zanadrzu.
Nagle na horyzoncie pokazała się chmura, a w końcu wyłoniły się z niej ciemne kształty. Zaraza, pomyślałem wtedy, gonią na mnie tabun koni?! Czyżbym był aż tak chory? Nie łatwiej było po prostu strzelić mi w łeb, teraz w modzie jest tratowanie?
Ale nie poddam się bez walki, o nie. Skoro mają takie pomysły, to stracą przynajmniej połowę tego stada zanim padnę. Tylko ustawię się rogami w ich stronę i...
...och.
W odległości kilku metrów ode mnie, w idealnym rządku, karmiciele ustawiali właśnie moje stadne córki. I to nie byle jak, od nastarszej do najmłodszej, a w parce bliźniaczek tę ładniejszą wysunęli bliżej początku. Byłem tak zaaferowany tym, co się dzieje i o co w tym wszystkim chodzi, że dopiero po chwili zauważyłem, że wszystkie stoją do mnie tyłem. Chyba coś zaczynało mi świtać...
- No, stary, nie mów, że nie dasz rady! - krzyknął stary karmiciel, klepiąc mnie po zadzie. Łypnąłem na niego groźnie, ale nawet nie drgnął, tylko patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Cholera, oni tak na poważnie?
Tak na dobrą sprawę, co mi za różnica. To nie ja będę potem walczył z kupcami, próbując sprzedać niepłodne, wymizerowane dzieci. Co mnie obchodzi, że biedni ludzie nie wiedzą, co robią. Mi zależy tylko na rytmicznych, okrężnych ruchach żuchwy i rytmicznych, posuwistych ruchach bioder...
...które już niebawem wykonywałem radośnie, uczepiony grzbietu pierwszej mojej córki. Była jeszcze młoda i jędrna, choć już po trzech cieleniach i to, niestety, bardzo wyraźnie czułem. Albo i nie czułem... Nie zadowoliła mnie, ani też się szczególnie nie starała, ale kiedy w pewnym momencie opuściła łeb, już sądziłem, że może wreszcie się spręży... Marzenia ściętej głowy, łeb wrócił do mnie pełen trawy i to był koniec. Jeszcze dostała kuksańca na pożegnanie. Nie tak się traktuje własnego ojca. Będę musiał powiedzieć jej matce, żeby nauczyła cholerę szacunku. O ile przypomnę sobie, która była jej matką...
W tym momencie postanowiłem nie iść za planami moich karmicieli i przeskoczyłem natychmiast na koniec kolejki. Najmłodsza córa mych lędźwi co prawda trochę drgnęła, gdy zaczepiłem się mostkiem o jej grzbiet, ale wytrwała.
Nie przejmując się zbytnio błoną dziewiczą mojej jałóweczki, wbiłem w nią swą byczość aż po zgięcie esowate i głęboko ryknąłem, wznosząc pysk ku chmurom. Czułem, jak moje wydatne jądra obijają się o jej wciąż niedojrzałe wymionko, czekające tylko na pierwsze cielę, które pozwoliłoby mu zacząć to, do czego zostało stworzone: laktację.
Gdy tylko się cofnąłem, zatrzasnęła się przede mną jak przeklęte wrota Sezamu, ale mimo trudności sukcesywnie torowałem sobie drogę coraz głębiej i głębiej. Moja partnerka ryczała, rzucając łbem na wszystkie strony, aż inne spojrzały na nią ze zdziwieniem. Ja również. No prawda, byłem trochę... wzwiedziony, ale bez przesady. "Dziecko, zamknij pysk" - chciałem jej powiedzieć, - "wiem co robię!", ale powstrzymałem się, zdając sobie sprawę z tego, że tylko jeszcze bardziej by ją to przeraziło.
- No już... - sapnąłem i zdała się trochę uspokajać. - Już, już, już, już, argh, już!
Kolejnym rykiem zaznaczyłem moment, w którym moje małe byczątka popłynęły na poszukiwanie jej małej Arki Przymierza.



POSŁOWIE
Tak to jest, jak wasza szczerze oddana nie śpi po nocach, ucząc się do egzaminu z genetyki zaraz po praktycznym z anatomii... Nawet mieliśmy penisa buhaja do rozpoznania! Tylko ciężko było, bo go oberwali ze skóry i ciał jamistych i została z niego tylko cewka moczowa z parodią żołędzi... NIE IDŹCIE NA WETERYNARIĘ.

wtorek, 29 maja 2012

Novines

Primo: mam chujowy okres, kompletnie wyjebane na wszystko i szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie już, czy zawalę studia, czy nie - ergo mój opis na GG brzmiący ni mniej, ni więcej jak: "Ogłaszam oficjalny strajk w proteście przeciw temu, jak zjebany jest ten świat i otaczający mnie homines sapiens". Bardzo chętnie wyżywam się w opowiadaniach, jak tylko mam siły latać palcami po klawiaturze, toteż...

Secundo: ...w najbliższym czasie możecie spodziewać się trzech dzielonych opowiadań; jedno, w rozdziałach, o Kuro, drugie, w częściach, o Leverage, trzecie, w odcinkach, posrane coś, czego w normalnej sytuacji nigdy bym nie napisała, bo tego typu opowiadania z upodobaniem analizujemy na Gadzinie. Chociaż ja mam wystarczająco dużo przyzwoitości, żeby nie walić wprost, o kim piszę. Poza tym moje jest lepsze.

Tertio: OGŁOSZENIE. Potrzebuję pomocy w formie jakiejś dobrej, cierpliwej duszyczki, która zostanie współautorem bloga i będzie aktualizować listę opowiadań, względnie na bieżąco informować czytelników o obecnym stanie moich chęci do pisania, względnie pilnować mnie, żebym pracowała (z czym wiąże się przywilej wrzeszczenia na mnie bez żadnych konsekwencji, gdy zajdzie taka potrzeba). Swoją kandydaturę proszę zgłaszać wszystkimi możliwymi drogami, tylko nie doustnie, bo mam straszny niesmak w przedsionku jamy ustnej.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Jęk zadowololenia (Nikt x Nikt)

W związku z tym, że mnóstwo różnych osób chciało mnóstwo różnych opek, a ja nie mam tyle czasu ani ochoty, żeby pisać je wszystkie, to macie oto króciutkiego bezosobowego one-shota. Podstawcie sobie kogo chcecie, pozmieniajcie w razie potrzeby formy zaimków i czasowników - miłej zabawy. A ja idę się uczyć biochemii, buhuhuhuuuu ;_____;

---

W chwili, gdy jego język z bezbrzeżną rozkoszą zatopił się w jej ustach, drgnęła wybudzona z płytkiego snu, w który zapadła, czekając na jego powrót. Cichy, stłumiony jego wargami jęk wyrwał jej się z gardła, jakby chciała zaprotestować, ale desperacko uczepiła się jego karku, żeby nie mógł się odsunąć. Udami niemal natychmiast objęła jego biodra, próbując ułożyć się pod nim skuteczniej.
- Zwolnij - uśmiechnął się pobłażliwie, spoglądając jej w oczy w taki sposób, że poczuła, jak coś gorącego rozrywa jej żołądek.
- Nie chcę - wyszeptała, jej głos ochrypły podnieceniem i chęcią. Dłońmi zaczęła pospiesznie dobierać się do jego spodni. - Już nie mogę... Chodź. Proszę.
Wyprostował się, by zaraz schwycić jej biodra i nabić ją na siebie tak nagle i głęboko, że przeciągły pisk rozdarł powietrze. Już nic nie mówili, tylko dali się ponieść emocjom i pożądaniu: on rżnął ją miarowym, wypracowanym rytmem, ona wciąż pragnąc więcej wyrzucała ku niemu biodra, nabijała się na niego, gdy on wbijał się w nią i wywrzaskiwała swoją rozkosz w krótkich, słodkich jękach.
Nie zastanawiali się, jakie mogą być tego konsekwencje. Nie myśleli o tym, jak jutro będą musieli zmusić się, by spojrzeć sobie nawzajem w oczy. Nie było miejsca na rozmyślania. W tej chwili liczyły się tylko ich oddechy splatające się gdzieś pod sufitem, ich oczy, jednocześnie usiłujące uniknąć i znaleźć się nawzajem, i ich ciała, zagubione w niekończących się próbach połączenia w jeden, groteskowy obiekt.
Lecz on nie mógł długo wytrzymać tego wysiłku, w końcu wysunął się z niej powoli, łapczywie chłonąc tę chwilę odpoczynku, a ona miast leżeć bezczynnie, rzuciła się na niego i wcisnęła sobie jego męskość do ust tak głęboko, że łzy napłynęły jej do oczu. Nabrała śliny i znów opuściła na niego wargi, a on uniósł wzrok w górę i jęknął przeciągle, zaplatając palce w jej włosy i wsuwając się w jej usta.
Nie minęły nawet dwie minuty, gdy pociągnął ją ku sobie, wpił się mocno w jej wargi, a następnie szepnął jej gorąco do ucha:
- Klęknij.
Posłusznie zrobiła, o co prosił, a on bez chwili wahania wsunął się w nią ponownie, czując jak siły wracają mu z każdą sekundą. I znów mogł czuć jej ciepło, obejmujące go ciasną obręczą, znów mógł błądzić dłońmi po jej rozpalonym ciele i delikatnie drapać jej kark, plecy, pośladki. A ona jęczała i piszczała, wijąc się pod jego dotykiem, rzucając głową z nadmiaru przyjemności, która falą porwała ją i zaniosła ku szczytowi.
I choć ona, wyczerpana, opadła bez sił na poduszki, jemu wciąż było mało. Jakby nie zważając na nią, kontynuował, aż także i on dotarł do spełnienia. Nieznośny ucisk w okolicach lędźwi znaczył moment, w którym jego nasienie wypełniło ją aż po brzegi, a z jej ust wyrwał się ostatkiem sił przeciągły jęk zadowolenia.

środa, 2 listopada 2011

[Kuroshitsuji] Napięcie (Sebastian x Grell) dla Misamisy

Wiecie. Zaczęłam studia. 
Okazuje się, że weterynaria to większa suka niż się spodziewałam. Musiałam więc zrobić rekonesans moich projektów. Zdecydować, co jest na tyle ważne lub pomocne w moim rozwoju pisarskim i/lub weterynaryjnym, że zasługuje na łaskę, wyrzucić to, co niepotrzebne. Miałam nawet takie dwa maleńkie kartoniki z napisami: "Zostaje" i "Wylatuje" - zupełnie tak, jak się robi przy przeprowadzce.
Z początku Hentai było w kartoniku "Wylatuje" i zdawało się, że nic tego nie zmieni. Ale, no, nie mogłam po prostu wywalić bloga, nie robiąc żadnej jego wersji zapasowej (już przez to przechodziłam i to było cokolwiek traumatyczne); nawet jeśli znajdujące się tu opowiadania do niczego się nie nadają, niektóre zdania, sformułowania czy same pomysły na ramę mogą zostać ponownie wykorzystane. A ja jestem gorącą fanką recyklingu.

I gdy tak przedzierałam się przez notki, wżerając suszone jabłka i zastanawiając się, dlaczego tak bardzo mi się nic nie chce, stało się coś niesamowitego. Jak to się mówi, trafiło mnie objawienie. Czy jakoś tak.
Objawienie składało się z dwóch części. Po pierwsze, wyjęłam ze słoika jabłko z pochwą.
PRZYSIĘGAM. Oczywiście natychmiast przesiałam cały słoik i znalazłam drugi kawałek jabłka w kształcie cokolwiek fallicznym, a potem przez dobrą minutę miałam godną ośmiolatka frajdę, wkładając i... nieważne. Ale w pewnym momencie spojrzałam na te jabłka, na tego biednego bloga i, no, trochę mi się go szkoda zrobiło. Głupi ten blog, bo głupi, ale mam całkiem sporo wspomnień i, wiecie, [tu-wstaw-dowolnej-długości-sentymentalny-bełkot].

A potem trafiłam na moją, khem-khem, "dyskusję" z Anth, odbywającą się pod przedostatnią notką pt. "Nota informacyjna", i wiecie, tak sobie pomyślałam, brakowałoby mi tego. Tego, czyli doprowadzania nieracjonalnych lub też nieracjonalnie-się-zachowujących dzieci lub też jak-nieracjonalne-dzieci-się-zachowujących dorosłych do stanu przedzawałowego swoimi sarkastycznymi odpowiedziami. (A właśnie, na następnej biofizyce będziemy sobie robiły USG :D Takie random trivia, przepraszam.)

Oczywiście to, w jakim stopniu będę się przejmować takimi "wypowiedziami" (o rany, nie mogę nie chichotać) i na ile sarkastycznie i bezczelnie, acz spokojnie będę na nie odpowiadać, będzie w sporej mierze zależało od mojego humoru, który jest absolutnie nieprzewidywalny; ale wybieram się do psychologa, więc może się to polepszy. A jak nie, to zacznę w kalendarzu zaznaczać, kiedy mam dobry dzień, kiedy zły, odkryję jakiś schemat i będę odpowiadać na komentarze tylko w dobre dni. Coś się wymyśli.

Tak czy inaczej, postanowiłam jednak Hentai zostawić. A że nie mogłam sobie powiedzieć "bo tak", to nawet dorobiłam ideologię, czekajcie: "z tego względu, iż każdy czasem musi napisać coś bezsensownego, ponieważ nawet takie pisanie będzie rozwijało mój styl i ponieważ niemądre dzieci potrafią dostarczyć tyle radości" ^^
To ostatnie teoretycznie mogłaby mi zaspokoić Gadzina, ale powiem wam, że analizy w trakcie robienia są straszne i stresujące. Dopiero jak się je przeczyta po miesiącu, to się okazuje, że właściwie to całkiem nieźle nam to wyszło i można się nawet przy tym pośmiać. Vomito mi ostatnio ze zdziwieniem zakomunikowała, że "ty, ja się śmieję z własnych tekstów!" XD A jak nam jakiś dureń skomentuje, to się wszyscy nawzajem trzymamy, żeby po nim nie jechać, więc nawet nie mogę się wdać w bezsensowną dyskusję. Przede wszystkim dlatego, że Gadzina ma służyć jakiemuś wyższemu celowi, nawet jeśli nie zawsze nam to wychodzi.

A Hentai z założenia, jak widać powyżej, będzie bezsensownym pisaniem dla samego pisania (no, prawie bezsensownym). (O, właśnie odkryłam kolejną niezidentyfikowaną bliznę na ręce. Cholera, wyglądam jakbym za młodu wkładała ręce do sieczkarni.) Ekhm. No. Zdaję sobie doskonale sprawę, że, prowadząc tego bloga dalej, zaśmiecam Internet i nie przeszkadza mi to. Nawet jeśli nieusunięcie go będzie miało jakiś negatywny wpływ na środowisko, to będzie on śladowy i tak niebezpośredni, że i tak nikt nie dotrze do mnie. W związku z czym dalej będę mogła głosić swoje zielone poglądy, o. A że blog bezsensowny, to i bezsensowne dyskusje w komentarzach będę mogła prowadzić. I cacy. Ideologię już mam. Teraz trochę techniki.

Jako się rzekło, weterynaria to suka. Naprawdę. Straszna i ogromna. To po prostu czyste zło. Naprawdę. I zajmuje obrzydliwie dużo czasu.
Nie będę więc miała go wystarczająco dużo, żeby pisać notki regularnie (nawet bez deva, Orchidei i Wenizmu, z Gadziną co dwa tygodnie itp.). W takim razie, nie bardzo będę robiła zamówienia. Przykro mi, ale nie. Za dużo zamówień okazuje się być z pairingów, które są dla mnie zbyt abstrakcyjne, żebym mogła to napisać na szybko i z frajdą.
Będą tu głównie fanficki. W każdym prędzej czy później będzie motyw seksu, bo to lubię, a muszę gdzieś się wyżywać, żeby nie robić ich w mojej tzw. "poważnej" twórczości. Ale to, że nie będzie zamówień, nie znaczy, że nie będziecie mieli na tego bloga żadnego wpływu. Proponuję zgoła inne rozwiązanie. Sugeruję sugestie. (Dobra, zaczynam bredzić.)
Generalnie, zamówienia kojarzą się z czymś, co należy zrobić. A mi się to nie podoba. Więc wy, czytelnicy, możecie mi sugerować w komentarzach, co powinnam napisać. Podrzucać mi pomysły. Niekoniecznie musi to być pairing. Może być jakiś zabawny motyw, który będę mogła wpisać do opowiadania. Albo cały plan na opowiadanie, któremu ja dorobię pasujące postaci. Coś wykombinujecie, mądrzy ludzie z was (zazwyczaj) :D

Podsumowując: Hentai zostaje. Ale chcę, żeby nie było tu jakiegoś ograniczającego systemu, muszę w końcu zrobić coś na luzie, bo szlag mnie trafi. A więc żadnych terminów, żadnych zamówień. Zamiast tego sugestie pairingów i podrzucanie pomysłów. Pozytywne odmóżdżanie się, czysta frajda i w ogóle takie miejsce, gdzie nie będę musiała myśleć o kaletkach podwięzadłowych więzadeł karkowych czy innych guzowatościach doczaszkowych kości udowych. (Kurwa, muszę się pouczyć o czaszce i stawach. Buhuhuhuuu~! ;___;)

Co wy na to?

 [Tu jest dłuższa przerwa, żebyście skoczyli napisać komentarz z opinią. To nie było pytanie retoryczne.]

A tak poza tym... Pamiętacie ostatnie opowiadanie? "O co chodzi?" dla Ith? Cóż. Im częściej je czytam, tym bardziej mi się wydaje, że musiałam mieć bardzo, ale to bardzo dziwny humor, bo jest, krótko rzecz ujmując, rozpierdalające. I beznadziejne, ale to inna historia. Tak czy inaczej z Vomito miałyśmy oczywiście rechot i doszłyśmy do wniosku, że gdyby tamto było "opkiem" i miałybyśmy je zanalizować, to przez całą analizę przewijałoby się to nieszczęsne "Ach, lokaju!" Eleonory XD Było tak nie na miejscu i tak bez sensu, że z Vomito wciąż nie możemy przestać się z niego nabijać...


- I kto by pomyślał, że chory panicz może być takim utrapieniem - mamrotał do siebie Sebastian, przygotowując Cielowi kolejny ciepły posiłek z obfitym deserem. Leki położył zaraz obok kubka podgrzanego mleka z miodem, ale w głębi duszy jakoś wiedział, że młody hrabia za nic nie będzie chciał ich wziąć. Westchnął, kierując się z tacą do pokoju panicza.
Jeszcze krocząc długim, ponurym korytarzem miał bardzo dziwne przeczucia, jakby obrzydliwe wrażenie, że stanie się - lub już się dzieje - coś złego. Z wyczulonymi zmysłami, nastawionymi uszami i czujnym okiem otworzył drzwi do komnaty hrabiego.
- Paniczu, oto twój pod...
- Nie, wyjdź stąd, idź sobie! - usłyszał głos Ciela i przez moment miał zamiar zrobić w tył odwrót i wyjść. -  Zostaw mnie! Zostaw mnie, mówię!
Sebastian zmusił się do podniesienia wzroku i widok, jaki ujrzał, obudził w nim falę... śmiechu.
- Czego się chichrasz?! - warknął Ciel zza kolejnego swetra, który wpychał na niego Grell. - Tfo nie jeft ffcale fmie... ugh... szne!
Sebastian bez słowa postawił tacę na łóżku i wyprostował się, by zgromić rudego zabójczym spojrzeniem. Chciał go od razu zrugać za przemęczanie panicza, przeszkadzanie mu w odpoczynku i zmuszanie do ubierania pięciu warstw koszul, bluz i swetrów, ale wtedy przypomniał sobie, że sam miał zamiar zrobić dokładnie to samo. Mimo to, udając złego, chwycił Grella za kołnierz i odciągnął go na stronę.
- Jesteś zły, Sebby? - Na twarzy shinigamiego wykwitł tak uroczy wyraz, że obrzydzenie przepełniło Sebastiana aż po same uszy.
- Nie - warknął. - Ale mogę zaraz być. A ty, skoro masz taki dobry wpływ na panicza, to namów go, żeby wziął tabletki. Ja nie mogę sprzeciwiać się jego życzeniom.
- Tak jest! - Grell zasalutował, ale Sebastian już tego nie widział. Wyszedł, ignorując krzyki Ciela: "Ej, Sebastian! Nie zostawiaj mnie z nim!"
- To nie był rozkaz - mamrotał do siebie Sebastian, próbując przemóc falę czystej mocy, nakazującej mu się cofnąć, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. - Przecież nie powiedział "Rozkazuję ci, żebyś..." Poza tym, nie zostawiam go, mam zamiar tam wrócić... za jakiś czas.

Wrócił. Po pewnym czasie. Panicz spał spokojnie, opatulony kocem i kołdrą, pocił się niemiłosiernie. Na jego czole leżał mokry okład. Naczynia były puste, włącznie z talerzykiem po lekach. Grell siedział przy łóżku Ciela i czuwał nad jego snem. Gdy drzwi trzasnęły z cicha, syknął na Sebastiana z palcem przyłożonym do ust.
Lokaj zbliżył się powoli, bezszelestnie i, gdy Grell namaczał kolejny ręczniczek, wyjął mu miskę z rąk.
- Chodź - szepnął. - Niech odpoczywa w spokoju.
Grell kiwnął posłusznie głową, wpatrując się w twarz Sebastiana z zachwytem. Ten przewrócił oczami, pomijając to milczeniem.
Gdy wyszli na korytarz, Sebastian bardzo, bardzo cichutko zamknął drzwi i odwrócił się do Grella z beznamiętną miną.
- Dziękuję za pomoc - rzekł, wkładając misę pod pachę. - Ale teraz możesz już iść.
- A mogę za tobą? - zachichotał Grell. Sebastian nie uznał za konieczne odpowiadać, zwłaszcza że shinigami zaraz podążył razem z nim do kuchni. Obserwując lokaja przy pracy, usiadł przy stole i oparł podbródek na dłoniach.
- Kurwa! - krzyknął Sebastian, poirytowany, kiedy talerz upadł mu na podłogę i rozsypał się na kawałki. Nim Grell się obejrzał, zarówno to, jak i inne naczynia, porozkładały się same po szafkach i kredensach. Lokaj cisnął ścierką do zlewu i oparł się o jego brzeg, oddychając nieco ciężej niż zwykle.
- Hm - uśmiechnął się shinigami. - Wydajesz się podenerwowany. Dlaczego?
Sebastian zmierzył go tylko wściekłym spojrzeniem.
- A czekaj, nie mów mi, nie mów mi! - Grell udał, że się zastanawia, ale trójkątnozębny uśmiech na jego twarzy robił się coraz szerszy. - Hm... Jesteś przepracowany? Nie, jesteś demonem... Bardzo przystojnym demonem, w dodatku. Więc może... Już wiem! Ciel jest chory i nie daje ci się dotknąć?
Spojrzenie lokaja robiło się coraz to zimniejsze i bardziej nieprzyjazne, aż w końcu, po długiej chwili nieznośnego milczenia, lokaj warknął wściekle i przygwoździł Grella do ściany.
- Wypluj to - rzucił przez zęby. - Zaraz zapełnię ci usta czymś innym.
- Ach, lokaju~! - zapiszczał shinigami. Uśmiech nie spełzł jeszcze z jego ust, choć demon patrzył na niego nienawistnie.
- ...Na kolana.

Rzeczywiście, usta Grella zostały prędko zapełnione; tak prędko, że nie zdążył nawet złapać oddechu. Próbował odkaszlnąć, ale Sebastian nie przejął się tym, penetrując jego gardło.
- Nie marudź - mruknął. - Jesteś shinigami, nie potrzebujesz powietrza.
Rudowłosy nie bardzo mógł się z tym kłócić, i to nie tylko dlatego, że miał usta zajęte zgoła inną czynnością.
Gdy odzyskał nieco kontroli nad językiem i pozornie niepotrzebnym oddechem, Grell przystąpił do sprawiania Sebastianowi przyjemności. Przynajmniej się starał. Lecz wyraz twarzy demona nie zmienił się ani na jotę. Bez względu na to, co Grell robił - a robił całkiem sporo - Sebastian patrzył na niego tak, jakby go tam wcale nie było. Co było dziwne, bo gdyby go tam rzeczywiście nie było, wyszłoby na to, że lokaj stoi z wywieszonym penisem przy kuchennej ścianie.
Grell potrząsnął głową, gdy demon pakował mu w usta gorzkawy ładunek, ale nie mógł się uwolnić, bo długie palce Sebastiana były już zaplątane w jego włosy. Za które został następnie siłą podniesiony. Lokaj spojrzał na jego wargi, jak próbowały bezskutecznie utrzymać w ustach kleistą, jasną ciecz, po czym bez ceregieli rzucił nim o stół.
Grell boleśnie wyrżnął w krawędź kośćmi biodrowymi, a próbując się podnieść, ręką strącił kilka garnków. Huk poszedł taki, że był prawie pewien, że ktoś w końcu przyjdzie i ich nakryje. Ale Sebastian albo na to nie zważał, albo wiedział, że nikt nie odważy się mu przeszkodzić, bo przypadł do shinigamiego, rzucając na ziemię czerwony płaszcz, który zerwał z niego w międzyczasie.
- Chciałeś coś powiedzieć? - warknął, szarpiąc się z jego rozporkiem. Grell milczał, prawie spokojnie czekając na rozwój wydarzeń, z policzkiem przyciśniętym do deski do krojenia. Sebastian w końcu ściągnął z niego spodnie i wbił się, mocno, głęboko, tak nagle, że Grella przeszył ból.
- Czekaj! - pisnął, próbując go od siebie odepchnąć, ale demon chwycił jego błądzącą rękę i wykręcił mu ją na plecach.
- Wciąż zapominasz - wydyszał, pchając go krótkimi, ostrymi sztychami - że jesteś shinigami. Możesz się bardziej rozewrzeć. Albo czekaj, lepiej nie.
Grell pisnął z cicha, gdy kolejna fala bólu przeszła mu po plecach, ale potem tylko położył twarz na desce i westchnął. Przecież tego właśnie chciał. Nie było sensu się stawiać. Mógł albo krzyczeć i rzucać się bezskutecznie, albo odetchnąć, uspokoić się i czerpać z tego przyjemność. Wybór był oczywisty.
- Sebby... - mruknął w końcu, z policzkami rozgorzałymi wstydem. Demon puścił wreszcie jego nadgarstek; Grell zacisnął palce na krawędzi deski tak mocno, że aż zbielały. Fale bólu powoli, niechętnie, zmieniły się w przyjemne dreszcze i nawet nie zauważył, gdy wypychał biodra, wsuwając go w siebie jeszcze głębiej. I, cholera, sprawiało mu to frajdę.
Sebastian rżnął go dalej już bez słów, jakby w ogóle nie zauważył jego nagłej chęci kooperacji. Jaśniejące fioletowo tęczówki zaszły mu mgłą, a Grell ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że zupełnie mu się to nie podoba. Mimo że wmawiał sobie, że jego pociąg do Sebastiana jest czysto seksualny, nagle poczuł, że chce mieć jego całą uwagę skupioną na sobie. Ale na to było już za późno. Demon był myślami gdzie indziej.
W końcu Sebastian warknął cicho, krótko, spiął się i strzelił ponownie, tym razem zapełniając shinigamiego nieznośnym gorącem, które wkrótce rozeszło się po brzuchu przyjemnym ciepłem. Grell opadł bezsilnie na nakrapianą łzami deskę, podczas gdy demon odsunął się od niego, doprowadzając się do porządku.
Sebastian spojrzał na białe plamy na podłodze i westchnął, ale, o dziwo, nie denerwowało go to już. Jedno kiwnięcie palcem i plamy zniknęły, a on spojrzał na roznegliżowanego boga śmierci wciąż wiszącego na jego kuchennym stole i uśmiechnął się paskudnie. Wygląda na to, że nawet substytut może z powodzeniem rozładowywać jego napięcie.