Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

sobota, 14 stycznia 2017

[Marvel] Razem (Pietro x Wanda Maximoff)

Z komory naświetlań dobiegała cała symfonia bólu i krzyków: na tle wysokiego pisku odcinały się wrzaski jego siostry, przerywane gdzieniegdzie z trudem tłumionymi szlochami i różnie zabarwionymi żądaniami, że:
- Chcę do mojego brata! Dajcie mi zobaczyć się z bratem!
Nie padła na to żadna odpowiedź od eksperymentatorów. Pietro mógł sobie doskonale wyobrazić, jak stoją tam niewzruszeni patrząc jedynie w swoje notatki, minutniki, ekrany. Zacisnął palce na kratach w okienku swojej celi, poważnie zastanawiając się, czy gdyby uderzył w nie ramieniem z pełną prędkością, to by się poddały, czy tylko bezsensownie wybiłby sobie bark? Doszedł do wniosku, że pewnie to drugie. Wtedy znów dotarł go krzyk bólu Scarlet, gdy porazili ją prądem, i ogarnęło go takie uczucie beznadziei i bezsilności, że całkowicie odebrało mu siły; opadł na kolana na twardą posadzkę i skrył twarz w dłoniach.
Po długim, bardzo długim czasie, wszystko ucichło. Scarlet pewnie właśnie w tej chwili wisiała na swoich więzach na lekko uniesionym stole, łapiąc oddech po kilku prawie zawałach serca, próbując opanować rozdzierający ból głowy. Pietro doskonale znał ten moment. Strucker kazał zabierać ich na zmianę co kilka dni na sesje naświetlań, podczas których jego naukowcy robili wszystko, żeby ich złamać – strach i ból podobno pomagały osiągnąć dobre wyniki. Być może dzięki temu Pietro i Scarlet wciąż żyli. Albo może dlatego, że krew w ich żyłach nie była zwyczajna sama z siebie. W końcu postanowili poddać się tym eksperymentom właśnie po to, by zwiększyć swoje moce; a poniekąd też dlatego, że mieli dach nad głową i pełne żołądki. Mimo wszystko Pietro zastanawiał się, czy Scarlet żałowała tej decyzji tak samo, jak on. Żadne z nich nie spodziewało się, że ich rozdzielą. Niby byli w sąsiednich celach, niby udało im się wyłuskać w ścianie wystarczająco dużą wyrwę, żeby mogli dotknąć się opuszkami palców, niby rozmawiali każdego dnia... ale to jedynie bardziej przypominało im, jak daleko tak naprawdę są.
Zerwał się na równe nogi, gdy usłyszał, że prowadzą ją z powrotem do celi. Musiał ją zobaczyć, upewnić się, że żyła, że nic się jej nie stało... W końcu ją dostrzegł. Powłócząc nogami, szła na wpół ciągnięta przez strażników, gdy jeden z lekarzy dreptał obok, licząc jej tętno. Głowa co chwila opadała jej na pierś, jakby była zbyt ciężka, by ją unieść.
- Scarlet... – wyrwało mu się z bólem. Na dźwięk jego głosu Wanda poderwała twarz i spojrzała wprost na niego.
- Puśćcie mnie! – wrzasnęła z zupełnie nową siłą. Strażnicy mieli poważne problemy, by utrzymać ją w miejscu. Z drugiej strony korytarza już słychać było tupot stóp kolejnych. – Chcę do Silvera! Natychmiast dajcie mi się z nim zobaczyć!
- Scarlet! Uspokój się, proszę... – błagał ją przez to niewielkie okienko, ale nie był nawet pewien, czy go słyszała ponad hałasem własnych wrzasków, okrzyków strażników i nawoływania lekarza, dyrygującego nimi, by ją opanowali. W czyjejś ręce błysnął paralizator, gdzieś indziej ktoś wyjął pałkę. Scarlet też musiała to dostrzec, bo nagle wpadła w ten sam szał, który znał bardzo dobrze z czasów, gdy byli dziećmi.
- Nie! Wanda, nie rób tego! – krzyczał, ale bezskutecznie. Scarlet z rykiem wściekłości odrzuciła od siebie tych strażników, którzy dotychczas ją trzymali, po czym ruchem ręki cisnęła jednym z nich o ścianę. Palce drugiej dłoni przyłożyła do czoła lekarza, który właśnie próbował jej wstrzyknąć coś na uspokojenie – mężczyzna opadł na ziemię, zwinął się w kulkę i kiwał się w przód i w tył szarpiąc się za włosy. Strzykawka z jego dłoni niby to sama z siebie poszybowała ku jednemu ze strażników i wbiła mu się w tętnicę; z odłączonej igły siknęła jasnobarwna krew, szkarłatem tak podobna mocom Scarlet, że przez moment nie sposób było odróżnić, co dokładnie wisiało w powietrzu.
- Scarlet! Przestań, proszę, posłuchaj mnie! – Z każdym strażnikiem, który bezwładnie padał na podłogę, Pietro coraz bardziej bał się, że nie będą już próbowali jej pojmać, a po prostu zastrzelą ją z daleka jak wściekłego psa. Złapał w swoim własnym mózgu myśl, że Scarlet rzeczywiście do złudzenia przypomina teraz wściekłego psa i już tylko, zamiast do niej krzyczeć, oparł się czołem o kraty i zacisnął powieki. Po jego policzkach natychmiast spłynęły ciepłe łzy.
Coś świsnęło w powietrzu. Rozległ się przeszywający wrzask Scarlet. Silverowi serce zatrzymało się w piersi. Jej krzyk jednak nie ustał ani nawet nie ucichł, tylko trwał tak wściekle przy akompaniamencie kroków biegnących w jej kierunku. W końcu Pietro zmusił się, by otworzyć oczy. Strażnicy wystrzelili w Scarlet jakąś misterną, skomplikowaną siatkę, która owinęła się wokół niej jak bandaż, a zanim Wanda w swoim stanie umysłu zdołała znaleźć sposób, by ją z siebie zdjąć, strażnicy już ją obskoczyli i związali tą siecią jak baleron. A gdy zdała sobie sprawę, że nie ma sensu dalej walczyć, odprowadzili ją do celi. Nawet nie spojrzała w kierunku Silvera.

Po czasie, który dla Silvera był całymi wiekami, gdy zniknęły promienie światła wpadające przez małe okienko, a zamek pogrążył się w ciszy... w końcu coś ruszyło. Pietro spędził cały dzień przy dziurze w ścianie, wypatrując choć odrobiny czerwieni, ale Scarlet musiała zwinąć się w jakimś kącie, w którym nie była widoczna i nie ruszać się ani o cal. Silver nawoływał do niej przez pierwszą godzinę, ale gdy nie usłyszał nawet głębszego oddechu w odpowiedzi, dał sobie na spokój.
W końcu jednak przyszli. Strażnik otworzył drzwi jego celi jednym zamaszystym ruchem, a sam Strucker wkroczył do środka. Pietro przysięgał sobie, że gdy tylko otworzą drzwi, wyrwie się stamtąd choćby i samą siłą nienawiści, ale gdy go zobaczył, czuł jedynie zaskoczenie. Od ich pierwszego, wspólnego naświetlania, kiedy to przekonał się, że ich nowa formuła działa, Strucker nie pojawił się nawet w ogólnej okolicy ich obojga. Skoro stawił się osobiście teraz, musiało stać się coś poważnego. Zaskoczenie w ułamku sekundy przerodziło się w przerażenie. Silver zerwał się na równe nogi szybciej niż ktokolwiek mógłby dostrzec, i podskoczył do Struckera.
- Czyzmojąsiostrąwszystkowporządku? – wyrzucił z siebie, ale Strucker przeraźliwie powolnym w jego oczach ruchem odsunął go od siebie na wyciągnięcie ręki. Silver odstąpił krok, z trudem opanowując przyspieszony ze strachu oddech.
- Wandzie nic nie jest – odparł Strucker swoim spokojnym głosem. Silvera szlag trafiał za każdym razem, gdy musiał czekać całą wieczność na jego kolejne słowo. – Poza tym... że coś się w niej złamało. Przestała reagować na jakiekolwiek bodźce. Jeśli jej szybko z tego nie ockniemy, całe nasze wysiłki pójdą na marne.
Oczywiście, że to tym się przejmujesz, sukinsynu, pomyślał od razu Pietro, ale nie podzielił się swoimi przemyśleniami ze Struckerem. Ten spojrzał na niego badawczo znad okularów, długo, jak zawsze, aż w końcu powiedział to, co Silver chciał usłyszeć od tak dawna:
- Teraz zabierzemy cię do niej. Być może spotkanie z tobą ją z tego wyciągnie.
Każdy krok trwał godzinę. Silver czuł, jak coś wewnątrz niego buzuje, by się wydostać, by popędzić do celi obok i w ułamku sekundy znaleźć się przy siostrze. Jedynie przeświadczenie, że gdyby coś takiego zrobił, mogłoby im wpaść do głowy ukarać też jego i nigdy by już nie zobaczył Scarlet, pozwoliło mu utrzymać to w ryzach. Minęła kolejna wieczność zanim w końcu stanęli przed drzwiami do jej celi. Strucker wydawał mu jakieś instrukcje, ale jego flegmatyczny głos niknął gdzieś w tle wraz z odległym buczeniem maszyn i nawoływaniami strażników. W końcu jednak otworzyli drzwi. Nagle cała szybkość z niego uszła i zupełnie zwyczajnym tempem wkroczył do celi Scarlet.
Wciąż spętana dziwaczną siecią, siedziała oparta o zagłówek łóżka i jedynie wpatrywała się pustym wzrokiem w przestrzeń, czy może jakąś niewidzialną scenę, którą rozgrywała w głowie. To było tak, jakby wyrwała sobie serce. Patrzyłam, jak gasła... Którejś nocy położyła się i już nigdy nie wstała. Pietro wytrząsnął głos Mamy z głowy. Kiedy to wszystko wzięło w łeb? Doskonale wiedział kiedy; łatwiej jednak było o tym nie myśleć niż zmierzyć się ze wspomnieniami.
- Scarlet? – szepnął, zbliżając się do niej wręcz boleśnie powoli. Nie chciał jej spłoszyć. Mimo że zdawał sobie sprawę, jak idiotycznym jest tak myśleć, Scarlet do złudzenia przypominała spętane, przerażone zwierzę i dosłownie nie chciał jej spłoszyć. Mogłaby zrobić sobie krzywdę. Albo jemu. – Scarlet, to ja.
Nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła; zawinięta w sieć, wciąż patrzyła się ponuro w dal jakby go tam w ogóle nie było. Do pełnego obrazu nieszczęścia brakowało tylko, żeby się kiwała w przód i w tył, ale być może to po prostu pęta ograniczały jej ruchy. Nie zareagowała nawet głębszym oddechem, gdy zaczął ją wyplątywać z sieci i mocnymi, prędkimi szarpnięciami rozrywać włókna tam, gdzie nie mógł znaleźć końcówek. Teraz widział, że wiele z nich pękło pod wpływem jej własnych wcześniejszych prób, ale usiłowała się wyrwać zbyt chaotycznie. Na tę sieć był sposób, i gdy Pietro go znalazł, wyciągnął z niej siostrę w ciągu kilku sekund.
Wtedy dopiero Scarlet uniosła na niego wzrok tak, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu. Pietro ujął jej dłonie, ucałował jej palce, a ona przesunęła opuszkami po jego szorstkim policzku.
- Silver... – szepnęła z takim bólem w głosie, że Pietro nie chciał już nigdy jej zostawiać samej. Przygarnął ją do siebie aż przylgnęła do jego ramion, skamląc jak samotne szczenię.
- Nie, nie, Scarlet, kochana, nie płacz, już jestem, jestem tutaj – powtarzał, gdy ona próbowała jedynie nie szlochać za mocno, tak przyciśnięta do jego piersi, że ciężko mu było oddychać, a serce miał ściśnięte.
- Ale niedługo znów cię zabiorą – łkała. – A ja znów będę musiała kogoś... O mój Boże, zabiłam kogoś, prawda? Ktoś zginął, gdy ja... – Jej dalsze słowa zagłuszyły desperackie, rzężące oddechy. Silver ujął jej ramiona i skierował na siebie jej twarz, żeby go posłuchała, gdy szeptał słowa otuchy. Scarlet w końcu opanowała swój oddech i od razu wróciła do płaczu. – Dlaczego my to zrobiliśmy, Silver?... Znaczy, wiem dlaczego, oczywiście, ale dlaczego my to zrobiliśmy?
Pietro nie miał dla niej żadnej odpowiedzi, więc tylko tulił ją dopóki nie przycichła. Jak wiele złych decyzji, ta również wydawała się jedynym słusznym wyborem w ich ówczesnej sytuacji... Dwie sieroty na ulicy, w samym środku wojny, która już odebrała im całe życie, a i tak chwytała coraz więcej?... Tyle że nikt im nie powiedział, że ich rozdzielą.
Scarlet w końcu się uspokoiła – pięści, które zaciskała na jego bluzie, rozluźniły się i opadły, jej oddech powoli się wyrównał. Zwiotczała w jego ramionach jak lalka, wspierając się na nim kompletnie, aż Pietro musiał ją wciągnąć sobie na kolana, żeby nie leżała na chłodnej podłodze. Cierpliwie czekał, aż znów się odezwie, kołysząc ją lekko w ramionach.
Scarlet jednak milczała, nawet gdy podniosła się do pionu i wpiła głęboko w jego usta. Pietro przygarnął ją bliżej; nagle w pełni przypomniał sobie, jak bardzo za nią tęsknił. Jej palce zaciskały my się na ramionach, gdy usiadła na nim okrakiem, a jej zszargane włosy zakryły ich twarze przed wścibskimi spojrzeniami kamer. Przez moment w jego świecie nie istniało nic poza siostrą i jej spękanymi wargami, i jej wąską talią, i jej miękką skórą. Nie oparła mu się nawet gdy bezczelnie wsunął dłonie pod jej szarą prostą tunikę, pod jej szarą prostą bieliznę, do jej... Scarlet całowała go tak mocno i zachłannie, że ciężko mu było oddychać, ale myśl o niedotlenieniu była równie prędka, co jego sprint, i zniknęła mu z głowy w ułamku sekundy.
A potem zaczął się ból – czuł, że rozsadza mu czaszkę, jakby ktoś ściskał mu skronie w imadle w tym samym czasie, gdy obrzęknięty mózg próbował się wydostać na zewnątrz; Scarlet z szaleństwem w oczach pozwalała czerwonemu dymowi ściekać z palców i opanowywać jego głowę. Pietro szarpnął się słabo. Chciał krzyczeć z bólu, ale z rozwartego gardła nie wydobyło się nawet piśnięcie. Siostra miała nad nim całkowitą kontrolę, a on mógł tylko mieć nadzieję, że opamięta się zanim go zabije.
- Scarlet... – wychrypiał, ale w to jedno słowo musiał włożyć tyle siły, że czuł, że zdarł sobie struny głosowe.
- Ćśś... – szepnęła ona tylko, prosto w jego usta, znów zatapiając się w pocałunku, choć szeroko rozwartymi oczami obserwowała dym jak zahipnotyzowana. Silver z całej siły zacisnął palce na jej talii, aż jak przez mgłę usłyszał rozrywany szew, ale ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Nie zabije mnie, powtarzał sobie. Scarlet nigdy by mnie nie skrzywdziła. Nie...
A gdy już był pewien, że zaraz sam zrobi jej krzywdę, żeby tylko ból się skończył, że chwyci ją za włosy i pociągnie tak prędko, że złamie jej kark, aż spocznie bezwładnie w jego ramionach, że... Wszystko nagle ustało. Ból gdzieś zniknął jak przykre wspomnienie, zastąpiony najpierw przez obezwładniającą ulgę, a potem przez obezwładniającą przyjemność. Scarlet z przeprosinami na ustach powiodła palcami w dół jego szyi i to jedynie wystarczyło, by w dół kręgosłupa pognał mu taki dreszcz, że cały zesztywniał.
- Scarlet, coś ty narobiła... – rzucił resztką podnieconego oddechu, czując nagle, że nie może powstrzymać zachłannych dłoni i ust, że musi mieć jej jak najwięcej i jak najszybciej.
- Chcę, żebyś mnie wziął jak nigdy dotąd. – Jej głos, mógłby przysiąc, rozbrzmiał mu w głębi czaszki, gdy ich wargi splecione były w pocałunku zbyt pożądliwym, by można było choćby odetchnąć. Silver nie był już pewien, czy może sobie tego jedynie nie wyobraził, ale nawet gdyby chciał, nie mógł już powstrzymać ciała, które pognało naprzód zupełnie tak, jak kiedyś. W ułamku sekundy Scarlet była na kolanach, rzucona o łóżko, spoglądając na niego przez ramię z ekscytacją i pożądaniem w oczach. Całował ją, jej usta, jej szyję, jej ramiona obnażone prędzej, niż zdołała choćby sapnąć, jej... Napawał się nią tak, jakby umierał z pragnienia, a ona była studnią pełną świeżej, słodkiej wody.
Wiedział, oczywiście, że to była jej sprawka, że eksperymenty Struckera podziałały i dały jej jakąś nieludzką moc kontrolowania czyichś uczuć i myśli; moc, nad którą wyraźnie jeszcze nie do końca panowała, którą wciąż eksplorowała niczym ekscytujący, nieznajomy labirynt. Wiedział, bo i jego moce zwiększyły się pod wpływem niebieskich promieni, i jeśli on potrafił robić ze swoim ciałem nowe niesamowite rzeczy, nietrudno mu było sobie wyobrazić, że Scarlet umiała czynić niewyobrażalne. Jednak wszelkie myśli o tym, jak go zdradziła, wypróbowując ich na nim, zostały prędko zdławione przez to nienaturalne podniecenie, które go ogarnęło. Jego siostra stała się jednocześnie afrodyzjakiem doprowadzającym go do szaleństwa i ukojeniem dla jego zszarganych nerwów, i mimo jego własnych umiejętności nie mógł dobrać się do niej wystarczająco szybko.
Scarlet pojękiwała z cicha pod jego zachłannymi dłońmi, wijąc się we wszystkie strony, byleby tylko poczuć ich więcej, a gdy jego usta zeszły w końcu niżej i poczuła jego język we wszystkich słusznych miejscach, wstrząsnęło nią tak, jakby uderzył w nią piorun, i wypchnęła ku niemy biodra, błagając z cicha o więcej. Nie chciał kazać jej czekać, ale jednocześnie nie chciał odrywać się od jej słodyczy, a jednocześnie również czuł, jak unosi mu się coś i w środku, i nie tylko. Ze wszystkich stron szły sygnały, by zagarnąć jej więcej, a i Scarlet nigdy dotąd nie była tak dla niego otwarta – czy to ze strachu, że zostaną nakryci, czy z nieszczęścia, gdy stracili wszystko, a on szukał w niej pocieszenia; miał wręcz wrażenie, że to odosobnienie, któremu zostali poddani, i tylko po to, by cierpieli... że Scarlet zwyczajnie zatęskniła za... Myśli płynęły coraz wolniej, nienaturalnie wolno, szczególnie jak na niego, i przez to po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że z jej palców znów płynie czerwony dym, że ciągnie go do przodu, ku niej, ku jej ustom... A gdy zatopił się między jej wargami, ona sięgnęła w dół i w kilku ruchach obnażyła go całego, a potem przyciągnęła go bliżej, by móc wziąć go w usta. Do Silvera przez to wszystko poniewczasie dotarło, że cerę miała bladą, czoło gorące i zroszone potem, a oczy, rozpalone, błądziły niewidzącym wzrokiem po całym jego ciele. Słabła, i nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Nie powinnaś była zużywać tyle mocy – szepnął na wpół do niej, na wpół do siebie, podciągając ją do góry, by odgarnąć jej włosy z twarzy i spojrzeć na nią uważnie. Do Scarlet jakby dopiero wtedy dotarło, jak wyzuta jest z sił i opadła lekko w jego ramionach, wtulając głowę w jego szyję, zdając się całkowicie na niego. Pietro owinął ramię wokół jej talii, nie mogąc się nadziwić, jaka głupia była.
- Dlaczego to zrobiłaś? – spytał cicho, a jego słowa ginęły jej we włosach.
- Nie chcesz mnie? – spytała bardziej niż stwierdziła. Jej głos wydawał się drżący i jękliwy, ale było to tak ulotne uczucie, że już po sekundzie Silver nie był pewien, czy sobie tego tylko nie wyobraził.
- Co ty, głupia... Siostra, masz dłoń tam, gdzie masz, i mówisz mi takie rzeczy? – Ale gdy nie odpowiedziała, a jej wzrok uciekł gdzieś w bok, gdy próbował spojrzeć jej w twarz, zrozumiał, że chodziło o coś więcej. – Oczywiście, że cię chcę, Scarlet. Cokolwiek zrobiłaś, zadziałało, ale na litość boską, nie mogę pojąć, dlaczego czułaś, że musiałaś to zrobić.
- Nie sądziłam, że będziesz mnie jeszcze chciał po tym, jak z... zabiłam tamtego czł... – Wtedy Pietro na siłę uniósł na siebie jej twarz i milczał dopóki nie spojrzała mu w oczy. Wydawała się rozpływać pod tym jego wzrokiem i przez tę krótką chwilę była znów jego dawną siostrzyczką, a zamiast w zamkniętej celi siedzieli na wykładzinie w ich pokoju w mieście, nasłuchując kroków Mamy krzątającej się piętro niżej, gdy całowali się niewinnie, oparci o jego łóżko. Scarlet wtedy tak się bała... Teraz wcale nie mniej. Jego wzrok mimowolnie opadł ku jej wargom i gdy zawinęła palce wokół jego dłoni przyciśniętych do jej gorących policzków, zupełnie tak, jak wtedy, Silver nie mógł jej się oprzeć. Jej wargi smakowały słono od łez, zupełnie tak, jak wtedy, a jednak były rześkie i słodkie, i już wkrótce Pietro zatapiał się między nimi coraz głębiej i coraz zachłanniej, aż jej ciężkie sapnięcia zaczęły sugerować, że w końcu choć na chwilę zapomniała o troskach. Podkasał jej szarą tunikę, szepcąc jej w usta:
- Usiądź na m...
- Nie. – Jej sprzeciw był tak pewny i silny, że Silver odsunął się tylko po to, by rzucić jej zaskoczone spojrzenie. Jej wzrok znów płonął, ale tym razem, myślał, bardziej pożądaniem niż gorączką; a potem opuściła sobie jego dłoń na talię, biodro... i jeszcze trochę niżej. – Nie chcę, żebyś się ze mną kochał. Chcę, żebyś mnie wziął, tak jak tylko ty umiesz.
- A jakie ty masz niby porównanie? – zadrwił jeszcze, ale przychylając się do jej prośby jednocześnie poderwał jej biodra do góry, aż wsparła się ciężko na krawędzi łóżka. Pozwolił sobie jeszcze przez chwilę wodzić wzrokiem i dłońmi po jej na wpół obnażonym ciele, ale Scarlet nie mogła już czekać i z niecierpliwym jęknięciem próbowała na oślep się na niego nabić, bezskutecznie. Jedyne, co poczuł, to jej ciągliwą wilgoć. Silver wtedy schwycił ją za szczękę, aż nie spojrzała na niego przez ramię, przycisnął się do jej ciała, drugą rękę splótł z jej i w końcu, umieszczony na jej progu, szepnął jej władczo do ucha:
- Teraz. Zrób to, sama.
Scarlet jęknęła w proteście, ale gdy trwał w bezruchu i zrozumiała, że się z nią wcale nie droczył, ugięła się pod presją. A gdy Pietro poczuł ten ucisk, to ciepło, za którym tęsknił od tak dawna, gdy usłyszał jej zdławiony sapnięciem jęk, gdy rozwierał ją powoli, rozkoszując się każdym calem, nieomal znów nie stracił zmysłów.
Scarlet drżała wyraźnie pod jego naciskiem, wsparta ciężko na łóżku; czuł, jak jej uda trzęsą się, przyciśnięte do jego własnych. Nie poruszał się jeszcze, chciał dać jej moment, żeby przyzwyczaiła się do jego obecności, szczególnie że tyle czasu minęło od kiedy ostatni raz miała go w sobie, ale Scarlet, choć wyraźnie ledwo znosiła to, jak ją rozwierał, nie mogła już również wytrzymać bezczynności i sama zaczęła lekko poruszać biodrami, wbijając go w siebe nieco głębiej; zaciskając zęby na dłoni z trudem powstrzymywała jęki rozkoszy wymieszanej z bólem. Ujął jej nadgarstek, żeby tego nie robiła.
- Scarlet, wszystko dobrze? – szepnął jej do ucha, całując je lekko. – Jeśli chcesz, mogę przestać.
- Nie! – odparła niemalże z przerażeniem, nabijając się na niego w desperacji i zaraz potem próbując stłumić okrzyk bólu. – Błagam, nie przestawaj...
Silver za żadne skarby nie chciał przestawać, ale nie mógł też pojąć jej nagłej desperacji, a nade wszystko nie chciał jej dalej robić krzywdy. Poruszył się delikatnie, ale przestał, gdy znów zacisnęła zęby. Wtedy dopiero do niego dotarło. – Scarlet, nie musimy tego robić. Nigdy cię przecież nie zostawię samej.
- Ale jeśli przestaniesz, oni cię zabiorą – szepnęła z tym swoim irracjonalnym przekonaniem, które tak często rozbrzmiewało w jej głosie, gdy przejmowała się swoimi niekontrolowanymi mocami. Silver ucałował jej szyję, a potem obrócił na siebie jej twarz, żeby wpić się w jej usta. Wciąż nie wydawała się przekonana.
- Musieliby to zrobić siłą – rzekł spokojnie. – A do tego musieliby mnie najpierw złapać.
Scarlet parsknęła słabym śmiechem, ale i tak jej mięśnie ścisnęły go tak mocno, że sapnął z rozkoszy, jego umysł nagle pusty i całkiem otwarty. Scarlet położyła mu dłoń na karku, jakby chciała przyciągnąć go bliżej, i choć mógłby przysiąc, że było to niemożliwe, jakimś sposobem miał wrażenie, że rzeczywiście zlewają się w jedną całość. Ogarnęło go nieskończone ciepło, biodra jakby same z siebie wyskoczyły do przodu, a odczucie było tak intensywne, jak jeszcze nigdy, jakby czuł rozkosz za dwoje. Scarlet jęknęła z głębszą niż zwykle słodyczą w głosie, wychylając się bardziej ku niemu, a on wtulił twarz w jej kark i kłęby czerwonego dymu.
Nie mógł sobie przypomnieć wiele z tego, co się potem działo, poza jej desperackim jękliwym oddechem, poza pędem wyrywającym się z niego, gdy wszystko wewnątrz wyciągało się ku niej, coraz bardziej i chętniej z każdą minutą. Mgliście pamiętał, że przyspieszał bardziej niż kiedykolwiek – lub może tylko myślał, że musiało tak być, skoro ogarnęło go potem takie zmęczenie, a i Scarlet, zupełnie bezsilna, wysupłała się z jego zesztywniałych ramion i z trudem łapiąc oddech wpełzła na łóżko. Jej nogi wydawały się całkiem bezwładne.
Silver oparł się o brzeg łóżka, kładąc zroszone potem czoło na jedynym chłodnym kawałku pościeli, gdzie nie leżała jego dłoń albo pierś Scarlet. Siostra zwinęła się w pobliżu i dłonią lekko, jakby z trudem, głaskała jego zszarzałe włosy; wiedział, że je lubiła, że podobało jej się, jak traciły więcej pigmentu z każdym kolejnym kilometrem, który pokonywał w dwie sekundy, i że teraz już jedynie przy skórze było widać ich dawny ciemny kolor.
- Silver – szepnęła ni to do niego, ni to do siebie, przesuwając kosmyki między palcami, tak jak to robiła zawsze. Pietro uśmiechnął się, choć ginęło to w błękitnawej pościeli. Na to chociaż mógł liczyć. Że cokolwiek by się nie wydarzyło, zawsze będą tacy sami. I zawsze będą razem.

środa, 28 września 2016

[the 100] Nagroda (Bellamy x Elea + surprise)

Światło wdzierało się do ich kwater przez niepasujące do niczego okno, które Bell uparł się tam zainstalować, gdy tylko Abby im je przydzieliła. Elea z początku chciała prostestować, ale musiała przyznać mu rację, że po tylu miesiącach spędzonych na Ziemi byli oboje przyzwyczajeni do budzenia się do świergotu ptaków, promieni słońca, krzątających się ludzi, wciąż powolnych porannym zaspaniem, odległych odgłosów dzikich zwierząt i szumu lasu; a jeśli któregoś z tych dźwięków brakowało, miał rację, że zrywali się w stanie graniczącym z paniką i gotowi do walki, co się zupełnie nie przydawało w ufortyfikowanym, zaludnionym obozie z systemem alarmowym. Zainstalował więc z pomocą inżynierii przebudowane okno z jednego ze starych korytarzy, które to okno trzymali wiecznie otwarte, nawet gdy lało jak z cebra. Teraz sączyło się przez nie świeże, burzowe powietrze, a i niewielka rozpryśnięta na wszystkie strony kałuża na podłodze świadczyła, że noc nie była całkiem spokojna. Elea zaczęła się mimowolnie zastanawiać, czy Arka była w jakiś sensowny sposób zabezpieczona przed piorunami, a jeśli nie, to czy mogą się wszyscy w środku usmażyć jak krewetki, gdyby takie napięcie poszło po tych metalowych ścianach? Musi pamiętać, żeby zapytać o to Raven przy najbliższej okazji.
Podwójne łóżka Arki były równie niewygodne, co pojedyncze, i Elea, przyzwyczajona już do spania na ziemi tudzież hamakach na drzewach, nie była pewna, czy potrzebowała takiego przypomnienia dawnego życia. Bell oddychał spokojnie obok i najwyraźniej ani myślał budzić się sam. Elea uśmiechnęła się do siebie. Od kiedy tylko sypiali razem, jeszcze pod starym lądownikiem, Bell bezczelnie wykorzystywał to, że ona niezawodnie budziła się na pierwsze promienie słońca. Miała nieprzemożną ochotę zostawić go tak, śpiącego, ale czekała ich dzisiaj wspólna misja zwiadowcza i im wcześniej wyruszą, tym mniejsza szansa, że wrócą po zmroku. Raczej nie lubiła wracać po zmroku.
Obróciła się do Bella, który wciąż oddychał równo i głęboko, z twarzą obróconą lekko ku niej i o tak niewinnym i spokojnym wyrazie, jaki widziała u niego tylko, gdy spał, ostatnimi czasy. A właściwie to od kiedy zeszli na Ziemię. Czyli jakby od zawsze. Przesunęła mu dłonią po policzku - drgnął lekko, ale się nie ocknął. Z każdą sekundą coraz mniej chciała zarówno go budzić, jak i wyruszać na tę durną misję od Kane'a, a coraz bardziej pozwolić mu spać, samej zdrzemnąć się jeszcze u jego boku, a potem, gdy już oboje odzyskaliby kontakt ze światem, i tak nie wychodzić z łóżka przez cały dzień. Uśmiechnęła się do swoich myśli, ale tylko na moment. I tak nie mogli. I nie wiadomo, kiedy następnym razem będą mogli. Nagle zatęskniła za lądownikiem i ich prymitywnym obozowiskiem. Wtedy jeszcze nie zjebało się tak dużo. Wtedy jeszcze mieli czas dla siebie.
I teraz też będą mieli, choćby miało ją to zabić, czy raczej skończyć się reprymendą od Kane'a. Wpełzła na Bella delikatnie. Normalnie w takiej sytuacji zrobiłaby sobie poranny trening, a jego obudziła w ostatnim momencie do wyjścia, ale razem z burzowym powietrzem przez okno wlewała się słodka zapowiedź słonecznego wiosennego dnia i hormony szalały w niej jak tylko chciały.
Dopiero kiedy było mu nieco trudniej oddychać, a ona składała delikatne pocałunki na jego szyi i piersi, Bell otworzył z wolna powieki, zaspany i niepewny. Uśmiechnęła się do siebie, bo do niego jeszcze wyraźnie nie docierało w pełni, co się tak właściwie dzieje. Mimo to jego wargi rozwarły się nieco, rozległ się cichutki dźwięk westchnięcia, szczególnie gdy wiodła wargami w dół jego piersi; lecz gdy już zbliżała się do krawędzi jego spodni, chwycił nagle jej nadgarstek.
- Cześć, Bell, witamy w świecie żywych – wyszeptała radośnie.
- L, co w ciebie wstąpiło? - wymamrotał, drugą ręką przecierając twarz. Próbował zogniskować na niej wzrok, ale zarówno wczesna godzina, jak i jej dłoń szukająca sobie zajęcia na jego męskości, znacznie utrudniały mu zadanie.
- Wiosna - odparła z szerokim uśmiechem i wróciła na górę tylko po to, żeby go mocno ucałować. Delikatnie wsunęła mu dłoń pod pasek, spodziewając się dalszych protestów, ale tym razem Bell nie miał już żadnych. Zacisnął jej palce na karku i patrzył to w jej oczy, to usta, oddychając jakby coraz ciężej w miarę jak przyspieszała. W końcu jednak nie wytrzymał, schwycił ją w talii i przerzucił na poduszki, samemu zawisając nad nią; Elea zdołała nie przesunąć ręki ani o cal podczas tych manewrów, więc Bell, niczym w nagrodę, pozwolił jej jeszcze trochę go pomęczyć, kiedy to całował ją nieprzerwanie, ale potem odsunął się poza jej zasięg i tak skutecznie zawinął ją w kołdrę, że nie mogła mu już nic zrobić. A gdy upewnił się, że jest bezpieczny, pocałował ją w czoło i bez słowa, choć nieco jeszcze chwiejnym krokiem, odszedł pod prysznic.
Wydostawszy się z nakrycia, ruszyła natychmiast za nim, bezceremonialnie wpakowała się razem z nim do kabiny i nie czekając na pozwolenie opadła na kolana.
- Nie, L, musimy się zbier... - Ale jego protesty zostały przerwane przez niepowstrzymane westchnięcie, po którym wymamrotał już tylko: - Och, cholera, kobieto...
Niekontrolowanym szarpnięciem ręki odepchnął niechcący prysznic, przez co ciepła woda nie płynęła już w dół jego torsu, a gdzieś po ścianie kabiny. Bell jednak nie zwrócił na to zupełnie uwagi, zbyt zajęty jej wargami obejmującymi jego członka tak mocno, że z wyraźnym trudem kontrolował swoje gałki oczne. A gdy Elea przygryzła go lekko, Bell opadł plecami na ścianę i zawinął palce w jej włosy; ona w odpowiedzi wielbiła go najlepiej, jak umiała, czując już ciepło rozlewające jej się między udami, aż w końcu...
- Bellamy! - zdołali jedynie usłyszeć przez gęstą mgłę podniecenia i grube metalowe drzwi łazienki, zanim rzeczone drzwi rozsunęły się na oścież i stanął w nich nikt inny jak Kane, przyłapując ich na bądź co bądź gorącym uczynku. Elea odskoczyła od Bella, choć niezbyt chętnie, ale nie widziała sensu w ukrywaniu się - jej ciało nie było dla Kane'a niczym nowym. Bell jednak o tym nie wiedział i przymknął nieco kabinę, żeby zakryć ją przyciemnioną szybą drzwi; sam zaś owinął sobie ręcznik wokół bioder i zestąpił na posadzkę, w niezwykle seksowny sposób przeczesując palcami mokre włosy. Ani jedno, ani drugie nie robiło sobie wiele z bycia nakrytymi - za to Kane, spłoniwszy się jak nastoletnia dziewica, odwrócił wzrok, cofnął się za próg i już z pokoju, siląc się na surowość i autorytet, rzucił:
- Wy dwoje powinniście być już zwarci i gotowi do drogi, a nie... - Nie dokończył, ku rozbawieniu Elei. - Widzę was na odprawie za dziesięć minut, najlepiej ubranych.
- Ale nie koniecznie? - krzyknęła jeszcze za nim Elea, ale trzask drzwi sugerował, że Kane albo już nie słyszał, albo nie chciał słyszeć jej uwagi. Ze śmiechem wyszła za Bellem z łazienki, ale on zaczął od razu się ubierać i patrzył na nią jakby z niepokojem.
- Wpakujesz nas kiedyś w kłopoty - burknął.
- A bo to pierwszy raz - rzuciła z obezwładniającym uśmiechem, a gdy parsknął pobłażliwie, uwiesiła mu się na szyi, przyciskając do niego swoje nagie ciało póki jeszcze nie założył koszulki. Pokręcił głową, ale pocałował ją głęboko, przesunął jej dłońmi po piersiach i talii z taką miną, jakby niemożebnie kusiło go, by zjechać niżej, aż w końcu odsunął się i wrócił do szukania swojego munduru. Z braku innych opcji Elea również czym prędzej się zebrała, choć jeszcze na korytarzu zapinała na plecach swoją pałkę.
Kane powitał ich w sali odpraw ponurym wzrokiem. Bell zdążył już nałożyć profesjonalizm na twarz, więc tylko Elea uśmiechała się szeroko. Kane przedstawił im rozkazy, które w większości już znali lub których się domyślali: szybki zwiad Sektoru 4., krótki patrol leśnej drogi północnej i z powrotem. Było jasne, że Kane nie chciał ich przemęczać ze względu na jej niedawne urazy, na co Elea tylko przewróciła oczami. Jasne, oddychało jej się nieco ciężej ze względu na wycięty kawałek płuca, ale Abby jedynie sugerowała, żeby sobie robiła sobie lekkie treningi, dopóki jej ciało się nie przyzwyczai do zmniejszonej wymiany gazowej, a nie, żeby dostawała misje dla dziesięciolatków. Oczywiście Elea nie omieszkała powiedzieć o tym Kane'owi, ale on był nieugięty. Nie miał zamiaru mieć jej na sumieniu, jeśli dałby jej odrobinę zbyt trudne zadanie i znów trzeba ją było leczyć. Elei nie umknął fakt, że nie powiedział tego samego o Bellu, który przecież też dopiero niedawno skończył rehabilitację po swoich poparzeniach.
Zrezygnowali już wtedy z dalszych prób przemówienia Kane'owi do rozsądku i po prostu poszli do lasu. Już gdy przekroczyli bramę do Elei dotarł pierwszy podmuch ciepłego wiatru, niosący cudowny zapach igliwia, żywicy, ściółki. Gdy tylko weszli między drzewa, Elea znów poczuła to charakterystyczne uderzenie gorąca.
- Nie świruj - rzekł Bell, najwyraźniej dostrzegając jej błyszczący, rozgorączkowany wzrok. - Mamy zadanie do wykonania.
- Ale las, Bell - westchnęła, wciągając mocno powietrze. - Sam dobrze wiesz, jak działa na mnie las.
Zatrzymał ją wpół kroku, gdy już sięgała ku najbliższemu drzewu. - Kochana, gdy tylko wrócimy do Arki, zerżnę cię tak mocno i długo, jak tylko będziesz chciała - szepnął z bardzo bliska, ale sam nie zdołał się powstrzymać przed spojrzeniem na jej lekko rozchylone wargi. - Ale na razie, błagam, chociaż spróbuj się opanować.
- Spróbuję, niech ci będzie - odparła z uśmiechem, ale potem schwyciła go za kark, wpiła się w jego usta i pociągnęła go w głąb lasu, zatrzymując się w końcu na jakiejś sekwoi czy dębie, czy czymś równie starym - nie miała czasu spojrzeć. Bell z początku sprawiał wrażenie, jakby próbował się od niej odepchnąć, ale podniecenie z rana, a szczególnie brak spełnienia wyraźnie o twardo dawały się we znaki na udzie Elei. W ciągu ledwie kilku sekund poddał się i począł dłońmi sunąć jej po biodrach, wyraźnie próbując dostać się jej pod ubranie bez jego zdejmowania. Ona sama, również zdając sobie sprawę, że rozbieranie się to nie jest najlepszy pomysł, najpierw okrywała jego szyję pocałunkami, a potem sięgnęła mu mocno napiętej wypukłości na jego spodniach, co Bell nagrodził z trudem powstrzymywanym przeciągłym jękiem. Zanim jednak zdołała choćby rozpiąć mu rozporek, usłyszeli nagle coś, co w nich obojgu wywołało natychmiast przeraźliwe uderzenie adrenaliny - ryk Żniwiarza.
Przylgnęli do drzewa w pierwszym odruchu i nasłuchiwali. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo; ale gdy tylko pomyśleli o ucieczce, wrzask rozległ się ponownie i tym razem znacznie bliżej. Miał też inny ton. A więc jest ich więcej. Elea dostrzegła krople potu na czole Bellamy'ego, gdy wyjmowała pałkę z uprzęży. Jego dłoń kołowała przy kaburze.
- To niemożliwe - mruknął bardzo cicho ze wzrokiem wbitym w las. - Przecież Góra już...
- To muszą być jedni z najświeższych - odparła podobnym szeptem. - Inaczej już by nas wyczuli. Może jeszcze nikogo nie zjedli. Może to nawet przeżyjemy.
- Bądź cicho, L. - Głos Bella był cichy i opanowany. Elea czuła się tak, jakby powinna wierzyć w ten jego spokój, ale czuła tylko postępującą nerwicę.
- Nie mogę, zawsze mówię jak najęta, gdy się denerwuję. - Bell przygarnął ją do piersi, próbując ją uciszyć i, lub ochronić. - Może nas nie zauważą, co? - wydusiła w jego kurtkę.
- Wierzysz w to? - rzucił jeszcze zanim umilkł. Niebawem obok porykiwań zaczęli słyszeć również tupot, zdawałoby się, tuzina stóp. Elea zacisnęła jedną rękę na swojej pałce, a drugą na dłoni Bella. On cicho wyciągnął broń z kabury. Wstrzymując oddechy, czekali w napięciu na śmierć; horda Żniwiarzy przebiegła z wrzaskiem po obu stronach drzewa, pędząc z jakąś ślepą obsesją w poprzek drogi. Oboje odetchnęli z ulgą, jak mogliby przysiąc, całkiem cicho - a jednak ostatni z hordy nagle obrócił się i wbił w nich swoje gorzejące rozszalałe ślepia.
Bellamy strzelił mu w łeb zanim reszta w ogóle się choćby obróciła. Jest ich tylko czwórka, powtarzała sobie w myślach Elea, zaciskając zbielałe palce na ćwierćpałce. Uspokajając swój nierówny ze strachu oddech, czerpała siłę i pewność z twardego pnia za plecami. Zdusiła nagły, nieokiełznany instynkt, by wskoczyć na drzewo i uciec. Bell nie mógł tego zrobić. Nie zostawiłaby go tu przecież. A poza tym była ich tylko czwórka. Nie takie rzeczy...
Złapali Bella pierwszego. Odciągnęli go głębiej między drzewa tak szybko, że Elea nie zdołała ich dosięgnąć pałką na czas. Bellamy przyrżnął Żniwiarzowi w wykrzywioną twarz tak silnie, że ten aż się cofnął, ale wtedy drugi pchnął go wprost na powalony pień; ułamany konar wbił się mu pod ramię, aż krew trysnęła, a potem już wolniej zaczęła zalewać mu bok, barwiąc jego koszulkę na kolor żywej czerwieni. Elea nie zdążyła nawet wyszeptać jego imienia, a już jeden ze Żniwiarzy skoczył na nią, wbijając jej ramię prosto w żebra - jak dotychczas była pewna, że dawno wyzdrowiała, tak w jednej chwili udowodniono jej, że jednak nie. Uderzenie zwaliło ją z nóg, a ból odebrał dech w piersiach. Mech otoczył jej prawie złożone wpół ciało; pałka upadła w runo zbyt daleko, by mogła jej dosięgnąć. Ruszyła powoli ku Bellamy'emu, jeszcze zbyt słaba, by wstać, szepcząc tylko:
- Nie ruszaj się, Bell, ani o cal... Błagam, nie ruszaj się...
A on nawet nie mógł na nią spojrzeć, tak otumaniony bólem, że z jego ust wyrywało się jedynie jej imię, wypychane z nich raz po raz jakby z niebotycznym wysiłkiem. Próbowała go dosięgnąć, ale wtedy Żniwiarze wskoczyli na nią, silnymi rękami przyciskając do ziemi jej rozpostarte ramiona. Z przerażenia zupełnie zastygła; jeden z nich pochylił się, bardzo nisko, do jej szyi, a gdy już była pewna, że zaraz rozgryzie jej gardło, on zrobił coś, przez co jednocześnie zrozumiała i zaczęła żałować, że jednak nie mają zamiaru jej pożreć - wciągnął głęboko powietrze.
- Kurwa! Oni nie reagują na krew, tylko na feromony! - Szarpnęła się, jakimś szczęśliwym trafem odkopując jednego z nich tak silnie, że musiał ją puścić. Wyrywała się więc dalej, wyrżnęła któremuś w twarz, zalewając ją dodatkową porcją krwi, ale nagle dotarło ją kolejne z rzędu słabe "L" i ta chwila wahania kosztowała ją wolność. Żniwiarze pochwycili ją, tym razem znacznie skuteczniej, a ona wtuliła twarz w mech, łkając "nie, nie, nie, nie", gdy zaczęli z nieludzką siłą zrywać z niej ubrania. Bell poruszył się, jakby chciał jej pomóc, ale przy akompaniamencie jego jęku bólu spora fala krwi znów zalała jego bok. Elea poczuła łzy kłujące ją pod powiekami na samą myśl, że Bell się tu może zaraz wykrwawić, a ona... I nikt ich nawet nie szuka.
- Nie ruszaj się, Bell – mówiła jeszcze. Skoro ja tu nie umrę... – Zdławiła szloch. – Też masz przeżyć. Słyszysz mnie, Bellamy? – Łzy ciekły jej po twarzy, gdy czuła szorstkie, wilgotne krwią i błotem dłonie Żniwiarzy lgnące do jej ud i bioder. – Masz żyć! Zamknij oczy i oddychaj, i po prostu... NIE!
Jej słowa w jednej koszmarnej chwili zmieniły się w ryk bólu, gdy Żniwiarze przestali już udawać i poddali się swoim żądzom. Elea wtuliła twarz w mech, zacisnęła powieki, zagryzła zęby; runo zagłuszało jej przerywane krzyki, gdy Żniwiarze niczym dzikie bestie z nieopanowanumi popędami wbijali się w nią coraz szybciej i mocniej, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej wzrastający wrzask. Odetchnęła z ulgą, gdy na moment dali jej spokój. Rozwyła się ponownie, gdy tym razem jej odbyt został wypełniony gorącem i bólem. Twarz miała całkiem mokrą od łez.
Już tylko jak przez mgłę widziała zarys Bellamy’ego z ułamanym konarem sterczącym krwawo spod ramienia. Wszystko inne zasłaniały jej wilgotne rzęsy i ohydne, brudne, brutalne ciała Żniwiarzy. I ból, szargający jej wnętrzności. Jej umysł szukał jakiejkolwiek ucieczki – do tego stopnia, że w pewnej chwili mogłaby przysiąc, że za drzewami zamajaczyła szara bryła lądownika, że zaraz obok pojawił się pomarańczowy namiot, a Bellamy, zamiast wykrwawiać się na śmierć, siedział na ławce z powalonego pnia i uśmiechał się do niej zapraszająco. Wyciągnął ku niej rękę – ale wtedy rzeczywistość dłonią Żniwiarza uderzyła ją w twarz. Chwyciła ją za szczękę. Elea zacisnęła zęby, znów próbując wyszarpnąć się z ich uścisku, ale poczuła, jak ramię prawie wypada jej z barku; umykała głową na boki, lecz to w ostatecznym rozrachunku również niewiele pomogło. Zmusili ją, by na nich spojrzała: dwie krwawe sylwetki na tle ciemnych drzew i szarego nieba. Jej las. Jej las jej to zrobił.
A wtem jej zęby nie były już zaciśnięte. Najpierw przyszedł szok – zaraz potem dotarł do niej niewyobrażalny ból, a w końcu przerażenie i niepojęte uczucie braku żuchwy. Czuła ją, jak zwisa na jednym zawiasie; ale równie dobrze mogła jej w ogóle nie mieć, bo każda, choćby najdrobniejsza próba poruszenia nią czy zamknięcia ust sprawiała jej takie cierpienie, że nieomal mdlała. Nie była pewna, czy to świat, czy jeden ze Żniwiarzy przycisnął ją swoim ciężarem do ziemi, wypychając jej dech z piersi, ale nawet przez łzy i grubiejącą warstwę bólu widziała tego, który przed chwilą zwichnął jej żuchwę, a teraz przygotowywał się do penetracji. Elea znów zarzuciła głową, ale gdy niechcący uderzyła ustami o ramię, ból zupełnie odebrał jej siły. Żniwiarz za to bezceremonialnie schwycił ją za już puchnącą, pełną krwi szczękę i wbił się jej w gardło tak głęboko, jak tylko mógł sięgnąć – i niczym nie mogła go powstrzymać.
Gwałcili ją bezmyślnie, bezsensownie, bezlitośnie; walczyli między sobą o dostęp do jej ciała; w uszach jej dzwoniło od ich krzyków, od jej własnych wrzasków, od odzywających się gdzieś w tle słabych słów Bellamy’ego, jakby samym głosem chciał zatrzymać to, co się działo. Od kiedy przestała się opierać, Żniwiarze nie rozstawali się z jej ustami – opuszczali je dopiero, gdy brakowało jej powietrza i jej ciało samo z siebie, ignorując obezwładniający ból, zaczynało z nimi walczyć. Nozdrza wypełniał jej mdlący odór gnijącego potu, w ustach przelewał się metaliczny smak krwi, w głowie jej wirowało z nieustępującego bólu... Żołądek skurczył jej się nagle, szarpnęła się, jednym ruchem wyrywając włosy z pięści Żniwiarza i z własnej głowy, i gdy tylko jego obrzydliwy kutas wysunął jej się z ust, zwymiotowała raptownie i tak silnie, że oddała wczorajszą kolację. Powietrze wypełnił kwaśny odrażający fetor. Żniwiarze jednak zupełnie nie przejęli się ani rozlewającą się im pod kolanami kałużą rzygowin, ani gęstym nieopanowanym ślinotokiem Elei, bo znów schwycili ją za tkliwą szczękę i włosy i wrócili do rytmicznego rżnięcia jej ze wszystkich stron.
Bellamy, blady jak śmierć i na wpół przytomny, wciąż uparcie szeptał jej imię i to właśnie jego przerażone „Nie, nie, L, Elea...” było ostatnim, co usłyszała, zanim gałki oczne wtoczyły jej się w czaszkę i świat ogarnęła ciemność.

- ELEA! – zadudniło jej w uszach. Ocknęła się nagle do nawracającego bólu w policzkach i pośladkach oraz do lejących jej się po podbródku sznurów śliny, łez, resztek wymiocin, spermy i krwi. Krwi, płynącej wciąż po boku Bellamy’ego z każdym jego ciężkim oddechem. Elea sama wrzasnęła z bólu, ale dźwięk rozbił się na kolejnym lub też poprzednim kutasie gwałcącym jej gardło. Bell zbladł jeszcze bardziej od kiedy ostatni raz go widziała i teraz mogłaby przysiąc, że jest na skraju śmierci, że byłby już dawno nieprzytomny, gdyby adrenalina i przerażenie nie kazały mu jej pilnować. A zaraz potem pełnia bólu z jej szczęki i wszystkiego innego do niej dotarła, a wraz z nią wszystko, co się z nią działo, i Elea przez ułamek sekundy żałowała, że Bell nie stracił przytomności.
Kolejna fala bólu pomknęła jej po kręgosłupie, gdy jeszcze jeden Żniwiarz jednym ruchem wbił jej się w odbyt; szarpnęła się znów, tak zatopiona w cierpieniu, że nie mogła już myśleć trzeźwo – jedyne, czego chciała, to uwolnić się i doczołgać się do Bellamy’ego, żeby móc złapać go za rękę i powiedzieć mu, że go kocha, zanim straci go na zawsze. Jak przez mgłę docierały do niej jego słowa, jakby próbował ją uspokoić, żeby przestała walczyć, ale mimo że je słyszała, nie potrafiła ich zrozumieć. Bell zacisnął powieki. Elea targnęła się ponownie, krztusząc się krwią, potem kutasem Żniwiarza, potem wymiocinami, a potem znów Żniwiarzem. Bell otworzył oczy, gdy usłyszał, jak znów wymiotuje, tym razem prawie samą krwią i łzami, a ślina i sperma wylewały jej się z nosa i na wpół otwartych, wiszących ust razem z nieskładnym, nieartykułowanym bełkotem.
Korzystając z tego, że na moment ją puścili, zaczęła cal po calu czołgać się ku niemu, mimo że Żniwiarze ze wszystkich sił wciąż chwytali jej biodra. Poza tym zupełnie nie przejmowali się już, że próbowała im uciec; jeden z nich po prostu przysunął się, żeby znów wbić się w jej gardło, ignorując jej przenikliwy wrzask, trwający jeszcze długo po tym, jak ją puścił. Ruszyła znów powoli przez poplamiony mech. Bell płakał. Płakał jak małe dziecko, ale choć to widziała, nie potrafiła tego zrozumieć.
- L, mój Boże... – szeptał już tak słabym głosem, że jakby w ogóle nie rozbrzmiewał, ale dla Elei był to jedyny dźwięk w okolicy. – Pamiętasz, jak trenowaliśmy razem w lesie za lądownikiem? Jak cię podciąłem w tym samym momencie, co ty mnie przewróciłaś, i upadłaś na mnie i przez moment patrzyliśmy na siebie w milczeniu, choć tak naprawdę oboje chcieliśmy zacząć się całować...
Sznury śliny, łez, resztek wymiocin, spermy i krwi lały jej się po podbródku. Ale Elea już ich nie czuła. Nie czuła upokorzenia ani bólu, ani mdlącego odoru Żniwiarzy, ani nie słyszała ich okrzyków i jęków. Zatopiła się powoli w tym, co szeptał Bell, jak w ciepłe objęcia ruchomych piasków...

Tego konkretnego dnia nauczyła Bellamy’ego kilku różnych sposobów na podcięcie przeciwnika. Tego konkretnego dnia również oboje przyrżnęli w coraz mniej miękki mech więcej razy niż kiedykolwiek wcześniej. Bellamy padał, ona pomagała mu wstać, łapali szybki oddech i wracali do walki. A gdy z rzadka i ona padała, podbijała się z ziemi całkiem sama, kręciła na niego głową i wracali do walki. Aż nagle próbowali jednocześnie podciąć się oboje i skończyło się to jedynie tym, że zawinęli się o siebie i oboje polecieli na glebę. Bellamy, odruchowo wręcz, próbował ochronić ją przed upadkiem, i w efekcie wylądowała wprost na nim, choć wciąż wybijając sobie dech z płuc o jego pierś. Całkiem twardą pierś.
Gdy opadło pierwsze zdziwienie, oboje wybuchnęli śmiechem. Elea zwróciła uwagę, że cień lądownika przesunął się po polanie już tak mocno, że zaskakujące było, że Lilian jeszcze nie przyszła sobie na nich popatrzeć. Potem przeniosła znów wzrok na wciąż uśmiechniętego Bellamy’ego i cała reszta nagle zeszła na dalszy plan. Wpatrywali się tak w siebie przez kilka milczących, powolnych chwil; Elea zupełnie bezmyślnie opuściła się nieco ku niemu, z niezrozumiałego dla niej powodu nie mogąc oderwać wzroku od jego ust. Ale gdy Bellamy owinął ramię wokół jej talii, przyciskając ją nieco mocniej do siebie, a drugą ręką delikatnie dotknął jej policzka, żeby sprowadzić ją bliżej, Elea nagle poczuła, jak serce jej trzepoce i odwróciła głowę. Wywinęła się z jego uścisku tak zręcznie, jak tego drugiego dnia na Ziemi i wstała. Nie podciągnęła go z mchu.
- Myślę, że starczy na dzisiaj – rzuciła tylko gorzko i ruszyła się w stronę obozu. Słyszała, jak za nią Bellamy podrywa się i próbuje ją dogonić.
- Elea, poczekaj. – Chwycił jej ramię innym ruchem, który pokazała mu kilka dni temu, a że się nie spodziewała, nie dała rady się wyrwać.
- Co chcesz? – spytała, siląc się na spokój. Miała cichą nadzieję, że jeśli będzie udawać, że nic się nie stało, to w końcu i on zapomni o tym, cokolwiek tam się pojawiło w jego czerepie. Tak będzie lepiej.
- Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie mi życia wtedy, z Daxem. – Elea poczuła w rękach to uczucie, gdy jego kark poddał się jej sile; odtworzyła w myślach ten mokry dźwięk ustępujących kręgów. Sądząc po lekko pobladłej minie Bellamy’ego, on też go usłyszał. – Po prostu... to było przerażające, z jaką łatwością skręciłaś mu kark. Myślę, że nie chciałem do tego wracać. Ale dziękuję.
Elea wzruszyła ramionami. – Gdyby cię zabił, musiałabym sobie układać plan dnia na nowo albo znaleźć kogoś innego do trenowania. A ja nie lubię zmian.
Bellamy roześmiał się na tę uwagę, nagle i tak jakby bardziej szczerze niż kiedykolwiek dotychczas, gdy żartowali z czegoś w przerwach w tłuczeniu się nawzajem. Elea mogła odejść, ale nagle nie chciała się ruszyć, choć dobrze wiedziała, że marnuje okazję. Nie lubiła zmian – ale tych nie dało się uniknąć, nie na Ziemi, a Bellamy... Powiodła powoli wzrokiem po jego twarzy; mrugnęła i znów widziała, jak odbija się w niej blask ogniska z drugiej nocy, ale tym razem jej to nie odrzuciło. Bellamy najwyraźniej dostrzegł, że coś w jej oczach się zmieniło, bo znów dotknął lekko jej policzka, a gdy się nie odsunęła, pochylił się ku jej ustom. Elea poczuła wspomnienie jego gorzkiego smaku w ustach, ale to już nie miało znaczenia.
Gdy tylko jego język wsunął jej się między wargi, Elea porzuciła wszelkie opory i zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając go bliżej. Bellamy schwycił jej talię i na poły ją prowadząc, a na poły niosąc, pchnął ją ku najbliższemu drzewu. Kora przejechała jej szorstko po nagich ramionach, ale dla niej było to jak słodka nuta pieszczoty. Elea zatopiła się w jego ustach, pozwoliła mu się porwać i całować tak zachłannie, jak tylko chciał. Zapach igliwia i mchu stał się wręcz obezwładniający; esencja lasu kołowała wokół nich z każdym ruchem powietrza, odbierając jej wszelki rozsądek, i Elea resztkami trzeźwości zdała sobie sprawę, że mogłaby mu oddać dziewictwo tu i teraz, gdyby tylko...
Blask ogniska... Wyślizgnęła się zręcznie... Jego gorzki smak...
- Są lepsze rzeczy, które można robić z moimi ustami – odparła najspokojniej, jak umiała, mimo że serce tłukło jej się w piersi jak szalone, po czym opadła na kolana. Blake już dalej nie dyskutował, pozwolił jej robić, co chciała, ale nie był jeszcze gotów, więc Elea przedłużała, jak mogła; i gdy już nie mógł tego dłużej znieść, gdy czuła jego palce we włosach, zaciskające się niecierpliwie na jej skórze, spojrzała na niego i wypełniła nim sobie całe usta. Wpatrywał się w nią na początku, ale potem przymknął powieki, pozwolił głowie opaść na metalową ścianę, a zduszonemu jękowi wyrwać się z gardła. A Elea już wiedziała, że nikt mu jeszcze tak dobrze nie robił.
Z początku delikatnie, pomagając sobie ręką, obiegała go językiem i masowała wargami. Poddawał jej się bez dyskusji, jedną ręką przytrzymując otwarte spodnie, drugą delikatnie zaciskając na jej czaszce. Gdy trochę ochłonął, patrzył się też na nią nieprzerwanie, a ona, gdy tylko mogła, spotykała jego wzrok. I brała go coraz więcej i coraz głębiej, aż poczuła, jak przeciska jej się przez gardło i przymknęła łzawiące oczy, a on wtedy jęknął nisko, czując z pewnością ten nieprawdopodobny ucisk. Schwycił jej głowę mocniej, ale gdy zaczęła się cofać, nagle nie był już pewien, i pozwolił jej się wycofać. Masowała mu ręką męskość, żeby złapać oddech, po czym powiedziała:
- Zrób to, jeśli potrzebujesz – i natychmiast znów owinęła na nim wargi. Blake już się nie wahał, zacisnął jej palce na czaszce i zaczął po prostu ją rżnąć, a gdy poczuł, że przechodzi znów przez gardło, stracił nagle rytm, jęknął przeciągle zduszonym głosem i po kilku kolejnych ruchach poczuła, jak jego gorące nasienie spływa jej do przełyku. Trzymał ją tak jeszcze przez moment, choć zaczynało jej już brakować powietrza, ale nawet gdy ją puścił i mogła swobodnie oddychać, trochę spermy zostało jej na języku. Blake oparł się z powrotem o statek, wyczerpany, a Elea podeszła bardzo blisko, zapinając mu przy tym spodnie. Nic nie powiedział, patrzył tylko na nią, na jej usta i oczy, i wiedziała, że teraz w wątłym świetle dochodzącym nawet tu z ogniska, wydawało mu się, że są całkiem fioletowe. Pocałowała go, lekko i powierzchownie, ale wystarczająco, by poczuł własny smak, a gdy już miał zamiar ją znów złapać i przyciągnąć, wyślizgnęła się zręcznie, chwyciła obie tyki i czym prędzej zniknęła w ciemności. A potem ukryła się za jakimś drzewem i próbowała powstrzymać płacz. Nie dlatego, że gardło ją bolało, bo była już przyzwyczajona, i nie dlatego, że Blake z pewnością spodziewał się czegoś innego i że może będzie próbował to kiedyś wyegzekwować, i nie dlatego, że znów sprzedała się jak dziwka, mimo że miała już tego nie robić; tylko dlatego, że jej się to podobało.
Trzymał ją jeszcze przez moment... Brakowało jej powietrza... Uścisk Żniwiarza zelżał nagle w ułamek sekundy, gdy ostrze maczety odrąbało mu głowę. Mokry dźwięk ustępujących kręgów.
- Umysł to pułapka, a w pułapce jest nagroda.
- W pułapce jest przynęta.
- A to już, moja droga, zależy, czy w nią wpadniesz.
Żniwiarze padli jak kłody, podziurawieni kulami z karabinu Bella, który teraz zwisał bezradnie z ramienia Lincolna. Elea kątem oka widziała, jak Octavia podbiega do brata i próbuje odwrócić jego uwagę i od Elei, i od historii, którą wciąż bezmyślnie mamrotał. Było po wszystkim. Lincoln podszedł i przykrył ją swoją bluzą, ale Elea ledwo to czuła, bo już całkowicie oddała się łzom i z przejmującym płaczem zaczęła walić głową o ziemię do w rytm własnych szarpanych szlochów. Lincoln czym prędzej podniósł ją z mchu zanim zdążyła zrobić sobie krzywdę. Przez ciężką zasłonę łez widziała, jak przygląda się stanowi jej twarzy; jak przez mgłę słyszała, jak mówi Octavii, że rzuci okiem na Bellamy’ego, jeśli ona powstrzyma Eleę od zabicia się przez te parę minut. Zamienili się miejscami. Octavia natychmiast przycisnęła ją sobie do piersi i szeptała słowa otuchy przez cały czas, gdy Elea wypłakiwała swój ból w serii szlochów i bezsensownego bełkotu.
Elei nie przyszło zapamiętać wiele z tego, co się działo potem. Lincoln na pewno musiał opanować krwotok Bellamy’ego. Potem próbował ją podnieść, ale gdy tylko jej dotknął, spanikowała i zaczęła się z nim szarpać... Octavia przyłożyła jej kawałek koszulki Bellamy’ego do twarzy i Elea odpłynęła do słodkiego zapachu chloroformu. Potem zabrali ją z powrotem na Arkę. Ktoś przysięgał, że zacznie używać antykoncepcji, czy może miał nadzieję, że ona używała antykoncepcji. Elea poczuła, że kolejny szloch budzi jej się w piersi, ale gardło miała zbyt ściśnięte (opuchnięte?), by dać mu upust, więc tylko zapadła się z powrotem w ciemność. Docierały do niej jednak pojedyncze urywki rozmów. Głos Abby... Lincolna... Ciche przekleństwa Octavii.
- Nie mogę zająć się nimi obojgiem, będzie musiała poczekać... Tak, zaindukuj śpiączkę.
I głos, który brzmiał dziwnie podobnie do Bella: - Nie, ale... Ona... Jej szczęka...
- ...może poczekać.
- Wykrwawiasz się. Skup się.
Szloch.
- Lincoln! Coś ty jej zrobił?... Mamy tu interakcję, wpada nam w...
- Umysł to pułapka, a w pułapce jest nagroda...

poniedziałek, 25 lipca 2016

[Fallout 4] Rozgorzała czaszka (Hancock x Aina)

- Gdzie jest Psochłap?
Na czaszce Nicka w miejscu, gdzie oberwał kolbą Strzeleckiego karabinu, widniała fioletowawa wyrwa, z której wyciekał powoli bliżej nieokreślony płyn. Synt z wyraźną trudnością nawiązywał kontakt z rzeczywistością, a jednak odnalazł ich samodzielnie. Nie powinien mieć problemów z pamięcią krótkotrwałą.
- Nick, gdzie jest Psochłap? - Jak to możliwe, że ranny Nick do nich trafił, a pies nie? Aina doskonale wiedziała, jak by to mogło być możliwe, ale nie chciała do siebie dopuszczać żadnej takiej myśli.
- Łeb mi rozsadza... - Android usiadł ciężko na skarpie, dotknął głowy robocimi palcami, ale nawet nie w pobliżu ubytku. Aina z przestrachem spojrzała na Hancocka, który już był daleko, już obchodził okolicę zazębiającymi się łukami, wypatrując Psochłapa w kępach wysokiej trawy i na horyzoncie. Ainie tylko mignęła jego ściągnięta, pewna twarz. W tej jednej chwili miała wrażenie, że kochała go bardziej niż kiedykolwiek dotychczas. Przypominał jej... Zdążyła sięgnąć do obrączek zawieszonych na jej szyi zanim przypomniała sobie, że już ich tam nie ma - Hancock przecież sprzedał je gdzieś w Goodneighbor, kiedy do niego poprzednio zawitali. Rozstała się z ostatnią rzeczą Nate'a, którą jeszcze miała; kiedy w końcu rozstanie się z jego wspomnieniem i odda w pełni Hancockowi?
I gdzie do diabła jest Psochłap?
- Nick - szepnęła, przykucając przy zagubionym syncie - naprawię ci skroń, jak tylko gdzieś usiądziemy, żebym mogła wyciągnąć narzędzia; ale proszę cię, spróbuj sobie przypomnieć. Zostaliśmy rozdzieleni. Psochłap był z tobą. Gdzie jest teraz?
- Co? - Android dopiero teraz zdawał się przetworzyć jej słowa. - No przecież jest zaraz... - Obrócił się i, zrozumiawszy swój błąd, zerwał się na równe nogi, z trudem utrzymując równowagę. Ruszył naprzód, w zupełnie innym kierunku, z którego do nich przyszedł. - Psochłap! PSOCHŁAP!
- Nie, Nick! - Aina złapała go za ramię i zatrzymała wpół kroku zanim zdołał wpaść w jakiś rów i się jeszcze bardziej poturbować. Hancock, który zaszedł już całkiem daleko, na okrzyki Nicka odwrócił się do nich, więc uniosła ku niemu rękę, żeby się nie przejmował. "W porządku?" "Nie, ale ogarniam." Hancock zdawał się doskonale zrozumieć jej przekaz, bo patrzył na nich jeszcze przez moment, a potem zaczął znikać po drugiej stronie pagórka. Aina ujęła Nicka pod ramię i ruszyli wolno w jego kierunku, tak, by cały czas widziała, jak wydeptywał swoje łuki w kępach trawiastych kikutów, które ginęły w dłoni Nicka, gdy ze zgrzytem porównywalnym do drapania tablicy szkolnej przesuwał zdrewniałe pędy między polimerowymi palcami.
- Nick, wszystko w porządku? - spytała Aina, próbując odwrócić jego uwagę, ale nieskutecznie. Synt złapał kolejną roślinę, zazgrzytał nieprzyjemnie razem z jej zębami, i zwrócił na nią na wpół nieobecne spojrzenie, jakby w ogóle nie mógł zrobić dwóch rzeczy jednocześnie, a potem odparł:
- Taa... aa... - zanim padł jak kłoda w wysoką trawę z kolejną porcją zgrzytów. Hancock, widząc to, wbił swój bagnet w ziemię, żeby zaznaczyć, gdzie skończył, i podbiegł pomóc Ainie przewrócić go na plecy. Nick był jeszcze przytomny, ale patrzył na nią pusto, jakby jej zupełnie nie rozpoznawał. Aina już grzebała w torbie w poszukiwaniu narzędzi. Hancock przytrzymywał głowę androida, żeby wyrwa pozostała czysta i dostępna do naprawy. Nie mówili ani słowa. Pracowali w ciszy, by jak najszybciej skończyć; sytuacja była zbyt niebezpieczna, żeby pozwalać sobie na pogaduchy. Jeśli Psochłap do nich nie dotarł, prawie na pewno nie jest w stanie - a więc został poważnie zraniony... albo gorzej. Nick znalazł sobie kiepski moment, żeby stracić zmysły.
Kto by pomyślał, że Strzelcy tak ich urządzą... Ainie rany zamknęły się po dwóch stimpakach, ale Hancock wciąż miał krwawiącą dziurę w ramieniu, gdzie dostał pociskiem penetrującym tak skutecznie, że wyrwało mu kawał mięsa - a z tym stimpaki średnio chciały sobie radzić. Kobieta przetrwarzała dane, rozpatrywała opcje i opracowywała plan działania, podczas gdy jej ręce manipulowały w głowie Nicka wypracowanymi ruchami; nie był to pierwszy raz, gdy naprawiała jego mechaniczny mózg, a i Hancock pomagał jej z wprawą mężczyzny, który już po wielokroć robił za samozwańczą asystę samozwańczych lekarzy i mechaników. Nie obyło się i tak bez wypadków - kilka razy dostał ręką nieprzytomnego już Nicka, gdy Ainie omsknęła się dłoń, za co nagrodził ją podenerwowanym wzrokiem; Aina zaś poraziła się prądem na tyle, że przez moment nie mogła ruszać ręką, gdy z jednego ramienia pęsety spadła jej gumowa nakładka. Wkrótce jednak Nick załączył i podniósł się z trudem, choć Aina jeszcze zalepiała mu wyrwę w czaszce żywicą.
- Źyjesz, stary? - spytał Hancock, kładąc mu rękę na ramieniu. Nick pokiwał słabo głową.
- Odpowiedz - mruknęła Aina w skupieniu. - Chcę usłyszeć, jak ci idzie mówienie.
- Żyję - odparł Nick, nawet jeśli nieco zachrypłym głosem. - Co z Psochłapem?
- Szukamy. - Aina wiedziała już wszystko, czego potrzebowała, również w kwestii jego pamięci. - Dlatego musimy ruszać, gdy tylko będziesz się czuł na siłach.
- Jestem syntem; chodźmy. - Wstał niemal tak szybko, jakby zerwał się po koszmarze, a potem, nawet się zbytnio nie chwiejąc, ruszył w stronę bagnetu Hancocka, jakby w ogóle nie spędził właśnie kwadransu na leżeniu nieprzytomnie na glebie. Aina wymieniła spojrzenia z Hancockiem i podążyli za nim.
- Pamiętasz coś, co mogłoby nam pomóc go znaleźć? - spytała Aina, jeszcze rzucając okiem na jego czaszkę. Nic się nie odkruszało ani nie sączyło. Dobrze.
- Coś wiem, ale sam nie wiem co - odpowiedział Nick, ale parł do przodu tak, jakby miał konkretny cel. Hancock z bagnetem w ręku nieco się od nich oddalił, żeby pokryć większy teren. - Oni go odganiali... jakoś... - mamrotał dalej Nick. - Pobiegli za nim, wszyscy naraz... więc uciekł... A ja pobiegłem po was, żeby go znaleźć, tylko...
- Dobrze już. - Aina położyła mu dłoń na ramieniu. - Prowadź nas tam, gdzie cię ciągnie. Psochłap się prawie na pewno znajdzie gdzieś po drodze.
Nick kluczył chaotycznie po całej okolicy, jakby nie mógł się zdecydować, czy bardziej woli iść brzegiem rzeki, czy środkiem pola. Hancock, nie zwracając na to uwagi, wrócił do swoich kręgów w zbożu. Aina jedynie rozglądała się dookoła, a w razie potrzeby kierowała Nicka w drugą stronę, jak wtedy, gdy szedł ku rzece, z której akurat wychodziły ze trzy błotniaki.
Szli tak przez kilkanaście minut. Krajobraz się zmienił, trawy zostały zastąpione przez krzewy i skarłowaciałe drzewa, rzeka się odsunęła - lub może oni odsunęli się od rzeki. I w momencie, gdy zobaczyli w oddali zestaw domów, zaatakował ich pierwszy feral.
Hancock zdjął go celnym strzałem zanim Aina w ogóle wyciągnęła broń. Wymienili się spojrzeniami i przyspieszyli kroku. Ferale nie wróżyły dobrze. Nick za to skupiony, jakby w ogóle się tym nie przejął: jedynie szedł dalej dopóki Aina nie przywołała go do porządku.
- Wiem, że ferale cię nie pożrą, Nick, ale wciąż pewnie chętnie by ci urwały parę kończyn - mruknęła Aina, gdy szli. Kolejny ghul wyskoczył z jednego z domków i dostał kulkę prosto w czoło. Hancock tymczasem ścinał mały tłumek swoich pobratymców ze zwykłą mu mieszanką wściekłości i nieszczęścia w oczach; a gdy się z nimi rozprawił, w końcu zbliżył się do Ainy.
- Musimy być już blisko - rzekł. - W takich grupach zbierają się tylko wtedy, gdy znajdą pożywienie.
Ainą aż zatrzęsło na to słowo. Psochłap? Pożywieniem? Co wstąpiło w Hancocka, żeby postawić Psochłapa na równi z padliną? Aina przyspieszyła, zostawiając towarzyszy z tyłu. Jeśli jest jeszcze jakaś szansa go znaleźć, nie miała zamiaru się poddawać.
- Aina! - krzyknął nagle Hancock, więc zatrzymała się i odwróciła, przewracając oczami, tylko po to, by zobaczyć, że są dobre dwadzieścia kroków z tyłu. Hancock właśnie składał się do strzału, ale Nick był szybszy; feral, który właśnie sięgał ku niej ręką, stracił i rękę, i zaraz potem też głowę. Hancock podbiegł do niej i, szukając ran, zaczął ją maglować:
- Czyś ty zgłupiała? Musimy trzymać się razem, a nie maszerować przez las, rozkopując ściółkę i tupiąc jak nosorożec! Jeszcze tylko...
- Skąd ty w ogóle, Hancock, miałbyś wiedzieć, czym jest nosorożec?
Ghul zawiesił się z lekka, zamrugał, umilkł. Aina fuknęła na niego jeszcze dla równego rachunku i ruszyłaby dalej, ale Nick właśnie podszedł, przykulony, wskazując na zbiorowisko w oddali. Kobieta zdjęła z ramienia snajperkę, żeby lepiej to zobaczyć, chociaż serce biło jej przerażeniem.
Prawie dwa tuziny ferali kotłowało się w jednym miejscu, wyrywając sobie coś nawzajem, przekazując, tłukąc się i przepychając; dopiero po chwili Aina zrozumiała, że biły się tak o oderwaną kończynę. Psochłap też tam był, leżał w bezruchu nieco dalej, a z kikuta po przedniej łapie z wolna sączyła się krew. Serce Ainy przestało bić i spadło do żołądka.
- Hancock - szepnęła - Psochłap tam leży. Pójdź i sprawdź, czy jeszcze żyje, czy jest sens je atakować.
Hancock zacisnął szczęki, ale ruszył. Ferale nie powinny go atakować, jeśli nie uznają, że chce im zabrać ofiarę. Jakieś pojedyncze, które nie spostrzegły, że nie jest człowiekiem, rzucały się na niego, ale padały po dwóch krokach, eliminowane pociskami Ainy. Posadzić ją na górę, dać snajperkę i... Hancock poczuł nieprzyjemne uderzenie gorąca, gdy pomyślał, że jego też mogłaby łatwo odstrzelić. Właśnie odwrócił się do niej tyłem. Prawie że czuł palący celownik na karku. A potem to już nie było ważne. Ferale przepuściły go bez dyskusji, a leżący na ziemi Psochłap uniósł głowę na niego i zaskamlał żałośnie z bólu.
Jak on mógł sądzić, że ta misja nie ma sensu?! Hancock padł przy nim na ziemię, szeptał słowa otuchy, ścisnął mi kikut kolanami, by zatamować ciągłe obfite krwawienie. Zastęp ferali dookoła wkrótce się rozproszył, rozbiegł i rozłożył na ziemi, ścięty przez Ainę i Nicka, którzy biegli ku niemu i Psochłapowi. Aina wyglądała, jakby właśnie spełniły się jej najgorsze koszmary.
- Kurwa mać, jebane ghule! - krzyknęła wściekle, rzucając bronią o ziemię. - O Boże, Psochłap... Biedaku ty mój... Co ci zrobiły te przeklęte skurwysyny...
Gdy tylko zacisnęła Psochłapowi kikut chustą, Hancock wstał i odsunął się od obojga. Miał nieprzyjemne wrażenie, że Nick patrzył na niego badawczo, więc odwrócił się w drugą stronę. To nie jej wina, powtarzał sobie, przestraszyła się, nie myślała, co mówi... Ale żadna racjonalizacja nic nie dała. Nie mógł odegnać od siebie kleistego, niepowstrzymanego przeświadczenia, że dopiero teraz, w chwili zapomnienia, pozwoliła sobie powiedzieć to, co naprawdę myśli, a co on zawsze podejrzewał. A już pozwalał sobie uwierzyć, że... Ale teraz nie było na to czasu.
- Musimy go czym prędzej zabrać do Bunker Hill - rzucił za siebie. - Teraz tylko Kay mu może pomóc.
Aina przytaknęła głową, kompletnie nieświadoma tego, jak bardzo bluźniły na nią jego myśli. Nick podniósł Psochłapa i znów ruszyli, w milczeniu, w stronę miasta. Ciszę przerywały jedynie okazjonalne piski psa, chociaż niebawem stracił przytomność, podczas gdy Aina głaskała go delikatnie po głowie. Płaszcz Nicka już był poznaczony smugami jego krwi.
Hancock z bronią w gotowości szedł parę kroków przed nimi, odstrzeliwując po kolei wszystko, co tylko ośmieliło się zbliżyć. Z bagna wystawił łeb błotniak i zaraz posypał się w popiół z powrotem w muł; niewielka grupa bandytów ledwo uniosła bronie, a już leżała martwa. Naskoczył na nich samotny feral i zaraz padł, gdy Hancock przestrzelił mu czaszkę. I mógłby przysiąc, że słyszał głos Ainy mówiący znów: "jebane ghule", chociaż jej wargi się nie ruszyły. Przyspieszył nieco kroku.
W mieście przyjęli inną taktykę - szli w zwartej grupie, na widok supermutantów natychmiast zmieniali kierunek, pozostałych wrogów, jeśli nie mogli ominąć, zdejmowali najciszej, jak mogli. Przede wszystkim nie chcieli konfrontacji, nie z Nickiem niosącym Psochłapa, nie, gdy każdy strzał mógł ściągnąć im na głowy hordy najgorszego ścierwa. Poruszali się jednak w miarę sprawnie, efektywnie, i pokonali całą trasę do Bunker Hill w ledwie dziesięć minut, poganiani przez Psochłapa stopniowo wiotczejącego w ramionach Nicka. Gdy wchodzili po schodach do bramy, krew już przesączała się kropelkami przez prowizoryczny opatrunek.
- Stój - warknęła Kessler, stając Ainie na drodze. - Naprawdę myślisz, że cię tu jeszcze wpuszczę po tym, co zrobiłaś? 
Aina zacisnęła zęby, rzucając okiem na Psochłapa i Nicka. Hancocka nawet nie uraczyła spojrzeniem. Zacisnął bezwiednie pięść.
- Nie mam na to czasu, Kessler, Psochłap jest ciężko ranny. - Ale gdy Aina znów zrobiła krok, tamta ją zatrzymała. Ich dłonie jednocześnie powędrowały do pistoletów. Hancock na wszelki wypadek, niemal automatycznie, sięgnął do swojego. Zastanawiał się, czy chciał chronić Psochłapa, czy jednak tak go Aina oczarowała, że był dla niej skłonny oddać życie, mimo że zupełnie na to nie zasługiwała. Nie ostatnimi czasy.
- Instytutowe dziwki nie są tu mile widziane. - Głos Kessler nie stał się wcale mniej wrogi, szczególnie że Aina wciąż napierała na jej rękę, dając jej do zrozumienia, że nie ma zamiaru ustąpić.
- A dziwki Railroadu? - spytała przymilnie Aina.
- Jasne, bo uwierzę, że jesteś po stronie Railroadu, kiedy widziałam na własne oczy, że przyprowadziłaś tu synty Instytutu, żeby nas wyrżnęły! - Kessler wypluła to wszystko jednym tchem i jeszcze przez moment sapała wściekle; sprawiała wrażenie, że zaraz rzuci Ainą o ziemię i skopie ją do nieprzytomności. Hancock spojrzał na Psochłapa. Nick przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, rozglądał się, jakby szukał sposobu, żeby się prześlizgnąć za bramę. Aina za to, wściekła już, warknęła cicho:
- Tak, kurwa. Pracuję dla Instytutu, bo Railroad potrzebowało agenta wewnątrz, żeby ich powalić. A teraz, pani wybaczy, mój pies umiera. - Odepchnęła Kessler lekko i ruszyła wprost na górę, a Nick i Hancock czym prędzej popędzili za nią. - KAY!
Weterynarz już na nich czekała, kończyła przygotowania, które pewnie rozpoczęła już w połowie ich dyskusji z Kessler. Nick wedle instrukcji złożył Psochłapa na posłaniu. Kay, gdy tylko spojrzała na psa, ściągnęła twarz w zaiście niepokojący sposób; Aina prawie już wychodziła z siebie. A Hancock nie mógł na to patrzeć.
- Będzie ciężko - mruknęła Kay, zaglądając Psochłapowi do pobladłego pyska, po wysłuchaniu całej historii. - Stracił mnóstwo krwi, a żeby doprowadzić go do porządku, muszę mieć dojście do rany... Chodź tu, pomóż mi; trzymaj to, ściśnij mocno...
Aina, czując się tak, jakby rozumiała coraz mniej z każdą minutą, bez dyskusji ani wahania wykonywała polecenia Kay. Myślała tylko o tym, żeby Psochłap to przeżył. Nie musi być idealny. Nie musi mieć wszystkich łap. Może zostać trójłapym kaleką. Byle żył. Nie ma zamiaru znów pozwolić na to, by jej pies umarł samotnie i w cierpieniu. Tym razem go nie opuści.
Kay pracowała w ciszy, z taką wprawą, jakby miała całe lata doświadczenia z wcale nie powszechnymi we Wspólnocie psami. Aina nie mogła tego pojąć. Czy psy działają tak samo jak braminy? Jak ludzie? Przecież mechanicznie na pewno funkcjonują inaczej. Gdyby to była maszyna...
Nie! Psochłap to nie maszyna. A Kay wie, co robi. Nie wpierdalaj się w jej pracę ze swoją inżynierią, dziewczyno.
- Aina? - rzuciła Kay, sięgając zakrzywioną igłą w takie miejsca, że zupełnie przebudowywała cały kikut. Aina z dziwnym trudem zogniskowała na niej wzrok.
- Hmm?
- Poradzę sobie na razie. Idź odpocznij. Zrób sobie krótki spacer. W razie czego Nick mi pomoże.
Aina wahała się, coś ją ciągnęło, żeby polemizować. Tym razem go nie opuści. Kay jednak nie wyglądała na kobietę, która zaakceptowałaby odmowę, więc Aina wbrew sobie skinęła głową i wyszła z jej budki. Jej też pracowało się lepiej, gdy nikt nad nią nie wisiał. Nick bez słowa przygarnął ją do piersi, ale... To tylko tyle. Kay nie wyrzuciła jej po to, żeby nie patrzyła, jak Psochłap kona. Prawda? Ale...
- Gdzie jest Hancock? - spytała cicho. Siły z niej uleciały wraz z adrenaliną. Nic już więcej nie mogła zrobić dla Psochłapa. Nie było nic, co by ją popychało do działania. Poza... - Nick? Widziałeś Hancocka?
- Aina, daj mu trochę czasu - mruknął Nick spokojnie. Spojrzała na niego bez zrozumienia. - Hancock ma kiepski nastrój, więc zaszył się w piwnicach i pewnie ćpa. Daj mu chwilę, wróci.
- Ale dlaczego?
Nick nie odpowiedział.
- Aina, chodź tu jeszcze na moment - rzuciła Kay tak spokojnym głosem, że Ainie nawet przez myśl nie przeszło panikować. - Zrobiłam wszystko, co mogłam z moimi dostępnymi narzędziami. Przeżyje, o to się nie martw, ale musiałam mu opiłować kość, więc pewnie będzie się długo i trudno goić. No i nie widzę opcji, żeby jeszcze kiedyś dobrze chodził, chyba że mu zainstalujesz jakąś... zaawansowaną protezę.
Aina wiedziała, co Kay chciała przez to powiedzieć. Jedyną szansą Psochłapa na normalne funkcjonowanie był Instytut. Tyle że Instytut raczej nie chce mieć nic wspólnego ze zwierzętami, o ile, oczywiście, nie wyszły z jego własnego warsztatu. Aina przełknęła gorycz, gdy Kay mówiła jej dalej o utracie krwi, rekonwalescencji, długim odpoczynku.
- ...A że Kessler, jak już wiemy, raczej niechętnie wpuści was tu z powrotem, to mimo wszystko proponuję, żebyście zostali dopóki on nie oprzytomnieje. Na pewno znajdziecie sobie jakieś miejsce.
Aina przytaknęła bezwiednie, próbując opanować gonitwę myśli. Bez względu na to, jak Kay by ją uspokajała, nie było opcji, żeby przestała się denerwować - zaczęła od Psochłapa, ale teraz, gdy ryzyko trochę spadło, przerzuciła resztki stresu na wciąż nieobecnego Hancocka. "Daj mu trochę czasu." Dobre sobie.
W piwnicach Bunker Hill panował półmrok. Ciemność rozświetlały jedynie porozwieszane zdecydowanie zbyt rzadko niewielkie jarzeniówki, stare lampy budowlane, industrialne żyrandole. Aina szła powolnym krokiem, ostrożnie stawiając stopy - pamiętała wyraźnie, że podłoże nie było ubite niczym poza tuzinami stóp i wciąż potrafiło się gdzieniegdzie obsuwać. Schodziła coraz głębiej pod ziemię, wiedziona przerdzewiałymi schodami w tunelach tak tragicznie zabezpieczonych, że ich wyłożone cegłą ściany sypały się jak domek z piasku. Właściwie, to był domek z piasku. Zadrżała. Jej myślom towarzyszyło nieprzerwane kapanie z nieszczelnych rur i zaworów.
Na ziemi porozrzucane były trupy syntów drugiej generacji, pozostawione tu po pamiętnym najeździe na Bunker Hill, który sama na nich ściągnęła. Boże. Ilu ludzi wtedy zginęło. Nagle, zupełnie irracjonalnie, w jej głowie pojawił się obraz małego Shauna w kołysce, Nate'a przed telewizorem; usłyszała pukanie do drzwi. Gdy wstała tamtego ranka, zupełnie się nie spodziewała... Była święcie przekonana, że to będzie zwyczajny dzień, że weźmie Shauna na spacer razem z Nate'em, że znów będą szukać Razora, że... Nawet przez myśl jej nie przeszło, że w wyniku tego jednego dnia zostanie najbardziej poważanym, przerażającym mordercą stanu... Wspólnoty Massachusetts.
Rzuciła okiem za siebie, by upewnić się, że Nick nie wpadł tu za nią i że nie musi patrzeć na te trupy jego pobratymców porozrzucane na podłodze. Wiedziała, że nawet by nie westchnął, nie dał nic po sobie poznać, patrzyłby na nie z tak pustym wzrokiem, jak pusty może być wzrok Gena 2.
Wbiegła na górę. Nawet nie próbowała powstrzymywać dyszenia, po prostu wleciala tam jak zdesperowane nastoletnie dziewczę, które spóźnia się na randkę z Nat... Ze swoim ukochanym. Zatrzymała się wpół kroku, zamknięta w błękitnej rurze, pierdolnęła pięścią o metalową ścianę. Nienawidziła siebie.
Ruszyła, już wolniej, w dół tunelem, który tym razem wyglądał nieco bardziej jak rzeczywiste przedwojenne piwnice, aż weszła do tej starej, zdezelowanej kuchni, w której kiedyś próbowała rozmawiać z odratowanymi syntami. Dopiero po chwili dostrzegła, że Hancock kuli się między lodówką a półkami, kołysząc się wprzód i w tył. Wokół niego na podłodze leżały trzy puste strzykawki po Psycho.
- Hancock? - rzuciła z cicha, siląc się na spokój. Nie było żadnej reakcji; nawet nie drgnął. - John? - Zbliżyła się z wolna, obchodząc starą, rozpadającą się ladę. - John, to ja, Aina. Słyszysz mnie chociaż?
Wtedy dopiero uniósł głowę i spojrzał na nią wzrokiem wściekłego psa, jakby lada moment miał na nią skoczyć z zębami. Serce jej zatrzepotało, cofnęła się, niemalże wpadając na półkę. Hancock podniósł się powoli, z rozszalałym spojrzeniem wciąż utkwionym w jej gardle. Patrzył na nią z tak pierwotną wściekłością, jak wtedy, gdy próbowała powstrzymać go od zabicia szpiega Instytutu w Goodneighbor. Ugięła się pod tym wzrokiem i pod wspomnieniem roztrzaskanej czaszki tamtego i bolącego policzka, i szepczących przeprosiny ust Hancocka, który drugą ręką wciąż celował w drgającego trupa. Rozejrzała się gorączkowo, ale na szczęście John zostawił bronie gdzieś, gdzie nie miał do nich dostępu w tym stanie.
- Dlaczego to powiedziałaś? - odezwał się nagle, cicho, nisko, wściekle; Aina z początku w ogóle nie zrozumiała, ci miał na myśli - a potem przypomniała sobie, w którym momencie po raz pierwszy wydało jej się, że coś jest z Hancockiem nie tak. Brwi ściągnęły jej się nieszczęśliwie, ale dla zaćpanego Hancocka było to jak przyznanie się do winy. Sięgnął ku niej, próbując ją schwycić za ramię, ale wywinęła się zręcznie; zmrużył powieki, a ona poczuła falę przerażenia.
- Hancock... John... - skomlała, próbując odsunąć się na tyle delikatnie, żeby nie dostrzegł, że od niego ucieka. - Kochany, tak mi przykro, naprawdę nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało...
- Ale zabrzmiało - rzucił Hancock. - I co teraz?
- Przepraszam, naprawdę przepraszam, John... Nie miałam na myśli nic złego, tylko... - I w tym momencie musiała postąpić o krok za daleko, bo Hancock nagle warknął i chwycił ją za szyję tak silnie i dokładnie, że od razu zaczęła się dusić. Nim choćby pisnęła, już była przy ścianie, już obdarte z tynku cegły wrzynały jej się w krzyże, już palce Hancocka zaciskały się mocniej...
- John... Proszę... - wychrypiała, walcząc o każdy oddech, orząc mu paznokciami po nadgarstku, próbując podważyć jego palce... Cokolwiek, byleby tylko się uwolnić, uspokoić Hancocka, zacząć znów oddychać. On jednak, wściekły i ślepy z szaleństwa, cisnął nią o materace - Aina boleśnie wyrżnęła szczęką w ścianę; krew poszła jej z wargi. Nie miała jednak nawet chwili, żeby się tym przejąć, bo zaraz potem Hancock schwycił ją za biodra i podciągnął do góry. Wtedy dopiero zaczęła się szarpać, zdając sobie sprawę, co się zaraz wydarzy.
- Proszę, John, opanuj się...! - zaskomlała żałośnie, ale gdy rzuciła okiem za siebie, zobaczyła w jego oczach, że miał rozsądek całkowicie przesłonięty Psycho, że kompletnie ogłuchł na jakiekolwiek jej błagania. Strach schwycił ją za gardło, łzy napłynęły do oczu. Hancock wciąż dobierał się do niej, odtrącając jej coraz to bardziej desperackie uderzenia i z dziwnie wyuczoną łatwością opanowując jej szamotaninę. Szarpała się, ale bezskutecznie. Płakała, ale nie słuchał. Wyrywała się, ale była zbyt słaba. Ze łzami w oczach i bólem serca próbowała nawet sięgnąć po broń, ale wykręcił jej rękę aż na łopatki i przy akompaniamencie jej wrzasku zerwał jej spodnie.
Wiedziała, co zaraz nastąpi. Porzuciła już jakąkolwiek nadzieję, że Hancock przejrzy na oczy. Jedyne, czego teraz może się spodziewać z jego strony, to to, co zawsze boli, nawet kiedy jest delikatny, a ona tego chce. Jedyne, co teraz może zrobić, to to zaakceptować. W końcu na to zasłużyła. I tak nikt nie usłyszałby jej krzyków.
Krzyk rozerwał jej gardło, ale nawet nie w ćwierci tak boleśnie, jak męskość Hancocka rozerwała ją. Wbrew własnej woli szarpnęła się jeszcze, ale ghul przycisnął jej łopatki do materaca, zwracając na nią mniej więcej tyle uwagi, co zwraca się na szamoczącą się rybę zanim utnie jej się głowę, gdy się ją przyrządza na obiad. Była dla niego teraz jedynie środkiem do celu i widziała, że nic nie mogłoby tego zmienić. Ból, tak obezwładniający, że wydawało się to niemożliwe, płacz i krzyk, i jego olbrzymia przemoc, szarpiąca ją od środka, i to postępujące otępienie, jakby jej mózg próbował skryć się sam w sobie i nie czuć, nie wiedzieć, nie pamiętać.
Czuła chłód swojej ścierpłej dłoni na rozgrzanym czole, na palcach rozpadały się jej słodkie łzy. Zasłużyła sobie. Zasłużyła. Zasłużyła, by wnętrzności wywijała jej jego brutalność, jakby ją nawlekał na pal i wyrywał jej kawałki jej samej, by zaraz wcisnąć jej je w gardło w formie gorejących szlochów. Zasłużyła sobie. Przepraszała Hancocka w myślach za to, że nie wszystkie należały do niego i już tylko z płaczem przyjmowała jego karę. Z każdym jego pchnięciem mimowolnie błagała Nate'a o ratunek i momentalnie nienawidziła się za to, że po tylu latach wciąż on jako pierwszy przychodzi jej do głowy, i zaraz myślała o gwałcącym ją Johnie i powtarzała sobie jak mantrę: "Kocham go, kocham go, kocham go, kocham go..."
I ledwie zdążyła popaść w to słodkie, niebolesne otumanienie, ledwo jej ciało objęła dziwnie przyjazna drętwota, ledwo zdołała dostrzec czekającą na nią ciemność, gdy on wbił się w nią zdecydowanie zbyt mocno, cały naraz, i potem jeszcze raz, i z tego bólu, pędzącego jej po nerwach, jakby szukał jej złotego środka, szarpnęła nagle głową i dostrzegła przy samym oku wystający ze ściany pręt.
A potem on uderzył jeszcze raz, równie mocno jak poprzednio, i krzyknęła równie mocno jak poprzednio, a ostatnim desperackim odruchem odwróciła głowę; i poczuła, niczym w zwolnionym tempie, jak przerdzewiałe, ułamane zbrojenie przeciska jej się przez skórę warstwa po warstwie, bez pośpiechu, żeby nie oszczędzić ani jednej komórki, i dostaje jej się do ust, a metaliczny smak zalewa jej język, i nie wiedziała, czy było to żelazo z krwi, czy z rdzy - mokrym krzykiem rozwarła wargi, Hancock wtedy pchnął ją jeszcze raz, pręt ostrym końcem przeorał jej język i uderzył w drugie dziąsło, a ból popłynął jej po korzeniu aż do żuchwy. Krew ściekała jej po brodzie.
Z każdym jego pchnięciem pręt wrzynał jej się coraz głębiej w dziąsło, z obrzydliwym, rozdzierającym czaszkę zgrzytem skrobał jej po szkliwie i zostawiał jej na języku kolejne ślady krwi i rdzy. I jeszcze raz. I jeszcze. Ból rozsadzał ją ze wszystkich stron. Szarpnęła się znów w beznadziejnej próbie, ale rękę wciąż miała wykręconą na plecach tak skutecznie, że nie sposób było przesunąć się choćby o cal. Umysł powoli i niebezpiecznie poddawał się pustce. Nie. Nie. Nie mogła na to pozwolić. Nie mogła już tego znieść. Z ciężkim trudem schwyciła pręt między zęby, zacisnęła szczęki najmocniej, jak mogła, żeby się chociaż zatrzymał, żeby jeszcze miała usta, skoro już nie miała nic innego; ale Hancock, czy też to, co z niego zostało, pchnął ją ponownie, brutalnie, i nadzieja, że to wszystko zaraz się skończy, wymieszała się z ohydnym trzaskiem łamanego zęba, krwią zalewającą jej gardło i twarz, i kolejną falą przejmującego, promieniującego bólu.
I wtedy - jego ruchy jakby zwolniły, jego uścisk jakby się zmniejszył, i Aina jednym drżącym ruchem wyjęła mu ramię bez czucia spomiędzy palców, zdjęła twarz ze zbrojonego pręta i zaczęła pluć krwią i resztkami swojego byłego trzonowca. Hancock nagle gdzieś zniknął. Świat jakby się zapadł. Próbowała odwieść zamglony, rozmyty wzrok od niewielkiej kałuży krwi, łez i śliny upstrzonej jasnymi kawałkami zęba, ale jakoś nie była w stanie znaleźć nic innego, na czym warto by go było zawiesić. Kolana jej się poddały i opadła ciężko biodrami na materac.
Oparła się o wilgotną, zimną ścianę. Czuła, jak krew skapuje jej z podbródka - i nie tylko. Chciała otrzeć twarz z grubej mokrej warstwy, ale nie miała sił podnieść ręki. Jeśli się skupiła, mogła dosłyszeć ciężki, ale niezwykle cichy oddech Hancocka, jakby próbował dyszeć tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Coś próbowało rozsadzić jej serce.
- Przepraszam... - wydusiła z siebie i zaraz szloch znów rozgorzał jej w gardle; dotarło do niej jednak, jak Hancock zrywa się gwałtownie, by wściekle ruszyć do wyjścia. Nie powiedział ani słowa.
- John! - rzuciła, jak jej się wydawało, desperacko, ale musiała tym plunąć z takim jadem, że zatrzymał się wpół kroku, choć wciąż nie obrócił się do niej przodem. Westchnęła, wciąż obolała. - Jeśli mnie tu teraz zostawisz samą, to na pewno nigdy ci nie wybaczę.
Dopiero wtedy uniósł na nią twarz. Szczęki miał zaciśnięte, ale w jego oczach lśniły łzy. Ainie wystarczył ten ułamek sekundy, by doskonale wiedzieć, co się dzieje w jego głowie.
- ...Nie powinnaś mi wybaczać. - Zacisnął powieki, by odegnać łzy. Był wściekły na siebie, i ta złość walczyła z nim z miłością do niej. Aina przypomniała sobie, co z tej miłości już dla niej zrobił. Zmusiła się siłą, ale po kolei przewinęła sobie pod powiekami wszystkie dobre momenty i niektóre złe też. Było dużo łez i jeszcze więcej krwi, ale to było ich. Tylko ich. Uniosła na niego wzrok,
- Ale chcę. - Kolejna słabnąca igła bólu posłała jej falę dreszczy po kręgosłupie. Zmusiła się, by spojrzeć na niego z czymś przypominającym figlarność. - Jak nie chcesz pomagać, to chociaż nie utrudniaj. - I po krótkiej sekundzie desperackiej walki z samą sobą znów wybuchła płaczem.
- Nie rozumiem dlaczego - powiedział tym swoim pustym głosem, zaciskając pięści. Chciał do niej przyjść i ją przytulić, wiedziała o tym, ale bał się skrzywdzić ją jeszcze bardziej. Psycho jeszcze nie zostało do końca wymyte z jego systemu. I gdy tylko o tym myślał, przypominał sobie, co jej zrobił. - Ja mam zamiar się nienawidzić do końca życia.
- Nie przeszkadzaj sobie - rzuciła przez łzy - ale ja nie.
- ...Dlaczego? - Ból w jego głosie był wręcz namacalny. Aina zebrała swój.
- BO CIĘ KOCHAM, TY PIERDOLNIĘTY SKURWYSYNU! - wrzasnęła. Policzek zakłuł bólem. Krew wypłynęła z niej, ale tylko krew. Opamiętał się, dotarło do niej. Przestał dlatego, że się nagle opamiętał. - I w końcu ci wybaczę, czy tego, kurwa, chcesz, czy nie!
Hancock obrócił się na pięcie i wyszedł tak prędko, jakby się zlękł jej wściekłości i tego, co mogłaby mu zrobić - albo sobie. Albo co on mógłby sobie zrobić. Przez długą, przeraźliwie długą chwilę Aina siedziała w wypełnionej bólem i półmrokiem ciszy przerywanej jedynie nieprzerwanym kapaniem z nieszczelnych rur i zaworów. Potem w oddali zabrzmiały przytłumione kroki. Aina rozwarła opuchnięte powieki akurat w porę, by zobaczyć wchodzącego do pomieszczenia Nicka. Jednym spojrzeniem ogarnął materac i momentalnie zrozumiał, że Hancock nie skłamał mu prosto w oczy. Jego twarz ściągnęła się w nieprzeniknionym wyrazie, gdy czym prędzej zbliżył się i zagarnął ją w mechaniczne ramiona. Aina wybuchła płaczem w jego niegdyś białą koszulę. Nick, zupełnie jakby rozumiał, co się tutaj wydarzyło, co siedziało w jej głowie i czego tak naprawdę tylko chciała, nie mówił ani słowa. Owinął ją jedynie swoim płaszczem, splamionym sczerniałą krwią Psochłapa, pocałował czule w przepocone czoło. Na udzie poczuła ukłucie stimpaka. Lekko wilgotną chusteczką otarł jej twarz; na ranie poczuła pieczenie dezynfektantu. Potem pozwoliła mu się podnieść na nogi i powoli wyprowadzić z piwnicy. A im bliżej byli wyjścia, tym bardziej kłuło ją jedno natrętne pytanie.
- Nick? Gdzie jest Hancock?
Nick nie odpowiedział.
Dopiero gdy wychynęli na światło dzienne i Nick delikatnym naciskiem na plecy poprowadził ją do Psochłapa, Aina zrozumiała. Hancock klęczał przez nieprzytomnym psem z opuszczoną głową, jakby prosił go o wybaczenie za to, co uczynił jej. Aina poczuła, jak łzy znów napływają jej do oczu. Szła w jego kierunku tak wolno, jakby stopami przedzierała się przez rzekę smoły. Hancock drgnął, bardzo lekko, gdy ją usłyszał, ale nie ośmielił się podnieść wzroku. Przysiadła naprzeciwko. Psochłap oddychał równo pod nimi. Po twarzy Hancocka spływały strugi łez, pięści miał zaciśnięte na kapeluszu na kolanach. Kochał ją. Zabijał dla niej. Tulił ją i kołysał całymi godzinami, gdy opłakiwała to, co straciła. Dbał o nią. Chronił ją. A ona kochała go i jego sarkazm, i jego ćpuństwo, i jego humor, i jego honor, i jego strach przed porażką.
Obsesyjnie wodziła językiem po ułamanym zębie. Szybkim ruchem otarła nowe łzy. Nate nie mógł się z nim równać. Nate zabijał, bo mu kazano, nie po to, by chronić słabszych i bardziej nieszczęśliwych. Nate nie porzucił własnego domu, rodziny i całej swojej tożsamości, by udowodnić obcym ludziom, że jest po ich stronie. Nate, żołnierz z kochającą rodziną, który odbył swą służbę w chwale i wciąż miał siły, by zbudować z nią wspólne, bardzo wygodne życie, nie mógł - teraz dopiero naprawdę rozumiała - nie mógł nawet marzyć o tym, by dorównać temu zdeformowanemu, pierdolniętemu ćpunowi, który siedział teraz przed nią ze wzrokiem utkwionym w krwawym kikucie psiej łapy i płakał za wszystkich, których nie mógł ochronić przed samym sobą.
Powoli i delikatnie położyła mu dłoń na rozgorzałej czaszce.

czwartek, 16 czerwca 2016

[Marvel] Skronie (Vision x Wanda)

Kontynuacja poprzedniego, "Uwielbiała to", tyle że już po wydarzeniach z "Czasu Ultrona". Właściwie to to tutaj poniżej dzieje się gdzieś w okolicach "Wojny Bohaterów". Mniej więcej.


Ciche skrzypnięcie było ich jedynym ostrzeżeniem. Scarlet wyszarpnęła się spod ramienia brata i z ciężkim trudem powstrzymała kawał gruzu od spadnięcia im obojgu na głowy; Silver wtedy był już na nogach, ubrany, i właśnie śmigał po pokoju, zbierając ich dobytek. Nie zdążył… Nie zdążył przed hukiem tak obezwładniającym, że aż zwalało z nóg i dudniło w czaszkach. Scarlet zacisnęła powieki, a gdy je znów otworzyła, była pod swoim łóżkiem, zwinięta w kulkę i wpatrzona w brata, który skomlał teraz jak poparzony szczeniak. Część jego ręki była tylko krwawą miazgą, jakby jedynie dzięki swej szybkości zdołał uniknąć niebezpieczeństwa – ale gdy wykręciła głowę, zrozumiała, że nie piszczał z bólu. O ledwie pół metra przed łóżkiem w podłodze zaczynała się olbrzymia wyrwa… Do Scarlet przez dłuższą chwilę nie docierało jeszcze, czym dokładnie był ten huk – a wtedy zobaczyła, w co wpatrywał się Silver. Na piętrze niżej, niemalże wbite do połowy w ścianę, leżało zmasakrowane ciało Mamy – beznogi, czerwony, rozgorzały trup. Jedno oko, to bardziej ugotowane, wbite było w niebo; drugie wpatrywało się w nich. Ścięte siłą wybuchu palce zatknięte na wykręconej ręce wyciągały się w ich stronę.
Scarlet wrzasnęła krótko, zanim głos wpadł jej w niepowstrzymany szloch. Silver wcisnął sobie jej twarz w pierś i nie pozwalał jej się nawet ruszyć, żeby znów na to nie patrzyła, żeby nie oszalała z bólu i nie straciła kontroli, bo niewiele było jeszcze stojących części budynku, a ściany wciąż spadały na jeszcze ciepłą pościel; ich świat się sypał i każdy ruch mógł ich posłać na dno zrujnowanego gruzowiska. A wtedy jeszcze jeden huk, cichszy i metaliczny, ale wciąż tak blisko, że oboje podskoczyli. I przed nimi też wylądowała bomba. I przez trzy dni czekali na śmierć, bojąc się choćby głębiej odetchnąć, i przez trzy dni wpatrywali się w wymalowane na metalu nazwisko „Stark”, żeby tylko nie musieć patrzeć na to, co zostało z Mamy.
A gdy wreszcie ich odratowano, a Scarlet zeszła po drabinie strażackiej i wpadła bratu w ramiona, on ugiął się pod nią jak złamana zapałka. Z ulgi zaśmiali się jak szaleńcy zanim znów w pełni dotarło do nich... do niej, że on... że śmiała się sama. Silver leżał, zimny, przestrzelony ośmioma kulami.
Wanda szarpnęła się, wyrwana z koszmaru; łzy ciekły jej po skroniach, gardło bolało od krzyków. Pot, zimny, spływał jej w dół pleców. Dopiero po chwili dotarł do niej delikatny dotyk na ramieniu i przez chwilę, przez krótką piękną chwilę ciemności, była pewna, że to Silver. Potem jednak dotarł do niej złoty poblask zawieszony w powietrzu, a potem także i srebrne wstawki wibranium, a w końcu i szkarłatna skóra. Vision unosił się nad nią, z oczami zatroskanymi na tyle, na ile był w stanie to pokazać, ale jego ciche, uspokajające szepty, dużo bardziej bezskładne niż miał w zwyczaju mówić, zdradzały jego uczucia.
- Wanda, Wanda, już dobrze – mówił. – Jesteś bezpieczna. To był tylko sen.
- NIE!
Kolejny huk, gdy jego syntetyczne ciało uderzyło o ścianę. Wanda przycisnęła wciąż czerwone dłonie do twarzy, próbując odnaleźć tamten spokój... Ale nie mogła, nie, czuła, że bez Silvera nie da rady, że już nigdy jej moc nie osiądzie w środku, tylko będzie wirować w niej jak kurz we wciąż wzburzonym powietrzu. Vision jednak już pozbierał się z podłogi i zdołał schwycić ją za nadgarstki nim zdążyła wydrapać sobie oczy.
- Wanda...
- Nie nazywaj mnie tak.
- Wan... Scarlet...
- Nie! Nie waż się! Nie jesteś nim! - Wyrywała mu się, ale tym razem był przygotowany i trzymał ją mocno. Próbował ją uciszyć, ale jego szepty docierały do niej zza grubej kotary łez i bólu. Dlaczego... Silver... Dlaczego musiała zostać całkiem sama...
- Nie jesteś sama – odparł Vision. Powiedziała to na głos czy czytał jej w myślach? Już otwierała usta, by wypluć mu w twarz, że jest tylko maszyną i całe gówno wie o rodzinie i stracie, ale znów ją ubiegł i zamknął jej je wargami tak skutecznie, że wyrwał jej się z gardła jedynie stłumiony pisk.
- Vis... – spróbowała jeszcze w przerwie na oddech, ale znów ją pocałował, przyciągając ją do siebie za kark. Nie miał bladego pojęcia, jak to się robi, nie tak jak S... Ale działało. Działało na tyle, że poddała mu się jak lalka, ręce opadły jej na podołek, i gdy w końcu Vision położył ją z powrotem na łóżku, nie próbowała już dalej protestować. Siły zupełnie ją opuściły.
Vision otarł jej łzy, przykrył znów kołdrą, pocałował ją jeszcze w czoło i wstał. Jego ciemny sweter ginął w ciemności, gdy ruszał do drzwi. Ale Wanda nie chciała... Nie chciała zostać całkiem sama...
- Nie idź – szepnęła tak cicho, że ledwie sama się słyszała, ale starczyło. – Zostań ze mną.
- Chcesz, bym ci towarzyszył póki nie zaśniesz? – spytał niewinnie, jak to on. Wszelkie podteksty były na nim stracone. Ale Wanda nie umiałaby teraz nic powiedzieć bezpośrednio. Bezpośredniość była cechą Silvera.
Chodź, siostrzyczko, no, chodź się przytul; chyba że wolisz od razu do łóżka?
Wanda parsknęła płaczliwym śmiechem. Vision chyba jednak odebrał to jako szloch, bo przysiadł na brzegu łóżka i znów troskliwie otarł jej policzki. Zaskomlała jak szczenię na falę wspomnień, które ten gest w niej obudził. Zupełnie bezwiednie wyciągnęła ręce, tak samo jak wtedy, gdy miała dziesięć, dwanaście, czternaście lat. Gdy Silver był zaraz obok.
Vision przygarnął ją do piersi. Wczepiła się w jego sweter, wciągnęła w nozdrza jego zapach, którego przecież powinien nie mieć. Chciała znów posmakować jego ust bez smaku. Chciała, by ktoś ją trzymał i kochał, i nie puszczał. Chciała choć na moment uwolnić się od koszmaru.
Jeśli Vision był zaskoczony, gdy zaczęła go rozbierać, nie okazał tego. Pod swetrem i koszulą nie miał już na sobie zielonkawego stroju, który sam sobie stworzył – jedynie nagą, czerwoną skórę. Zaczęła się bezwiednie zastanawiać, jak wiele wiedział o męskim ciele i jak wiernie potrafił je odtworzyć... Ale nie dostała okazji się dowiedzieć. Vision schwycił ją za włosy i pociągnął jej głowę do tyłu, by ułatwić sobie dostęp do jej szyi. Jego pieszczoty były niepewne, naiwne, nieco zbyt delikatne jak na jej gust, ale ledwie powstrzymywana brutalność, z jaką się do niej niecierpliwie dobierał, była wystarczająca, by niebawem brakło jej tchu, a jej paznokcie zdrapywały pojedyncze czerwone łuski z jego ramion. Wyglądały prawie jak krew.
Zerwał z niej ubrania niemalże siłą, a ona w odpowiedzi sięgnęła w dół. To był odruch – a Vision był w tej chwili tak ludzki, że zbyt późno zrozumiała swój błąd. Palcami zdołała wyczuć akurat jego na nowo tworzącą się główkę – cząsteczki ciała ocierały jej się o palce, układając się w tak znajomy jej kształt. Powieki rozwarły jej się z zaskoczenia, ale Vision, choć patrzył wprost na nią, nie dał po sobie poznać żadnej konsternacji. Opanowała się więc i ujęła jego męskość, najpierw delikatnie, potem coraz mocniej pieszcząc go, póki nie rozwarł warg w głębszym oddechu; wtedy ucałowała go w usta i przesunęła jego dłoń niżej, do swojego łona. Od tej chwili jakby coś w nim puściło. Jego ruchy, choć wciąż niewyrobione, były tak zapalczywe, że już wkrótce wiła się pod nim, niemo błagając o więcej. Za każdym razem, gdy przymknęła powieki, widziała błękitne tęczówki swojego brata, i jakby wciąż nie mogła opuścić świata wspomnień, mimo że Vision nie miał przecież nic z nim wspólnego.
- Proszę, powiedz mi, czego chcesz – szepnął Vision spokojnie, tym jednym zdaniem wyrywając ją z przeszłości. Silver nigdy jej o to nie pytał. Zawsze wiedział sam, instynktownie, lub może robił to, co jemu się podobało i jakimś trafem było to to samo, co i ona lubiła. Vision jednak nie miał z nią takiego rezonansu i patrzył na nią wyczekująco, a ona za żadne skarby nie potrafiła mu odpowiedzieć. Nigdy by jej to nie przeszło przez gardło. Już wystarczająco czuła się tak, jakby zdradzała teraz pamięć brata. Chciała tylko zaznać spokoju. Chciała choć na moment uwolnić się od koszmaru. Chciała choć raz się w czymś zapomnieć.
Vision przytaknął, ale nim to zarejestrowała, już ją całował, już rozwierał jej wciąż opierające się nogi, już układał się przy jej wejściu i... Z trudem stłumiła okrzyk, przyciskając sobie dłonie do ust. Był tak duży i minęło tak długo... Vision jednak uniósł się nad nią na łokciu i spojrzał na nią z czymś w rodzaju wyrzutu z domieszką zatroskania.
- Nie musisz się powstrzymywać – rzekł. – Jesteśmy całkiem sami. – A gdy nie mogła zdobyć się na odjęcie dłoni od ust, sam je zabrał i przycisnął do poduszki nad jej głową. Zaplótł palce między jej i ruszył, powoli, a ona piszczała i wiła się, próbując znaleźć jakikolwiek sposób, by go w sobie zmieścić, ale bezskutecznie. Vision przyspieszył, sapnął, jakby dopiero teraz zaczął ją czuć wokół siebie lub po prostu uważał, że tak należy zrobić; Wanda nie mogła już tego znieść. Nie było to doskonałe i wiedziała, że nigdy nie będzie, ale męskość Visiona dotykała takich miejsc wewnątrz niej, których jeszcze nigdy dotychczas nie czuła. Vision przyspieszył jeszcze bardziej, jego ruchy stawały się jakby bardziej erratyczne i desperackie, i Wanda zaczynała naprawdę wierzyć, że jest dla niego dobra – i to popchnęło i ją. Za pierwszym razem spełnienie przyszło tak nagle, że ledwo je zarejestrowała. Rozbiegane myśli błądziły jej gdzieś między przyjemnością przerywaną okazyjnym bólem a uczuciem jego ciężkiego chłodnego ciała i odgłosem jego cichych sapnięć, które wyrzucał jej prosto w usta, przyciskając głowę do jej czoła, a jego kryształ niemalże wbijał jej się w czaszkę. Vision jednak wciąż trzymał ją twardo za włosy, drugą ręką podtrzymując jej udo w górze, a mnogość sensacji zalewała ją coraz to nowymi falami wciąż i wciąż na nowo; tak wiele rzeczy jednocześnie domagało się jej uwagi, że Scarlet mogła jedynie wykrzykiwać wszystkie te emocje, owijając ramiona wokół szyi Visiona. On wtedy, jak na znak, schwycił ją mocniej i poderwał ich oboje w powietrze. Wbił się w nią przy tym głębiej, aż wrzasnęła z czegoś, co sama nie wiedziała, czy było bólem, czy rozkoszą, i przez chwilę nie miała pojęcia, co się dzieje, aż Vision nie przycisnął się do niej mocniej, pełniej, nie ucałował jej szyi wręcz drapieżnie i nie warknął przeciągle, docierając do najdalszych zakamarków jej ciała i umysłu... A potem opuścił się wraz z nią powoli z powrotem na łóżko. Scarlet spoczęła na chłodnej pościeli wyzuta z sił, z najwyższym trudem czepiając się resztek świadomości; Vision ułożył się obok.
- Skąd wiedziałeś, co robić? – szepnęła między sapnięciami po długiej, bardzo długiej chwili odzyskiwania kontaktu z rzeczywistością.
- Powinnaś wiedzieć – odparł Vision spokojnie. Jego dłoń delikatnie błądziła po jej brzuchu, a on przypatrywał się jej twarzy, już całkowicie opanowany, jak zawsze. – Przecież byłem systemem komputerowym pana Starka.
Parsknęła jeszcze słabym śmiechem. Gardło bolało ją od krzyków; łzy ciekły jej po skroniach.