Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

czwartek, 26 maja 2016

[Marvel] Głosy (Erik x Charles)

Nie mogłam się powstrzymać...
Historia za tym opowiadaniem sprowadza się do wielu godzin oglądania "X-Men: Days of Future Past" (jakkolwiek się toto nazywa po polsku) - i mam tu na myśli wielu godzin więcej niż film właściwie trwa (khem, khem; po prostu uwielbiam X-Menów, okej?!) - i do odnalezienia wspaniałej sceny z graniem w szachy między Erikiem a Charlesem, gdzie byli zupełnie tacy jak dawniej (to nie łzy, mam kij w oku ;___;), no i oczywiście moje pierwsze pytanie brzmiało: "Jak to możliwe, że nie ma żadnych yaoiców o tych dwóch?"
Ach, mój biedny dziewiczy umysł. (Śmiejcie się ciszej.)
Oczywiście szybko zostałam wyprowadzona z błędu stroną z fanfiction.net, zawierającą opka z tego pairingu, nazywającego się snadnie: Cherik. (Co mnie boli, bo brzmi zdecydowanie zbyt podobnie do "cherish" i może właśnie dlatego te wszystkie opka są takie niekanoniczne; nie mogło być "lenvier"? Come on!)
Przejrzałam więc ową stronę, i oto mniej więcej zapis moich reakcji (uwaga, angielski!):
I stand corrected.
How are there not any GOOD yaois about these two?
*looks through the descriptions* "Post-Cuba. Another story I'm doing with another of my friends. She is Erik. I'm Charles. Erik cannot forgive himself. Charles cannot forgive Erik, but they still want to be together, though they are currently apart. Will they reunite?" *pukes ostentatiously*
*finds one that sounds... not bad*
*reads one eighth*
*closes*
*pukes*
WHY WHY WHY WHY 
"The metalbender hesitated" -> NOPE I'M OUT
STOP THE TRAIN I'M OUT
*gurgles and dies*
I'm hurt, call 911
the metalbender
seeing where the fick was going, he was more an assbender.
OH MY GOD
IT'S MICHAEL FASSBENDER
(I apologize profusely to Michael Fassbender, but the fick and his name, and... it just asked for it. (BTW., jego nazwisko brzmi jeszcze bardziej sugestywnie, jeśli przeczyta się je "po niemiecku" xD Ahem.))

W każdym razie, mój mózg został skrzywdzony i poczuł nagłą potrzebę napisania takiego opka z Charlesem i Erikiem, które byłoby właściwie, no, porządne. No cóż. Pozostawiam wam do oceny to, co się wyrodziło.

I tak, jest "Post-Cuba". xD Tak dokładniej, jakby kogo interesowało: jest w połowie drugiego filmu, właśnie po tej scenie z szachami, gdzie zakładam, że po wylądowaniu w Paryżu nie poleźli od razu odpierdalać, tylko wylądowali w nocy i jak normalni ludzie wynajęli kilka pokojów w jakimś hotelu, żeby odpocząć.


Erik nie kłamał. Charles naprawdę był ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć - ale nie ostatnią, którą pragnął zobaczyć. Szczęka wciąż go bolała, ale na to również nie mógł narzekać. Należało mu się. Chętnie dałby się poturbować jeszcze wiele więcej za krzywdę, jaką wyrządził Charlesowi. Pociągnął łyk szkockiej. Należało mu się.
Choć zobaczyć, jak Charles chodzi - to było nierealne. Nigdy tak naprawdę nie widział go na wózku, ale już wtedy, na plaży, przecież było pewne... przecież powiedziała, że... Erik odstawił szklankę i zwinął się w fotelu. Z ust wyrwał mu się głuchy jęk. To był tylko wypadek, tylko wypadek... Więc dlaczego czuł się tak bardzo, bardzo parszywie?
Odetchnął głęboko i wyprostował się. Westchnął jeszcze raz, dla równego rachunku, i ponownie uniósł szklankę, ale potem tylko wpatrywał się w nią, walcząc ze sobą. Nie powinien tyle pić. Mają jutro zbyt wiele do zrobienia. Powinien położyć się i wypocząć.
Ale wciąż nie mógł przestać myśleć o tej rozmowie, o twarzy Charlesa, gdy mówił... Nawet choćby myślenie o tym sprawiało, że coś ściskało się w piersi Erika.

- Jak je straciłeś? – zapytał Erik spokojnie, z ciekawością. Charles patrzył na niego niepewnie przez krótką chwilę zanim odpowiedział.
- Leczenie na mój kręgosłup naprawiło mi też DNA – odparł, a w jego głosie nie pobrzmiewało nic. Erik spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Poświęciłeś swoje moce, by móc chodzić?
- Poświęciłem swoje moce, żeby móc spa... – tu Charles przerwał, jakby gardło mu się nieprzyjemnie ścisnęło i spojrzał za okno. – Co ty o tym wiesz?

I ot tak, Erik siedział w fotelu ze szklanką szkockiej i sam nie mógł spać. Myślał o tym, co stracił, o Mystique i o swoich braciach i siostrach, którzy zginęli przez ludzką chciwość i strach. A przede wszystkim myślał o Charlesie i o tamtej plaży, i o tym, jak wszystko spierdolił swoją własną chciwością i strachem. A był taki pewny, taki pewny...
Nagle to usłyszał. Nie był to dokładnie krzyk, ale bardziej jakby… jego zapowiedź. Właściwie Erik nie wiedział, co to było. Jedyne, czego tak naprawdę był pewien, to że nie było to nic dobrego i że dochodziło z pokoju Charlesa.
Zerwał się nieco zbyt gwałtownie i aż zdziwił się własnym zapałem. A potem zakręciło mu się lekko w głowie; spojrzał na swoją szklankę ze szkocką i sporo rzeczy zaczęło nabierać sensu. Wciąż ściskając ją w ręku wyszedł na korytarz. Na całym piętrze panowała cisza, jakby jedynie wydawało mu się, że coś słyszał, ale jakieś dziwne przeczucie zapewniało go, że to nie był tylko omam. Zapukał więc cicho do sąsiadującego pokoju.
- Charles? – rzucił w ciemność, otwierając drzwi. – Wszystko w porządku?
I wtedy zobaczył go. Charles siedział skulony na łóżku, oddychając ciężko; jego naga pierś pokryta była potem, głowę miał zwieszoną między rękami. Widok ten odkrywał się przed Erikiem powoli i stopniowo, w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności. Na dźwięk zamykających się drzwi Charles uniósł twarz i spojrzał wprost na niego.
- Erik...? – wyrwało mu się, jakby się upewniał. – Nie, nie, idź sobie. Wyjdź. Nie potrzebuję twojej litości.
Erik naprawdę chciał spełnić jego polecenie, ale jakoś... nie mógł. Stał jak wryty. Nigdy wcześniej nie widział Charlesa tak bezradnego, tak... odsłoniętego. Nawet kiedy leżał na piasku i nie mógł się ruszyć, nawet wtedy nie pozwolił sobie nawet na chwilę słabości. Teraz wyglądał, jakby miał zaraz się rozpłakać, a drżenie jego dłoni widoczne było nawet w tej ciemności.
Charles westchnął, widząc, że tak łatwo się go nie pozbędzie.
- Ale może mi się przydać twoja szkocka – powiedział w końcu cicho i Erik, prawie że automatycznie, podszedł bliżej, by podać mu szklankę. Jego kroki brzmiały okropnie głośno w prawie pustym pokoju. Charles najwyraźniej pozbył się wszystkiego poza łóżkiem i małym stolikiem, i Erikowi zaczęło to nieprzyjemnie przypominać jego celę w Pentagonie.
- Miałeś koszmar? – zapytał Erik, gdy Charles wlewał w siebie resztę alkoholu. Na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy zapaliło go gardło, i dopiero wtedy odpowiedział skinieniem głowy.
- Ale przecież twoje moce... – zaczął Erik cicho, ale Charles mu przerwał.
- To nie wina moich mocy. – Jego wzrok na moment skierował się ku twarzy Erika i temu aż serce podeszło do gardła. To była jego wina. Musieli go znowu spotkać, znów z nim pracować i... Boże, jak mógł myśleć, że Charlesa w ogóle to nie ruszy?
Porzuciłeś mnie!
Głos Charlesa i cały ból w nim zawarty zabrzmiał mu w głowie tak głośno i wyraźnie, jakby był tam od zawsze. Ale Erik wiedział, że to niemożliwe. Jego wspomnienia, z pomocą alkoholu i twarzy przyjaciela, w którą właśnie wpatrywał się z niedowierzaniem, mieszały się z rzeczywistością. Westchnął, próbując się uspokoić. Nie chciał, żeby Charles dostrzegł, jak bardzo jego cierpienie go poruszyło. Tylko właściwie – dlaczego?
Poddał się samemu sobie i usiadł na brzegu łóżka. Charles oddał mu pustą szklankę i Erik z braku innych pomysłów postawił ją na ziemi. Po długiej chwili ciszy, którą obaj spędzili na wpatrywaniu się w bliżej nieokreślone, niezwykle fascynujące punkty między własnymi lekko rozstawionymi kolanami, Charles w końcu spojrzał mu w twarz. Chociaż wyglądał tak, jakby musiał się do tego zmusić.
- Dlaczego przyszedłeś? – zapytał.
- Usłyszałem… coś, co brzmiało, jakbyś chciał wrzeszczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu – odparł Erik, z trudem znajdując słowa. Charles machnął niecierpliwie ręką.
- Nie, dlaczego przyszedłeś?
Erik nie odpowiedział od razu.
- Nie mogłem się powstrzymać – odrzekł w końcu. – Nie chciałem... Jesteś moim przyjacielem, Charles. Zawsze będziesz. Nie mogłem cię tak zostawić.
Porzuciłeś mnie!
Wzrok Erika spadł na jego palce, bawiące się bezwiednie same sobą, na jego przebierające dłonie, a potem opadła mu również głowa i spoczęła zwieszona na jego piersi. Charlesowi nie umknął ani jeden szczegół, ale nic nie powiedział. Było oczywiste, że i uczucia Erika, i jego nie mają źródła w ich dzisiejszym spotkaniu, a przynajmniej nie tylko. Wiedział, czego sięgały, ale starał się, jak tylko mógł, już od pewnego czasu, by nie myśleć o tamtym dniu. Bał się, że gdyby pozwolił temu do siebie dotrzeć, rozsypałby się w stertę gruzu jak zamek z piasku. Jak wtedy.
- Przepraszam – wydusił w końcu Erik niebezpiecznie drżącym głosem. – Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję tego, co ci zrobiłem.
- Istotnie, nie wiem – odparł Charles gorzko. – Nigdy nie dałeś mi szansy się dowiedzieć. Mogę tylko się domyślać.
- Daję ci szansę teraz, jeśli tylko chcesz mnie wysłuchać.
Charles nie był całkowicie pewny, czy chce go wysłuchać, i musiało się to odmalować na jego twarzy, bo Erik westchnął zbolale i znów spuścił wzrok. Mimo to Charles czuł, że potrzebuje tej rozmowy – że musi sprawić, by Erik zrozumiał.
- Bywało, że chciałem odebrać sobie życie – powiedział w końcu – bo nie widziałem w nim sensu. Tak wiele straciłem, jednocześnie, że... – Zamilkł, szukając sposobu, by nie brzmieć zbyt oskarżająco, ale widział, że Erik już i tak był pełen wyrzutów sumienia. – Nie chcę cię winić, Erik. Daj mi powód, żeby cię nie winić.
Erik milczał. Nie wpadało mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć, żeby go przekonać, a czego Charles by już nie wiedział. Spojrzał na niego, spodziewając się złości, czy choćby nieufności, ale w oczach Charlesa była tylko niema prośba – o wyjaśnienie, pomoc, może?
- Wierzyłem, że tak będzie lepiej – rzekł w końcu. – Chciałem uciec od tego, co ci zrobiłem. I naprawdę myślałem, że tobie to też pomoże.
- To był wypadek, Erik. Nie mogłem cię winić za wypadek, a jedynie za to, że zostawiłeś nas tam bez możliwości powrotu do domu. I za to, co zrobiłeś z Raven.
Głos Charlesa był zmęczony i suchy, ale Erik tego nie zauważał. Być może nigdy się nie pogodzą w sprawie relacji między mutantami a ludźmi, ale jeśli mógł naprawić choć odrobinę krzywdy, którą wyrządził Charlesowi, miał taki zamiar.
I gdy tylko Charles znów uniósł na niego wzrok – jakby oczekując odpowiedzi – Erik przypomniał sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy poczuł go w swoim umyśle. Przypomniał sobie jego uczucia i swoje, i to przeświadczenie, że właśnie teraz budzi się między nimi przyjaźń, która będzie trwać ich całe życie. I nie mógł się mu oprzeć.
Charles – ku jego zdumieniu – nie odepchnął go, nawet gdy język Erika wsunął się między jego wargi. Jedną dłoń położył mu na piersi – i serce Erika wyskoczyło do przodu – żeby potem przesunąć ją ku górze i zacisnąć na jego karku. Drugą Erik schwycił sam, wplatając palce między jego.
Całowali się tak, jakby czekali na ten moment od lat. Naga pierś Charlesa unosiła się i opadała szybko w płytkich, niecierpliwych oddechach, jego dłonie drżały; Erik zsunął się wargami na jego szyję, popychając go na poduszki. Wolną ręką odnalazł jego sutek i Charles aż wygiął się w łuk, a potem jeszcze mocniej, gdy do drugiego Erik sięgnął ustami. Gdyby jego paznokcie były dłuższe, właśnie teraz Charles zostawiałby mu na plecach czerwone ślady. Erik uśmiechnął się lekko na samą myśl o tym, co to będzie, gdy w końcu dotrze niżej.
I przez to właśnie zdał sobie sprawę, że wcale nie mają tyle czasu, ile by może chcieli – i od razu odsunął tę myśl na bok. To nie było ważne. Choćby hotel miał im się zawalić na głowy, Erik nie miał zamiaru odrywać się od przyjaciela. Charles nie opierał się mu – wręcz przeciwnie, gdy Erik zsunął mu bokserki i oplótł wargi wokół jego męskości, szarpnął się, wbijając się w jego usta tak głęboko, że aż gardło zabolało.
- Niee, Erik... - jęknął, chociaż palce już miał zaplątane w jego włosach i chyba tylko z trudem powstrzymywał się od przyciągnięcia go bliżej. – Ach... Przestań... Erik...
Erik nie przestawał. Zaciskał palce na biodrach Charlesa, wciskając go sobie w usta raz po raz, pozwalając mu je wypełnić i przepełnić; połykał go, masował językiem, ssał i pieścił, aż Charles, nie mogąc już tego znieść, zerwał go z siebie, choć z taką miną, jakby najchętniej zerżnął mu gardło. Erik upadł na łóżko, oddychając ciężko; podparłszy się na łokciu, drugą ręką sięgnął do spodni, nawet na sekundę nie odrywając oczu od Charlesa. Przez moment w powietrzu wisiała ciężka cisza, jakby obaj mieli sobie jeszcze sporo do powiedzenia... ale już nie było na to czasu. Już nie mogli czekać. Nie po tylu latach.
Mimo to Charles wciąż się wahał, jego wzrok co chwilę zmieniał się z pożądania, przez wstyd, po jakieś resztki złości, do której nie nawykł i nigdy już nie miał nawyknąć. Jego wzwiedziona męskość, nieukrywana zupełnie, zdradzała jednak rzeczywisty stan jego nieprzeciętnego umysłu, i gdy Erik sięgnął, by z absolutną pewnością przekonać się, czy aby istotnie byli swoimi lustrzanymi odbiciami... Byli.
Dłoń Charlesa zaciskająca się na jego członku, obca w dotyku, a jednak cudownie znajoma; jego błękitne oczy wodzące po całej twarzy Erika, gdy odwdzięczał się podobnymi pieszczotami; i te czerwone wargi, rozchylające się bezwiednie na najmniejszą obietnicę pocałunku. Potem Erik nie pamiętał już wiele – resztki szkockiej mieszały się w jego głowie z rozszalałymi emocjami i z oszałamiającym uczuciem ciepłej skóry Charlesa pod jego dłońmi, piersią, udami... Obrazy ich pieszczot i pocałunków plątały się z bólem wbijających się w jego ramię palców Charlesa i jego zgnębionego jęku, i z tym przejmującym uciskiem, i gorącem, i pełnią ich wspólnego połączenia, która dla obu ich, razem i z osobna, była znacznie bardziej satysfakcjonująca niż cokolwiek fizycznego, co mogliby uczynić.
Nie będzie odwrotu.
Poczuł go nagle, w swojej głowie, jak te wiele lat temu, i choć wiedział, że to tylko złudzenie, i choć wspomnienie to nie należało do najlepszych, wciąż czuł go, na tak wielu poziomach, że odbierało mu dech; z najwyższym trudem łapał gorące, przepełnione pożądaniem powietrze - ale nawet niedotlenieniu poddawali się obaj jednocześnie. Charles zagryzał własną dłoń, próbując się powstrzymać od krzyków, które jednak wciąż wyciekały, mimo jego starań, przez szczeliny, aż w końcu Erik pocałował go, głęboko i zachłannie, a ich poszarpane oddechy rzęziły im między wargami. Zalegające jeszcze łzy bólu Charlesa rozsmarowały się mokro na policzku Erika, gdy przylgnął do jego szyi, gdy schwycił go za kark, gdy zaczął, tak przyciśnięty do jego chłodnej skóry rozciągniętej na gorących wnętrznościach, szukać ich wspólnego rytmu coraz głębiej, coraz szybciej, z coraz większą desperacją. Jednak dopiero gdy Charles, skomląc i jęcząc z cicha tak, jakby ktoś odebrał mu głos, począł wyrzucać ku niemu biodra, dopiero wtedy Erik pozwolił sobie się w nim zatracić. Puścił krawędź i spadł w przepaść, zatopił się w rozszalałych falach bijących o brzeg z ogłuszającym krzykiem, i mimo bólu, mimo rzeczywistości wpadającej mu gwałtownie i brutalnie do przepełnionych Charlesem myśli, wolność upadku przepełniła go euforią nieporównywalną z kimkolwiek innym w jego życiu.
Tej nocy Charles nie słyszał ech koszmarnych głosów.

wtorek, 3 maja 2016

Wcale nie (Nikt x Nikt)

Zawsze była bardzo spostrzegawcza. Zawsze zauważała drobne zmiany w zachowaniu innych, niewielkie różnice, niuanse języka, i jak diabeł, tkwiła w szczegółach. Przez to też szczyciła się nietuzinkowym opanowaniem - pragmatycznie analizowała każdy detal każdej sytuacji, żeby tylko nie pozwolić emocjom wziąć góry. Nie poddawała się łatwo uczuciom.
Dlatego tym bardziej ją przeraziło, gdy znienacka usłyszała Jego głos przy uchu - zupełnym przypadkiem, akurat po coś sięgał, a ona stała obok - i niemalże kolana się pod nią ugięły, i gdyby nie oparła się niby to niezobowiązująco o szafkę, to by już przed Nim klęczała i... Poczuła przypływ gorąca. To było bez sensu. To nie miało tak być. To nie miało jej tak schwycić. Ale...
Przestała bezwiednie zagryzać wargę, ciesząc się jedynie, że był do niej odwrócony plecami i nie dostrzegł tego, jak na Niego patrzyła. Żeby jeszcze to wszystko nie było tak skomplikowane. Żeby miała chociaż cień pewności, że to ma szansę... Żeby jeszcze się tak nie bała. Tylko czego ona się, do cholery, tak bała?
Jego szerokie ramiona, do których nie chciał się przyznać, majaczyły jej przed durnie załzawionymi oczami. Tylko się nie odwracaj, jeszcze nie... Jeszcze muszę odnaleźć grunt pod nogami.
- Cholerny pył - burknęła na wyjaśnienie swojego ocierania oczu, a On spojrzał na nią przez ramię z zaniepokojeniem.
- W porządku? - spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. I dobrze, bo nie byłaby w stanie Mu jej szczerze dać. - Zaraz skończę i wyjdziemy na zewnątrz. Wytrzymasz jeszcze chwilę?
- Mhm - mruknęła przez ściśnięte gardło. Jego poharatane dłonie sypały owies do śrutownika, a ona zwracała uwagę na każdy szczegół, jak układał palce, jakim ruchem chwytał worki, jak mięśnie przesuwały Mu się pod skórą. Wyobrażała sobie, że tak samo przesuwają się, gdy ją do siebie przyciąga, że takim samym ruchem chwyta ją za biodra, że tak samo układa palce na jej szyi. Poczuła uderzenie gorąca; przestąpiła z nogi na nogę. Stłumiła ochotę wsunięcia Mu ręki pod koszulkę. A niech to wszystko cholera weźmie.
Zawiązał worek z wprawą kogoś, kto robił to całe życie, i odwrócił się do niej. Uśmiech rozjaśnił Mu twarz. - To co? Idziemy?
Skinęła głową i ruszyła ku wyjściu, czując, jak Jego ręka wręcz automatycznie powędrowała ku jej talii. Słońce uderzyło w nią całym swoim żarem, jakby chciało jej dać coś do zrozumienia, ale myśli miała tak rozszalałe, że z trudem przypominała sobie własne imię. Jego dłoń nacisnęła lekko na pasek jej krótkich spodenek, kierując ją w stronę domu...
- UWAGA! Z DROGI! - rozległ się wrzask i zanim jej mózg choćby przeanalizował znaczenie tych słów, poszybowała na ścianę; szorstki tynk nieprzyjemnie otarł jej ramię, ale nie to było istotne. Przed nią szarżujący roczny byk właśnie wbijał niewyrośnięte jeszcze na szczęście rogi w Jego klatkę piersiową. On złożył się nad łbem zwierza, ramię położył mu na czole, a drugą ręką po szczęce sunął do przodu, próbując schwycić nozdrza.
- STÓJ, KURWA! - ryknął mu prosto do ucha, ale nie odnosiło to większego skutku. Trzasnął go dłonią w śluzawicę, poprawił i dodał: - STÓJ, TY BYDLAKU, KUR...! Bo jak cię zaraz... - W końcu udało Mu się wcisnąć byczkowi palce do nosa, i jak na zawołanie wszystko się uspokoiło. Byk stanął, posapując ciężko, gdy On pchał mu łeb do góry najdalej jak dał radę; Jego ojciec już był obok, już nakładał byczkowi uwiąz, już go odprowadzał z powrotem do obory... Odetchnęła z ulgą.
- Żyjesz? - spytał cicho, zbliżając się do niej. Zamrugała, odganiając zalegający jej pod powiekami obraz Jego napiętych z wysiłku mięśni, i skupiła wzrok na Jego dziwacznie pobladłej twarzy. Przytaknęła.
- A ty? Nie wyglądasz najlepiej...
- Nic mi nie jest - zdążył powiedzieć, zanim wziął głęboki oddech i wypuścił go z bolesnym kaszlnięciem. - Moja przep... - I już nie nabrał więcej powietrza. Ścisnął sobie splot słoneczny, osuwając się na kolana. A Ona nie mogła wydusić z siebie dźwięku, zszokowana, nie dała rady nawet drgnąć... To się nie mogło dziać. Nie teraz. Nie, nie, nie, nie kiedy już zaczęła wierzyć we własne szczęście. Nie kiedy wszystko miało się już... Wtedy jednak coś nią pchnęło, jakby dostała w twarz od niewidzialnej ręki, i oprzytomniała.
Czym prędzej położyła Go na ziemi. Był wciąż świadomy, sam wyciągnął głowę do tyłu, ale, jak można się było spodziewać, nic to nie pomogło. Nie, problem tkwił głębiej. Wspięła się na Niego, próbując opanować czerwień wspinającą jej się na policzki, gdy słyszała, że nadbiega Jego ojciec. Kolanami, najmocniej jak potrafiła, ścisnęła Mu pierś nad ostatnimi żebrami, starając się nie zważać na rozsypany wszędzie drobny żwir zdzierający jej skórę, po czym silnie wpompowała w Niego porządny oddech powietrza, jednocześnie powoli puszczając Mu żebra. Gdy tylko się odsunęła, tlen natychmiast opuścił Jego płuca, ale On zrozumiał, co próbowała zrobić. Sama niemal straciła dech, gdy poczuła Jego dłonie na nagich udach, ale On jedynie pomógł jej zgnieść Go mocniej i sam łapczywie zassał oddech przez ściśnięte z bólu zęby, gdy odpuściła. Powoli budząca się sinica jak na zawołanie opuściła Jego twarz. Jego matka stała w drzwiach domu, zbyt przerażona, by zrobić cokolwiek konstruktywnego. A ona ściskała go dalej, oparta ciężko o ziemię przy Jego głowie, a On wciąż chwytał każdy najmniejszy oddech, który udawało im się zassać Mu do piersi, i wpatrywał się jej prosto w oczy tak, jakby świata poza nią nie widział. Jakby nie mógł bez niej żyć, i nie tylko dlatego, że tylko ona stała właśnie między Nim a bezdechem. Poczuła, że łzy znów ciekną jej do oczu. Nie zasługiwała na to. Ona tylko trochę pomagała Mu oddychać, dopóki Jego przepona nie uwolni się ze skurczu. Ściskała Mu pierś z coraz głębszymi, coraz bardziej desperackimi sapnięciami. I lepiej, żeby uwolniła się prędko, bo...
I wtedy, jak na zawołanie, On zepchnął ją z siebie i rozkaszlał się, próbując między atakami złapać porządne oddechy, a między oddechami przeprosić ją za brutalność. Machnęła na Niego ręką. Jak dla niej nie musiał jej za nic przepraszać. No, może ewentualnie za nerwy. Zaraz też przeniósł wzrok na swojego ojca, który wciąż nad nimi stał i teraz tylko pokręcił głową i odszedł bez słowa.
Podnieśli się w końcu oboje; On, na drżących jeszcze ze strachu nogach, ledwo stał, więc pozwoliła Mu się na sobie wesprzeć. Ruszyli w stronę domu. Jego matka czekała w progu i na wejściu przygarnęła Go do piersi, ucałowała, po czym natychmiast obróciła się na pięcie i wróciła do krzątania się po kuchni. Nim w ogóle dotelepali się do drzwi Jego pokoju, już zdążyła przygotować synowi herbatę i wcisnąć ją jej do ręki. Przytaknęła w ciszy i pociągnęła Go do pokoju.
- Daj spokój, zaraz ją rozlejesz, jak się będę na tobie dalej wspierać - rzucił. Mogłaby przysiąc, że na Jego policzkach dostrzegła cień rumieńca.
- A weź nie odpierdalaj. - Przewróciła spektakularnie oczami i położyła sobie Jego dłoń na ramieniu. - Nie doceniasz mnie, ty durny świrze.
Prychnął na nią tłumionym śmiechem, ale już nie dyskutował, a ona nie uroniła ani kropli. Ich odbicia zafalowały w lustrach szafy, gdy zawadził o framugę drzwi do pokoju, ale herbacie nic się nie stało. Drzwi popchnęła lekko nogą. Opadł ciężko na krzesło, a ona postawiła kubek na biurku i uśmiechnęła się do Niego z dumą kogoś, kto powstrzymuje się od powiedzenia: "A nie mówiłam". W odwecie wciągnął ją sobie na kolana. Jego ramiona były chłodne i jakby niepewne. Wtuliła się w Jego szyję.
- Nie strasz mnie tak więcej - burknęła, dziabiąc Go po żebrach. Syknął z bólu, więc natychmiast się odsunęła z przeprosinami na ustach, ale przyciągnął ją z powrotem. Przeklęty masochista. - Przestań, przestań... - Udało jej się w końcu wstać, chociaż spojrzał na nią jak szczeniak z lękiem separacyjnym. - Daj, chcę zobaczyć. Pomogę ci.
On jednak postanowił sam się rozebrać i z nieprzeciętnym zaskoczeniem odkrył, że żebra Go bolą, gdy tylko unosi ręce. Pokręciła na Niego głową, westchnęła przeciągle, uniosła brew - wtedy wreszcie poddał się i pozwolił jej sobie pomóc. Z wprawą osoby, która miała sporo do czynienia z takimi urazami, ściągnęła z Niego delikatnie koszulkę.
Pół Jego piersi pokrywał rozległy siniec w miejscach, gdzie wbiegł w Niego byk i gdzie jej kolana pogniotły Mu żebra. Z empatycznym syknięciem omacała Go lekko, ale nie wydawało się, żeby miał coś połamane. Przez cały czas przyglądał się jej skupionej twarzy, a gdy tylko uniosła na Niego wzrok, nie wahał się - schwycił jej kark i pocałował ją, niby to gwałtownie, a jednak, gdy tylko ich wargi się spotkały, wyhamował; ledwie musnął jej usta, ledwie wysunął język, kciukiem podparł jej żuchwę, jednocześnie palcami przyciągając ją bliżej.
Tym razem z własnej inicjatywy wspięła Mu się na kolana, a On przycisnął ją sobie do piersi, choć na pewno musiało to boleć jak diabli; przylgnęła do Niego, wczepiła się palcami w Jego ramiona, ustami wpiła się w Jego szyję. Odwzajemnił gest tak skutecznie, że nie wiedziała już, co się dzieje - a gdy się od niej oderwał, była już tak rozgorączkowana, że chaotycznymi ruchami zaczęła dobierać Mu się do rozporka. Nie opierał się, a wręcz zaczął jej pomagać - a ona czym prędzej zdjęła spodenki z jednej nogi i odsunęła na bok bieliznę, i już za chwilę miała Go w sobie, wsuwał się w nią całą swoją pełnią tak powoli, że czuła dokładnie każdy szczegół, a ona przyciskała się do Niego i wbijała zęby w Jego szyję, żeby tylko nie krzyczeć ani nawet nie jęczeć za głośno, szczególnie że drzwi wciąż były tylko lekko przymknięte.
On błądził rękami po jej ciele, całował jej szyję, podgryzał jej ramię... Nie dawał jej ani chwili odpoczynku, ale i tak, choć uderzenia gorąca ślizgały się w dół jej kręgosłupa za każdym razem, gdy czuła Jego zęby na skórze, a w ślad za gorącem szły zaraz wstęgi dreszczy, choć wciąż musiała powstrzymywać się od krzyku, i tak nie było dla niej wystarczająco szybko i mocno. Nawet gdy poczuła, jak zaciska na niej dłonie aż do bólu, jak z trudem tłumi warknięcie, wbijając się w nią mocniej, gdy poczuła Jego ciepło rozlewające się po jej wnętrzu, nie dała rady przejść przez ten próg. Dostrzegł to, ale, niezrażony, pocałował ją głęboko i tak namiętnie, że wbrew jej woli wyrwał jej się rozkoszny jęk, a potem brutalnie schwycił ją za żuchwę i zdjął z siebie, rzucając ją na łóżko jak szmacianą lalkę. Stłumiła pisk. On zamknął drzwi.
Próbowała się podnieść, żeby pomóc Mu w tym samym, ale przycisnął ją za szyję do pościeli. Drugą ręką pomagał sobie sam, patrzył jej prosto w oczy i choć nie mogła Go całego widzieć, doskonale zdawała sobie sprawę, jak to na Niego działa. Sięgnęła w dół, wsunęła w siebie palce, westchnęła przeciągle, czując swoją wilgoć pod opuszkami. Oglądał ją całą, wpatrywał się w chaotyczne, desperackie, acz bezsensowne ruchy jej palców - oboje doskonale wiedzieli, że ona się tak nie doprowadzi. Nie bez Niego.
I zaraz przewrócił ją na brzuch, gwałtownie, jakby nie mógł już się jej doczekać, i rozpaliło ją to bardziej niż wszystko, co zrobili dotychczas. Ścisnął jej kark. Poderwał jej biodra do góry i do siebie. Wgryzł się w jej ramię i od razu ręką stłumił krzyk, który wyrwał jej się spomiędzy warg. Ocierała się o Niego błagalnie, ale, choć wiedziała, że sam nie mógł już dłużej czekać, On wciąż to odwlekał. Poczuła Jego dłoń na pośladku, ostry ból, ale zaraz zanikł, przytłumiony całunem podniecenia; poderwał jej głowę, dłoń owijając wokół jej żuchwy, zmusił ją, by spojrzała w lustro. Jego wzrok był dziki, nieokiełznany, a ona wyglądała jak najbardziej posłuszna dziwka, jaką wyrodziły światowe burdele. Ich oczy spotkały się w tym lustrze i dokładnie w tym momencie On wbił się w nią po same biodra, jednym gładkim ruchem, aż zagryzła sobie rękę, żeby nie krzyknąć głośno z mieszanki bólu i rozkoszy. Podciągnął ją za tę żuchwę do góry, wpił się w jej szyję, wyjął jej rękę z ust.
- Nie oszukuj - szepnął jej do ucha, niskim, pełnym ognia głosem, którym zawsze doprowadzał ją do szaleństwa. - I bądź cicho. Nie waż się wydać dźwięku. Rozumiesz?
Przytaknęła bez słowa; wtedy puścił ją i pozwolił jej opaść na poduszki, podczas gdy sam schwycił jej biodra, wbił jej palce głęboko w brzuch i zaczął ją rżnąć jak rasową sukę, podczas gdy ona musiała poświęcić całą świadomą uwagę temu, żeby powstrzymywać się od desperackich wrzasków. Szczególnie, gdy słyszała nad sobą, jak On dyszał z wysiłku, jak sam próbował stłumić pojedyncze warknięcia, jak pomyślała o Jego poobijanych żebrach i jak wyobraziła sobie mięśnie Jego rąk i piersi, napinające się przy każdym Jego ruchu... Osiągnęła szczyt nagle, fala uderzyła w nią z taką siłą, że niemal natychmiast ją zepchnęła w otchłań, i poczuła to wszystko tak bardzo i tak nagle, że zupełnie nie wiedziała, co dzieje się z Nim. Wykrzyczała swoją rozkosz w cichej, stłumionej parodii przeciągłego wrzasku, a gdy już była w stanie zwrócić na Niego całą uwagę, on właśnie pochylał się, by czule pocałować jej rozgrzany kark. Opadli na pościel, wycieńczeni.
- Aleś to sobie zaplanowała - mruknął, przeczesując włosy, podczas gdy ona przykleiła się do Jego ramienia i ułożyła się do snu. Dziabnęła Go figlarnie w jedno z niebolących żeber i tylko pół serio odparła:
- Wcale nie...

niedziela, 6 marca 2016

[Rzeka Mgieł] Żyła (Lyeiess x Jezierza)

Wszystko po staremu. Opowiadanie zawiera lokowanie produktów :D




Pojedynek nie trwał nawet minuty. Dziewczynka, przełykając łzy i zaciskając palce na kilku krwawiących ranach, zniknęła między budynkami, a pies, porwawszy swą zdobycz w postaci nie najświeższego ochłapu szczurzego, odszedł w kierunku muru, skąd dochodziły ciche piski i ledwo słyszalne skomlenie. Jakaś suka wyszła mu naprzeciw i obwąchiwała jego na wpół oderwane ucho, odprowadzając go najpewniej do nory. W głowie Jezierzy kłębiły się nieprzyjemnie zwały ciemnych myśli.
Nigdy jeszcze nie widziała tylu bezdomnych osób w jednym miejscu. Nigdy też, co prawda, nie miała okazji być w mieście - po opuszczeniu studni matki dość szybko trafiła na swoją, odwiedzając jedynie kilka pomniejszych wiosek po drodze. Matka opowiadała jej historie o najadach, które nie mogły znaleźć domu, więc poszły do jakiegoś miasta i słuch po nich zaginął. Jezierza lubiła opowieści, ale akurat nie te; dlatego gdy dzięki przychylności Losu znalazła dla siebie miejsce, nie miała najmniejszego zamiaru honorować tradycji - czy tam nawet prawa, nieistotne - i błagać jakiegoś ludzkiego dupka o pozwolenie na jego zajęcie. Nie miała zamiaru skończyć jak tamte tępe dzidy.
Teraz jednak Los ją kompletnie opuścił. Nie miała już wyboru. Nie mogła już nałgać strażnikom, że tak, oczywiście, że rozmawiała z księciem, i mieć serdecznie gdzieś, czy jej się uda wymigać od kary, czy nie. Teraz musiała wejść do miasta, powiedzieć strażnikom prawdę, że przybyła starać się o audiencję, i mieć nadzieję, że nie aresztują jej tak po prostu za wygląd czy niepewność; ale strażnik przy bramie powiedział tylko uprzejmie:
- To do zamku panience trzeba - i wskazał leniwie na niewielkie wieżyczki majaczące za dachami co większych budynków. Jezierza ruszyła szeroką ulicą, starając się nie uderzać zbyt mocno o kamienie cienkimi podeszwami swoich trzewików. Jej studnia wysychała - a przy jej głębokości Jezierza nigdy nie sądziła, że byłoby to możliwe. Jeśli książę nie będzie umiał jej pomóc... Nawet nie chciała myśleć, co ją czeka.
Nie potrafiła nie czuć się jak osaczone zwierzę w tym nieznanym miejscu, mimo że nikt nawet nie zwracał na nią większej uwagi. Obcy ludzie mijali ją i okrążali, schodząc w boczne uliczki, zajęci swoimi sprawami - jeśli ktoś na nią spoglądał, to jedynie przelotnie, a nikt nie gapił się na nią jak na dziwoląga, jak to już kiedyś bywało. A przecież matka mówiła jej, że po tej stronie gór mało kto słyszał o najadach, a tylko zapaleni podróżnicy wiedzieli, że Krineje do nich należą. Jezierza sama pamiętała, że kiedyś, gdy zabrakło miejsca w magazynku, spiżarka była pusta, a od jakiegoś czasu nie miały gości, matka sama poszła do miasta trochę przehandlować, i wróciła wściekła, bo ktoś się jej pytał, czy nie jest aby tylko gadającym zwierzęciem. Tutaj jednak ludzie byli jakby zupełnie oswojeni z ideą, że inne rasy dzielą z nimi ulice. Jezierza nie mogła się nadziwić i zupełnie jej nie pomogło, gdy zobaczyła kasztanowego centaura kłusującego w poprzek placu na środku miasta. Przystanęła tylko i odprowadzała go wzrokiem - dotychczas była przekonana, że centaury w ogóle nie opuszczają swoich rodzinnych stron.
Z każdym krokiem była coraz bardziej zdumiała; to miasto, choć mogła objąć je wzrokiem prawie całe naraz, nie mieściło jej się w głowie. Trzy budynki temu oglądała brudny obraz nędzy i niedoli, a teraz ludzie krzątali się wokół niej jak pszczoły, zajęci sobą, jakby zupełnie nie dostrzegając wygłodniałych psów, o które się prawie potykali, i nędzarzy skulonych w zaułkach. A przy tym te smoliście czarne dachy; ściany ułożone troskliwie z kamienia tak jasnego, że w promieniach słońca wydawał się biały jak sól, a jednak załamaniami i naturalną teksturą tworzącego misterne, zawiłe wzory; piękne malowane znaki na rybich pęcherzach w oknach mieszczańskich domów, stojących zaraz obok na wpół zrujnowanych ruder, z których przez dziurawe dachy sączyło się zawodzenie chorych dzieci; bogata tawerna przy placu, z pięknymi akantami i plecionkami wyrzeźbionymi we framudze drzwi, choć przez ich szkła widać było jedynie opustoszałe wnętrze - ani płomyka świecy. I piętrząca się przy placu olbrzymia świątynia z półkolistą fasadą, złożonymi witrażami i błyszczącym w białym złocie napisem nad wejściem: "ŚMIERĆ JEST WROTAMI DO NOWEGO ŻYCIA".
Jedynie klon na środku placu wydawał się Jezierzy większy - jakby stał tam od przynajmniej stu lat. Przez chwilę tak długą, że sama nie wiedziała, czy trwało to minutę, czy piętnaście, dziewczyna po prostu stała tak, wpatrując się w gładką korę, w burzę liści z tej odległości wyglądających niczym dłonie driadzich dzieci, w skrzydlaki wciąż jeszcze woskowe, twarde i dalekie od spadania. Uszy na moment wypełnił jej jedynie dźwięk morza i nieszczęśliwy szelest rzeki płynącej niedaleko w zbyt wielkim dla niej korycie. Jedność spłynęła na nią jak kojący strumień, natura przejęła ją do głębi i jakby naprawiła od środka - i dlatego w ostatniej sekundzie Jezierza powstrzymała się od rozpadnięcia w kałużę na kamieniach placu. Rozejrzała się niepewnie, czy nikt nie dostrzegł jej już roztapiającej się skóry, ale nieliczni ludzie wokół wciąż nie zwracali na nią najmniejszej uwagi. Zupełnie nie mogła się im nadziwić.
Mury zamkowe, wysokie na trzy piętra, dla Jezierzy wyglądały z tej odległości niczym ogromna, nieprzebyta biała forteca. Brama - wrota z grubych bielonych beli wzmacnianych metalowymi okuciami i bolcami, poprzecinanych pasami bursztynów, na których wymalowano ogromny herb podtrzymywany przez dwa rosłe byki, przedstawiający karego konia z wieńcem z liści klonowych, skaczącego nad morwowym polem ze srebrną kielnią - była jednak otwarta na oścież i właśnie jakaś rodzina wychodziła tamtędy ze łzami w oczach: ojciec wyraźnie wstrząśnięty trzymał za rękę dziewczynkę zbyt małą, by rozumiała, co się działo, i tulił do piersi matkę, która garbiła się nad opatulonym w pieluchy synkiem. Jezierza była przekonana, że nie dostali od księcia tego, po co przyszli; wiodła za nimi wzrokiem podobnie jak strażnik oparty nonszalancko o swoją halabardę, który zaraz przerzucił pytające spojrzenie na nią, jakby doskonale wiedział, gdzie zmierzała. Jezierza stała jeszcze jak wryta, dopóki mężczyzna nie skinął na nią delikatnie ręką - wtedy dopiero oderwała się od Matki Ziemi i ruszyła przez bramę. Strażnik pozostał bez ruchu; wydawał się zupełnie nie przejmować ostrymi czarnymi zębiskami brony, które wisiały mu zaraz nad głową.
W cieniu murów na osłoniętym dziedzińcu było jeszcze czuć zimowy chłód. Z zapachem morza mieszała się cała gama innych woni: oleju z zatkniętych na ścianach pochodni, kwiatów dojrzewających intensywnie w ogrodach nieopodal, świeżego drewna, a także czegoś smażonego zawzięcie w zamkowej kuchni. Strażnik patrolujący plac właśnie przechodził przed jej nosem i Jezierza bezmyślnie zawiesiła na nim wzrok, wiodąc nim tak aż po kukły i cele do ćwiczeń stojące nieco dalej. Dopiero wtedy, gdy tak rozglądała się niepewnie, choć było jasne, że wysoko sklepiony budynek naprzeciw jest tym, do którego powinna iść, dotarł do niej dźwięk topora uderzającego o drewno, który właśnie teraz urwał się na sekundę przed tym, jak usłyszała:
- Yevhe, ja wiem, że szybko przebierasz racicami, ale nie... Och. - Gdy Jezierza się odwróciła, dostrzegła młodego mężczyznę, który właśnie odrywał dłonie od dwuręcznego topora wbitego w pieniek. Był półnagi; swoją koszulą automatycznie otarł pot z czoła, po czym włożył ją natychmiast do rąk służce, która przemykała obok, zamieniając z nią parę krótkich szeptów. Kobieta, choć nie najmłodsza, spłoniła się jak niewinne dziewczę i zniknęła tak sprawnie, że Jezierza nawet nie zauważyła, dokąd poszła.
Lub być może po prostu nie mogła skupić na tym uwagi, gdy mężczyzna, odgarnąwszy z twarzy prawie białe włosy, wbił w nią przejmująco niebieskie spojrzenie, stawiając powolne kroki ku niej tak, jakby chciał przy każdym z nich napoić oczy jej widokiem. Jezierza sama poczuła, że policzki jej błękitnieją, przynajmniej dopóki nie dostrzegła, że mężczyzna stąpa boso po płaskim i nawet jeśli nie zimnym, to z pewnością twardym i szorstkim kamieniu dziedzińca. Mimo to... Nie, to było coś więcej niż grube ziarna naniesionego piasku wbijające mu się w podeszwy. Mężczyzna stanął przed nią, kompletnie swobodny w swoim nieporządku, zupełnie niezrażony, a ona mimowolnie zaczęła się zastanawiać, kim dla niego była ta służka przed chwilą. Jego żoną? Czy to możliwe, że jest starszy niż wygląda, że to praca w ogrodzie go zachowała w tak... cholernie dobrym stanie, a tak naprawdę ma prawie czterdzieści lat i dwójkę dzieci?
I gdy już zaczęła wyzywać się w myślach od mokrych szmat i zakwitłych głupich kałuż, on znów odezwał się tym cichym, rezonującym jakoś dziwnie głęboko głosem:
- Nie było tu panienki wcześniej. Czyżby panienka przyjechała w odwiedziny do Rzęsy i Lotosa? - Skłonił się przy tym lekko, jakby chciał uszanować ją, gdy się do niej odzywa, ale dla Jezierzy było to tylko jeszcze bardziej zaskakujące i też... dziwnie miłe. Nikt jej się wcześniej nie kłaniał.
- Słucham? Kogo? - Jezierza zdała sobie sprawę, że przez cały ten czas wpatrywała się w jego nagą pierś, więc czym prędzej przerzuciła wzrok na jego oczy. Nie pomogło jej to zbytnio. - Nie, nie znam ichpaństwa. Przybyłam z prośbą do księcia.
- To się spóźniła panienka - jęknął mężczyzna ściągając brwi w wyrazie zawodu - oj, spóźniła się, niestety. Książę zakończył swoje audiencje ledwie z paręnaście minut temu, i udał się na spoczynek. Oj tak.
Jezierza nie mogła pohamować oburzenia. - Już?! Wszak słońce jeszcze nie w zenicie - prychnęła, wyrzucając dłonie ku niebu. Postąpiła z dezaprobatą kilka kroków; po chwili dodała znów: - Lenie, obiboki, bezużyteczne łyse małpiszony!
Mężczyzna roześmiał się, szczerze i dźwięcznie, jakby odnalazł bratnią duszę. - Otóż to, panienko, otóż to. - Wciąż radośnie się do niej szczerząc, podsunął jej ramię, drugą ręką wskazując w głąb ogrodu. - Może panienka usiądzie i mi opowie, co panienkę trapi? Szkoda by było, żeby panienka nie odpoczęła po ciężkiej wędrówce.
Jego ramię, wyćwiczone od pracy i topora, kusiło swoją obietnicą, ale Jezierza nie była pewna, czy potrafiłaby się potem oderwać. Dlaczego przekwitające rośliny pachną tak desperacko i mocno? Ruszyła ku ławce, majaczącej wśród krzewów amimy, w końcu sama, ale mężczyzna, niezrażony, położył jej dłoń na krzyżu tak delikatnie, że ledwie to poczuła i zupełnie jej to nie przeszkadzało.
- Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się tak pięknych ogrodów w mieście. - Uśmiech obudził się na jej ustach, gdy tylko weszli między drzewa i znów poczuła objęcia natury, więc podzieliła się nim ze swoim towarzyszem. - To twoje sprawne ręce pielęgnują tutejsze uroki?
Mężczyzna odwzajemnił jej radość, choć nie wydawało się, żeby w którymkolwiek momencie przestał się uśmiechać.
- Dokładnie tak, panienko. Dziękuję, że panienka dostrzegła. - Usiadł na ławce obok, spoglądając na rosnący nieopodal jesion z miłością w oczach. - Zazwyczaj rośliny też są wdzięczne. Pomagają. Ale ostatnio to ciężki wysiłek utrzymać je w dobrym stanie. Wszystko przez tę chędożoną suszę... Panienka wybaczy.
Jezierza wręcz poczuła na skórze, jak urok chwili pryska. - Właśnie w tej sprawie zawitałam do... - Skrzywiła się. - Do miasta. Jak się pewnie zorientowałeś, nie jestem człowiekiem.
- Oczywiście. Że panienka jest najadą, to widać od razu. - Mężczyzna machnął ręką, ale jakby zaraz się opamiętał. - Znaczy, ja... Nie chciałem obrazić panienki. Najmocniej przepraszam.
- Za co? Że nie jesteś ślepy i durny? Mogło być gorzej. - Nie dowierzając sama sobie, Jezierza dotknęła lekko jego ramienia i rzuciła mu przelotny uśmiech. Dostrzegła nawet, jak jego kąciki ust lekko drgnęły w odpowiedzi, ale zaraz oboje przypomnieli sobie, o czym rozmawiali, i miny im zrzedły. - Sam więc rozumiesz, że brak wody odbija się na mojej studni i za kilka księżyców nie będę miała się gdzie podziać.
Mężczyzna pogładził krótki, może dwudniowy zarost, wbijając wzrok w przestrzeń. - A więc tak daleko w głąb to już sięga... - mruknął nieobecnie.
- Bez pomocy się nie obejdę. - Jezierza z westchnięciem wstała, wzięła jeszcze oddech i obróciła się do mężczyzny. - Ale skoro książę mi uciekł, może ty zechcesz mi chwilę potowarzyszyć. - Nie do końca niechcący opuściła wzrok poniżej jego obojczyków... a potem jeszcze trochę niżej. - Przez tę suszę i podróż dawno nikt mi nie towarzyszył.
- Czyli zasuszyło panienkę? - Uśmiech mężczyzny, gdy wstał i podał jej ramię, by poprowadzić ją dróżką biegnącą brzegiem ogrodu, był bezczelny; ogrodnik szybko jednak odkaszlnął i sprostował: - Miałem na myśli, oczywiście, panienki pragnienie - i od razu, zdając sobie sprawę ze swych słów, parsknął nie do końca nerwowym śmiechem. - Panienki żywiołu, oczywiście.
- Nie musisz się martwić. Jestem wystarczająco wilgotna.
Mężczyzna nagrodził jej uwagę szerokim uśmiechem i zatrzymał tak o, na środku dróżki, ukrytych przed niepożądanym wzrokiem za obfitą kępką krzewów. Bez większego wysiłku, bez spojrzenia nawet, jednym ruchem zerwał przekwitłą już, ociężałą wiekiem różę i wplótł ją w zielonkawe włosy Jezierzy.
- Nie wątpię. A jednak, jak i te róże, i te drzewa potrzebuje panienka wody, zwłaszcza po pod... - Uśmiechnął się zawadiacko. - ...róży.
- Ach, gdyby ten kraj miał równie kompetentnego zarządcę, co ten ogród. - Mężczyzna uśmiechnął się dumnie, a Jezierza, dotknąwszy delikatnie róży, ujęła go w końcu pod ramię. - Nieważne. Jestem Jezierza; gdzie mnie zabierzesz, zacny panie?
- Jaki tam ze mnie pan - odparł jakby lekceważąco ogrodnik, choć uśmiech nie spełzał z jego ust. - Być może właśnie do studni? Jeśliś spragniona, moi podopieczni podzielą się z tobą swą życiodajną wodą, tegom pewny. - Nagle przystanął z takim wyrazem twarzy, jakby ktoś wymierzył mu policzek. - Właśnie... Studnia. Ta tutaj jest tak blisko morza, że pewnie będzie wzbierać jeszcze długimi miesiącami. Zamieszkaj w zamku. Będziesz blisko wody, dłużej wyczekasz aż susza przeminie. - Wciąż trzymając jej dłonie, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy, patrzył na nią z jakimś dziwnym ogniem w tych błękitnych oczach.
- W mieście? - Szargnął nią dreszcz. - ...Lepsze to niż bezdomność. Dziękuję za ofertę. Teraz pytanie, jak nazywa się mój dobroczyńca?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko z tym obezwładniającym urokiem, któremu już dawno się poddała, i ucałował jej dłoń, wykonując jeszcze jeden ukłon, tym razem głębszy, bardziej wypracowany i... dworski? A potem oznajmił: - Książę Lyeiess z rodu Arionnów, z matki Astii, Przyjaciel Centaurów, Ambasador Pojednania i Zaklinacz Rogacizny... moja pani. - Wyprostował się, obdarzając ją niby tym samym uśmiechem, ale miał on tym razem jakby inne, bardziej szlacheckie zabarwienie. Tym bardziej jego następne słowa zabrzmiały jak wyjęte z kontekstu. - Żyję, by służyć.
- I zdobywać tytuły, najwyraźniej. Czemu miał służyć ten teatrzyk?
- No niech się panienka nie złości - rzucił jeszcze książę niby to nieszczęśliwie, ale wciąż w żartach; potem jednak spoważniał i wpatrzył znów w jesion z tą samą tęsknotą w oczach, którą widziała wcześniej. - Czemu? Mógłbym przytoczyć wiele powodów... więcej niż bym chciał. Ale nie będę cię przynudzał.
- W takim razie, drogi książę, racz wyrazić swoje pozwolenie odnośnie do mojego pobytu w zamkowej studni i na moje oddalenie się.
Książę odwrócił się do niej tak, jakby przewrócił w międzyczasie oczami, a jego wzrok nagle stał się znacznie twardszy.
- Moja miła, nie jesteś w sytuacji, by mi stawiać takie warunki. Lub jakiekolwiek warunki. - Jego głos stał się jeszcze niższy; nie wściekły, ale już blisko. - Jesteś tu i masz swoją studnię tylko i wyłącznie dzięki mojej dobroci. Rozmawiamy teraz tylko i wyłącznie dzięki temu, że zostaliśmy w ogrodzie, a to z kolei dzięki temu, że pozwoliłem ci trwać w swojej niewiedzy co do mojej tożsamości. Nie wiesz, jak działa władza tego przeklętego miasta. Nie masz pojęcia, co by się stało, gdybym oznajmił ci, kim jestem, i zabrał cię na audiencję. Ja wiem. - Słońce wysunęło się zza jakiejś chmury i odbiło w kroplach potu na skórze księcia, na jego napiętych mięśniach, na wyrazistych liniach jego twarzy. - Podporządkujesz mi się tak, jak ma się podporządkować każdy inny mieszkaniec tego zacnego grodu i okolic, albo nie będę w stanie ci pomóc; a może nawet przypomnę sobie twój brak szacunku sprzed tych trzech lat, na który machnąłem wtedy ręką.
- No proszę, jaki władczy. Wolałam cię jako ogrodnika.
Lyeiess prychnął. - Ja też.
Jezierza w odpowiedzi zbliżyła się nieco i przesunęła mu palcami w dół piersi najlżej jak umiała, głównie dlatego, że każdy dotyk palił jej opuszki niczym żywym ogniem. Nie dała nic po sobie poznać.
- Ta persona też ujdzie - mruknęła. - Czego mój szacowny książę sobie życzy? - Dygnęła w zamierzeniu zupełnie nie drwiąco, siląc się na wymuszoną dostojność.
Lyeiess uśmiechnął się na ten pokaz: - Ano, tak możemy rozmawiać. Nie mogę ci pozwolić na zamieszkanie w naszej zamkowej studni, bo jej potrzebujemy. Możesz zostać w gościnie, wykarmimy cię i obronimy w razie potrzeby, a będziesz miała blisko do wody. Ewentualnie istniałaby zapewne możliwość, byś zamieszkała u Rzęsy, oni mają dostęp do rzeki, chociaż też już niedługo. W najgorszym wypadku wyślę was wszystkich na południe nad jezioro, do elfów Ossara. - Gdy tak rozważał możliwości, wodząc niewidzącym wzrokiem po niej, po ogrodzie i całym zamku, nagle wydawał się starszy o dziesięć lat. Mimo oślepiającego późnowiosennego słońca wciąż odzywał się od czasu do czasu chłodny północny wiatr, ale książę, choć półnagi, nie wydawał się tego w ogóle zauważać.
- Takie rozwiązanie będzie musiało mi wystarczyć, póki problem nie zostanie rozwiązany. Dziękuję. - Jezierza uśmiechnęła się, podchodząc jeszcze bliżej. - Czy książę ma też czas, by wypełnić towarzyskie zobowiązanie ogrodnika? Czy ma już kolejną kandydatkę do tajemniczego zniknięcia?
Wyraźnie rozważał jej propozycję przez dłuższą chwilę, ignorując bezczelnie drugą jej część, ale dostrzegł coś nagle nad jej ramieniem. - Ku mojemu ubolewaniu mam inne sprawy, którym muszę poświęcić uwagę. - Uniósł dłoń, aż Jezierza usłyszała wytłumiony stukot racic o ubitą ziemię. Odwróciła się jedynie po to, by stanąć twarzą w twarz z tym samym kasztanowym centaurem, którego dostrzegła wcześniej na placu. Skinął jej uprzejmie głową, choć przy jego wzroście nie miało to większego efektu. - Jezierzo, Yevhe pokaże ci twoje komnaty. Wyślę kogoś do twojej studni, żeby przywiózł ci twój dobytek. Na razie zażyj odpoczynku i staraj się nie pokazywać na dworze ani w okolicy. Porozmawiamy późniejszą porą.
- Tak jest, książę. Będę niecierpliwie czekać na wezwanie. - Uśmiechnęła się nieco szerzej, choć wyraźnie jego myśli były już gdzie indziej. Gdy, odchodząc, spojrzała jeszcze na niego przez ramię, kierował się ku stajniom, pospiesznie nakładając nową koszulę, którą przyniosła mu jeszcze jakaś służąca, choć tym razem chyba jednak inna niż ostatnia. I tak odeszła zaczerwieniona po uszy.
- Proszę, tędy - rzekł Yevhe, wyrywając ją z zamyślenia, i wskazał dłonią drzwi do jednego z budynków, które podtrzymywał racicą.
--
Pokój gościnny, w którym Jezierza została umieszczona, nie należał do największych, więc mimo że wystarczał jej potrzebom, nie mogła nie czuć się w nim jak w więzieniu. Kamienne ściany przytłaczały ją do tego stopnia, że zaraz po rozstaniu z księciem zasnęła na miękkim łożu z delikatnie żłobionego drewna i wstała dopiero niedawno, na początek starając się jak najlepiej obmyć swą już wysuszoną skórę chłodną wodą z miednicy. To ją trochę oprzytomniło, ale i tak siedziała na brzegu łóżka tak długo, że sama nie wiedziała jak, wpatrując się w otwarte okno pustym wzrokiem, bezmyślnie wsłuchując się w śpiew ptaków i szum drzew. Wypolerowane, nawoskowane drewno, z którego zrobione były meble, nie miało w sobie za grosz natury; dywan ze skóry jelenia rzucony niedbale na podłogę i rogi użyte do zdobienia stołu, nadawały jedynie nieuchwytny grobowy nastrój, a szklane okno, które otworzyła, gdy tylko weszła, prawie parzyło jej palce. Jedynie słomiana mata w części z umywalnią dawała krztynę satysfakcji dla nimfy, ale absolutnie niewystarczającą. To nie było miejsce dla najady. Tak, pokój był zdecydowanie bardziej przystosowany do potrzeb oready. Driada czułaby się doskonale w ogrodzie i klonie na placu, nereida mogłaby popływać w morzu. Jezierzę przeszedł dreszcz. Gdyby ona spróbowała się choćby dotknąć słonej wody, natychmiast wyssałaby z niej wszelką chęć do życia. Jej jedyną namiastką natury była ta nieszczęsna wysychająca rzeka i woda z zamkowej studni, w której nawet nie mogła popływać, bo jej magia rezydualna mogłaby zatruć wszystkich, którzy by próbowali tę wodę potem wypić. Pomyślała o księciu, skręcającym się na łożu w cierpieniu, o tym, jak by się czuła, gdyby siedząc tutaj słyszała jego głos w chórze jęków dochodzących z pobliskiego szpitala - i natychmiast porzuciła wszelkie pomysły o tej studni. Wytrzyma. Musi. W końcu już niedługo - ile może trwać taka susza? A ile już trwa? Nigdy się nad tym nie zastanawiała... Jej studnia miała się dobrze jak dotychczas. Podróżnicy czasem przynosili jej wieści, że w Iao źle się dzieje, ale... Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszała? Musiało to być dawno temu, bo nie mogła sobie przypomnieć ani dnia, ani nawet pory roku. Pomyślała o Rzęsie i Lotosie, którzy najwyraźniej mieszkali tu od dawna. Jak oni znoszą miasto? Dzięki rzece? To jak musi wyglądać ich życie teraz? Wszak jeśli tylko Jezierza wyjrzała przez okno, widziała pod sobą prawie puste koryto jednego z kanałów Naldenii. Nie mogła tego zrozumieć. Rzeka nie powinna wysychać tak blisko ujścia. To absolutnie nienaturalne. Niemożliwe. Niemożliwe...
Ciche pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Oczy jej przeschły, więc z bardziej niepewnym "Proszę" niż miała zamiar z siebie wydać, poszła jeszcze raz obmyć twarz w miednicy. Do pokoju wsunął się Yevhe, składając jej uprzejmy, jeśli płytki ukłon zanim zniknęła za drewnianym parawanem.
- Książę przysłał mnie, bym cię do niego zaprowadził, moja pani - rzekł spokojnie. - Radni udali się do swych własnych domów, a książę skończył doglądać swoich obowiązków. Chciałby zatem powrócić do obiecanej rozmowy.
Nareszcie, pomyślała Jezierza, przemywając twarz ponownie, zanim w końcu wyszła zza parawanu. Spojrzała na centaura, starając się nie dać znów zdumieć jego wzrostowi - w przeciwieństwie do ostatniego razu, gdy go widziała, teraz miał na sobie długą derę w kolorach Iao, która miała być najwyraźniej namiastką książęcej liberii, ale spełniała funkcję zasłaniania tego, co w centaurach zazwyczaj najbardziej przeszkadza ludziom. Tors okrywała mu zwykła lniana koszula przytrzaśnięta opiętą kamizelką, białą z przodu, ciemnofioletową z tyłu, haftowaną w delikatne, abstrakcyjne wzory.
- Rozumiem, że twój władca nie może się pofatygować sam, jakżeby inaczej. W takim razie niech pan centaur prowadzi.
Yevhe odwrócił się wypracowanym czterokończynowym manewrem i wymaszerował przez drzwi, a następnie zamknął je za nią na klucz, który wcisnął jej bezceremonialnie do ręki.
- Książę w ciągu tych kilku godzin od waszego ostatniego spotkania objechał prawie cały teren Iao na karym koniu, w pełnym słońcu - wyjaśnił zupełnie nieprzepraszającym głosem. - Ze wszystkich spotkań, które dzisiaj odbył, tylko jedno zakończyło się spokojnie; książę jest więc w nie najlepszym nastroju. Dlatego cieszę się, że ma mnie, dla którego bieganie w tę i z powrotem nie jest męczące, a wręcz jest to nagroda, i z chęcią załatwiam dla niego tak błahe rzeczy. Mam nadzieję, że to rozumiesz, moja pani.
- Oczywiście - odparła Jezierza, nieco zaskoczona. Myślała, że książę pacan zostawi ją na całą noc w tamtej klitce. - W takim razie, cieszy mnie, że znalazł dla mnie czas i pamięć.
- Gdyby nie mógł dotrzymać swojej obietnicy, nigdy by jej nie składał. - Yevhe rzucił jej zadowolony uśmiech. - Książę jest, jak na człowieka, niezwykle honorowy.
- Skoro tak mówisz. Wydajesz się tu być dość ważny, więc się zgodzę.
- Ach, żeby i reszta dworu miała twą wspaniałomyślność, moja pani - westchnął Yevhe, z wdzięcznością skłaniając ku niej głowę. - Obawiam się jednak, że jedynie dla księcia i przez księcia jestem kimś istotnym.
- Ludzie. - Jezierza z westchnięciem przewróciła oczami. - Daleko jeszcze?
- Nie, komnaty księcia są zaraz za rogiem.
I rzeczywiście, po chwili Jezierza zobaczyła pięknie zdobione drzwi z kołatką w kształcie węża. Poczuła, że serce jej nieco głośniej zabiło.
- Coś, co powinnam wiedzieć, zanim zapukasz? - spytała jeszcze tak na wszelki wypadek. Yevhe rzucił jej nieprzenikniony uśmiech.
- Spróbuj być grzeczna. - I, zastukawszy kilkakrotnie kołatką, ale nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi i gestem zaprosił ją do środka.
Cała ściana naprzeciw drzwi wypełniona była oszklonymi oknami, na których jakąś białą farbą rozrysowane były półprzezroczyste wzory i figury zwierząt w stylu tej północnej sztuki, do której Jezierza jeszcze się nie przyzwyczaiła. Zachodzące słońce rzucało na podłogę długie cienie, które zdawały się ożywać przy każdym ruchu wysokich chudych brzóz rosnących z tyłu zamku. Dziewczyna przez moment wpatrywała się w bezruchu w jasną marmurową podłogę, której własne wzory wydawały się współgrać z obrazami z okien, tworząc dla nich idealne tło.
Na samym środku komnaty pięły się w górę cztery jasne, żłobione kolumienki, sięgające grubych krokwi pod sufitem, na których, jeśli Jezierzy nie myliły oczy, właśnie wygrzewały się przynajmniej trzy koty. Między kolumnami zawieszone było monstrualnej wielkości łoże, w którym wraz z Lyeiessem, bez większego problemu, mogłyby się zmieścić trzy kobiety i dwa psy. Jezierza zaczęła się mimowolnie zastanawiać, czy kiedykolwiek zdarzyło mu się wypróbować taką kombinację. Półprzezroczysty baldachim miał kolor ciemnych winogron, a odsunięty do połowy odsłaniał białą, na oko bawełnianą pościel. Przy zagłówku stała mała, okryta jakimś ciemnym futrem ława, której oparcie było tak wygięte i wydłużone, że robiło za nakastliki do łoża, choć obecnie puste. W głębi komnaty stał spory stół i spirytka zaraz obok - choć proste, dobrze wpasowywały się w wystrój wnętrza, szczególnie z leżącym podeń dywanem uprzędzionym w obraz iaońskiego herbu - a za nimi kolejna kamienna ściana, w której przejściu majaczyła ogromna drewniana balia do kąpieli: najlepsze wygody dla księcia, który ponoć chciałby nie być księciem.
Pod oknem naprzeciw drzwi stał kolejny stół, czy raczej powiększone biurko w sporej części zawalone papierami, wśród których Jezierza mogła z daleka dostrzec stosy cyfr i jakieś pojedyncze listy. Rząd szafek w różnych kształtach i rozmiarach, łączących się ze sobą jedynie jasną kolorystyką i podobnymi północnymi zdobieniami, wiódł aż po teraz otwarte drzwi, prowadzące na rozległy balkon. Przez okno Jezierza widziała szybko poruszające się dwie sylwetki, i choć zakładała, że jedną z nich musi być Lyeiess, przez wzory na oknach ciężko jej było cokolwiek dostrzec.
- Tędy, proszę - mruknął Yevhe, gdy już dał jej chwilę na opatrzenie się, po czym poprowadził ją między meblami na zewnątrz. Gdy tylko nieco zbliżyli się do okien, ukazał się książę Lyeiess, z półtoraręcznym mieczem w dłoni, który sprawne handlarskie oko Jezierzy oceniło na unikalny; mężczyzna spuszczał właśnie niezłe lanie podrostkowi, który wyglądał na jego giermka, chociaż miał włosy przedwcześnie poprószone siwizną. Lyeiess był bezlitosnym nauczycielem, nie dawał młodemu żadnych forów poza tym jednym, że wyraźnie nie chciał go zranić i za każdym razem, gdy giermek się odsłonił, uderzał go nie ostrzem, a płazem miecza, choć i tak wystarczająco mocno, by chłopak wydawał z siebie jęk bólu. Jezierza miała wrażenie, że jeszcze niedawno były to krzyki.
- Mówiłem ci, Aarkh, nie powstrzymuj się - mówił właśnie książę z bezczelnym, wręcz sadystycznym uśmiechem, nawet zbytnio się nie zasapawszy. - Szermierka to nie pokaz, tylko pojedynek. Nie możesz sobie pozwalać na sentymenty, jeśli chcesz nawet nie wygrać, a przeżyć. Czy może ja mam zacząć cię ciąć, żebyś oprzytomniał?
- Nie, mój panie... - jęknął chłopak, korzystając z chwili wytchnienia, by rozmasować sobie okropny siniec na ramieniu. - Przepraszam, mój panie.
Książę wyrżnął go płazem w udo. - Się zacznij bronić, a nie przepraszasz. - Wyskoczył do następnego ciosu, ale wyraźnie w młodzieńcu obudził się jakiś instynkt samozachowawczy, bo odbił jego klingę i ruszył do ataku. Przez dłuższą chwilę skakali tak wokół siebie, a wieczorne powietrze wypełniał tylko metaliczny dźwięk uderzających o siebie ostrzy; tak rytmiczny i prędki, jak skoczna piosenka, przerwana nagle wpół przejmującym krzykiem chłopaka, który chyba nie spodziewał się ostatniego uderzenia.
- Kark też należy chronić, drogi chłopcze - skwitował to radośnie książę; do Jezierzy, zaaferowanej tańcem ostrzy, dopiero teraz dotarło, że ją dostrzegł i najwyraźniej miał zamiar zakończyć lekcję. - Głowa to najcenniejsza część ciała człowieka, chyba że jest pusta.
- Ale, mój panie, ojciec mówił mi, że poza szafotem głowy nie można ściąć - burknął chłopak, wyraźnie starając się nie brzmieć jak pokonany. Książę zarechotał prawie że złowieszczo zanim w końcu odpowiedział:
- Można, mój drogi, jak najbardziej. A jeśli mi nie wierzysz, zapytaj ciotki o historię Sear Rouse. - Pośmiał się jeszcze trochę, aż w końcu rzekł. - A teraz czmychaj i zastanów się, jaka zastawa by cię osłoniła przed takim ciosem.
Aarkh ukłonił się nisko i chowając swój treningowy miecz wyminął zręcznie Yevhego - Jezierzy, zdaje się, w ogóle nie dostrzegł - i opuścił czym prędzej komnaty księcia. Lyeiess zamknął za sobą drzwi balkonowe, pokryty drobnymi kropelkami potu, i Jezierza ze zdumieniem dostrzegła, że trzęsie się z zimna.
- Jezierzo - rzucił prawie że zdziwiony. - Wybacz, moja miła, najmocniej przepraszam, ale na śmierć o tobie zapomniałem.
Yevhe strzelił się w czoło tak mocno, że aż echo odbiło się od pustej ściany, po czym zrozpaczony przetarł oczy; książę jednak tego nie zauważył, bo schował się za przepierzeniem i po chwili słychać było plusk wody, gdy - najpewniej - obmywał się z potu.
- Ech, jaśniepanie... - mruknął jeszcze Yevhe, ale nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi po prostu obrócił się i wyszedł, wciąż nieprzerwanie kręcąc głową.
Jezierza stanęła w przejściu do umywalni, patrząc, jak książę pochyla się nad miednicą i schlapuje wodą twarz i ramiona. Te jego ramiona...
- Powinieneś zwolnić swojego sługę - mruknęła, powstrzymując westchnięcie. - Skłamał, że po mnie posłałeś.
Lyeiess parsknął - trudno było powiedzieć, czy ze śmiechu, czy po prostu zachłysnął się wodą - i otarł twarz pobliźniałą dłonią, zanim spojrzał na nią zza mokrych rzęs. Mogłaby przysiąc, że omiótł ją spojrzeniem od stóp do głów, zanim w końcu ich oczy się spotkały.
- Chciał dobrze - odparł spokojnie. - Gdybym nie zapomniał, rzeczywiście mniej więcej teraz bym go posyłał. Nie mam zamiaru mieć mu za złe, że próbował naprawić mój błąd i zachować przy tym mój honor. Zresztą... - Machnął ręką, pochylając się znów nad misą. - Yevhe ma talent do spełniania moich życzeń zanim w ogóle je wypowiem. To dobry przyjaciel. Nie wiem, co pocznę, gdy przyjdzie mi szukać innego adiutanta.
Jezierza zbliżyła się spokojnie; mimo to Lyeiess drgnął, gdy położyła mu ręce na plecach, jakby nie spodziewał się jej tam poczuć. Włosy miał już zagarnięte na jedną stronę, więc nic jej nie przeszkadzało przesunąć dłońmi w dół jego ramion, aż dotarła do misy i nabrała w dłonie wody, bez większego trudu przytrzymując ją w palcach niczym galaretę. Uśmiechnęła się sama do siebie - bo książę, pochylony i oddychający coraz ciężej, nie widział jej twarzy - że jeszcze nie straciła mocy. Przynajmniej tyle. Zwilżyła mu plecy, twarde niemal jak kamień od wyćwiczonych mięśni pod spodem, i pozwoliła reszcie wody spaść z powrotem do miednicy.
- Miło z jego strony - powiedziała wtedy cicho, choć nie była pewna, czy książę jej w ogóle jeszcze słucha. Uśmiechnęła się dumnie, gdy tak stał nieruchomo, ciężko oparty o blat stolika, jakby się zapomniał w jej dotyku. - Kamień mi nie służy. Mam nadzieję, że nie będzie zazdrosny, że dziś ja pospełniam twoje życzenia?
Dopiero wtedy Lyeiess uniósł się i stanął tak blisko, że policzki znów jej pobłękitniały, mimo że sama się na to wystawiła. Jego silne dłonie przesunęły się delikatnie po jej nadgarstkach.
- Oczywiście, że będzie - mruknął znów nisko, ale tym razem nie było w jego głosie ani krztyny wściekłości. - Ale Yevhe wie, że nasz związek może trwać jedynie platonicznie. Zaakceptował swój los, ale z pewnością wie, że kocham go burzliwą przyjaźnią.
- Ach, dwóch kochanków... - Sięgnęła ku jego ustom, ale Lyeiess schwycił jej nadgarstki tak mocno, że aż zabolało, a ona z trudem nie pisnęła z rozkoszy. - Rozdzielonych przez status... - Ucałowała palce jego prawej dłoni. - Uprzedzenia... - A potem lewej. Lyeiess pokręcił lekko głową z pobłażliwym uśmiechem, ale nie uczynił nic ponadto. Jakby czekał na rozwój wydarzeń, choć wciąż nieustępliwie trzymał jej nadgarstki. Jezierza odnalazła większą bliznę na jego palcach i prześledziła ją językiem, czując jak książę lekko drży. Jego wargi rozchyliły się w głębszym oddechu. - ...I podłe uwodzicielki.
Gdy znów z uśmiechem, wpatrując się prosto w niebieskie oczy Lyeiessa, próbowała się do niego zbliżyć mimo swoich własnych rąk, które wciąż trzymał mocno między nimi, miała wrażenie, że jego twarz nieco się zmienia. Zawiesił wzrok na jej ustach, potem zsunął go znacznie niżej, zanim w końcu wrócił nim do jej oczu i wpatrzył się w nie z zupełnie innym wyrazem niż dotychczas. Sprawiał wrażenie psa na krótkim łańcuchu, który z wielkim trudem powstrzymywał się, żeby go nie zerwać jednym porządnym susem.
- Jezierzo... - szepnął, oddychając jakby ciężej. Westchnął. - Nie chcę, żebyś potem tego żałowała.
Mimo jego słów powoli zaczynał jej ulegać i cal po calu zbliżała się wargami do jego ust - czując jak jej własne pięści wciskają jej się w mostek, co prawda, ale zawsze się zbliżała.
- Podobasz mi się - mruknęła, wbijając wzrok w jego przejmująco niebieskie tęczówki, ciemniejące powoli wraz ze światem na zewnątrz i wnętrzem komnaty. - Byłeś dla mnie dobry... I jak na szlachcionko nie jesteś zły.
Lyeiess uśmiechnął się, ale nie był to ten sam wesoły uśmiech ogrodnika, a coś znacznie głębszego i jakby bardziej nieokiełznanego. Przez moment w ciszy pożerał ją wzrokiem - a czuła się pod nim tak, jakby lada moment miał ją złapać za włosy i wmusić się w jej gardło... nawet jeśli nie opierałaby się zbytnio.
- Powiedz mi, czego chcesz - rzekł jeszcze nisko, mrukliwie, wpatrujac się już tylko w jej usta. Przebierał lekko długimi palcami, jakby nie mógł się zdecydować, co chce z nimi zrobić.
- Puść mnie, a się dowiesz. - Opuściła wzrok do jego nogawic, wypełnionych już po brzegi, po czym lubieżnie oblizała wargi. Najwyraźniej jednak było to zbyt wyważone, bo książę przez długi czas w ogóle nie reagował, aż w końcu przełożył sobie jej nadgarstki do jednej ręki, zaciskając na nich palce równie mocno, co przed chwilą i uniósł je w górę, zupełnie nie przejmując się jej odruchowym protestem. Wolną dłonią zaczął szarpać za wiązania na jej biuście tak gwałtownie, że chyba tylko cudem rzemienie pozostały w całości. Książę jednak na tym nie poprzestawał i zaraz zerwał jej krótkie rękawy dwoma silnymi pociągnięciami, aż jej sukienka opadła luźno na podłogę u jej stóp. Wtedy dopiero, tak obnażoną, raczył ją puścić. Cofnął się nieco, by nakarmić wzrok jej nagą figurą; Jezierza ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że gdzieś po drodze zaprowadził ją do sypialni, prawie że pod same łóżko.
Jezierza, naga, natychmiast opadła na kolana i tak zbliżyła się do niego, żeby otrzeć się policzkiem o jego udo. Udawała - jeszcze - że nie czuje twardości, która uwypuklała się na jego nogawicach. Wzrok nieprzerwanie miała utkwiony w jego niebieskich oczach, które nawet z tej odległości wciągały ją niczym morska głębia, odbierając jej siłę w członkach; Jezierza była przekonana, że nawet gdyby chciała, nie dałaby już rady wstać i wyjść z komnaty. Lyeiess wplótł swoje długie palce w jej włosy przy akompaniamencie jej zadowolonego mruknięcia, oplątując je sobie na kłykciach, po prostu patrząc tak na nią w bezruchu. Jego twarz była nieprzenikniona.
- Powiedz, czego chcesz - powtórzył spokojnie. Jezierza jęknęła cicho w proteście, ale po Lyeiessie było jasno widać, że jej nie przepuści. Nabrała oddechu, a potem jeszcze jednego, zanim w końcu, zaciskając palce na materiale jego nogawic, szepnęła:
- Jestem twoja, mój książę. Posiądź me usta i ciało... jak tylko pragniesz.
- Rzeczna dziewczynka - mruknął na to książę, już od jej pierwszych słów gwałtownymi ruchami rozwiązując swoje nogawice. Jezierza skupiła się na opanowaniu odruchu, by przymykać oczy i odsuwać głowę, gdy jego dłoń szarpała za rzemienie zaraz przy jej twarzy, aż w końcu Lyeiess obsunął lekko swe jedyne odzienie i tylko na wpół niechcący otarł się czubkiem o policzek Jezierzy.
Jego męskość nie była nazbyt długa, nie w stosunku do jego wysokiego wzrostu, ale na tyle szeroka, że Jezierza z trudem owinęła wokół niej wargi. Dopiero gdy minęła główkę i jeszcze większe zgrubienie potem, czując, że ma usta wypełnione po brzegi, zdała sobie sprawę, że trzon jest odrobinkę wygięty. Lyeiess odgarnął jej włosy na bok, żeby się o niego nie ubrudziły, wyraźnie rozważając wbicie jej się w gardło jednym płynnym ruchem; a potem rozwarł jej szczęki i wbił jej się w gardło jednym płynnym ruchem.
Z ust Jezierzy wydobywały się przytłumione jego męskością jęki i pomruki, gdy dłonią sięgnęła do jego niewielkich, wysoko podwieszonych jąder, a ustami, dławiąc się lekko, próbowała objąć go jak najdalej, jak nagłębiej, jak najwięcej... Bezskutecznie. Zaraz musiała się oderwać, żeby nabrać powietrza, ale dłoń księcia nie pozwoliła jej się odsunąć zbyt daleko - spojrzał na nią z góry i choć jego twarz wciąż nie zdradzała ani krztyny uczucia, oddech miał już jakby płytszy. Jezierza zupełnie nie była usatysfakcjonowana taką reakcją, więc wypełniwszy znów płuca, pomimo łzawiących oczu i graniczących z bolesnymi skurczów gardła, wróciła do wciskania go sobie do ust.
Najpierw usłyszała nad sobą, jak Lyeiess wydaje głębokie mruknięcie, a jego oddech przyspiesza - brzmiało to wręcz tak, jakby coś w nim puściło. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, schwycił jej głowę obiema rękami i zaczął się wbijać w jej usta znacznie mocniej i gwałtowniej niż ona robiła to dotychczas; wszystkie łzy spłynęły natychmiast po jej policzkach, ślina skapywała cienką strużką z jej dolnej wargi. Gdy zdołała spojrzeć przelotnie na księcia, zobaczyła, że wpatrywał się w nią z dziwnym żarem w jego zimnych oczach, zaciskając zęby. Jego napięte mięśnie odznaczały się wyraźnymi liniami na jego szyi i ramionach.
Jezierza nie mogła długo znieść takiego tempa, ale zacisnęła na nim wargi, mimowolnie kładąc mu ręce na udach - z trudem powstrzymała się od prób odepchnięcia go, więc skupiła się po prostu na oddychaniu przez nos, żywiąc cichą nadzieję, że starczy jej powietrza na przeżycie tego dziwacznego ataku księcia. On jednak zupełnie się tym nie przejmował - rżnął jej usta bezlitośnie, a gdy przeszedł, prawie na pewno niechcący, przez jej gardło, wykorzystał to, by wbić się w nie nagłębiej, jak mu na to pozwalała jego długość. Jezierza widziała jak przez mgłę, że oczy mu się lekko wywracają, ale bardzo wyraźnie usłyszała jego przeciągły, niski jęk - lecz potem wysunął jej się z ust, ściskając swoją męskość tak mocno, że na pewno zablokował sobie dopływ i krwi, i wszystkiego innego, zatoczył się dwa kroki i spoczął ciężko na brzegu stołu, wciąż lekko wypychając biodra, jakby mu czegoś brakowało, choć głowa opadła mu na moment do tyłu. Wydawał się roztrzęsiony.
Jezierza przysiadła na piętach, czując, jak znajoma wilgoć spływa jej po udach podobnie jak ślina spływała jej z kącika rozchylonych warg. Lyeiess spojrzał na nią, wciąż z ręką na swojej męskości, ale bardziej jakby ją zasłaniał niż pieścił; jego wzrok ślizgał się po całym ciele Jezierzy, a ona złapała się na myśleniu: "Tak, człowieku, patrz na mnie, patrz na to ciało".
Lyeiess jednak tylko tyle czynił: wciąż delikatnie dotykając swojej męskości, patrzył się na nią nieprzerwanie, ale poza tym nie wykonał nawet ruchu w jej kierunku. Jezierza opuściła się na podłogę, rozpłaszczyła jak najpotulniejsza, najbardziej uległa poddana, delikatnie poruszając uniesionymi biodrami, lecz książę, choć wyraźnie podobał mu się ten pokaz, nie poruszył się ani na jotę. Dopiero gdy jęknęła cicho, błagalnie, pozwolił sobie westchnąć i powiedział:
- Maleńka, ja cię skrzywdzę... Nie brnijmy dalej. - Odgarnął włosy z twarzy w niezwykle estetyczny sposób. - Tracę panowanie.
Jezierza podpełzła bliżej, nie podnosząc się z podłogi. - Nie skrzywdzisz mnie bardziej niż ci na to pozwolę, mój książę. Nie jestem człowiekiem, pamiętasz? - I gdy to mówiła, jej ręka rozpłynęła się w kałużę, która, oderwana od reszty ciała, przesunęła się ku jej kolanom i scaliła się z nimi, a jednocześnie ręka powoli jej odrosła do swojej poprzedniej postaci. - Jeśli coś będzie nie tak, po prostu się rozpłynę i uwolnię.
Lyeiess patrzył na to z uniesioną brwią, a gdy skończyła, westchnął z cicha, pokręcił głową, po czym z szuflady w spirytce wyjął szeroki pasek rzemienia, ale ku jej nieszczęściu zdecydowanie zbyt krótki, żeby ją związać, a potem jeszcze jeden. Zdążyła już zacząć się zastanawiać, czy będzie chciał ją nimi zesmagać czy przydusić - czy może są to zaklęte więzy, które zapobiegną jej Jedności?, przeszło jej przez myśl w towarzystwie lekkiego dreszczu - ale książę zawiódł ją na wszystkich frontach: z pomocą jednego kilkoma wypracowanymi ruchami opanował i związał włosy, a drugi zacisnął sobie mocno wokół podstawy męskości; wtedy dopiero oderwał się od stołu i ruszył w jej kierunku.
- Ostrzegałem - mruknął jeszcze z dziwnie przerażającym spokojem, zaraz zanim schwycił ją za włosy, podniósł siłą z podłogi i rzucił nią brutalnie o łoże. Jezierza pisnęła z bólu i podniecenia, rozkoszując się tą jego gwałtownością. Przewróciła się na plecy i skrzyżowała nadgarstki jak posłuszna dziwka, obserwując księcia ze zniecierpliwieniem. Wiedział, jak się nad nią znęcać. Jego smukła sylwetka powoli nikła w półmroku wieczoru, gdy oddychając tak spokojnie, jak to zapewne robi wyrobiony w swym fachu psychopatyczny morderca, ponownie sięgnął do szuflady spirytki. Nie zdjął nogawic - ich materiał był jednak na tyle opięty, że nie zamierzały same spadać, mimo że z przodu ujawniały nie tylko jego wezbraną męskość, ale również skrzydła miedniczne, których dobrze zarysowane linie obiecywały silne, wypracowane mięśnie lędźwi. Jezierza zadrżała na samą myśl, że już niebawem je wypróbuje. Zamierzała jednak być grzeczną dziewczynką i niecierpliwie czekała, w bezruchu, śledząc wzrokiem linie torsu księcia, dopóki się nie obrócił, kiedy to jej wzrok mimowolnie zawiesił się na trzech długich, grubych bliznach na jego prawej łopatce. Z daleka widać było, że zostały zadane pazurami jakiejś sporej Bestii, i Jezierza miała zamiar go potem zapytać, jak udało mu się przeżyć takie spotkanie.
Lyeiess wyjął z szuflady tym razem nie zwykłe rzemienie, a skórzane więzy tak misternie zrobione, że stanowiły same w sobie przejaw ogromnego kuśnierskiego kunsztu. Ze sobą spinał je porządny, wypolerowany stalowy łańcuch, na którego widok Jezierzę przeszły ciarki, i sama nie do końca wiedziała dlaczego. Książę podszedł, pewny siebie, kompletnie swobodny w swoim nieporządku i zupełnie niezrażony; jej ciało wygięło się jak po kacim bacie, gdy tylko położył dłoń na jej biodrze, sunąc nią spokojnie w górę, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że zostawia na jej skórze ślad ognia. Pocałował ją - głęboko, ale krótko, i tylko bardziej ją podniecił - po czym skierował na siebie jej głowę i zagłębił się męskością w jej ustach, podczas gdy jego władcza dłoń sunęła teraz w górę jej wyciągniętego ramienia. Znów schwycił mocno jej nadgarstki, i tylko za nie podciągnął ją wyżej na pościeli, jakimś cudem nie wypadając z jej ust, choć trochę ją dławiąc, gdy wbił się za głęboko. Jego ręka, szorstka na jej skórze, przeskoczyła od razu do jej szyi i ścisnęła, aż Jezierza nie otworzyła ust, a wtedy Lyeiess jeszcze raz pocałował ją głęboko i zachłannie, choć nie bardzo miała mu jak odpowiedzieć.
Nagły huk ją oprzytomnił - Lyeiess, puściwszy jej szyję, od razu wyrżnął ręką w zagłówek łóżka, skutecznie zatrzymując jej serce na moment, a gdy spojrzała w górę, w zagłówku widniało okienko z mocnym żeberkiem na środku, do którego, nim się w ogóle obejrzała, została natychmiast przykuta.
- Szybciej, mój panie... - jęknęła, wypychając ku niemu biodra - sprofanuj, zbezczeszcz, znieważ mnie, używaj mnie jak...
- Milcz, bo każę wychłostać - mruknął książę, więc Jezierza natychmiast ucichła, jeśli nie liczyć rzężącego z podniecenia oddechu i pojedynczych cichych jęków, wyrywających się z jej ust przy każdym jego torturująco powolnym, delikatnym ruchu. Zdołała jednak dostrzec, że masował się drugą ręką, choć jego wymęczonej, nabrzmiałej męskości z pewnością nie potrzeba było więcej pobudzenia. To jedynie dawało jej nadzieję, że już niebawem skończy się nad nią znęcać i wypełni ją sobą po brzegi i dalej.
- Będziesz się odzywać tylko kiedy ci na to pozwolę - mówił dalej książę, spokojnie sunąc dłonią po jej ciele, z bezwzględnym wyrachowaniem omijając wszelkie części, które mogłyby jej przynieść choć odrobinę spełnienia. - I lepiej też nie błagaj mnie w żaden inny sposób, bo będę tylko bardziej przedłużał. Cierpliwość to cnota, moja miła. Nie sądzisz?
Jezierza przytaknęła posłusznie, próbując bezskutecznie opanować swoją niecierpliwość, lecz na szczęście książę postanowił nagrodzić jej dyscyplinę i zupełnie bez ostrzeżenia wbił w nią nagle trzy palce. Z ust dziewczynie wyrwał się nieartykułowany okrzyk rozkoszy, szarpnęła się w więzach, ale Lyeiess niemal natychmiast odjął od niej dłoń i oczyścił językiem - było na niej tyle soków, że spływały mu po nadgarstku. Smakowały jak woda, słodka i świeża, z nieuchwytną nutką ziemi gdzieś głęboko pod warstwami obezwładniającego podniecenia i lekkiego strachu. Lyeiess już wtedy wiedział, że jego pościel będzie zupełnie mokra, gdy skończą.
Jezierza, prawie że rozpływając się z rozkoszy - choć w jej przypadku to pewnie zła metafora, pomyślał sobie Lyeiess w duchu - wypchnęła biodra ku niemu w niemej prośbie, by nie przeszkadzał. Lyeiess zaśmiał się z cicha.
- I czemu mnie nie słuchasz, moja miła? - mruknął spokojnie i zmienił ręce, sunąc jedną po jej udzie, gdy kierował się ku drzwiom. Jej schłodzone powietrzem soki były jak balsam dla jego nabrzmiałego członka i działały tak samo, jak smakowały. - Yevhe! - krzyknął na korytarz, uchylając nieco drzwi, starając się jednocześnie wsłuchać w zdesperowany dźwięk łańcucha z tyłu i nie dotykać męskością do niewygładzonej framugi. Rzucił okiem przez ramię - Jezierza z wyrazem paniki na twarzy złożyła nogi i wzięła głębszy wdech, najpewniej żeby nie było słychać jej cichych, wręcz błagalnych jęków, których chyba nie mogłaby powstrzymać, nawet gdyby chciała. Lyeiess uśmiechnął się, wyobrażając sobie, co musiała myśleć, że się wydarzy.
- Tak, jaśniepanie? - Centaur przy akompaniamencie stukotu racic pojawił się w zasięgu wzroku; omiótł spojrzeniem to, co z Lyeiessa było widać w szparze drzwi i ku jego rozbawieniu chyba się lekko zaczerwienił.
- Przygotowałbyś mi świeżą pościel? - rzucił Lyeiess przymilnie i wtedy również Yevhe się uśmiechnął.
- Rozumiem, że przynieść ją jaśniepanu za około godzinę? - rzucił jeszcze i nie czekając na odpowiedź, oddalił się, tłumiąc chichot. Lyeiess przymknął drzwi, wyjął sobie drzazgę z męskości i odwrócił się znów do Jezierzy. Patrzyła na niego, cicho i grzecznie, choć z mieszaniną ulgi i nienawiści, i może nutką rozczarowania. Lyeiess uśmiechnął się na ten widok.
Nie mógł powiedzieć, że tego nie chciał - jego wezbrany do granic możliwości członek był tego najlepszym wyznacznikiem, i jeśli Lyeiess choćby pomyślał o zatopieniu się w jej ciepłym wnętrzu, był od razu wdzięczny samemu sobie, że założył zacisk. Mimo to nie miał najmniejszego zamiaru dać dziewczynie satysfakcji; miał jeszcze trochę czasu zanim chęć znęcania się nad nią zostanie przerośnięta przez zwykłą ludzką chuć. A do tej chwili...
Bezceremonialnie przerzucił Jezierzę na bok i ułożył się za nią. Przyciągnął do siebie jej biodra, wsuwając się między jej uda i rozkoszując się tym niecierpliwym oddechem, który wyrwał się z jej ust, gdy myślała, że się w nią wbije. Lyeiess jednak tylko przesuwał się lekko przy samych jej wargach, nawilżając męskość jej sokami i nie miał zamiaru jeszcze robić nic więcej.
Jezierza zacisnęła na nim uda, wyraźnie próbując być mu bardziej zdatna, naciągając łańcuch i z pewnością podrażniając sobie nadgarstki. Lyeiess uśmiechnął się, zaciskając palce na jej biodrach; pocałował jej ramię, powiódł językiem wzdłuż jej szyi, a dziewczyna wyginała się, jakby chciała się jeszcze bardziej obnażyć. Jej soki płynęły nieprzerwanie niczym z dobrego źródła - i Lyeiess poczuł, że go obezwładnia to uczucie, że sam już długo tego nie zniesie.
- Dobra nimfa - szepnął jeszcze, zagryzając lekko jej ramię i rozkoszując się jękiem, który wydobył się z jej ust. Potem jednak znów się odsunął. - Pokaż swojemu księciu, jak ma cię zerżnąć, żeby było mu najlepiej.
Jezierza z prędkością zdradzającą jej desperację przerzuciła się na plecy i rozłożyła nogi najszerzej, jak mogła, pojękując z lekka, wpatrzona w niego swymi srebrnymi oczami. Lyeiess natychmiast zakrył je dłonią, przy okazji wciskając jej głowę w poduszki, po czym wbił się w nią z lekkim trudem i nie na całą długość. Jezierza z cichym jęknięciem zagryzła wargę, wypychając się ku niemu, jakby to miało go wsunąć w nią głębiej, ale bezskutecznie.
- Musisz mi tu pomóc, maleńka - rzucił Lyeiess, ku swojemu zdumieniu słysząc już zupełnie nie własny głos. Nie da rady dużo dłużej wytrzymać.
Jezierza, na szczęście, zrozumiała. Już po chwili Lyeiess poczuł, że ucisk na jego męskość nieco się zmniejsza, zastąpiony przez delikatnie masujące fluktuacje, a droga naprzód otwiera się w jakby żelowaty sposób, stawiając lekki opór, ale nie największy - a co najważniejsze, Jezierza nie czuła już bólu z jego wejścia, a jej jęki pogłębiły się i nabrały rozkosznego wyrazu, podczas gdy ręce szarpnęły bezładnie za więzy. Lyeiess zaczął się więc poruszać - a z każdym jego pchnięciem jej wodna forma obejmowała go głębiej i pełniej, a on przyspieszył i dochodził raz po raz, połową mózgu nienawidząc samego siebie za tę opaskę elastyczną, drugą zaś połową ciesząc się, że mógł się powstrzymać od wypełnienia jej w tej samej sekundzie, gdy poczuł jej przejmującą wilgoć.
- I jak, moja miła, rozpływasz się już? - rzucił jej do ucha, wtulając twarz w jej włosy; ustami sięgnął jej szyi, wciąż dociągając do siebie jej biodra, coraz to gwałtowniej, drastyczniej i pełniej, zaciskając zęby, wsłuchując się w jej jęki wzrastające zupełnie jak ucisk w jego lędźwiach, ale nie, jeszcze nie, nie zanim ona nie... Jezierza, kiwająca głową od kiedy jej zadał to pytanie, nagle odrzuciła ją do tyłu.
- MhmmmMM...! - pisnęła, i na pierwsze znamiona jej krzyku Lyeiess jednym, desperacko szybkim ruchem rozwiązał rzemień i wbił się w nią, tak głęboko, że dalej już naprawdę się nie dało, i wgryzł się w jej szyję, gdy szarpała za więzy i zaczęła krzyczeć z rozkoszy tak szaleńczo, jakby straciła zmysły. Woda wewnątrz niej spięła się i zmieniła znów w ciało, zaciskając się na nim z taką siłą, że na moment zabrakło mu tchu, ale to wciąż jeszcze nie... Wepchnął się jeszcze raz, i jeszcze, wbrew jej wewnętrznemu oporowi, aż dopełnił się w niej tak gwałtownie, jak jeszcze nigdy dotąd, wbijając jej palce w biodra, gdy niski, gardłowy jęk wyrwał mu się z ust i zupełnie nie chciał się skończyć.
Spełnienie opadło na nich ciężkim całunem. Lyeiess wysunął się z niej, wykończony, z trudem powstrzymując się od przymknięcia powiek i zaśnięcia tam na miejscu. Gdy poruszył nogami, okazało się, że istotnie, zarówno pościel, jak i jego nogawice zostały kompletnie przemoczone. Nadgarstki Jezierzy były dziwacznie wygięte przez skrzyżowany łańcuch, jej niedawne szarpanie rękami i nieustępujące jeszcze napięte mięśnie. Lyeiess sprawnymi ruchami odpiął je od zagłówka i nachylił się nad nią, by przygryźć jej lekko ucho i szepnąć żartobliwie:
- Moja miła, żyjesz?
Jezierza przytaknęła słabo. Żyła. Bardziej niż kiedykolwiek, żyła.