Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi/gay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi/gay. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2016

[Marvel] Głosy (Erik x Charles)

Nie mogłam się powstrzymać...
Historia za tym opowiadaniem sprowadza się do wielu godzin oglądania "X-Men: Days of Future Past" (jakkolwiek się toto nazywa po polsku) - i mam tu na myśli wielu godzin więcej niż film właściwie trwa (khem, khem; po prostu uwielbiam X-Menów, okej?!) - i do odnalezienia wspaniałej sceny z graniem w szachy między Erikiem a Charlesem, gdzie byli zupełnie tacy jak dawniej (to nie łzy, mam kij w oku ;___;), no i oczywiście moje pierwsze pytanie brzmiało: "Jak to możliwe, że nie ma żadnych yaoiców o tych dwóch?"
Ach, mój biedny dziewiczy umysł. (Śmiejcie się ciszej.)
Oczywiście szybko zostałam wyprowadzona z błędu stroną z fanfiction.net, zawierającą opka z tego pairingu, nazywającego się snadnie: Cherik. (Co mnie boli, bo brzmi zdecydowanie zbyt podobnie do "cherish" i może właśnie dlatego te wszystkie opka są takie niekanoniczne; nie mogło być "lenvier"? Come on!)
Przejrzałam więc ową stronę, i oto mniej więcej zapis moich reakcji (uwaga, angielski!):
I stand corrected.
How are there not any GOOD yaois about these two?
*looks through the descriptions* "Post-Cuba. Another story I'm doing with another of my friends. She is Erik. I'm Charles. Erik cannot forgive himself. Charles cannot forgive Erik, but they still want to be together, though they are currently apart. Will they reunite?" *pukes ostentatiously*
*finds one that sounds... not bad*
*reads one eighth*
*closes*
*pukes*
WHY WHY WHY WHY 
"The metalbender hesitated" -> NOPE I'M OUT
STOP THE TRAIN I'M OUT
*gurgles and dies*
I'm hurt, call 911
the metalbender
seeing where the fick was going, he was more an assbender.
OH MY GOD
IT'S MICHAEL FASSBENDER
(I apologize profusely to Michael Fassbender, but the fick and his name, and... it just asked for it. (BTW., jego nazwisko brzmi jeszcze bardziej sugestywnie, jeśli przeczyta się je "po niemiecku" xD Ahem.))

W każdym razie, mój mózg został skrzywdzony i poczuł nagłą potrzebę napisania takiego opka z Charlesem i Erikiem, które byłoby właściwie, no, porządne. No cóż. Pozostawiam wam do oceny to, co się wyrodziło.

I tak, jest "Post-Cuba". xD Tak dokładniej, jakby kogo interesowało: jest w połowie drugiego filmu, właśnie po tej scenie z szachami, gdzie zakładam, że po wylądowaniu w Paryżu nie poleźli od razu odpierdalać, tylko wylądowali w nocy i jak normalni ludzie wynajęli kilka pokojów w jakimś hotelu, żeby odpocząć.


Erik nie kłamał. Charles naprawdę był ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć - ale nie ostatnią, którą pragnął zobaczyć. Szczęka wciąż go bolała, ale na to również nie mógł narzekać. Należało mu się. Chętnie dałby się poturbować jeszcze wiele więcej za krzywdę, jaką wyrządził Charlesowi. Pociągnął łyk szkockiej. Należało mu się.
Choć zobaczyć, jak Charles chodzi - to było nierealne. Nigdy tak naprawdę nie widział go na wózku, ale już wtedy, na plaży, przecież było pewne... przecież powiedziała, że... Erik odstawił szklankę i zwinął się w fotelu. Z ust wyrwał mu się głuchy jęk. To był tylko wypadek, tylko wypadek... Więc dlaczego czuł się tak bardzo, bardzo parszywie?
Odetchnął głęboko i wyprostował się. Westchnął jeszcze raz, dla równego rachunku, i ponownie uniósł szklankę, ale potem tylko wpatrywał się w nią, walcząc ze sobą. Nie powinien tyle pić. Mają jutro zbyt wiele do zrobienia. Powinien położyć się i wypocząć.
Ale wciąż nie mógł przestać myśleć o tej rozmowie, o twarzy Charlesa, gdy mówił... Nawet choćby myślenie o tym sprawiało, że coś ściskało się w piersi Erika.

- Jak je straciłeś? – zapytał Erik spokojnie, z ciekawością. Charles patrzył na niego niepewnie przez krótką chwilę zanim odpowiedział.
- Leczenie na mój kręgosłup naprawiło mi też DNA – odparł, a w jego głosie nie pobrzmiewało nic. Erik spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Poświęciłeś swoje moce, by móc chodzić?
- Poświęciłem swoje moce, żeby móc spa... – tu Charles przerwał, jakby gardło mu się nieprzyjemnie ścisnęło i spojrzał za okno. – Co ty o tym wiesz?

I ot tak, Erik siedział w fotelu ze szklanką szkockiej i sam nie mógł spać. Myślał o tym, co stracił, o Mystique i o swoich braciach i siostrach, którzy zginęli przez ludzką chciwość i strach. A przede wszystkim myślał o Charlesie i o tamtej plaży, i o tym, jak wszystko spierdolił swoją własną chciwością i strachem. A był taki pewny, taki pewny...
Nagle to usłyszał. Nie był to dokładnie krzyk, ale bardziej jakby… jego zapowiedź. Właściwie Erik nie wiedział, co to było. Jedyne, czego tak naprawdę był pewien, to że nie było to nic dobrego i że dochodziło z pokoju Charlesa.
Zerwał się nieco zbyt gwałtownie i aż zdziwił się własnym zapałem. A potem zakręciło mu się lekko w głowie; spojrzał na swoją szklankę ze szkocką i sporo rzeczy zaczęło nabierać sensu. Wciąż ściskając ją w ręku wyszedł na korytarz. Na całym piętrze panowała cisza, jakby jedynie wydawało mu się, że coś słyszał, ale jakieś dziwne przeczucie zapewniało go, że to nie był tylko omam. Zapukał więc cicho do sąsiadującego pokoju.
- Charles? – rzucił w ciemność, otwierając drzwi. – Wszystko w porządku?
I wtedy zobaczył go. Charles siedział skulony na łóżku, oddychając ciężko; jego naga pierś pokryta była potem, głowę miał zwieszoną między rękami. Widok ten odkrywał się przed Erikiem powoli i stopniowo, w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności. Na dźwięk zamykających się drzwi Charles uniósł twarz i spojrzał wprost na niego.
- Erik...? – wyrwało mu się, jakby się upewniał. – Nie, nie, idź sobie. Wyjdź. Nie potrzebuję twojej litości.
Erik naprawdę chciał spełnić jego polecenie, ale jakoś... nie mógł. Stał jak wryty. Nigdy wcześniej nie widział Charlesa tak bezradnego, tak... odsłoniętego. Nawet kiedy leżał na piasku i nie mógł się ruszyć, nawet wtedy nie pozwolił sobie nawet na chwilę słabości. Teraz wyglądał, jakby miał zaraz się rozpłakać, a drżenie jego dłoni widoczne było nawet w tej ciemności.
Charles westchnął, widząc, że tak łatwo się go nie pozbędzie.
- Ale może mi się przydać twoja szkocka – powiedział w końcu cicho i Erik, prawie że automatycznie, podszedł bliżej, by podać mu szklankę. Jego kroki brzmiały okropnie głośno w prawie pustym pokoju. Charles najwyraźniej pozbył się wszystkiego poza łóżkiem i małym stolikiem, i Erikowi zaczęło to nieprzyjemnie przypominać jego celę w Pentagonie.
- Miałeś koszmar? – zapytał Erik, gdy Charles wlewał w siebie resztę alkoholu. Na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy zapaliło go gardło, i dopiero wtedy odpowiedział skinieniem głowy.
- Ale przecież twoje moce... – zaczął Erik cicho, ale Charles mu przerwał.
- To nie wina moich mocy. – Jego wzrok na moment skierował się ku twarzy Erika i temu aż serce podeszło do gardła. To była jego wina. Musieli go znowu spotkać, znów z nim pracować i... Boże, jak mógł myśleć, że Charlesa w ogóle to nie ruszy?
Porzuciłeś mnie!
Głos Charlesa i cały ból w nim zawarty zabrzmiał mu w głowie tak głośno i wyraźnie, jakby był tam od zawsze. Ale Erik wiedział, że to niemożliwe. Jego wspomnienia, z pomocą alkoholu i twarzy przyjaciela, w którą właśnie wpatrywał się z niedowierzaniem, mieszały się z rzeczywistością. Westchnął, próbując się uspokoić. Nie chciał, żeby Charles dostrzegł, jak bardzo jego cierpienie go poruszyło. Tylko właściwie – dlaczego?
Poddał się samemu sobie i usiadł na brzegu łóżka. Charles oddał mu pustą szklankę i Erik z braku innych pomysłów postawił ją na ziemi. Po długiej chwili ciszy, którą obaj spędzili na wpatrywaniu się w bliżej nieokreślone, niezwykle fascynujące punkty między własnymi lekko rozstawionymi kolanami, Charles w końcu spojrzał mu w twarz. Chociaż wyglądał tak, jakby musiał się do tego zmusić.
- Dlaczego przyszedłeś? – zapytał.
- Usłyszałem… coś, co brzmiało, jakbyś chciał wrzeszczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu – odparł Erik, z trudem znajdując słowa. Charles machnął niecierpliwie ręką.
- Nie, dlaczego przyszedłeś?
Erik nie odpowiedział od razu.
- Nie mogłem się powstrzymać – odrzekł w końcu. – Nie chciałem... Jesteś moim przyjacielem, Charles. Zawsze będziesz. Nie mogłem cię tak zostawić.
Porzuciłeś mnie!
Wzrok Erika spadł na jego palce, bawiące się bezwiednie same sobą, na jego przebierające dłonie, a potem opadła mu również głowa i spoczęła zwieszona na jego piersi. Charlesowi nie umknął ani jeden szczegół, ale nic nie powiedział. Było oczywiste, że i uczucia Erika, i jego nie mają źródła w ich dzisiejszym spotkaniu, a przynajmniej nie tylko. Wiedział, czego sięgały, ale starał się, jak tylko mógł, już od pewnego czasu, by nie myśleć o tamtym dniu. Bał się, że gdyby pozwolił temu do siebie dotrzeć, rozsypałby się w stertę gruzu jak zamek z piasku. Jak wtedy.
- Przepraszam – wydusił w końcu Erik niebezpiecznie drżącym głosem. – Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję tego, co ci zrobiłem.
- Istotnie, nie wiem – odparł Charles gorzko. – Nigdy nie dałeś mi szansy się dowiedzieć. Mogę tylko się domyślać.
- Daję ci szansę teraz, jeśli tylko chcesz mnie wysłuchać.
Charles nie był całkowicie pewny, czy chce go wysłuchać, i musiało się to odmalować na jego twarzy, bo Erik westchnął zbolale i znów spuścił wzrok. Mimo to Charles czuł, że potrzebuje tej rozmowy – że musi sprawić, by Erik zrozumiał.
- Bywało, że chciałem odebrać sobie życie – powiedział w końcu – bo nie widziałem w nim sensu. Tak wiele straciłem, jednocześnie, że... – Zamilkł, szukając sposobu, by nie brzmieć zbyt oskarżająco, ale widział, że Erik już i tak był pełen wyrzutów sumienia. – Nie chcę cię winić, Erik. Daj mi powód, żeby cię nie winić.
Erik milczał. Nie wpadało mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć, żeby go przekonać, a czego Charles by już nie wiedział. Spojrzał na niego, spodziewając się złości, czy choćby nieufności, ale w oczach Charlesa była tylko niema prośba – o wyjaśnienie, pomoc, może?
- Wierzyłem, że tak będzie lepiej – rzekł w końcu. – Chciałem uciec od tego, co ci zrobiłem. I naprawdę myślałem, że tobie to też pomoże.
- To był wypadek, Erik. Nie mogłem cię winić za wypadek, a jedynie za to, że zostawiłeś nas tam bez możliwości powrotu do domu. I za to, co zrobiłeś z Raven.
Głos Charlesa był zmęczony i suchy, ale Erik tego nie zauważał. Być może nigdy się nie pogodzą w sprawie relacji między mutantami a ludźmi, ale jeśli mógł naprawić choć odrobinę krzywdy, którą wyrządził Charlesowi, miał taki zamiar.
I gdy tylko Charles znów uniósł na niego wzrok – jakby oczekując odpowiedzi – Erik przypomniał sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy poczuł go w swoim umyśle. Przypomniał sobie jego uczucia i swoje, i to przeświadczenie, że właśnie teraz budzi się między nimi przyjaźń, która będzie trwać ich całe życie. I nie mógł się mu oprzeć.
Charles – ku jego zdumieniu – nie odepchnął go, nawet gdy język Erika wsunął się między jego wargi. Jedną dłoń położył mu na piersi – i serce Erika wyskoczyło do przodu – żeby potem przesunąć ją ku górze i zacisnąć na jego karku. Drugą Erik schwycił sam, wplatając palce między jego.
Całowali się tak, jakby czekali na ten moment od lat. Naga pierś Charlesa unosiła się i opadała szybko w płytkich, niecierpliwych oddechach, jego dłonie drżały; Erik zsunął się wargami na jego szyję, popychając go na poduszki. Wolną ręką odnalazł jego sutek i Charles aż wygiął się w łuk, a potem jeszcze mocniej, gdy do drugiego Erik sięgnął ustami. Gdyby jego paznokcie były dłuższe, właśnie teraz Charles zostawiałby mu na plecach czerwone ślady. Erik uśmiechnął się lekko na samą myśl o tym, co to będzie, gdy w końcu dotrze niżej.
I przez to właśnie zdał sobie sprawę, że wcale nie mają tyle czasu, ile by może chcieli – i od razu odsunął tę myśl na bok. To nie było ważne. Choćby hotel miał im się zawalić na głowy, Erik nie miał zamiaru odrywać się od przyjaciela. Charles nie opierał się mu – wręcz przeciwnie, gdy Erik zsunął mu bokserki i oplótł wargi wokół jego męskości, szarpnął się, wbijając się w jego usta tak głęboko, że aż gardło zabolało.
- Niee, Erik... - jęknął, chociaż palce już miał zaplątane w jego włosach i chyba tylko z trudem powstrzymywał się od przyciągnięcia go bliżej. – Ach... Przestań... Erik...
Erik nie przestawał. Zaciskał palce na biodrach Charlesa, wciskając go sobie w usta raz po raz, pozwalając mu je wypełnić i przepełnić; połykał go, masował językiem, ssał i pieścił, aż Charles, nie mogąc już tego znieść, zerwał go z siebie, choć z taką miną, jakby najchętniej zerżnął mu gardło. Erik upadł na łóżko, oddychając ciężko; podparłszy się na łokciu, drugą ręką sięgnął do spodni, nawet na sekundę nie odrywając oczu od Charlesa. Przez moment w powietrzu wisiała ciężka cisza, jakby obaj mieli sobie jeszcze sporo do powiedzenia... ale już nie było na to czasu. Już nie mogli czekać. Nie po tylu latach.
Mimo to Charles wciąż się wahał, jego wzrok co chwilę zmieniał się z pożądania, przez wstyd, po jakieś resztki złości, do której nie nawykł i nigdy już nie miał nawyknąć. Jego wzwiedziona męskość, nieukrywana zupełnie, zdradzała jednak rzeczywisty stan jego nieprzeciętnego umysłu, i gdy Erik sięgnął, by z absolutną pewnością przekonać się, czy aby istotnie byli swoimi lustrzanymi odbiciami... Byli.
Dłoń Charlesa zaciskająca się na jego członku, obca w dotyku, a jednak cudownie znajoma; jego błękitne oczy wodzące po całej twarzy Erika, gdy odwdzięczał się podobnymi pieszczotami; i te czerwone wargi, rozchylające się bezwiednie na najmniejszą obietnicę pocałunku. Potem Erik nie pamiętał już wiele – resztki szkockiej mieszały się w jego głowie z rozszalałymi emocjami i z oszałamiającym uczuciem ciepłej skóry Charlesa pod jego dłońmi, piersią, udami... Obrazy ich pieszczot i pocałunków plątały się z bólem wbijających się w jego ramię palców Charlesa i jego zgnębionego jęku, i z tym przejmującym uciskiem, i gorącem, i pełnią ich wspólnego połączenia, która dla obu ich, razem i z osobna, była znacznie bardziej satysfakcjonująca niż cokolwiek fizycznego, co mogliby uczynić.
Nie będzie odwrotu.
Poczuł go nagle, w swojej głowie, jak te wiele lat temu, i choć wiedział, że to tylko złudzenie, i choć wspomnienie to nie należało do najlepszych, wciąż czuł go, na tak wielu poziomach, że odbierało mu dech; z najwyższym trudem łapał gorące, przepełnione pożądaniem powietrze - ale nawet niedotlenieniu poddawali się obaj jednocześnie. Charles zagryzał własną dłoń, próbując się powstrzymać od krzyków, które jednak wciąż wyciekały, mimo jego starań, przez szczeliny, aż w końcu Erik pocałował go, głęboko i zachłannie, a ich poszarpane oddechy rzęziły im między wargami. Zalegające jeszcze łzy bólu Charlesa rozsmarowały się mokro na policzku Erika, gdy przylgnął do jego szyi, gdy schwycił go za kark, gdy zaczął, tak przyciśnięty do jego chłodnej skóry rozciągniętej na gorących wnętrznościach, szukać ich wspólnego rytmu coraz głębiej, coraz szybciej, z coraz większą desperacją. Jednak dopiero gdy Charles, skomląc i jęcząc z cicha tak, jakby ktoś odebrał mu głos, począł wyrzucać ku niemu biodra, dopiero wtedy Erik pozwolił sobie się w nim zatracić. Puścił krawędź i spadł w przepaść, zatopił się w rozszalałych falach bijących o brzeg z ogłuszającym krzykiem, i mimo bólu, mimo rzeczywistości wpadającej mu gwałtownie i brutalnie do przepełnionych Charlesem myśli, wolność upadku przepełniła go euforią nieporównywalną z kimkolwiek innym w jego życiu.
Tej nocy Charles nie słyszał ech koszmarnych głosów.

środa, 2 listopada 2011

[Kuroshitsuji] Napięcie (Sebastian x Grell) dla Misamisy

Wiecie. Zaczęłam studia. 
Okazuje się, że weterynaria to większa suka niż się spodziewałam. Musiałam więc zrobić rekonesans moich projektów. Zdecydować, co jest na tyle ważne lub pomocne w moim rozwoju pisarskim i/lub weterynaryjnym, że zasługuje na łaskę, wyrzucić to, co niepotrzebne. Miałam nawet takie dwa maleńkie kartoniki z napisami: "Zostaje" i "Wylatuje" - zupełnie tak, jak się robi przy przeprowadzce.
Z początku Hentai było w kartoniku "Wylatuje" i zdawało się, że nic tego nie zmieni. Ale, no, nie mogłam po prostu wywalić bloga, nie robiąc żadnej jego wersji zapasowej (już przez to przechodziłam i to było cokolwiek traumatyczne); nawet jeśli znajdujące się tu opowiadania do niczego się nie nadają, niektóre zdania, sformułowania czy same pomysły na ramę mogą zostać ponownie wykorzystane. A ja jestem gorącą fanką recyklingu.

I gdy tak przedzierałam się przez notki, wżerając suszone jabłka i zastanawiając się, dlaczego tak bardzo mi się nic nie chce, stało się coś niesamowitego. Jak to się mówi, trafiło mnie objawienie. Czy jakoś tak.
Objawienie składało się z dwóch części. Po pierwsze, wyjęłam ze słoika jabłko z pochwą.
PRZYSIĘGAM. Oczywiście natychmiast przesiałam cały słoik i znalazłam drugi kawałek jabłka w kształcie cokolwiek fallicznym, a potem przez dobrą minutę miałam godną ośmiolatka frajdę, wkładając i... nieważne. Ale w pewnym momencie spojrzałam na te jabłka, na tego biednego bloga i, no, trochę mi się go szkoda zrobiło. Głupi ten blog, bo głupi, ale mam całkiem sporo wspomnień i, wiecie, [tu-wstaw-dowolnej-długości-sentymentalny-bełkot].

A potem trafiłam na moją, khem-khem, "dyskusję" z Anth, odbywającą się pod przedostatnią notką pt. "Nota informacyjna", i wiecie, tak sobie pomyślałam, brakowałoby mi tego. Tego, czyli doprowadzania nieracjonalnych lub też nieracjonalnie-się-zachowujących dzieci lub też jak-nieracjonalne-dzieci-się-zachowujących dorosłych do stanu przedzawałowego swoimi sarkastycznymi odpowiedziami. (A właśnie, na następnej biofizyce będziemy sobie robiły USG :D Takie random trivia, przepraszam.)

Oczywiście to, w jakim stopniu będę się przejmować takimi "wypowiedziami" (o rany, nie mogę nie chichotać) i na ile sarkastycznie i bezczelnie, acz spokojnie będę na nie odpowiadać, będzie w sporej mierze zależało od mojego humoru, który jest absolutnie nieprzewidywalny; ale wybieram się do psychologa, więc może się to polepszy. A jak nie, to zacznę w kalendarzu zaznaczać, kiedy mam dobry dzień, kiedy zły, odkryję jakiś schemat i będę odpowiadać na komentarze tylko w dobre dni. Coś się wymyśli.

Tak czy inaczej, postanowiłam jednak Hentai zostawić. A że nie mogłam sobie powiedzieć "bo tak", to nawet dorobiłam ideologię, czekajcie: "z tego względu, iż każdy czasem musi napisać coś bezsensownego, ponieważ nawet takie pisanie będzie rozwijało mój styl i ponieważ niemądre dzieci potrafią dostarczyć tyle radości" ^^
To ostatnie teoretycznie mogłaby mi zaspokoić Gadzina, ale powiem wam, że analizy w trakcie robienia są straszne i stresujące. Dopiero jak się je przeczyta po miesiącu, to się okazuje, że właściwie to całkiem nieźle nam to wyszło i można się nawet przy tym pośmiać. Vomito mi ostatnio ze zdziwieniem zakomunikowała, że "ty, ja się śmieję z własnych tekstów!" XD A jak nam jakiś dureń skomentuje, to się wszyscy nawzajem trzymamy, żeby po nim nie jechać, więc nawet nie mogę się wdać w bezsensowną dyskusję. Przede wszystkim dlatego, że Gadzina ma służyć jakiemuś wyższemu celowi, nawet jeśli nie zawsze nam to wychodzi.

A Hentai z założenia, jak widać powyżej, będzie bezsensownym pisaniem dla samego pisania (no, prawie bezsensownym). (O, właśnie odkryłam kolejną niezidentyfikowaną bliznę na ręce. Cholera, wyglądam jakbym za młodu wkładała ręce do sieczkarni.) Ekhm. No. Zdaję sobie doskonale sprawę, że, prowadząc tego bloga dalej, zaśmiecam Internet i nie przeszkadza mi to. Nawet jeśli nieusunięcie go będzie miało jakiś negatywny wpływ na środowisko, to będzie on śladowy i tak niebezpośredni, że i tak nikt nie dotrze do mnie. W związku z czym dalej będę mogła głosić swoje zielone poglądy, o. A że blog bezsensowny, to i bezsensowne dyskusje w komentarzach będę mogła prowadzić. I cacy. Ideologię już mam. Teraz trochę techniki.

Jako się rzekło, weterynaria to suka. Naprawdę. Straszna i ogromna. To po prostu czyste zło. Naprawdę. I zajmuje obrzydliwie dużo czasu.
Nie będę więc miała go wystarczająco dużo, żeby pisać notki regularnie (nawet bez deva, Orchidei i Wenizmu, z Gadziną co dwa tygodnie itp.). W takim razie, nie bardzo będę robiła zamówienia. Przykro mi, ale nie. Za dużo zamówień okazuje się być z pairingów, które są dla mnie zbyt abstrakcyjne, żebym mogła to napisać na szybko i z frajdą.
Będą tu głównie fanficki. W każdym prędzej czy później będzie motyw seksu, bo to lubię, a muszę gdzieś się wyżywać, żeby nie robić ich w mojej tzw. "poważnej" twórczości. Ale to, że nie będzie zamówień, nie znaczy, że nie będziecie mieli na tego bloga żadnego wpływu. Proponuję zgoła inne rozwiązanie. Sugeruję sugestie. (Dobra, zaczynam bredzić.)
Generalnie, zamówienia kojarzą się z czymś, co należy zrobić. A mi się to nie podoba. Więc wy, czytelnicy, możecie mi sugerować w komentarzach, co powinnam napisać. Podrzucać mi pomysły. Niekoniecznie musi to być pairing. Może być jakiś zabawny motyw, który będę mogła wpisać do opowiadania. Albo cały plan na opowiadanie, któremu ja dorobię pasujące postaci. Coś wykombinujecie, mądrzy ludzie z was (zazwyczaj) :D

Podsumowując: Hentai zostaje. Ale chcę, żeby nie było tu jakiegoś ograniczającego systemu, muszę w końcu zrobić coś na luzie, bo szlag mnie trafi. A więc żadnych terminów, żadnych zamówień. Zamiast tego sugestie pairingów i podrzucanie pomysłów. Pozytywne odmóżdżanie się, czysta frajda i w ogóle takie miejsce, gdzie nie będę musiała myśleć o kaletkach podwięzadłowych więzadeł karkowych czy innych guzowatościach doczaszkowych kości udowych. (Kurwa, muszę się pouczyć o czaszce i stawach. Buhuhuhuuu~! ;___;)

Co wy na to?

 [Tu jest dłuższa przerwa, żebyście skoczyli napisać komentarz z opinią. To nie było pytanie retoryczne.]

A tak poza tym... Pamiętacie ostatnie opowiadanie? "O co chodzi?" dla Ith? Cóż. Im częściej je czytam, tym bardziej mi się wydaje, że musiałam mieć bardzo, ale to bardzo dziwny humor, bo jest, krótko rzecz ujmując, rozpierdalające. I beznadziejne, ale to inna historia. Tak czy inaczej z Vomito miałyśmy oczywiście rechot i doszłyśmy do wniosku, że gdyby tamto było "opkiem" i miałybyśmy je zanalizować, to przez całą analizę przewijałoby się to nieszczęsne "Ach, lokaju!" Eleonory XD Było tak nie na miejscu i tak bez sensu, że z Vomito wciąż nie możemy przestać się z niego nabijać...


- I kto by pomyślał, że chory panicz może być takim utrapieniem - mamrotał do siebie Sebastian, przygotowując Cielowi kolejny ciepły posiłek z obfitym deserem. Leki położył zaraz obok kubka podgrzanego mleka z miodem, ale w głębi duszy jakoś wiedział, że młody hrabia za nic nie będzie chciał ich wziąć. Westchnął, kierując się z tacą do pokoju panicza.
Jeszcze krocząc długim, ponurym korytarzem miał bardzo dziwne przeczucia, jakby obrzydliwe wrażenie, że stanie się - lub już się dzieje - coś złego. Z wyczulonymi zmysłami, nastawionymi uszami i czujnym okiem otworzył drzwi do komnaty hrabiego.
- Paniczu, oto twój pod...
- Nie, wyjdź stąd, idź sobie! - usłyszał głos Ciela i przez moment miał zamiar zrobić w tył odwrót i wyjść. -  Zostaw mnie! Zostaw mnie, mówię!
Sebastian zmusił się do podniesienia wzroku i widok, jaki ujrzał, obudził w nim falę... śmiechu.
- Czego się chichrasz?! - warknął Ciel zza kolejnego swetra, który wpychał na niego Grell. - Tfo nie jeft ffcale fmie... ugh... szne!
Sebastian bez słowa postawił tacę na łóżku i wyprostował się, by zgromić rudego zabójczym spojrzeniem. Chciał go od razu zrugać za przemęczanie panicza, przeszkadzanie mu w odpoczynku i zmuszanie do ubierania pięciu warstw koszul, bluz i swetrów, ale wtedy przypomniał sobie, że sam miał zamiar zrobić dokładnie to samo. Mimo to, udając złego, chwycił Grella za kołnierz i odciągnął go na stronę.
- Jesteś zły, Sebby? - Na twarzy shinigamiego wykwitł tak uroczy wyraz, że obrzydzenie przepełniło Sebastiana aż po same uszy.
- Nie - warknął. - Ale mogę zaraz być. A ty, skoro masz taki dobry wpływ na panicza, to namów go, żeby wziął tabletki. Ja nie mogę sprzeciwiać się jego życzeniom.
- Tak jest! - Grell zasalutował, ale Sebastian już tego nie widział. Wyszedł, ignorując krzyki Ciela: "Ej, Sebastian! Nie zostawiaj mnie z nim!"
- To nie był rozkaz - mamrotał do siebie Sebastian, próbując przemóc falę czystej mocy, nakazującej mu się cofnąć, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. - Przecież nie powiedział "Rozkazuję ci, żebyś..." Poza tym, nie zostawiam go, mam zamiar tam wrócić... za jakiś czas.

Wrócił. Po pewnym czasie. Panicz spał spokojnie, opatulony kocem i kołdrą, pocił się niemiłosiernie. Na jego czole leżał mokry okład. Naczynia były puste, włącznie z talerzykiem po lekach. Grell siedział przy łóżku Ciela i czuwał nad jego snem. Gdy drzwi trzasnęły z cicha, syknął na Sebastiana z palcem przyłożonym do ust.
Lokaj zbliżył się powoli, bezszelestnie i, gdy Grell namaczał kolejny ręczniczek, wyjął mu miskę z rąk.
- Chodź - szepnął. - Niech odpoczywa w spokoju.
Grell kiwnął posłusznie głową, wpatrując się w twarz Sebastiana z zachwytem. Ten przewrócił oczami, pomijając to milczeniem.
Gdy wyszli na korytarz, Sebastian bardzo, bardzo cichutko zamknął drzwi i odwrócił się do Grella z beznamiętną miną.
- Dziękuję za pomoc - rzekł, wkładając misę pod pachę. - Ale teraz możesz już iść.
- A mogę za tobą? - zachichotał Grell. Sebastian nie uznał za konieczne odpowiadać, zwłaszcza że shinigami zaraz podążył razem z nim do kuchni. Obserwując lokaja przy pracy, usiadł przy stole i oparł podbródek na dłoniach.
- Kurwa! - krzyknął Sebastian, poirytowany, kiedy talerz upadł mu na podłogę i rozsypał się na kawałki. Nim Grell się obejrzał, zarówno to, jak i inne naczynia, porozkładały się same po szafkach i kredensach. Lokaj cisnął ścierką do zlewu i oparł się o jego brzeg, oddychając nieco ciężej niż zwykle.
- Hm - uśmiechnął się shinigami. - Wydajesz się podenerwowany. Dlaczego?
Sebastian zmierzył go tylko wściekłym spojrzeniem.
- A czekaj, nie mów mi, nie mów mi! - Grell udał, że się zastanawia, ale trójkątnozębny uśmiech na jego twarzy robił się coraz szerszy. - Hm... Jesteś przepracowany? Nie, jesteś demonem... Bardzo przystojnym demonem, w dodatku. Więc może... Już wiem! Ciel jest chory i nie daje ci się dotknąć?
Spojrzenie lokaja robiło się coraz to zimniejsze i bardziej nieprzyjazne, aż w końcu, po długiej chwili nieznośnego milczenia, lokaj warknął wściekle i przygwoździł Grella do ściany.
- Wypluj to - rzucił przez zęby. - Zaraz zapełnię ci usta czymś innym.
- Ach, lokaju~! - zapiszczał shinigami. Uśmiech nie spełzł jeszcze z jego ust, choć demon patrzył na niego nienawistnie.
- ...Na kolana.

Rzeczywiście, usta Grella zostały prędko zapełnione; tak prędko, że nie zdążył nawet złapać oddechu. Próbował odkaszlnąć, ale Sebastian nie przejął się tym, penetrując jego gardło.
- Nie marudź - mruknął. - Jesteś shinigami, nie potrzebujesz powietrza.
Rudowłosy nie bardzo mógł się z tym kłócić, i to nie tylko dlatego, że miał usta zajęte zgoła inną czynnością.
Gdy odzyskał nieco kontroli nad językiem i pozornie niepotrzebnym oddechem, Grell przystąpił do sprawiania Sebastianowi przyjemności. Przynajmniej się starał. Lecz wyraz twarzy demona nie zmienił się ani na jotę. Bez względu na to, co Grell robił - a robił całkiem sporo - Sebastian patrzył na niego tak, jakby go tam wcale nie było. Co było dziwne, bo gdyby go tam rzeczywiście nie było, wyszłoby na to, że lokaj stoi z wywieszonym penisem przy kuchennej ścianie.
Grell potrząsnął głową, gdy demon pakował mu w usta gorzkawy ładunek, ale nie mógł się uwolnić, bo długie palce Sebastiana były już zaplątane w jego włosy. Za które został następnie siłą podniesiony. Lokaj spojrzał na jego wargi, jak próbowały bezskutecznie utrzymać w ustach kleistą, jasną ciecz, po czym bez ceregieli rzucił nim o stół.
Grell boleśnie wyrżnął w krawędź kośćmi biodrowymi, a próbując się podnieść, ręką strącił kilka garnków. Huk poszedł taki, że był prawie pewien, że ktoś w końcu przyjdzie i ich nakryje. Ale Sebastian albo na to nie zważał, albo wiedział, że nikt nie odważy się mu przeszkodzić, bo przypadł do shinigamiego, rzucając na ziemię czerwony płaszcz, który zerwał z niego w międzyczasie.
- Chciałeś coś powiedzieć? - warknął, szarpiąc się z jego rozporkiem. Grell milczał, prawie spokojnie czekając na rozwój wydarzeń, z policzkiem przyciśniętym do deski do krojenia. Sebastian w końcu ściągnął z niego spodnie i wbił się, mocno, głęboko, tak nagle, że Grella przeszył ból.
- Czekaj! - pisnął, próbując go od siebie odepchnąć, ale demon chwycił jego błądzącą rękę i wykręcił mu ją na plecach.
- Wciąż zapominasz - wydyszał, pchając go krótkimi, ostrymi sztychami - że jesteś shinigami. Możesz się bardziej rozewrzeć. Albo czekaj, lepiej nie.
Grell pisnął z cicha, gdy kolejna fala bólu przeszła mu po plecach, ale potem tylko położył twarz na desce i westchnął. Przecież tego właśnie chciał. Nie było sensu się stawiać. Mógł albo krzyczeć i rzucać się bezskutecznie, albo odetchnąć, uspokoić się i czerpać z tego przyjemność. Wybór był oczywisty.
- Sebby... - mruknął w końcu, z policzkami rozgorzałymi wstydem. Demon puścił wreszcie jego nadgarstek; Grell zacisnął palce na krawędzi deski tak mocno, że aż zbielały. Fale bólu powoli, niechętnie, zmieniły się w przyjemne dreszcze i nawet nie zauważył, gdy wypychał biodra, wsuwając go w siebie jeszcze głębiej. I, cholera, sprawiało mu to frajdę.
Sebastian rżnął go dalej już bez słów, jakby w ogóle nie zauważył jego nagłej chęci kooperacji. Jaśniejące fioletowo tęczówki zaszły mu mgłą, a Grell ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że zupełnie mu się to nie podoba. Mimo że wmawiał sobie, że jego pociąg do Sebastiana jest czysto seksualny, nagle poczuł, że chce mieć jego całą uwagę skupioną na sobie. Ale na to było już za późno. Demon był myślami gdzie indziej.
W końcu Sebastian warknął cicho, krótko, spiął się i strzelił ponownie, tym razem zapełniając shinigamiego nieznośnym gorącem, które wkrótce rozeszło się po brzuchu przyjemnym ciepłem. Grell opadł bezsilnie na nakrapianą łzami deskę, podczas gdy demon odsunął się od niego, doprowadzając się do porządku.
Sebastian spojrzał na białe plamy na podłodze i westchnął, ale, o dziwo, nie denerwowało go to już. Jedno kiwnięcie palcem i plamy zniknęły, a on spojrzał na roznegliżowanego boga śmierci wciąż wiszącego na jego kuchennym stole i uśmiechnął się paskudnie. Wygląda na to, że nawet substytut może z powodzeniem rozładowywać jego napięcie.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Stare, ale jare #3: Spontaniczny dotyk (Noara x Przypadek)

Krótka notka tytułem wstępu, czyli dlaczego wybrałam to opowiadanie.
Po pierwsze, bo sam weniński diabeł podkusił mnie do napisania go. Czytaj: Wena. Dalibór nie wiem, jaki interes miała w tym, żebym napisała yaoica z udziałem jej partnera i jej brata, ale... cóż, przyznać muszę, że radochę miałam niesamowitą XD
Po drugie, któreś opowiadanie z moimi bogami musi tu być, a jakoś wątpię, żebym przetrwała ponowne czytanie 11,5 strony "Wilczego wycia". I żeby blog przeżył wstawianie go tu.
Po trzecie, jest to kolejna sentymentalna pamiątka. Drugim moim natchnieniem bowiem był pospieszny szkic jednej ze scen, wykonany długopisem na kartce od mojego zeszytu przez moją ówczesną towarzyszkę mangowych zainteresowań, Roxi-chan, na lekcji RELIGII. Tak, rysowałyśmy yaoice na lekcji religii. Szkic mam w szafce do dzisiaj.

PS. Prawie zapomniałam wstawić tłumaczenia xD Oto one:
1. [re, noaraka, awe] Ale, Noara, ja...
2. [ef saat nomo] Jesteś hetero?
3. [wli] Tak...
4. [mousaat ef draf wal, gz sasza hatieerasa znyks yrponast? ef emliwat wal - ef jukuoat wal. noj hsyzastna nke ksoklis debeg ewolusijasa] Czy nie pamiętasz, co zawsze mówi Matka Natura? Nie rozwijasz się - nie przeżywasz. Ewolucja przyjęła to jako swoją zasadę.
5. [awe... ksute] Ja... wiem...
6. [rawo] Brawo.
7. [re hkrotast ke gz rmi] Ale co to ma do rzeczy?
8. [wid bjukuoes fiseg] Szukaj nowych przeżyć.
9. [noaraka, ef ogheat wal nawe rolref kkor mireg] Noara, nie doprowadzisz mnie w taki sposób... (dosłownie: "nie możesz doprowadzić")
10. [tlize awe yf ke aref] Jak mam to zrobić?
11. [yf ef geat] Jak chcesz.



Spontaniczny dotyk
Przeszedł mnie dreszcz. I kolejny.
A potem On wciągnął mnie między drzewa.
Przycisnął do jednego z nich. Spojrzał w oczy.
Pocałował.
- Reh, Noara’Ka, Ave...1 - nawet nie mogłem się przy Nim normalnie wysłowić.
- Ef Saat Nomho? 2
- Vli... 3
- Mousaat Ef Drav Val, Ğyss Sasha Hateera'Sa Ssnykx Yrponast? Ef Emlivat Val - Ef Yukuoat Val. Noi  Hsyssastna N'Ke Ks’Ochlis Debeğ Evoluĉiiiă’Sa. 4
- Ave... Xute... 5
- Ravo. 6
- Reh Hcrotast Ke Ğyss R’Mih...? 7
- Vid’ B’Yukuoes Fiseğ. 8
Zmarszczyłem brwi, gdy przyssał się do mojej szyi. Cholerna pijawka. Pamiętam, że byłem wtedy zły.
Więc dlaczego Go nie odepchnąłem?
Nigdy nie mogłem siebie zrozumieć. Z Weną byłem ostry. A On sprawiał, że miękłem jak umierająca gąbka.
Jego oddech omiatał moją szyję. Drżałem.
Mogłem Mu przerwać. Powiedzieć, żeby się odwalił. Nie zrobiłem tego. Czego się bałem? Jego? Był słabszy ode mnie. Że Go zranię? Ale dlaczego?
Czyżby mi się podobał?
Nie mogłem powiedzieć, że nie jest przystojny. Był skandalicznie przystojny. Wiele razy widziałem moją siostrę, jak niemal mdlała na Jego widok.
A ja? Co do Niego czułem?
Chciałem Go nienawidzić. Na pewno. Ale nie wychodziło. Na Niego po prostu nie da się patrzeć z nienawiścią. Zawsze odpowiadał Swoim niebieskim wzrokiem.
Tym wzrokiem.
Na pół poważnym, na pół wesołym…
Chętnym.
Niech go szlag.

Nim się obejrzałem, zdarł ze mnie tunikę. Jego usta wciąż wędrowały po mojej szyi, powodowały parszywie przyjemne dreszcze.
Podniecały...?
Zacisnąłem palce na korze. Nie chciałem Go dotknąć, nie chciałem...!
Nie chciałem...
Dotknąłem Jego piersi.
Czułem nawet, jak się uśmiecha.
I nagle mnie poniosło. Ściągnąłem z Niego płaszcz, rzuciłem na mech, sięgnąłem dłonią niżej.
Do jego rozporka.
Rzucił mnie na Swój płaszcz. Gdy się odwróciłem, On już był nade mną i pochylał się ku moim ustom. Odruchowo zacisnąłem palce na Jego biodrach, gdy silny, zwinny język wsunął się do moich ust mimo zaciśniętych warg.
Oddałem Mu się.
A On skorzystał bez wahania.
Gdy oderwał się ode mnie, strużka śliny połączyła przez chwilę nasze wysunięte języki. Jeszcze zamigotała w powietrzu, nim kilkoma kroplami opadła w dół.
Symboliczny most został zerwany.

Ukląkł. Podniósł mnie. Oparł o drzewo. Położył na nim jedną dłoń.
Drugą na mojej piersi.
Jęknąłem, gdy zacisnął palce na sutku, odchyliłem głowę do tyłu. Chwilę potem poczułem Jego gorące usta na skórze szyi. Jego dłoń powędrowała niżej. Pomasował mój brzuch.
Potem wziął w palce moją męskość.
Lekko wypchnąłem biodra do przodu. Odruchowo. Mimowolnie.
Błagalnie.
Spełnił moją prośbę, wyostrzył pieszczoty. Przyspieszył. Im szybciej to robił, tym szybciej ja poruszałem biodrami. Przystosowywałem się.
Rozwijałem?
Czułem na udzie Jego penisa. Był nabrzmiały. Ocierał się nim o moją nogę. Podniecało mnie to. Ledwo co poczułem strużkę własnej śliny na brodzie, ledwo słyszałem własne krzyki.
A oprócz nas nie słyszał ich nikt.
Po co się pakowałem w ten las, gdzie nie było nikogo?

Jego męskość na udzie. Usta na szyi. Dłoń na ciele.
Byłem totalnie napalony.
W końcu nie wytrzymałem. Chciałem poczuć Go w sobie. Jak najszybciej.
- Noara’Ka, Ef Oghéaat Val Rolrev N’Ave K’Kor Mireğ...9
Uśmiechnął się.
Łagodnie. Tak parszywie łagodnie, że coś wewnątrz mnie się podniosło. Odetchnąłem głębiej, by pozbyć się tego uczucia. I nie udało mi się.
On klęknął między moimi nogami. Uniósł mnie lekko i oparł moje uda na Swoich. Byłem otwarty dla Niego i to mnie przeraziło.
Chyba zauważył, bo pochylił się.
- Tlisse Ave Yv Ke Arev?10 – szepnął mi na ucho, przygryzając je. Zadrżałem.
- Yv Ef Ghérat11 – odpowiedziałem cicho. Bo niby co miałem powiedzieć? "Delikatnie, żeby nie bolało?" To nie w moim stylu. Nie boję się bólu.
Przynajmniej nie bałem, dopóki nie poznałem jego nowego wymiaru.
Seksualnego...
...wymiaru.
Najpierw włożył we mnie wilgotny palec. Sekundę później – drugi. A potem...
Krzyknąłem.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od spontanicznego dotyku...