Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

niedziela, 12 października 2014

Arka Przymierza... DWA. (Nie czytajcie. Ostrzegałam.)

Tytułem wstępu:
K: „Ja chcę drugą część Arki Przymierza.”
N: „NIE.”
S: „Ale, no nie wiem... O czym miałabym tam pisać?”
K: „Jak to o czym? Dalszy ciąg! Spójrz ile ich tam jeszcze zostało!”

+

S: „To będzie takie powtarzalne...”
N: „Możesz zrobić, że z jednej z nich nagle wyskoczą tentakle i będzie byczo-tentaklowy hentai.”
S: „O! Dobre! Dajcie mi 15 minut.”

+

Proszę... BŁAGAM... Nie porzucajcie mojego bloga. Nie spisujcie go na straty... Przysięgam, że coś takiego się więcej nie zdarzy... ;___;

PS. To naprawdę nie moja wina. K i N mi kazali ;_____;
(A do tego dowiedziałam się, że w następnym semestrze będziemy ćwiczyć robienie badania rektalnego prostaty byka...)


Motto:
Taaatooo, przytuuul mniee...



Nigdy nie byłem dobrym ojcem.
Ale teraz nie miało to już większego znaczenia, gdy tak wesoło, acz coraz wolniej i mniej energicznie, uderzałem biodrami o zad mojej piątej córeczki. Zsunąłem się z niej i kuksańcem dałem jej do zrozumienia, żeby odeszła. Miejsca w rzędzie po mojej prawej stronie były już puste, jeśli pominąć moją najmłodszą latorośl, która leżała na trawie na wpół zdechła, najwyraźniej niezdolna do dźwignięcia się na nogi po tym, jak staranowałem jej krówczość. Westchnąłem ciężko i podszedłem do następnej.
Już z trudem przyszło mi na nią wskoczyć. Moje łydy i uda cierpiały katusze, nieprzyzwyczajone do samotnego utrzymywania mojej poważnej masy przez tyle czasu bez przerwy. Znużony, objąłem córkę za biodrami i musiałem kilka razy uderzyć na ślepo zanim w końcu udało mi się trafić w jej zbyt wysoko położone wejście. Wrzasnęła, niby to z bólu, niby z rozkoszy.
Kątem oka widziałem, jak stary karmiciel kręci głową, a dużo młodszy mężczyzna obok, ubrany w biały fartuch, którzy zawsze nosili ci gwałciciele bydła, zapisywał coś na kartce z podkładką. Zamuczałem siarczyście. Być może moje szanse bycia staranowanym przez tabun koni nie zmaleją kompletnie do niczego, jeśli ci dwaj uznają, że ja jestem kompletnie do niczego.
Skupiłem się więc na swoim zadaniu, czy raczej – próbowałem się skupić, ale nagle wzrok zaszedł mi czarną mgłą i poczułem, jak z nozdrzy zaczyna mi ciec krew. Czym prędzej zsunąłem się z mojej córkochanki, żeby czym prędzej wytrzeć nos o trawę. Muknęła zawiedziona i obróciła się, zapewne po to, żeby mnie złajać, a ujrzała tylko, jak powalany juchą staram się złapać równowagę, i to, co zobaczyła, niezwykle jej nawet nie ruszyło. Wyglądała wręcz na obrażoną. Suka... ym, krowa jedna.
Stałem jeszcze na chwiejnych nogach, ale z każdą chwilą byłem coraz bardziej przekonany, że długo to już nie potrwa. Stary karmiciel krzyczał coś z przerażeniem, ale odpowiadał mu tylko spokojny głos tego drugiego – chuja, który nawet swojego chudego ludzkiego dupska nie ruszył, żeby mi pomóc. Pewnie już spisał mnie na straty i szkoda mu nawet tych kilku strzykawek usypiadła, żeby mi zakończyć cierpienie.
Którego zresztą wcale tak bardzo nie czułem. Jasne, to było dość nieprzyjemne, nie widzieć niczego do końca i słaniać się na nogach, kiedy powinienem raczej kroczyć dumnie po pastwisku i bezceremonialnie rżnąć każdą dużą parzystokopytną paniusię, która mi się nawinie, ale nie powiedziałbym zaraz, że cierpię. Oj tam, lekkie zawroty głowy. Może drobna ślepota. I tylko trochę krwawienia wewnętrznego. Pikuś.
Jak ten pies, Pikuś. Hej, pamiętacie Pikusia? Miał taki durny zakręcony ogon. taki cały chudy i jeszcze w tym okropnym szarym kolorze. Wyglądał jak szczotka do kanek pomykająca na czterech debilnie długich łapach. I bardzo głupio się cieszył, jak mnie widział. Jakby go podniecał widok istoty większej od niego przynajmniej 20 razy, która mogłaby go zmieść z powierzchni ziemi jednym kopniakiem. W sumie nawet uroczy był, ten Pikuś.
A potem Pikuś zniknął. Zabawne, tego dnia przyjechał do nas ten sam gwałciciel krów, który teraz stał nieco dalej i przyglądał mi się badawczo. Hm.
- RATUJ GO, RATUJ! – wrzeszczał na niego stary karmiciel. Uszy mnie bolały od jego krzyków. Mógłby zamknąć jadaczkę. Byłbym zobowiązany.  – NO NA CO CZEKASZ, TY SZARLATANIE?! RATUJ GO! MOJE DZIESIĘĆ TYSIĘCY ZŁOTYCH ZARAZ PADNIE, A TY STOISZ JAK ZASRANY BARAN!
W sumie, nawet mnie to wzruszyło. Nawet nie wiedziałem, że jestem tyle dla niego wart.
Pierwszy raz poczułem, że komuś na mnie zależy...
A potem nagle wrzaski ucichły. Zapadła niezwykle niepokojąca cisza, więc otworzyłem oczy, żeby zobaczyć, co się dzieje, i – o dziwo – nawet zobaczyłem. I oczom nie mogłem uwierzyć.
Moja ostatnia córkochanka właśnie wydawała z siebie przerażające, wściekłe ryczenie, podczas gdy jej brzuch był przebijany przez przynajmniej tuzin dziwacznych, salamandrowatych macek. Kilka z nich położyło jej się na grzbiecie, a pozostałe wyciągnęły się wzdłuż boków, jakby próbując coś złapać... Ale dopiero gdy postąpiła krok w moją stronę, zdałem sobie sprawę, że byłem to ja.
Oczywiście, zacząłem uciekać, ile sił w nogach, ale że sił tychże nie było wcale wiele, całkiem szybko mój pysk spotkał się z aromatyczną ziemią. I wtedy to poczułem. Jakby tysiące śliskich robali sunęło mi po skórze, pod włos, szukając tylko miejsca zaczepienia.
Spojrzałem za siebie, ale to, co ujrzałem, nie było już moją córką. Jakimś cudem przekształciła się w przerażającego potwora, wiele potężniejszego od tej małej filigranowej krówki, którą jeszcze całkiem niedawno usiłowałem zapłodnić; skóra z jej pyska była jakby odrzucona do tyłu, a z nagiej, obficie umięśnionej czaszki wystawała ohydna, wydłużona szczęka, która wyglądała tak, jakby jej jedynym przeznaczeniem było... ssanie? I nim zdążyłem choćby zamuczeć, owa szczęka opadła ku mojej byczości i dosłownie ją połknęła.
Nie, nie żartuję. Z przerażenia zacisnąłem powieki i przysięgam, że gdy otworzyłem je pięć sekund później, mojego prącia nie było.
Nawet nie sterczał żaden kikut.
Po prostu zniknęło.
Ono zwyczajnie... zniknęło.
Zawyłem. No nie możecie mi się dziwić. Moja głowa była przepełniona strachem, rozpaczą i tysiącem pytań bez odpowiedzi, na przykład jak mój największy i najpiękniejszy atrybut zmieścił się w tej maleńkiej, tylko lekko wydłużonej szczęce, szczególnie że nie widziałem, żeby coś ogromnego i esowacie wygiętego spływało w dół odsłoniętego przełyku mojej przymuszonej, ale wyraźnie niezadowolonej z moich usług nałożnicy.
Ale, to, co zobaczyłem dalej, sprawiło, że zupełnie zapomniałem o mojej byczości.
Szyja mojej córki, bowiem, kończyła się nie na kłębie, ale nie kończyła się w ogóle. Była uniesiona w powietrzu przez jedną z tych obrzydliwych macek, która zatknęła ją na siebie jak na patyk i wymachiwała nią, wyraźnie urzeczona smakiem mojego penisa. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że szczęka prawdopodobnie należała do niej.
Po ziemi pełzło do mnie kolejne pół tuzina macek. I kiedy tylko zacząłem się zastanawiać, które z jąder kocham bardziej, jedna z nich schwyciła mnie za ogon, a druga... no cóż, druga, i trzecia, i czwarta, i jeszcze kilka kolejnych, postanowiły chyba zemścić się na mnie za to, jak potraktowałem swoje córy, gdyż... Jakby to powiedzieć... Zaczęły mi robić to, co ja robiłem najlepiej na innych.
Zaryczałem zdumiony, a potem zaryczałem ponownie, gdy wreszcie dotarł do mnie ból. Zacząłem rzucać się i tarzać po tej okropnej, kłującej ziemi, usiłując się wyrwać i uciec, ale bezskutecznie – kolejne kilka macek owinęło mi się wokół ciała i zaciskały się tym bardziej, im bardziej się starałem. Opadłem w końcu bez sił, które w większości wykorzystałem na... Och, cóż za jebana ironia.
Szczerze powiedziawszy, byłem już zmęczony tym byczym gównem. Szczególnie tym, które zaczęło ze mnie wypływać w niezwykle nieprzyjemny sposób, najwyraźniej rozpuszczone śliną tego potworzyska. Macki, które nie były w tej chwili zajęte trawieniem mojej dopiero co z trudem uformowanej treści pokarmowej, obróciły mnie dookoła, niezwykle wspaniałomyślnie, żebym mógł zobaczyć, co się działo na reszcie pastwiska.
Gwałciciela bydła nigdzie nie było, choć w mojej obecnej sytuacji jego dawne zbrodnie bladły. Stary karmiciel chyba zszedł był na zawał, bo niezwykle siny i względnie nieruchomy leżał na ziemi bezwładny jak laleczka. Pozostałe krowy na pastwisku najwyraźniej wzięły i uciekły, roznosząc płot w strzępy, zostawiając mnie na pastwę tego czegoś, jeśli pominąć moją najmłodszą latorośl, która dalej leżała na trawie, pożywiając się nią w przerwach między cichym pomukiwaniem a ciekawskim obserwowaniem rozwoju wydarzeń.

- Na co się gapisz, mała krowo – powiedziałem, czy raczej chciałem powiedzieć, ale moje gardło zostało spenetrowane przez jeszcze jedną mackę, która właśnie wychynęła z bulgocącej treści żwacza porozrzucanego po prawie całym pastwisku truchła. Tak wygięty, zostałem zmuszony do wpatrywania się w już-nie-jałówkę, gdy tak podjadała zachlapaną krwią trawę, i mógłbym przysiąc, że w jej oczach widziałem błysk triumfu – szczególnie gdy poczułem, jak coś zostaje we mnie wpompowane z niezwykłą siłą. Nagle wszystko rozjaśniało oślepiającym blaskiem i pozwoliłem sobie się w nim zatopić; było już za późno, gdy dostrzegłem, że dociera ono z jej świeżo zapłodnionej małej Arki Przymierza...

sobota, 5 lipca 2014

[Łowcy Czarownic] Granice (Hansel x Gretel)

Kilka słów tytułem wstępu
Zasadniczo opowiadanie nie jest już młode (jakiś rok, może?), ale niestetyż trafił mnie psychiczny szlag i nie chciało mi się nawet patrzeć na blogi, a co dopiero na nich publikować. W każdym bądź razie teraz mi się chce, więc wrzucam to, co już mam, i na pierwszy rzut idą "Granice".
"Granice" to efekt mojego oglądania "Łowców Czarownic", w których - jak już pisałam - częstotliwość i pomysłowość mordów była tak wysoka, że wprawiała mnie w euforię. Naprawdę, są bardzo kreatywni. Jak nie oglądaliście, to obejrzyjcie.
Właściwie ten film był tak popieprzony, że jedyne, czego tam brakowało, to incest. No po prostu samo się prosiło. (Ona w którymś momencie usiadła mu na biodrach okrakiem, NO PROSZĘ WAS!) No i się wyrodziło.


GRANICE
Ludzie gadają. Czasami mają rację, zazwyczaj - kłamią. Wymyślają historie, by ożywić swoje jednolite, szare życia. Lecz historia dwojga rodzeństwa, Łowców Czarownic, była całkiem prawdziwa i rozpowszechniona. Gdziekolwiek by się nie wybrali - zawsze znajdowali pracę, a to pozbyć się wiedźmy, a to rozpoznać jakąś, a to upewnić się, że czyjaś córka nie daj Boże nie stąpa po złej drodze. Głównie jednak to pierwsze.
Wiele razem przeszli, Hansel i Gretel, wiele również się nauczyli. Niedawne wydarzenia były być może nieco zbyt ekscytujące. Poznali prawdę o swoich rodzicach. Przekonali się, że dobre wiedźmy też istnieją, jak również dobre trolle. Przy okazji kilkakrotnie niemal stracili życie, roznieśli w strzępy - dosłownie - największy sabat, jaki w życiu widzieli, i przy tym nauczyli się kilku nowych sztuczek.
Nie umieli robić nic innego. Nigdy nie mieli okazji ani przede wszystkim czasu zdobyć innych umiejętności. Ale to nie było istotne. Byli dobrzy w tym, co robili, a to obezwładniające, wręcz osłabiające uczucie zaraz po tym, jak odrąbywali jakiejś wiedźmie głowę, napędzało ich na długie tygodnie. Mieli jasno ustalone zasady, granice, i uczciwie się ich trzymali. No, może poza kilkoma wyjątkami.
Nigdy nie rozmawiali o rodzicach, w szczególności o matce. Czasem jednak zdarzało się, że Gretel budziła się w środku nocy, wyrwana z koszmaru i potrzebowała jego pomocy i bliskości. Po to Hansel tam był, żeby jej ulżyć, żeby mogła popłakać mu na ramieniu i tak zasnąć, jej mięśnie powoli rozluźniające się w bezwładne ciało, które następnie delikatnie kładł i starannie opatulał kołdrą, by zimno po wygasłym kominku nie wybudziło jej ponownie z tego, co tym razem zawsze było spokojnym odpoczynkiem.
Nigdy również nie próbowali zmieniać siebie nawzajem. Hansel miał być zawsze sarkastycznym, nieco brutalnym dupkiem, Gretel zawsze miała być tą delikatniejszą, acz wojowniczą młodszą siostrą. Kochali siebie takimi, jakimi byli, i żadnemu z nich nie przyszłoby nigdy do głowy być kimś innym. Jeśli ktoś ośmielił się choćby spróbować wpłynąć jakkolwiek na ich zachowanie - wkrótce tego żałował. Lecz były momenty, były noce, kiedy wyrywali się ze swoich zwykle niezmiennych ról, i wtedy stawali się tylko kochającym się rodzeństwem z brzemieniem przeszłości, które nie marzy o niczym innym niż o chwili zapomnienia.
To była jedna z tych nocy. Gretel wygięła się w łuk, zaciskając zęby w beznadziejnych próbach powstrzymania się od jęku, podczas gdy on delikatnie wodził wargami po jej udach, posuwając się z wolna coraz wyżej i wyżej, aż w końcu wyrwał z jej warg niepełny krzyk, który zdusiła dłońmi. Hansel uśmiechnął się pod nosem, choć im lepiej się sprawiał, tym niebiezpieczniejsza stawała się sytuacja. Pod żadnym pozorem nie mogli pozwolić, by ktokolwiek ich usłyszał lub zobaczył. Według powszechnie uznanych norm, ich relacje były równie bluźniercze, jak magia wiedźm, które zabijali, a pokój w karczmie nie był nawet w części tak ustronnym miejscem, jak środek puszczy lub brzeg ukrytego w niej jeziora.
Hansel zatopił język w jej ciepłych, słodkich głębiach, rozkoszując się ostrym westchnięciem, które z niej wydobył ledwie jednym ruchem. Przyspieszył, czując uderzenie gorąca w lędźwiach i słysząc w głowie głos wewnętrznego sadyzmu. Wkrótce do gry dołączyły palce i Gretel wpiła paznokcie w jego dłoń, drugą rękę przyciskając sobie do ust, tłumiąc wszystkie słodkie odgłosy, które tak uwielbiał. Bawił się nią bezczelnie, brutalnie, aż z rozkoszy poczęła drżeć, trząść się niemiłosiernie, jednocześnie pragnąc, by przestał, i mając nadzieję, że nigdy tego nie uczyni.
- Ćśś... - Hansel uniósł się z szeptem na ustach i zawisnął nad nią na łokciu. Jego palce zwolniły, lecz wciąż nie dawały za wygraną, gdy on zatapiał twarz w jej włosach i wargami pieścił zagłębienie jej szyi. - Siostrzyczko, nie bójże się. Wiesz przecież, że nie zrobię ci krzywdy.
- To nie... - sapnęła, odrywając dłoń od ust. - To nie ze strachu, ty... ah! - Jeden ruch jego palców i znów zmuszona była powstrzymywać własny krzyk.
- Bez wyzwisk, bo cię ukarzę - odparł z uśmiechem i był niemalże pewien, że siostra trzaśnie go w twarz.
- Po prostu... już...
Nie musiała mówić nic więcej. Balansując na krawędzi wyższego piętra łóżka, Hansel odwrócił ją twarzą do pościeli i objął ją, delikatnie rozsuwając jej uda własnymi. Gretel wplotła swoje palce między jego, kiedy on odszukał jej wejście, zatrzymał się w progu i w końcu wsunął się gładko i delikatnie. Westchnęli wspólnym oddechem, gdy czuli siebie nawzajem, zupełnie jakby to był znów pierwszy raz; Gretel wypchnęła biodra bardziej ku niemu. Jego palce wciąż pachniały krwią ich ostatniej ofiary, ale nie zwracała na to uwagi, bo gdy poruszał się w niej tak, jak teraz, powoli i z wyczuciem, nie zwracała uwagi na nic poza jego ciężarem i ustami całującymi jej szyję. Za każdym razem, gdy się cofał, pozostawiał po sobie uczucie niepełności, które sprawiało, że dążyła za nim aż nie uderzał znów, aż znów nie czuła się cała i jego.
Kominek trzaskał jeszcze z cicha, kiedy Hansel pociągnął ją nagle do góry, obrócił i posadził na sobie - przylgnęła do niego jak wiele razy dawniej i wsunęła go w siebie z powrotem. Sufit był tak nisko, że czuła, jak jej włosy ocierają się o drewno raz po raz, ale to nie było istotne. Odnalazła jego wargi i zatopiła się w nich, czując jak on wypełnia ją swoją męskością po brzegi i jęknęła cicho w jego usta. Coraz trudniej było powstrzymać się od krzyku, choć robiła, co mogła, a Hansel obserwował jej twarz, jak się zmienia, jak lekko skacze jej brew, jak jej usta rozwierają się nieco bardziej, jak jej oczy wpatrują się w jego, czekając tylko na ten moment, gdy ich źrenice się spotkają i nic już nie będzie mieć znaczenia.
I było tak długo, bardzo długo i powoli, i dokładnie. Gretel patrzyła na niego, a potem wciskała twarz w jego szyję, a potem znów odrzucała głowę do tyłu i szukała jego wzroku. A on czuł, jak jej głębie obejmują go, pieszczą jego twardość swoją miękkością, miłują jego gładkość swoimi fałdami, i trzymał ją, przyciskał do siebie, coraz mocniej i mocniej, aż niemal słyszał, jak pękają jej żebra - choć może tylko znów ostro westchnęła, walcząc z całych sił z jękami budzącymi jej się w krtani?
I nagle był blisko, więc położył ją z powrotem na pościeli, z biodrami uniesionymi tak na jego kolanach; ich palce splotły się ponownie, gdy odszukał jej dłoń swoją. Potem ucałował jej rozwarte wargi, rozkoszując się jej jakby obcym, lecz tak słodkim smakiem, i zaraz zakrył jej usta drugą ręką. Gdy przyspieszył tempa, jej jęki zaginęły w jego skórze, a on patrzył na jej oczy, jej piękne, półprzymknięte, uciekające oczy, i na łzy obezwładniającej przyjemności, toczące się jej po policzkach. Gdyby byli całkiem sami, teraz właśnie mamrotałaby jego imię. Gdyby byli gdzie indziej, teraz właśnie piszczałaby i krzyczałaby do ochrypnięcia.
Gdyby było inaczej, łzy na jej policzkach by właśnie wysychały, gdy spałaby spokojnie zawinięta w kołdrę. On czekałby cierpliwie na wschód słońca, z zamkniętymi oczami, rozmyślając o tym, gdzie iść teraz i jak najlepiej wykorzystać czas, komu najmniej trzeba by zapłacić za nowe bełty. Co noc na nowo wyznaczałby w głowie kolejną granicę między siostrą a łowczynią, przyjaciółką a zabójcą, delikatnością, którą znał, a pewnością, którą miał obudzić; i gdy pierwsze promienie światła wynurzałyby się zza horyzontu, on budziłby Gretel do pracy jak obcą kobietę, żeby nie pamiętać o tym, jak kwiliła ze strachu ledwie kilka godzin wcześniej.

...Ale dla nich nie było żadnych granic.

niedziela, 29 czerwca 2014

Bumbadabum

Moi kochani~!
Wasza szczerze oddana jest kłamliwą pipą i niniejszym przyznaje się do tego bez bicia. Mea culpa.

Ale nie, tak serio, minęło - ile? rok...? od mojego ostatniego posta? {Ponad rok.} Matko. Dobra, zabijcie mnie.

Przepraszaaaam... ;____;

To wszystko wina wszystkiego, naplawdę, psysięgam : <
Nie, ale serio rzecz ujmując:
- okazało się, że mam dwubiegunowość, a przynajmniej jestem na najlepszej drodze do tejże, i choć było to moim podejrzeniem od, cóż, dwóch lat, ostatnio zdobyłam kilka bardziej przekonujących dowodów (w postaci naprawdę dobrze zrobionej strony na angielskiej Wikipedii, która sprawiła, że co chwila zakrywałam dłonią usta w wyrazie "Och, Weno, przecież to ja, tak jakby... no, non-stop", a do tego kilku testów na epizody maniczne ze strony z profesjonalnymi narzędziami dla psychologów - oj, nieważne), a teraz czeka to tylko na potwierdzenie ze strony psychoterapeutki, z którą przy odrobinie szczęścia będę się widzieć we wrześniu i może zacznę się leczyć;
- mój komputer psuł się prawie non-stop przez ostatnie cztery miesiące i dopiero przedwczoraj moja kochana Tosia przybyła do mnie z powrotem z serwisu gwarancyjnego jak nowo narodzona, i mogę się nią nacieszyć znów w jej całej okazałości, jakbym odkrywała ją na nowo, i aaaach!;
- już jakiś czas temu (w styczniu 2013) rozjebała mnie na szmaty biochemia, bo nagle okazało się, że nie mogę się przez wszystko na tych studiach prześlizgiwać czystą zajebistością i jednak trzeba się trochę pouczyć - za drugim razem (30 stycznia 2014) zdałam sukę na 4 od pierwszego podejścia, przy czym dała mi takiego kopa w dupę, że cały ten wreszcie miniony semestr letni spędziłam na nauce i prawie niczym innym (co się opłaciło o tyle, że mój indeks wygląda teraz bardzo korzystnie i mam nawet średnią 4,08);
- w ciągu tego roku, który minął od mojego ostatniego posta zmarły mi cztery zwierzęta, jedno po drugim w odstępach najpierw 5, potem 4, potem 3, a w końcu 2 miesięcy, a wszystko tylko dlatego, że ten chuj Przypadek miał taki ot, pierdolony kaprys się nade mną poznęcać - rozjebało mnie to kompletnie i długo po śmierci mojej prześlicznej 5-miesięcznej ledwie czarnej koteczki, która była aniołem wcielonym, żyłam w ciągłym strachu, tylko obstawiając, które z moich trzech pozostałych jeszcze przy życiu słonek umrze następne, i w jaki sposób;
- do tego doszły moje wieczne problemy emocjonalne, rodzinne, finansowe, i w ogóle co wam jeszcze wpadnie do głowy, to pewnie się wydarzyło - ktokolwiek ze mną rozmawiał w ciągu tego czasu, a szczególnie ostatniego pół roku, to doskonale wie.

Jak możecie się więc domyślić, byłam kompletnie rozpierdolona, co jakimś cudem przełożyło się na moje pisanie, a raczej jego brak (cudem, bo zazwyczaj jak byłam rozpierdolona, to pisałam właśnie częściej, żeby się powyżywać na swoich postaciach) - od czasu "Odpoczynku" jedyne wartościowe rzeczy, które wyrodziłam, to były dwa wiersze na pożegnanie Neiego i Syriusza, które w równej mierze mnie bolą, co wywołują poczucie winy, bo jakoś nie miałam potrzeby napisać podobnych dla Ferry i Kamirru, i czuję się wobec nich nieuczciwa, jakbym nie kochała ich tak samo i... A chuj, nieważne, nie mogę tego rozkminiać, bo zaraz znowu będę kłamać.

W każdym bądź razie trochę się już pozbierałam, od zimy nic mi nie zmarło, a to dobry znak i trochę się uspokoiłam, zdałam sesję i mam wakacje, więc nie muszę się już uczyć jak popierdolona o nakłuciach w dołach lędźwiowych i drogach ruchowych korowo-podkorowo-rdzeniowych, takich jak czerwienno-rdzeniowa, i w ogóle o szeregu innych durnych rzeczy - w związku z tym ogarnęła mnie pewna euforia i znów mam ochotę na trochę pracoholizmu.

Co do Hentaica: mam w zanadrzu jedno gotowe opowiadanie i parę naprawdę dobrych pomysłów na kilka nowych, plus po przeczytaniu całego bloga od początku do końca utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem boska i zajebista, i dopóki mam dobry humor, to chyba będę trochę popisywać, zajmę się tymi odcinkowymi może... Dobra. Jak tylko się pozbieram po przeczytaniu tych dwóch przeklętych wierszy, to wrzucę "Granice", a potem będziemy się dalej zastanawiać.

Po boku znowu jest lista fandomów, które znam i z których chętnie coś wyrodzę (usunęłam ją z jakiegoś powodu, nie wiem dlaczego), są też linki do moich innych blogów, które też będą się powoli budzić z otępienia.

Przypominam, że zamiast zamówień mamy sugestie. Chwilowo mam sugestii od chuja i jeszcze trochę (w tym trochę yuri, panie i panowie!), ale zawsze jestem otwarta na nowe - wszystkie starannie zapisuję i będę je pisać w odpowiednim czasie. Let's get this shit running again, guys.

sobota, 16 marca 2013

Wróciłam, suczkii~!

Okej, dobra, może nie do końca. Właściwie to wróciła moja kochana Toshiba vel Tosia, w związku z czym mam chwilowy napad dobrego humoru i chęci na pisanie, żeby przypomnieć sobie tę wspaniałą klawiaturę. Nie oczekujcie za wiele, mimo to. Jedyny pomysł na cokolwiek akceptowalnego hentaica, jaki mam w tej chwili, to Hansel x Gretel z Łowców Czarownic (bo ilość krwi i pomysłowość mordów w tym filmie wprawia mnie w euforię, a poza tym samo się prosi), ale niestetyż pierwsze podjęte przeze mnie próby w tej kwestii spełzły na chujowiźnie, co oczywiście z kolei sprawia, że bardzo, bardzo nie chcę i HHMMHH!, jak to powiedziałby Ainokami.

Także nie obiecuję nic, poza tym - być może - że się postaram. W dodatku nie odpowiedziałam na żadne ostatnie komentarze, bo mi się kompletnie nie chciało, ale dzięki za miłe słowa. Trochę to pomaga, ale w sumie niezbyt. Powinnam napisać książkę, skoro już nie zdałam egzaminów i mam pół roku czasu, a nie pisać hentaice.

Do zobaczenia wkrótce, miejmy nadzieję.