Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

czwartek, 16 czerwca 2016

[Marvel] Skronie (Vision x Wanda)

Kontynuacja poprzedniego, "Uwielbiała to", tyle że już po wydarzeniach z "Czasu Ultrona". Właściwie to to tutaj poniżej dzieje się gdzieś w okolicach "Wojny Bohaterów". Mniej więcej.


Ciche skrzypnięcie było ich jedynym ostrzeżeniem. Scarlet wyszarpnęła się spod ramienia brata i z ciężkim trudem powstrzymała kawał gruzu od spadnięcia im obojgu na głowy; Silver wtedy był już na nogach, ubrany, i właśnie śmigał po pokoju, zbierając ich dobytek. Nie zdążył… Nie zdążył przed hukiem tak obezwładniającym, że aż zwalało z nóg i dudniło w czaszkach. Scarlet zacisnęła powieki, a gdy je znów otworzyła, była pod swoim łóżkiem, zwinięta w kulkę i wpatrzona w brata, który skomlał teraz jak poparzony szczeniak. Część jego ręki była tylko krwawą miazgą, jakby jedynie dzięki swej szybkości zdołał uniknąć niebezpieczeństwa – ale gdy wykręciła głowę, zrozumiała, że nie piszczał z bólu. O ledwie pół metra przed łóżkiem w podłodze zaczynała się olbrzymia wyrwa… Do Scarlet przez dłuższą chwilę nie docierało jeszcze, czym dokładnie był ten huk – a wtedy zobaczyła, w co wpatrywał się Silver. Na piętrze niżej, niemalże wbite do połowy w ścianę, leżało zmasakrowane ciało Mamy – beznogi, czerwony, rozgorzały trup. Jedno oko, to bardziej ugotowane, wbite było w niebo; drugie wpatrywało się w nich. Ścięte siłą wybuchu palce zatknięte na wykręconej ręce wyciągały się w ich stronę.
Scarlet wrzasnęła krótko, zanim głos wpadł jej w niepowstrzymany szloch. Silver wcisnął sobie jej twarz w pierś i nie pozwalał jej się nawet ruszyć, żeby znów na to nie patrzyła, żeby nie oszalała z bólu i nie straciła kontroli, bo niewiele było jeszcze stojących części budynku, a ściany wciąż spadały na jeszcze ciepłą pościel; ich świat się sypał i każdy ruch mógł ich posłać na dno zrujnowanego gruzowiska. A wtedy jeszcze jeden huk, cichszy i metaliczny, ale wciąż tak blisko, że oboje podskoczyli. I przed nimi też wylądowała bomba. I przez trzy dni czekali na śmierć, bojąc się choćby głębiej odetchnąć, i przez trzy dni wpatrywali się w wymalowane na metalu nazwisko „Stark”, żeby tylko nie musieć patrzeć na to, co zostało z Mamy.
A gdy wreszcie ich odratowano, a Scarlet zeszła po drabinie strażackiej i wpadła bratu w ramiona, on ugiął się pod nią jak złamana zapałka. Z ulgi zaśmiali się jak szaleńcy zanim znów w pełni dotarło do nich... do niej, że on... że śmiała się sama. Silver leżał, zimny, przestrzelony ośmioma kulami.
Wanda szarpnęła się, wyrwana z koszmaru; łzy ciekły jej po skroniach, gardło bolało od krzyków. Pot, zimny, spływał jej w dół pleców. Dopiero po chwili dotarł do niej delikatny dotyk na ramieniu i przez chwilę, przez krótką piękną chwilę ciemności, była pewna, że to Silver. Potem jednak dotarł do niej złoty poblask zawieszony w powietrzu, a potem także i srebrne wstawki wibranium, a w końcu i szkarłatna skóra. Vision unosił się nad nią, z oczami zatroskanymi na tyle, na ile był w stanie to pokazać, ale jego ciche, uspokajające szepty, dużo bardziej bezskładne niż miał w zwyczaju mówić, zdradzały jego uczucia.
- Wanda, Wanda, już dobrze – mówił. – Jesteś bezpieczna. To był tylko sen.
- NIE!
Kolejny huk, gdy jego syntetyczne ciało uderzyło o ścianę. Wanda przycisnęła wciąż czerwone dłonie do twarzy, próbując odnaleźć tamten spokój... Ale nie mogła, nie, czuła, że bez Silvera nie da rady, że już nigdy jej moc nie osiądzie w środku, tylko będzie wirować w niej jak kurz we wciąż wzburzonym powietrzu. Vision jednak już pozbierał się z podłogi i zdołał schwycić ją za nadgarstki nim zdążyła wydrapać sobie oczy.
- Wanda...
- Nie nazywaj mnie tak.
- Wan... Scarlet...
- Nie! Nie waż się! Nie jesteś nim! - Wyrywała mu się, ale tym razem był przygotowany i trzymał ją mocno. Próbował ją uciszyć, ale jego szepty docierały do niej zza grubej kotary łez i bólu. Dlaczego... Silver... Dlaczego musiała zostać całkiem sama...
- Nie jesteś sama – odparł Vision. Powiedziała to na głos czy czytał jej w myślach? Już otwierała usta, by wypluć mu w twarz, że jest tylko maszyną i całe gówno wie o rodzinie i stracie, ale znów ją ubiegł i zamknął jej je wargami tak skutecznie, że wyrwał jej się z gardła jedynie stłumiony pisk.
- Vis... – spróbowała jeszcze w przerwie na oddech, ale znów ją pocałował, przyciągając ją do siebie za kark. Nie miał bladego pojęcia, jak to się robi, nie tak jak S... Ale działało. Działało na tyle, że poddała mu się jak lalka, ręce opadły jej na podołek, i gdy w końcu Vision położył ją z powrotem na łóżku, nie próbowała już dalej protestować. Siły zupełnie ją opuściły.
Vision otarł jej łzy, przykrył znów kołdrą, pocałował ją jeszcze w czoło i wstał. Jego ciemny sweter ginął w ciemności, gdy ruszał do drzwi. Ale Wanda nie chciała... Nie chciała zostać całkiem sama...
- Nie idź – szepnęła tak cicho, że ledwie sama się słyszała, ale starczyło. – Zostań ze mną.
- Chcesz, bym ci towarzyszył póki nie zaśniesz? – spytał niewinnie, jak to on. Wszelkie podteksty były na nim stracone. Ale Wanda nie umiałaby teraz nic powiedzieć bezpośrednio. Bezpośredniość była cechą Silvera.
Chodź, siostrzyczko, no, chodź się przytul; chyba że wolisz od razu do łóżka?
Wanda parsknęła płaczliwym śmiechem. Vision chyba jednak odebrał to jako szloch, bo przysiadł na brzegu łóżka i znów troskliwie otarł jej policzki. Zaskomlała jak szczenię na falę wspomnień, które ten gest w niej obudził. Zupełnie bezwiednie wyciągnęła ręce, tak samo jak wtedy, gdy miała dziesięć, dwanaście, czternaście lat. Gdy Silver był zaraz obok.
Vision przygarnął ją do piersi. Wczepiła się w jego sweter, wciągnęła w nozdrza jego zapach, którego przecież powinien nie mieć. Chciała znów posmakować jego ust bez smaku. Chciała, by ktoś ją trzymał i kochał, i nie puszczał. Chciała choć na moment uwolnić się od koszmaru.
Jeśli Vision był zaskoczony, gdy zaczęła go rozbierać, nie okazał tego. Pod swetrem i koszulą nie miał już na sobie zielonkawego stroju, który sam sobie stworzył – jedynie nagą, czerwoną skórę. Zaczęła się bezwiednie zastanawiać, jak wiele wiedział o męskim ciele i jak wiernie potrafił je odtworzyć... Ale nie dostała okazji się dowiedzieć. Vision schwycił ją za włosy i pociągnął jej głowę do tyłu, by ułatwić sobie dostęp do jej szyi. Jego pieszczoty były niepewne, naiwne, nieco zbyt delikatne jak na jej gust, ale ledwie powstrzymywana brutalność, z jaką się do niej niecierpliwie dobierał, była wystarczająca, by niebawem brakło jej tchu, a jej paznokcie zdrapywały pojedyncze czerwone łuski z jego ramion. Wyglądały prawie jak krew.
Zerwał z niej ubrania niemalże siłą, a ona w odpowiedzi sięgnęła w dół. To był odruch – a Vision był w tej chwili tak ludzki, że zbyt późno zrozumiała swój błąd. Palcami zdołała wyczuć akurat jego na nowo tworzącą się główkę – cząsteczki ciała ocierały jej się o palce, układając się w tak znajomy jej kształt. Powieki rozwarły jej się z zaskoczenia, ale Vision, choć patrzył wprost na nią, nie dał po sobie poznać żadnej konsternacji. Opanowała się więc i ujęła jego męskość, najpierw delikatnie, potem coraz mocniej pieszcząc go, póki nie rozwarł warg w głębszym oddechu; wtedy ucałowała go w usta i przesunęła jego dłoń niżej, do swojego łona. Od tej chwili jakby coś w nim puściło. Jego ruchy, choć wciąż niewyrobione, były tak zapalczywe, że już wkrótce wiła się pod nim, niemo błagając o więcej. Za każdym razem, gdy przymknęła powieki, widziała błękitne tęczówki swojego brata, i jakby wciąż nie mogła opuścić świata wspomnień, mimo że Vision nie miał przecież nic z nim wspólnego.
- Proszę, powiedz mi, czego chcesz – szepnął Vision spokojnie, tym jednym zdaniem wyrywając ją z przeszłości. Silver nigdy jej o to nie pytał. Zawsze wiedział sam, instynktownie, lub może robił to, co jemu się podobało i jakimś trafem było to to samo, co i ona lubiła. Vision jednak nie miał z nią takiego rezonansu i patrzył na nią wyczekująco, a ona za żadne skarby nie potrafiła mu odpowiedzieć. Nigdy by jej to nie przeszło przez gardło. Już wystarczająco czuła się tak, jakby zdradzała teraz pamięć brata. Chciała tylko zaznać spokoju. Chciała choć na moment uwolnić się od koszmaru. Chciała choć raz się w czymś zapomnieć.
Vision przytaknął, ale nim to zarejestrowała, już ją całował, już rozwierał jej wciąż opierające się nogi, już układał się przy jej wejściu i... Z trudem stłumiła okrzyk, przyciskając sobie dłonie do ust. Był tak duży i minęło tak długo... Vision jednak uniósł się nad nią na łokciu i spojrzał na nią z czymś w rodzaju wyrzutu z domieszką zatroskania.
- Nie musisz się powstrzymywać – rzekł. – Jesteśmy całkiem sami. – A gdy nie mogła zdobyć się na odjęcie dłoni od ust, sam je zabrał i przycisnął do poduszki nad jej głową. Zaplótł palce między jej i ruszył, powoli, a ona piszczała i wiła się, próbując znaleźć jakikolwiek sposób, by go w sobie zmieścić, ale bezskutecznie. Vision przyspieszył, sapnął, jakby dopiero teraz zaczął ją czuć wokół siebie lub po prostu uważał, że tak należy zrobić; Wanda nie mogła już tego znieść. Nie było to doskonałe i wiedziała, że nigdy nie będzie, ale męskość Visiona dotykała takich miejsc wewnątrz niej, których jeszcze nigdy dotychczas nie czuła. Vision przyspieszył jeszcze bardziej, jego ruchy stawały się jakby bardziej erratyczne i desperackie, i Wanda zaczynała naprawdę wierzyć, że jest dla niego dobra – i to popchnęło i ją. Za pierwszym razem spełnienie przyszło tak nagle, że ledwo je zarejestrowała. Rozbiegane myśli błądziły jej gdzieś między przyjemnością przerywaną okazyjnym bólem a uczuciem jego ciężkiego chłodnego ciała i odgłosem jego cichych sapnięć, które wyrzucał jej prosto w usta, przyciskając głowę do jej czoła, a jego kryształ niemalże wbijał jej się w czaszkę. Vision jednak wciąż trzymał ją twardo za włosy, drugą ręką podtrzymując jej udo w górze, a mnogość sensacji zalewała ją coraz to nowymi falami wciąż i wciąż na nowo; tak wiele rzeczy jednocześnie domagało się jej uwagi, że Scarlet mogła jedynie wykrzykiwać wszystkie te emocje, owijając ramiona wokół szyi Visiona. On wtedy, jak na znak, schwycił ją mocniej i poderwał ich oboje w powietrze. Wbił się w nią przy tym głębiej, aż wrzasnęła z czegoś, co sama nie wiedziała, czy było bólem, czy rozkoszą, i przez chwilę nie miała pojęcia, co się dzieje, aż Vision nie przycisnął się do niej mocniej, pełniej, nie ucałował jej szyi wręcz drapieżnie i nie warknął przeciągle, docierając do najdalszych zakamarków jej ciała i umysłu... A potem opuścił się wraz z nią powoli z powrotem na łóżko. Scarlet spoczęła na chłodnej pościeli wyzuta z sił, z najwyższym trudem czepiając się resztek świadomości; Vision ułożył się obok.
- Skąd wiedziałeś, co robić? – szepnęła między sapnięciami po długiej, bardzo długiej chwili odzyskiwania kontaktu z rzeczywistością.
- Powinnaś wiedzieć – odparł Vision spokojnie. Jego dłoń delikatnie błądziła po jej brzuchu, a on przypatrywał się jej twarzy, już całkowicie opanowany, jak zawsze. – Przecież byłem systemem komputerowym pana Starka.
Parsknęła jeszcze słabym śmiechem. Gardło bolało ją od krzyków; łzy ciekły jej po skroniach.

wtorek, 14 czerwca 2016

[Marvel] Uwielbiała to (Pietro x Wanda Maximoff)

Taki trochę spin-off od "Czasu Ultrona", gdzie bliźniaki nie zdobyły mocy w eksperymentach z berłem Lokiego, tylko miały ją wrodzoną (jak szanujący się mutanci - czytajcie, naprawiłam to, co MCU musiało zepsuć przez problemy z prawami autorskimi i tymi wszystkimi bullshitami). Możemy sobie domówić, że eksperymenty zwiększyły ich moce - co też ma większy sens, bo mi się średnio podoba idea, że mutanci... tfu, Inhumans, którzy dostali swoje moce parę miesięcy wcześniej, już wymiatają na polu bitwy (na którym też zresztą są pierwszy czy drugi raz w życiu).

Także w niniejszej wersji bliźnięta mają moc od dziecka i prowadzą sobie normalne życie z mamą. Jest też drobna zmiana, że nie mieli 10 lat, gdy ich budynek dostał bombami, tylko... no, troszkę więcej (16, 17?), bo inaczej to opowiadanie nie miałoby prawa bytu. Ale to takie tam pierdółki. Nie przepadam zbytnio za zmienianiem fabuł kanonicznych, więc skoro mnie dupa nie boli o te kilka lat, to chyba nie jest tak źle. No ale ostrzegam, jakby co.

Also, tak na wypadek, jakby się ktoś nie zorientował, będzie twincest, kazirodztwo i inne zbezeceństwa. Umywam ręce od odpowiedzialności za skrzywdzone konserwatywne mózgi.


- Kiedy byliście mali, nie mieliście jeszcze kolorów – powiedziała Mama. Spojrzeli na nią zaskoczeni, bo przecież wciąż byli mali. Więc jak mali musieli być wtedy, żeby Mama tak mówiła? – Kiedy tylko się ruszałeś, pędziła za tobą taka jasna, srebrna wstęga, a twoja siostra bawiła się pływającym wokół niej ciemnoszarym dymem. Staliście się czerwonym i błękitnym dopiero gdy zaczęliście lubić te kolory.
- Naprawdę bardzo lubię czerwony – powiedziała Wanda, siedząca na podłodze obok, ale on wstał; czuł potrzebę, by znów biec, wrzącą mu w żyłach. – Chciałabym mieć na imię Red.
- Cóż, zawsze możesz nazywać się Scarlet – powiedziała Mama, całując ją z miłością w czoło, a potem dała jeszcze całusa jemu, żeby nie czuł się gorszy. – Scarlet znaczy taki bardzo jasny czerwony, i jest też takie imię. Mogłabyś mieć taki przydomek. Chciałabyś?
- Tak! – Twarzyczka Wan... Nie, twarzyczka Scarlet rozjaśniła się, a on nie mógł się powstrzymać, żeby samemu się nie uśmiechnąć. Zaczynał mu się podobać ten cały pomysł z przydomkami.
- No to czy ja mógłbym się nazywać Silver? – spytał.
- Ja myślę, że powinieneś się nazywać Quick – odparła jego siostra.
- Niee, to zbyt oczywiste! – Machnął na nią ręką tak szybko, że pewnie nawet tego nie zobaczyła. – Jeśli będę nazywać się Quick, wszyscy będą wiedziać, jaką mam moc. Mama powiedziała, że byłem kiedyś srebrny, więc chcę mieć na imię Silver.
- Jak sobie życzysz, kochanie – Mama usiadła głębiej w swoim krześle na biegunach. Przez moment Pietro chciał wdrapać jej się na kolana i trochę pobujać się z nią, ale prędkość roznosiła go od środka.
- Jestem światłem! – krzyknął na Wandę, więc zerwała się i pobiegła za nim. Ale nie mogła go dogonić, nigdy nie mogła.
- A ja ciemnością! – rzuciła, już prawie bez tchu. Przemknął obok niej ze śmiechem.
- Światło jest lepsze niż ciemność!
Wanda biegła za nim jeszcze przez kilka sekund zanim się zatrzymała, wbijając wzrok w podłogę. – To nie fair... – powiedziała głosem, który zawsze miała zaraz przed płaczem. Nie wiedział, czy miała na myśli jego prędkość czy to, co powiedział, ale też stanął. Serce tłukło mu się jak szalone.
Złe i dziwne rzeczy działy się, gdy Wanda płakała. Mamie się to nie podobało. Zazwyczaj to przez niego płakała, nawet jeśli wcale tego nie chciał. I za każdym razem Mama była na niego zła przez kilka dni, chociaż mówiła, że nie była, i traktowała go tak samo, jak zazwyczaj... ale było inaczej.
Więc pobiegł do Wandy, żeby przeprosić. Nie chciał jej zranić. Nie chciał powiedzieć tego, co powiedział. Nie chciał być dla niej niemiły, to tylko tak po prostu wypadło mu z ust. Czasem jego usta były szybsze niż jego mózg. Tak, powinien to powiedzieć. To zawsze ją rozśmieszało.
Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć – a to się prawie nigdy nie zdarzało – Mama zgarnęła ich oboje i wciągnęła ich sobie na kolana, i zaczęła ich delikatnie kołysać. Miała zamiar znów powiedzieć im coś ważnego, więc Pietro nie mógł jeszcze wtedy przeprosić. Wziął dłoń Wandy, żeby jej przekazać, że mu przykro, ale nawet na niego nie spojrzała.
- Nic nie jest gorsze ani lepsze – powiedziała Mama. – Nie może być światła bez ciemności. Spójrzcie. – Wyciągnęła lampę zza krzesła i postawiła ją na stole, żeby mogli oboje na nią spojrzeć. – Lampa to światło, tak? Ale zawsze daje cienie. Widzicie? Są tutaj, tutaj i tutaj. Ciemność jest utworzona przez światło.
- Ale co, gdyby lampa zwisała z sufitu? – spytał Pietro. Na pewno był jakiś sposób, żeby światło było bez ciemności.
- Wtedy byłby cień na suficie.
- No to co, jeśli wisiałaby w powietrzu? Wanda mogłaby ją unieść w powietrze.
Wanda przytaknęła gorliwie, nagle bardziej zainteresowana niż nieszczęśliwa.
- Wtedy byłyby cienie za wszystkimi rzeczami w pokoju.
- A co, jeśli nie byłoby nic w pokoju? Jeśli w ogóle nie byłoby pokoju? Co jeśli byłaby w kosmosie?
- Wtedy byłyby planety i księżyce, które byłyby ciemne po drugiej stronie.
- Ale co, jeśli nie byłoby w ogóle nic?
- Wtedy nie byłoby także światła.
Pietro przestał pytać, a usta mu się lekko rozwarły; czy mogłoby nie być światła w ogóle? Mama tak powiedziała... Ale...
- Więc, jeśli nie byłoby światła, to byłaby ciemność – powiedziała Wanda, znów wesolutka – prawda, Mama? Tak jak w naszym pokoju, gdy gasisz nam światło na noc.
- Prawda, kochanie – odparła Mama. Wanda spojrzała na niego z uśmiechem, ale nie triumfującym, jak się spodziewał; była po prostu bardzo, bardzo szczęśliwa. Ścisnął jej dłoń i próbował sam się uśmiechnąć, ale nie chciało się udać.
- Więc pamiętajcie – powiedziała znów Mama, przygarniając ich do piersi. – Ciemność może istnieć, gdy nie ma światła, ale nie może być światła bez ciemności.

Nie wiedziała, czemu przypomniała sobie akurat ten moment, gdy patrzyła na śpiącego Silvera. Zawsze musiał się wyspać, gdy zbyt dużo biegał. Głupi brat. Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek, a on tylko odburknął coś przez sen, żeby dała mu spokój. To tylko sprawiło, że chciała go bardziej pomęczyć.
Odłożyła ścierki i usiadła przy nim. Dlaczego to zawsze ona musiała sprzątać pokój? Poszłoby znacznie szybciej, gdyby tylko ruszył tyłek. Leniwy dupek. Czasem zastanawiała się, jak by to było, gdyby miała innego brata, ale zawsze wychodziło, że jakby nudno. Czasem zastanawiała się też, jak by to było, gdyby nie miała w ogóle brata, i zawsze wychodziło jeszcze bardziej nudno.
A teraz spojrzała na niego i pomyślała, co by było, gdyby w ogóle nie spał, gdyby był martwy... i nie mogła sobie nawet tego wyobrazić. Co jeśli to ona go zabiła, podczas jednego z jej ataków? Nie umiała wtedy kontrolować mocy. Nie, nie było takiej opcji. Bez względu na to, jak źle jej było, nigdy nie mogłaby go zabić. To by się po prostu nie stało. Prawda?
Przewrócił się na plecy, a ona wciąż tam siedziała i wyobrażała sobie, że jego spokojna twarz była pobladła, że jego pierś nie unosiła się w każdym oddechu. Wyobrażała sobie, że po prostu leżał tam martwy. Mama była na dole, przygotowując wszystko do pogrzebu i stypy, a ona siedziała tutaj, gapiąc się na niego. Zabiła go. To wszystko jej wina. Była taka wściekła, było jej tak źle, i zanim się zorientowała, uszedł z niej szkarłatny dym, a potem... On był martwy. Mama nie była zła. Po prostu dużo płakała. Wiedziała, jak Scarlet się czuła, sama też kiedyś kogoś zabiła.
Ale teraz jej brat bliźniak był martwy i leżał na swoim łóżku, jakby tylko po prostu spał, jakby nic a nic się nie stało, i to wszystko jej wina. Łzy pociekły i prawie czuła, jak wraz z nimi cieknie jej moc, ale nie mogła na to znowu pozwolić.
Rany, braciszku, obudź się, bo tracę zmysły.
Uczepiła się jego dłoni jak liny ratunkowej i ta ulga, gdy okazała się ciepła, była tak obezwładniająca, że poczuła, jak szloch rozrywa jej pierś. Położyła głowę na jego ramieniu – tym samym, na którym płakała już tyle razy wcześniej.
- Co ty do cholery robisz? – wymamrotał, wyrwany ze snu, ale gdy zobaczył, że płacze, jego głos złagodniał. – Hej, co się dzieje?
- Nic – rzuciła między szlochami, od razu cichsza i spokojniejsza. – Jestem po prostu idiotką.
- A tak poza tym? – spytał figlarnie i nie mogła powstrzymać śmiechu. Trzepnęła go w to samo ramię, które przed chwilą zmoczyła. – No dobra, chodź tu.
Owinął ręce wokół jej talii i zasadniczo wciągnął ją na łóżko, a ona wtuliła się w niego; ciche szlochy wciąż wyrywały jej się od czasu do czasu. Trzymał ją, jak zawsze, powoli ją uspokajając.

- NIE CHCĘ TEGO! – wrzasnęła Wanda. Pietro z trudem dobiegł do krzesła na biegunach, którym rzuciła przez pokój jak małą piłeczką, i odstawił je bezpiecznie. Mama próbowała do niej mówić, ale Wanda zupełnie nie słuchała. Klęczała na podłodze, a szlochy targały jej ciałem, gdy płakała: - To nie faa-a-air!
Kubek, który Mama dopiero co napełniła kawą, rozprysł się na kawałki, więc Pietro czym prędzej odepchnął ją zanim się poparzyła. Nie pierwszy raz Wanda była w takim stanie, więc miał już wprawę.
Mama zawsze mówiła, że są jak światło i ciemność. On nigdy nie płakał, nawet kiedy był małym dzieciakiem. Był zbyt pełny energii i radości. Wanda za to płakała coraz więcej w miarę, jak rosły jej moce i wszystko się zmieniało. Nienawidziła płakać, nienawidziła nie móc się kontrolować, nienawidziła całego tego chaosu, który powodowała, i myślał, że między innymi dlatego było tak źle. Więc próbował pomóc najlepiej, jak potrafił.
Zdążył schwycić oddech i znów musiał pędzić, gdy ciężka czarna figurka kota, którą Mama kupiła jako mały żart zrozumiały tylko dla nich, pofrunęła w stronę okna. Na pewno by je stłukła, gdyby się nie postawił na drodze. Impet, z którym walnęła go w brzuch, niemal zbił go z nóg, ale prędko odzyskał równowagę. Nie było czasu na odpoczynek. Lada moment Wanda mogła znów krzyknąć. Nie mógł zrobić nic poza zmniejszaniem szkód. A może mógł?
Już otwierała usta, gdy popędził prosto do niej, i zdumienie w jej oczach kupiło mu brakującą sekundę. Przytulił ją, najmocniej jak potrafił, i zaczął kołysać ją w tym samym rytmie, w którym Mama zawsze kołysała ich na jej krześle. Przestała. Bardziej zszokowana niż pocieszona, myślał, ale przestała.
- Dlaczego to muszę być ja? – płakała jeszcze z cicha, ale z dużo mniejszą desperacją; kiedy Pietro się rozejrzał, nic już nie latało. Jej dłonie zacisnęły się na jego koszulce, gdy położyła mu głowę na ramieniu. – Chcę się tego pozbyć...
Mama przyszła do nich i przygarnęła ich oboje do piersi. – Nie możesz, kochanie – powiedziała miękko. – Jest już zbyt dużą częścią ciebie.
- Nie chcę, żeby było – zaskomlała Wanda. Jej pięści szarpały go za koszulkę, ale potem przytuliła się mocniej. – Dlaczego nie mogę być normalną dziewczyną?
- Bo normalne dziewczyny są nudne – rzucił Pietro bez zastanowienia. – No i jeśli pozbędziesz się mocy, już nie będziesz Scarlet! – dodał w napadzie geniuszu.
- I tak mnie tak nie nazywasz. – Pociągnęła nosem naburmuszona.
- Zacznę. Obiecuję. – Przytulił ją mocniej, jakby to miało pomóc ją przekonać.
Mama podniosła ich z podłogi i usiadła na krześle na biegunach z nimi na kolanach, chociaż byli już na to za duzi. – Znałam kiedyś taką dziewczynę – zaczęła; Wanda i tak znalazła sposób, by wcisnąć głowę między niego a Mamę. – Też nie chciała swoich mocy. Zawsze szukała sposobu, żeby się ich pozbyć, aż w końcu jej się udało.
- A więc jest sposób, żeby ich nie było? – Nadzieja w głosie Wandy była tak wyraźna, że nawet Pietro poczuł, że to źle. Mama spojrzała na nią bardzo smutno.
- Te moce są częścią ciebie; tak samo, jak były częścią niej. Ale i tak chciała się „wyleczyć”. Kiedy jej się udało, to było tak, jakby wyrwała sobie serce.
Wanda zachłysnęła się powietrzem, a jej dłoń znalazła jego.
- Patrzyłam, jak gasła – kontynuowała miękko Mama. – Było coraz gorzej z każdym dniem. Przestała jeść, przestała mówić, a którejś nocy położyła się i już nigdy nie wstała.
Łzy pojawiły się znów w oczach Wandy, ale nie odważyła się odezwać. Mama delikatnie głaskała ją po włosach.
- To się tyczy was obojga – powiedziała. – Nie możecie wyciąć części siebie i być wciąż tacy sami. Zaakceptujcie swoje moce, a one znajdą sposób, żeby wam się odwdzięczyć.

- Wyobraziłam sobie, że nie żyjesz – powiedziała w końcu. Pietro przytulił ją mocniej, jakby to mogło pomóc. – Że miałam atak i cię zabiłam.
- Nie miałaś ataku od lat, Scarlet.
- Tak, bo zawsze je powstrzymywałeś. Ale co, jeśli miałabym atak przez ciebie i nie dałabym ci przeprosić?
- To wtedy byłaby tylko moja wina. Zabiłbym się sam, i zasłużyłbym sobie na to, gdybym był tak głupi, żeby cię zranić.
- Nie... – zapłakała znów, wtulając się w niego ciaśniej. – Nie mów tak. Nie możesz umrzeć przede mną. Tak naprawdę, pewnie bym sama się zabiła, zanim pozwoliłabym sobie cię skrzywdzić, gdybym miała atak.
- I jak myślisz, jak ja bym się wtedy czuł? Albo Mama? Nie waż się popełniać samobójstwa.
- Nie miałam na myśli, że zrobiłabym to umyślnie...
- Dobrze. Poza tym, nie będziesz miała ataku. Kontrolujesz to już lepiej.
- Naprawdę? Właśnie wwyobraziłam się w płacz.
Zaśmiał się miękko. – E tam. Jest dokładnie tak, jak Mama mówiła. Zaakceptowałaś swoje moce i pozwoliły ci się uspokoić. 
- Nie, to wszystko dzięki tobie – odparła, ocierając łzy z policzków. – A teraz, skoro to wszystko to twoja wina, wstawaj i sprzątaj pokój.
- Nie mogę, leżysz na mnie. – Próbowała wstać, ale trzymał ją mocno.
- No to mnie puść! – Walnęła go w pierś, ale tylko się zaśmiał i chwycił jej dłoń. Próbowała się od niego odepchnąć, ale udało jej się jedynie wyczuć jego twarde mięśnie pod koszulką. Cholera.
Pietro zdecydował kilka miesięcy temu, że powinien popracować nad sylwetką, żeby pasowała do tego, jak dużo ćwiczy. Śmiała się wtedy z niego, bo bieganie to nie to samo, co ćwiczenie, a już szczególnie nie wtedy, gdy przychodzi mu tak łatwo, ale teraz... Musiała przyznać, cokolwiek robił, zadziałało. Do diabła, jej brat robił się naprawdę seksowny. 
O czym ja do cholery myślę?!
Podskoczyła tak gwałtownie, że nie zdołał jej powstrzymać, ale wciąż trzymał jej nadgarstki i nie chciał ich puścić. Uśmiechnął się do niej szeroko; dopiero wtedy dotarło do niej, że ten denerwujący guzik w jej bluzce znów się rozpiął i Pietro mógł teraz doskonale widzieć wszystko, co miała. Zaklęła w duszy.
- No daj spokój, puść mnie w końcu, ty czubku – powiedziała cicho, ale jakoś dziwnie nie czuła złości ani zaniepokojenia. Właściwie nie była pewna, czy chciała, by w ogóle ją puszczał.

- Puść mnie, Silver! – krzyknęła, próbując go odepchnąć – Mama obiecała, że będę mogła dzisiaj pojeździć i mi tego NIE zepsujesz!
Rzuciła mu nienawistne spojrzenie. Pietro mógł niemal dostrzec czerwień budzącą się w jej oczach, więc prędko zabrał ręce. Mama śmiała się z nich tak, jak już prawie nigdy nie robiła, i pomogła Scarlet wsiąść na konia. Zarżał, ale stał grzecznie w miejscu, póki właściciel nie pociągnął go delikatnie wzdłuż padoku. Scarlet zaśmiała się jak mała dziewczynka, którą już od dawna nie była, ale nie chciała przestraszyć konia – szybko ucichła i tylko się trzymała.
- Jesteś za stara, żeby jeździć z pomocą! – krzyknął na nią. – Ogarnij się!
- Mogłabym? – spytała właściciela niepewnie, a on wzruszył ramionami.
- Jasne, jej to nie będzie przeszkadzać – odparł, wskazując podstarzałą klacz, na której jechała Scarlet, oddał jej wodze i zaczął wyjaśniać, co ma robić. Mama obserwowała to z Pietro i była tak dumna. A potem spojrzała na niego.
- Nie chciałbyś też pojeździć?
- E tam – odparł głosem dużo lżejszym niż się czuł. – Po co wchodzić na konia, kiedy można biec szybciej niż koń?
Mama zaśmiała się, podobnie jak Scarlet, która właśnie przejeżdżała obok.
- Pietro ma rację, Mama – rzuciła, jadąc dalej. Mama uśmiechnęła się.
- Więc będziesz tylko patrzył?
- No. A kiedy Scarlet będzie jeździć lepiej, możemy sobie wszyscy urządzić wyścigi.
- Żebyś mógł wygrać? – zaśmiała się Mama i spytała właściciela, gdzie jest jej koń.

Nim się zorientowali, już była na nim, całując jego wargi i szyję, podczas gdy on rozpinał guziki jej bluzki. Niebawem jedyną rzeczą między nimi była jej cienka bielizna i gdy ocierała się o niego biodrami – raczej nie celowo, myślał – nie mógł się już opanować.
Przyciągnął ją do pocałunku, głębokiego, wygłodniałego, zachłannego pocałunku, który wyrywał z jej ust miękkie jęki i sprawiał, że orała mu paznokciami ramiona; nie próbowała z tym walczyć, ale gdy się oderwali...
- Nie powinniśmy – szepnęła prosto w jego usta. – Boże, Silver, jesteśmy rodzeństwem. Jesteśmy bliźniętami! Nie wolno nam... – Przymknął ją kolejnym pocałunkiem i chyba już wtedy się uspokoiła.
- Nic złego się nie stanie – odparł miękko, przytulając ją mocno. Przypomniał sobie, że miał gumkę w szafce nocnej, i założył ją zanim Scarlet w ogóle zorientowała się, co się dzieje. – Nic się nie martw – dodał, wtulając twarz w jej włosy, gdy jego dłonie błądziły po jej ciele. Odetchnęła, wyginając się; ucałował jej szyję, mocno, dopóki nie wyrwało jej się piśnięcie, po czym szybko odsunął na bok jej bieliznę i wszedł.
- Ooch, mój... – stłumił jej głośny jęk ręką. Była tak cudownie ciasna. Czuł już strużkę krwi ściekającą z niej, choć nie przeszedł jeszcze przez błonę. Mógł się wbić cały naraz, gdyby przyłożył do tego swoją prędkość – ale to by ją bolało. Nie, musiał to zrobić powoli i delikatnie. Nie mógłby jej skrzywdzić.
- Wszystko w porządku? – spytał cicho, odejmując dłoń od jej ust, by odgarnąć włosy, które spadły jej na twarz. Przytaknęła i uniosła się nieco, by nieco bardziej przycisnąć do niego biodra; odpowiedział pchnięciem i nagle był już w środku. Krzyknęła, najciszej jak mogła, opadając na niego, owijając mu ręce wokół ramion jak wybawcy. Przytulił ją mocno.
- Nic mi nie jest – powiedziała, pociągając nosem. Już czuł jej łzy na ramieniu.
- Scarlet...
- Nie, naprawdę. Wytrzymam. Po prostu... Proszę... – Nie dokończyła, ale nie musiała. Trzymała się go, gdy zaczął się ruszać, najwolniej jak mógł na początku, ale wciąż wydawała z siebie cichy jęk, gdy tylko choćby drgnął. Nie uniosła głowy nawet na moment, po prostu wtulała się w niego, nawet gdy przyspieszył. Wiedział, że tego chciała – ale jakoś ciężko było o tym pamiętać teraz, między jej stłumionymi okrzykami i uczuciem jej ciepła owijającego się wokół niego.
- Dlaczego przestałeś? – spytała zdziwiona i w końcu uniosła głowę, by na niego spojrzeć. – Silver?
- Chcę cię widzieć – odparł; serce tłukło mu się jak szalone. Kurwa, to był tak zły pomysł, że prawie fizycznie bolał. Miała rację. Nie powinni byli.
Przytaknęła, ocierając twarz, wciąż trzymając się go, nawet gdy usiadł i wszedł w nią tak głęboko, że z najwyższym trudem powstrzymała wrzask. Była tak pełna, wypełniona po brzegi nim, swoim bratem, i było to tak cudownie doskonałe, że nie chciała, by kiedykolwiek przestawał. Gdyby ją zapytał, dlaczego płakała, na Boga, nie byłaby w stanie mu odpowiedzieć.
Proszę, Silver, tylko nie przestawaj.
Obrócił ich, uniósł się nad nią i już to kochała, móc na niego patrzeć, owinąć wokół niego nogi i przyciągnąć go bliżej, i całować go, i widzieć, jak się rozpada od czucia jej.
A kiedy stopniowo zwiększał tempo, ból wewnątrz niej mieszał się z jego zapachem, rozkosz mieszała się z wyrzutami sumienia, które powinni mieć, a potem wszystko odpadło, odpłynęło, i zostały tylko jego miękkie jęki, jego twarda męskość wdzierająca się w jej wnętrze, jego wargi całujące ją nieprzerwanie, żeby nie krzyczała, i to obezwładniające uczucie przepełnienia, poruszającego się z nieludzką szybkością, które wybuchało, rozrywało ją na kawałki i zaraz sklejało ją z powrotem. Właśnie zerżnęła swojego brata bliźniaka i, do cholery, uwielbiała to.

czwartek, 26 maja 2016

[Marvel] Głosy (Erik x Charles)

Nie mogłam się powstrzymać...
Historia za tym opowiadaniem sprowadza się do wielu godzin oglądania "X-Men: Days of Future Past" (jakkolwiek się toto nazywa po polsku) - i mam tu na myśli wielu godzin więcej niż film właściwie trwa (khem, khem; po prostu uwielbiam X-Menów, okej?!) - i do odnalezienia wspaniałej sceny z graniem w szachy między Erikiem a Charlesem, gdzie byli zupełnie tacy jak dawniej (to nie łzy, mam kij w oku ;___;), no i oczywiście moje pierwsze pytanie brzmiało: "Jak to możliwe, że nie ma żadnych yaoiców o tych dwóch?"
Ach, mój biedny dziewiczy umysł. (Śmiejcie się ciszej.)
Oczywiście szybko zostałam wyprowadzona z błędu stroną z fanfiction.net, zawierającą opka z tego pairingu, nazywającego się snadnie: Cherik. (Co mnie boli, bo brzmi zdecydowanie zbyt podobnie do "cherish" i może właśnie dlatego te wszystkie opka są takie niekanoniczne; nie mogło być "lenvier"? Come on!)
Przejrzałam więc ową stronę, i oto mniej więcej zapis moich reakcji (uwaga, angielski!):
I stand corrected.
How are there not any GOOD yaois about these two?
*looks through the descriptions* "Post-Cuba. Another story I'm doing with another of my friends. She is Erik. I'm Charles. Erik cannot forgive himself. Charles cannot forgive Erik, but they still want to be together, though they are currently apart. Will they reunite?" *pukes ostentatiously*
*finds one that sounds... not bad*
*reads one eighth*
*closes*
*pukes*
WHY WHY WHY WHY 
"The metalbender hesitated" -> NOPE I'M OUT
STOP THE TRAIN I'M OUT
*gurgles and dies*
I'm hurt, call 911
the metalbender
seeing where the fick was going, he was more an assbender.
OH MY GOD
IT'S MICHAEL FASSBENDER
(I apologize profusely to Michael Fassbender, but the fick and his name, and... it just asked for it. (BTW., jego nazwisko brzmi jeszcze bardziej sugestywnie, jeśli przeczyta się je "po niemiecku" xD Ahem.))

W każdym razie, mój mózg został skrzywdzony i poczuł nagłą potrzebę napisania takiego opka z Charlesem i Erikiem, które byłoby właściwie, no, porządne. No cóż. Pozostawiam wam do oceny to, co się wyrodziło.

I tak, jest "Post-Cuba". xD Tak dokładniej, jakby kogo interesowało: jest w połowie drugiego filmu, właśnie po tej scenie z szachami, gdzie zakładam, że po wylądowaniu w Paryżu nie poleźli od razu odpierdalać, tylko wylądowali w nocy i jak normalni ludzie wynajęli kilka pokojów w jakimś hotelu, żeby odpocząć.


Erik nie kłamał. Charles naprawdę był ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć - ale nie ostatnią, którą pragnął zobaczyć. Szczęka wciąż go bolała, ale na to również nie mógł narzekać. Należało mu się. Chętnie dałby się poturbować jeszcze wiele więcej za krzywdę, jaką wyrządził Charlesowi. Pociągnął łyk szkockiej. Należało mu się.
Choć zobaczyć, jak Charles chodzi - to było nierealne. Nigdy tak naprawdę nie widział go na wózku, ale już wtedy, na plaży, przecież było pewne... przecież powiedziała, że... Erik odstawił szklankę i zwinął się w fotelu. Z ust wyrwał mu się głuchy jęk. To był tylko wypadek, tylko wypadek... Więc dlaczego czuł się tak bardzo, bardzo parszywie?
Odetchnął głęboko i wyprostował się. Westchnął jeszcze raz, dla równego rachunku, i ponownie uniósł szklankę, ale potem tylko wpatrywał się w nią, walcząc ze sobą. Nie powinien tyle pić. Mają jutro zbyt wiele do zrobienia. Powinien położyć się i wypocząć.
Ale wciąż nie mógł przestać myśleć o tej rozmowie, o twarzy Charlesa, gdy mówił... Nawet choćby myślenie o tym sprawiało, że coś ściskało się w piersi Erika.

- Jak je straciłeś? – zapytał Erik spokojnie, z ciekawością. Charles patrzył na niego niepewnie przez krótką chwilę zanim odpowiedział.
- Leczenie na mój kręgosłup naprawiło mi też DNA – odparł, a w jego głosie nie pobrzmiewało nic. Erik spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Poświęciłeś swoje moce, by móc chodzić?
- Poświęciłem swoje moce, żeby móc spa... – tu Charles przerwał, jakby gardło mu się nieprzyjemnie ścisnęło i spojrzał za okno. – Co ty o tym wiesz?

I ot tak, Erik siedział w fotelu ze szklanką szkockiej i sam nie mógł spać. Myślał o tym, co stracił, o Mystique i o swoich braciach i siostrach, którzy zginęli przez ludzką chciwość i strach. A przede wszystkim myślał o Charlesie i o tamtej plaży, i o tym, jak wszystko spierdolił swoją własną chciwością i strachem. A był taki pewny, taki pewny...
Nagle to usłyszał. Nie był to dokładnie krzyk, ale bardziej jakby… jego zapowiedź. Właściwie Erik nie wiedział, co to było. Jedyne, czego tak naprawdę był pewien, to że nie było to nic dobrego i że dochodziło z pokoju Charlesa.
Zerwał się nieco zbyt gwałtownie i aż zdziwił się własnym zapałem. A potem zakręciło mu się lekko w głowie; spojrzał na swoją szklankę ze szkocką i sporo rzeczy zaczęło nabierać sensu. Wciąż ściskając ją w ręku wyszedł na korytarz. Na całym piętrze panowała cisza, jakby jedynie wydawało mu się, że coś słyszał, ale jakieś dziwne przeczucie zapewniało go, że to nie był tylko omam. Zapukał więc cicho do sąsiadującego pokoju.
- Charles? – rzucił w ciemność, otwierając drzwi. – Wszystko w porządku?
I wtedy zobaczył go. Charles siedział skulony na łóżku, oddychając ciężko; jego naga pierś pokryta była potem, głowę miał zwieszoną między rękami. Widok ten odkrywał się przed Erikiem powoli i stopniowo, w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności. Na dźwięk zamykających się drzwi Charles uniósł twarz i spojrzał wprost na niego.
- Erik...? – wyrwało mu się, jakby się upewniał. – Nie, nie, idź sobie. Wyjdź. Nie potrzebuję twojej litości.
Erik naprawdę chciał spełnić jego polecenie, ale jakoś... nie mógł. Stał jak wryty. Nigdy wcześniej nie widział Charlesa tak bezradnego, tak... odsłoniętego. Nawet kiedy leżał na piasku i nie mógł się ruszyć, nawet wtedy nie pozwolił sobie nawet na chwilę słabości. Teraz wyglądał, jakby miał zaraz się rozpłakać, a drżenie jego dłoni widoczne było nawet w tej ciemności.
Charles westchnął, widząc, że tak łatwo się go nie pozbędzie.
- Ale może mi się przydać twoja szkocka – powiedział w końcu cicho i Erik, prawie że automatycznie, podszedł bliżej, by podać mu szklankę. Jego kroki brzmiały okropnie głośno w prawie pustym pokoju. Charles najwyraźniej pozbył się wszystkiego poza łóżkiem i małym stolikiem, i Erikowi zaczęło to nieprzyjemnie przypominać jego celę w Pentagonie.
- Miałeś koszmar? – zapytał Erik, gdy Charles wlewał w siebie resztę alkoholu. Na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy zapaliło go gardło, i dopiero wtedy odpowiedział skinieniem głowy.
- Ale przecież twoje moce... – zaczął Erik cicho, ale Charles mu przerwał.
- To nie wina moich mocy. – Jego wzrok na moment skierował się ku twarzy Erika i temu aż serce podeszło do gardła. To była jego wina. Musieli go znowu spotkać, znów z nim pracować i... Boże, jak mógł myśleć, że Charlesa w ogóle to nie ruszy?
Porzuciłeś mnie!
Głos Charlesa i cały ból w nim zawarty zabrzmiał mu w głowie tak głośno i wyraźnie, jakby był tam od zawsze. Ale Erik wiedział, że to niemożliwe. Jego wspomnienia, z pomocą alkoholu i twarzy przyjaciela, w którą właśnie wpatrywał się z niedowierzaniem, mieszały się z rzeczywistością. Westchnął, próbując się uspokoić. Nie chciał, żeby Charles dostrzegł, jak bardzo jego cierpienie go poruszyło. Tylko właściwie – dlaczego?
Poddał się samemu sobie i usiadł na brzegu łóżka. Charles oddał mu pustą szklankę i Erik z braku innych pomysłów postawił ją na ziemi. Po długiej chwili ciszy, którą obaj spędzili na wpatrywaniu się w bliżej nieokreślone, niezwykle fascynujące punkty między własnymi lekko rozstawionymi kolanami, Charles w końcu spojrzał mu w twarz. Chociaż wyglądał tak, jakby musiał się do tego zmusić.
- Dlaczego przyszedłeś? – zapytał.
- Usłyszałem… coś, co brzmiało, jakbyś chciał wrzeszczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu – odparł Erik, z trudem znajdując słowa. Charles machnął niecierpliwie ręką.
- Nie, dlaczego przyszedłeś?
Erik nie odpowiedział od razu.
- Nie mogłem się powstrzymać – odrzekł w końcu. – Nie chciałem... Jesteś moim przyjacielem, Charles. Zawsze będziesz. Nie mogłem cię tak zostawić.
Porzuciłeś mnie!
Wzrok Erika spadł na jego palce, bawiące się bezwiednie same sobą, na jego przebierające dłonie, a potem opadła mu również głowa i spoczęła zwieszona na jego piersi. Charlesowi nie umknął ani jeden szczegół, ale nic nie powiedział. Było oczywiste, że i uczucia Erika, i jego nie mają źródła w ich dzisiejszym spotkaniu, a przynajmniej nie tylko. Wiedział, czego sięgały, ale starał się, jak tylko mógł, już od pewnego czasu, by nie myśleć o tamtym dniu. Bał się, że gdyby pozwolił temu do siebie dotrzeć, rozsypałby się w stertę gruzu jak zamek z piasku. Jak wtedy.
- Przepraszam – wydusił w końcu Erik niebezpiecznie drżącym głosem. – Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję tego, co ci zrobiłem.
- Istotnie, nie wiem – odparł Charles gorzko. – Nigdy nie dałeś mi szansy się dowiedzieć. Mogę tylko się domyślać.
- Daję ci szansę teraz, jeśli tylko chcesz mnie wysłuchać.
Charles nie był całkowicie pewny, czy chce go wysłuchać, i musiało się to odmalować na jego twarzy, bo Erik westchnął zbolale i znów spuścił wzrok. Mimo to Charles czuł, że potrzebuje tej rozmowy – że musi sprawić, by Erik zrozumiał.
- Bywało, że chciałem odebrać sobie życie – powiedział w końcu – bo nie widziałem w nim sensu. Tak wiele straciłem, jednocześnie, że... – Zamilkł, szukając sposobu, by nie brzmieć zbyt oskarżająco, ale widział, że Erik już i tak był pełen wyrzutów sumienia. – Nie chcę cię winić, Erik. Daj mi powód, żeby cię nie winić.
Erik milczał. Nie wpadało mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć, żeby go przekonać, a czego Charles by już nie wiedział. Spojrzał na niego, spodziewając się złości, czy choćby nieufności, ale w oczach Charlesa była tylko niema prośba – o wyjaśnienie, pomoc, może?
- Wierzyłem, że tak będzie lepiej – rzekł w końcu. – Chciałem uciec od tego, co ci zrobiłem. I naprawdę myślałem, że tobie to też pomoże.
- To był wypadek, Erik. Nie mogłem cię winić za wypadek, a jedynie za to, że zostawiłeś nas tam bez możliwości powrotu do domu. I za to, co zrobiłeś z Raven.
Głos Charlesa był zmęczony i suchy, ale Erik tego nie zauważał. Być może nigdy się nie pogodzą w sprawie relacji między mutantami a ludźmi, ale jeśli mógł naprawić choć odrobinę krzywdy, którą wyrządził Charlesowi, miał taki zamiar.
I gdy tylko Charles znów uniósł na niego wzrok – jakby oczekując odpowiedzi – Erik przypomniał sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy poczuł go w swoim umyśle. Przypomniał sobie jego uczucia i swoje, i to przeświadczenie, że właśnie teraz budzi się między nimi przyjaźń, która będzie trwać ich całe życie. I nie mógł się mu oprzeć.
Charles – ku jego zdumieniu – nie odepchnął go, nawet gdy język Erika wsunął się między jego wargi. Jedną dłoń położył mu na piersi – i serce Erika wyskoczyło do przodu – żeby potem przesunąć ją ku górze i zacisnąć na jego karku. Drugą Erik schwycił sam, wplatając palce między jego.
Całowali się tak, jakby czekali na ten moment od lat. Naga pierś Charlesa unosiła się i opadała szybko w płytkich, niecierpliwych oddechach, jego dłonie drżały; Erik zsunął się wargami na jego szyję, popychając go na poduszki. Wolną ręką odnalazł jego sutek i Charles aż wygiął się w łuk, a potem jeszcze mocniej, gdy do drugiego Erik sięgnął ustami. Gdyby jego paznokcie były dłuższe, właśnie teraz Charles zostawiałby mu na plecach czerwone ślady. Erik uśmiechnął się lekko na samą myśl o tym, co to będzie, gdy w końcu dotrze niżej.
I przez to właśnie zdał sobie sprawę, że wcale nie mają tyle czasu, ile by może chcieli – i od razu odsunął tę myśl na bok. To nie było ważne. Choćby hotel miał im się zawalić na głowy, Erik nie miał zamiaru odrywać się od przyjaciela. Charles nie opierał się mu – wręcz przeciwnie, gdy Erik zsunął mu bokserki i oplótł wargi wokół jego męskości, szarpnął się, wbijając się w jego usta tak głęboko, że aż gardło zabolało.
- Niee, Erik... - jęknął, chociaż palce już miał zaplątane w jego włosach i chyba tylko z trudem powstrzymywał się od przyciągnięcia go bliżej. – Ach... Przestań... Erik...
Erik nie przestawał. Zaciskał palce na biodrach Charlesa, wciskając go sobie w usta raz po raz, pozwalając mu je wypełnić i przepełnić; połykał go, masował językiem, ssał i pieścił, aż Charles, nie mogąc już tego znieść, zerwał go z siebie, choć z taką miną, jakby najchętniej zerżnął mu gardło. Erik upadł na łóżko, oddychając ciężko; podparłszy się na łokciu, drugą ręką sięgnął do spodni, nawet na sekundę nie odrywając oczu od Charlesa. Przez moment w powietrzu wisiała ciężka cisza, jakby obaj mieli sobie jeszcze sporo do powiedzenia... ale już nie było na to czasu. Już nie mogli czekać. Nie po tylu latach.
Mimo to Charles wciąż się wahał, jego wzrok co chwilę zmieniał się z pożądania, przez wstyd, po jakieś resztki złości, do której nie nawykł i nigdy już nie miał nawyknąć. Jego wzwiedziona męskość, nieukrywana zupełnie, zdradzała jednak rzeczywisty stan jego nieprzeciętnego umysłu, i gdy Erik sięgnął, by z absolutną pewnością przekonać się, czy aby istotnie byli swoimi lustrzanymi odbiciami... Byli.
Dłoń Charlesa zaciskająca się na jego członku, obca w dotyku, a jednak cudownie znajoma; jego błękitne oczy wodzące po całej twarzy Erika, gdy odwdzięczał się podobnymi pieszczotami; i te czerwone wargi, rozchylające się bezwiednie na najmniejszą obietnicę pocałunku. Potem Erik nie pamiętał już wiele – resztki szkockiej mieszały się w jego głowie z rozszalałymi emocjami i z oszałamiającym uczuciem ciepłej skóry Charlesa pod jego dłońmi, piersią, udami... Obrazy ich pieszczot i pocałunków plątały się z bólem wbijających się w jego ramię palców Charlesa i jego zgnębionego jęku, i z tym przejmującym uciskiem, i gorącem, i pełnią ich wspólnego połączenia, która dla obu ich, razem i z osobna, była znacznie bardziej satysfakcjonująca niż cokolwiek fizycznego, co mogliby uczynić.
Nie będzie odwrotu.
Poczuł go nagle, w swojej głowie, jak te wiele lat temu, i choć wiedział, że to tylko złudzenie, i choć wspomnienie to nie należało do najlepszych, wciąż czuł go, na tak wielu poziomach, że odbierało mu dech; z najwyższym trudem łapał gorące, przepełnione pożądaniem powietrze - ale nawet niedotlenieniu poddawali się obaj jednocześnie. Charles zagryzał własną dłoń, próbując się powstrzymać od krzyków, które jednak wciąż wyciekały, mimo jego starań, przez szczeliny, aż w końcu Erik pocałował go, głęboko i zachłannie, a ich poszarpane oddechy rzęziły im między wargami. Zalegające jeszcze łzy bólu Charlesa rozsmarowały się mokro na policzku Erika, gdy przylgnął do jego szyi, gdy schwycił go za kark, gdy zaczął, tak przyciśnięty do jego chłodnej skóry rozciągniętej na gorących wnętrznościach, szukać ich wspólnego rytmu coraz głębiej, coraz szybciej, z coraz większą desperacją. Jednak dopiero gdy Charles, skomląc i jęcząc z cicha tak, jakby ktoś odebrał mu głos, począł wyrzucać ku niemu biodra, dopiero wtedy Erik pozwolił sobie się w nim zatracić. Puścił krawędź i spadł w przepaść, zatopił się w rozszalałych falach bijących o brzeg z ogłuszającym krzykiem, i mimo bólu, mimo rzeczywistości wpadającej mu gwałtownie i brutalnie do przepełnionych Charlesem myśli, wolność upadku przepełniła go euforią nieporównywalną z kimkolwiek innym w jego życiu.
Tej nocy Charles nie słyszał ech koszmarnych głosów.

wtorek, 3 maja 2016

Wcale nie (Nikt x Nikt)

Zawsze była bardzo spostrzegawcza. Zawsze zauważała drobne zmiany w zachowaniu innych, niewielkie różnice, niuanse języka, i jak diabeł, tkwiła w szczegółach. Przez to też szczyciła się nietuzinkowym opanowaniem - pragmatycznie analizowała każdy detal każdej sytuacji, żeby tylko nie pozwolić emocjom wziąć góry. Nie poddawała się łatwo uczuciom.
Dlatego tym bardziej ją przeraziło, gdy znienacka usłyszała Jego głos przy uchu - zupełnym przypadkiem, akurat po coś sięgał, a ona stała obok - i niemalże kolana się pod nią ugięły, i gdyby nie oparła się niby to niezobowiązująco o szafkę, to by już przed Nim klęczała i... Poczuła przypływ gorąca. To było bez sensu. To nie miało tak być. To nie miało jej tak schwycić. Ale...
Przestała bezwiednie zagryzać wargę, ciesząc się jedynie, że był do niej odwrócony plecami i nie dostrzegł tego, jak na Niego patrzyła. Żeby jeszcze to wszystko nie było tak skomplikowane. Żeby miała chociaż cień pewności, że to ma szansę... Żeby jeszcze się tak nie bała. Tylko czego ona się, do cholery, tak bała?
Jego szerokie ramiona, do których nie chciał się przyznać, majaczyły jej przed durnie załzawionymi oczami. Tylko się nie odwracaj, jeszcze nie... Jeszcze muszę odnaleźć grunt pod nogami.
- Cholerny pył - burknęła na wyjaśnienie swojego ocierania oczu, a On spojrzał na nią przez ramię z zaniepokojeniem.
- W porządku? - spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. I dobrze, bo nie byłaby w stanie Mu jej szczerze dać. - Zaraz skończę i wyjdziemy na zewnątrz. Wytrzymasz jeszcze chwilę?
- Mhm - mruknęła przez ściśnięte gardło. Jego poharatane dłonie sypały owies do śrutownika, a ona zwracała uwagę na każdy szczegół, jak układał palce, jakim ruchem chwytał worki, jak mięśnie przesuwały Mu się pod skórą. Wyobrażała sobie, że tak samo przesuwają się, gdy ją do siebie przyciąga, że takim samym ruchem chwyta ją za biodra, że tak samo układa palce na jej szyi. Poczuła uderzenie gorąca; przestąpiła z nogi na nogę. Stłumiła ochotę wsunięcia Mu ręki pod koszulkę. A niech to wszystko cholera weźmie.
Zawiązał worek z wprawą kogoś, kto robił to całe życie, i odwrócił się do niej. Uśmiech rozjaśnił Mu twarz. - To co? Idziemy?
Skinęła głową i ruszyła ku wyjściu, czując, jak Jego ręka wręcz automatycznie powędrowała ku jej talii. Słońce uderzyło w nią całym swoim żarem, jakby chciało jej dać coś do zrozumienia, ale myśli miała tak rozszalałe, że z trudem przypominała sobie własne imię. Jego dłoń nacisnęła lekko na pasek jej krótkich spodenek, kierując ją w stronę domu...
- UWAGA! Z DROGI! - rozległ się wrzask i zanim jej mózg choćby przeanalizował znaczenie tych słów, poszybowała na ścianę; szorstki tynk nieprzyjemnie otarł jej ramię, ale nie to było istotne. Przed nią szarżujący roczny byk właśnie wbijał niewyrośnięte jeszcze na szczęście rogi w Jego klatkę piersiową. On złożył się nad łbem zwierza, ramię położył mu na czole, a drugą ręką po szczęce sunął do przodu, próbując schwycić nozdrza.
- STÓJ, KURWA! - ryknął mu prosto do ucha, ale nie odnosiło to większego skutku. Trzasnął go dłonią w śluzawicę, poprawił i dodał: - STÓJ, TY BYDLAKU, KUR...! Bo jak cię zaraz... - W końcu udało Mu się wcisnąć byczkowi palce do nosa, i jak na zawołanie wszystko się uspokoiło. Byk stanął, posapując ciężko, gdy On pchał mu łeb do góry najdalej jak dał radę; Jego ojciec już był obok, już nakładał byczkowi uwiąz, już go odprowadzał z powrotem do obory... Odetchnęła z ulgą.
- Żyjesz? - spytał cicho, zbliżając się do niej. Zamrugała, odganiając zalegający jej pod powiekami obraz Jego napiętych z wysiłku mięśni, i skupiła wzrok na Jego dziwacznie pobladłej twarzy. Przytaknęła.
- A ty? Nie wyglądasz najlepiej...
- Nic mi nie jest - zdążył powiedzieć, zanim wziął głęboki oddech i wypuścił go z bolesnym kaszlnięciem. - Moja przep... - I już nie nabrał więcej powietrza. Ścisnął sobie splot słoneczny, osuwając się na kolana. A Ona nie mogła wydusić z siebie dźwięku, zszokowana, nie dała rady nawet drgnąć... To się nie mogło dziać. Nie teraz. Nie, nie, nie, nie kiedy już zaczęła wierzyć we własne szczęście. Nie kiedy wszystko miało się już... Wtedy jednak coś nią pchnęło, jakby dostała w twarz od niewidzialnej ręki, i oprzytomniała.
Czym prędzej położyła Go na ziemi. Był wciąż świadomy, sam wyciągnął głowę do tyłu, ale, jak można się było spodziewać, nic to nie pomogło. Nie, problem tkwił głębiej. Wspięła się na Niego, próbując opanować czerwień wspinającą jej się na policzki, gdy słyszała, że nadbiega Jego ojciec. Kolanami, najmocniej jak potrafiła, ścisnęła Mu pierś nad ostatnimi żebrami, starając się nie zważać na rozsypany wszędzie drobny żwir zdzierający jej skórę, po czym silnie wpompowała w Niego porządny oddech powietrza, jednocześnie powoli puszczając Mu żebra. Gdy tylko się odsunęła, tlen natychmiast opuścił Jego płuca, ale On zrozumiał, co próbowała zrobić. Sama niemal straciła dech, gdy poczuła Jego dłonie na nagich udach, ale On jedynie pomógł jej zgnieść Go mocniej i sam łapczywie zassał oddech przez ściśnięte z bólu zęby, gdy odpuściła. Powoli budząca się sinica jak na zawołanie opuściła Jego twarz. Jego matka stała w drzwiach domu, zbyt przerażona, by zrobić cokolwiek konstruktywnego. A ona ściskała go dalej, oparta ciężko o ziemię przy Jego głowie, a On wciąż chwytał każdy najmniejszy oddech, który udawało im się zassać Mu do piersi, i wpatrywał się jej prosto w oczy tak, jakby świata poza nią nie widział. Jakby nie mógł bez niej żyć, i nie tylko dlatego, że tylko ona stała właśnie między Nim a bezdechem. Poczuła, że łzy znów ciekną jej do oczu. Nie zasługiwała na to. Ona tylko trochę pomagała Mu oddychać, dopóki Jego przepona nie uwolni się ze skurczu. Ściskała Mu pierś z coraz głębszymi, coraz bardziej desperackimi sapnięciami. I lepiej, żeby uwolniła się prędko, bo...
I wtedy, jak na zawołanie, On zepchnął ją z siebie i rozkaszlał się, próbując między atakami złapać porządne oddechy, a między oddechami przeprosić ją za brutalność. Machnęła na Niego ręką. Jak dla niej nie musiał jej za nic przepraszać. No, może ewentualnie za nerwy. Zaraz też przeniósł wzrok na swojego ojca, który wciąż nad nimi stał i teraz tylko pokręcił głową i odszedł bez słowa.
Podnieśli się w końcu oboje; On, na drżących jeszcze ze strachu nogach, ledwo stał, więc pozwoliła Mu się na sobie wesprzeć. Ruszyli w stronę domu. Jego matka czekała w progu i na wejściu przygarnęła Go do piersi, ucałowała, po czym natychmiast obróciła się na pięcie i wróciła do krzątania się po kuchni. Nim w ogóle dotelepali się do drzwi Jego pokoju, już zdążyła przygotować synowi herbatę i wcisnąć ją jej do ręki. Przytaknęła w ciszy i pociągnęła Go do pokoju.
- Daj spokój, zaraz ją rozlejesz, jak się będę na tobie dalej wspierać - rzucił. Mogłaby przysiąc, że na Jego policzkach dostrzegła cień rumieńca.
- A weź nie odpierdalaj. - Przewróciła spektakularnie oczami i położyła sobie Jego dłoń na ramieniu. - Nie doceniasz mnie, ty durny świrze.
Prychnął na nią tłumionym śmiechem, ale już nie dyskutował, a ona nie uroniła ani kropli. Ich odbicia zafalowały w lustrach szafy, gdy zawadził o framugę drzwi do pokoju, ale herbacie nic się nie stało. Drzwi popchnęła lekko nogą. Opadł ciężko na krzesło, a ona postawiła kubek na biurku i uśmiechnęła się do Niego z dumą kogoś, kto powstrzymuje się od powiedzenia: "A nie mówiłam". W odwecie wciągnął ją sobie na kolana. Jego ramiona były chłodne i jakby niepewne. Wtuliła się w Jego szyję.
- Nie strasz mnie tak więcej - burknęła, dziabiąc Go po żebrach. Syknął z bólu, więc natychmiast się odsunęła z przeprosinami na ustach, ale przyciągnął ją z powrotem. Przeklęty masochista. - Przestań, przestań... - Udało jej się w końcu wstać, chociaż spojrzał na nią jak szczeniak z lękiem separacyjnym. - Daj, chcę zobaczyć. Pomogę ci.
On jednak postanowił sam się rozebrać i z nieprzeciętnym zaskoczeniem odkrył, że żebra Go bolą, gdy tylko unosi ręce. Pokręciła na Niego głową, westchnęła przeciągle, uniosła brew - wtedy wreszcie poddał się i pozwolił jej sobie pomóc. Z wprawą osoby, która miała sporo do czynienia z takimi urazami, ściągnęła z Niego delikatnie koszulkę.
Pół Jego piersi pokrywał rozległy siniec w miejscach, gdzie wbiegł w Niego byk i gdzie jej kolana pogniotły Mu żebra. Z empatycznym syknięciem omacała Go lekko, ale nie wydawało się, żeby miał coś połamane. Przez cały czas przyglądał się jej skupionej twarzy, a gdy tylko uniosła na Niego wzrok, nie wahał się - schwycił jej kark i pocałował ją, niby to gwałtownie, a jednak, gdy tylko ich wargi się spotkały, wyhamował; ledwie musnął jej usta, ledwie wysunął język, kciukiem podparł jej żuchwę, jednocześnie palcami przyciągając ją bliżej.
Tym razem z własnej inicjatywy wspięła Mu się na kolana, a On przycisnął ją sobie do piersi, choć na pewno musiało to boleć jak diabli; przylgnęła do Niego, wczepiła się palcami w Jego ramiona, ustami wpiła się w Jego szyję. Odwzajemnił gest tak skutecznie, że nie wiedziała już, co się dzieje - a gdy się od niej oderwał, była już tak rozgorączkowana, że chaotycznymi ruchami zaczęła dobierać Mu się do rozporka. Nie opierał się, a wręcz zaczął jej pomagać - a ona czym prędzej zdjęła spodenki z jednej nogi i odsunęła na bok bieliznę, i już za chwilę miała Go w sobie, wsuwał się w nią całą swoją pełnią tak powoli, że czuła dokładnie każdy szczegół, a ona przyciskała się do Niego i wbijała zęby w Jego szyję, żeby tylko nie krzyczeć ani nawet nie jęczeć za głośno, szczególnie że drzwi wciąż były tylko lekko przymknięte.
On błądził rękami po jej ciele, całował jej szyję, podgryzał jej ramię... Nie dawał jej ani chwili odpoczynku, ale i tak, choć uderzenia gorąca ślizgały się w dół jej kręgosłupa za każdym razem, gdy czuła Jego zęby na skórze, a w ślad za gorącem szły zaraz wstęgi dreszczy, choć wciąż musiała powstrzymywać się od krzyku, i tak nie było dla niej wystarczająco szybko i mocno. Nawet gdy poczuła, jak zaciska na niej dłonie aż do bólu, jak z trudem tłumi warknięcie, wbijając się w nią mocniej, gdy poczuła Jego ciepło rozlewające się po jej wnętrzu, nie dała rady przejść przez ten próg. Dostrzegł to, ale, niezrażony, pocałował ją głęboko i tak namiętnie, że wbrew jej woli wyrwał jej się rozkoszny jęk, a potem brutalnie schwycił ją za żuchwę i zdjął z siebie, rzucając ją na łóżko jak szmacianą lalkę. Stłumiła pisk. On zamknął drzwi.
Próbowała się podnieść, żeby pomóc Mu w tym samym, ale przycisnął ją za szyję do pościeli. Drugą ręką pomagał sobie sam, patrzył jej prosto w oczy i choć nie mogła Go całego widzieć, doskonale zdawała sobie sprawę, jak to na Niego działa. Sięgnęła w dół, wsunęła w siebie palce, westchnęła przeciągle, czując swoją wilgoć pod opuszkami. Oglądał ją całą, wpatrywał się w chaotyczne, desperackie, acz bezsensowne ruchy jej palców - oboje doskonale wiedzieli, że ona się tak nie doprowadzi. Nie bez Niego.
I zaraz przewrócił ją na brzuch, gwałtownie, jakby nie mógł już się jej doczekać, i rozpaliło ją to bardziej niż wszystko, co zrobili dotychczas. Ścisnął jej kark. Poderwał jej biodra do góry i do siebie. Wgryzł się w jej ramię i od razu ręką stłumił krzyk, który wyrwał jej się spomiędzy warg. Ocierała się o Niego błagalnie, ale, choć wiedziała, że sam nie mógł już dłużej czekać, On wciąż to odwlekał. Poczuła Jego dłoń na pośladku, ostry ból, ale zaraz zanikł, przytłumiony całunem podniecenia; poderwał jej głowę, dłoń owijając wokół jej żuchwy, zmusił ją, by spojrzała w lustro. Jego wzrok był dziki, nieokiełznany, a ona wyglądała jak najbardziej posłuszna dziwka, jaką wyrodziły światowe burdele. Ich oczy spotkały się w tym lustrze i dokładnie w tym momencie On wbił się w nią po same biodra, jednym gładkim ruchem, aż zagryzła sobie rękę, żeby nie krzyknąć głośno z mieszanki bólu i rozkoszy. Podciągnął ją za tę żuchwę do góry, wpił się w jej szyję, wyjął jej rękę z ust.
- Nie oszukuj - szepnął jej do ucha, niskim, pełnym ognia głosem, którym zawsze doprowadzał ją do szaleństwa. - I bądź cicho. Nie waż się wydać dźwięku. Rozumiesz?
Przytaknęła bez słowa; wtedy puścił ją i pozwolił jej opaść na poduszki, podczas gdy sam schwycił jej biodra, wbił jej palce głęboko w brzuch i zaczął ją rżnąć jak rasową sukę, podczas gdy ona musiała poświęcić całą świadomą uwagę temu, żeby powstrzymywać się od desperackich wrzasków. Szczególnie, gdy słyszała nad sobą, jak On dyszał z wysiłku, jak sam próbował stłumić pojedyncze warknięcia, jak pomyślała o Jego poobijanych żebrach i jak wyobraziła sobie mięśnie Jego rąk i piersi, napinające się przy każdym Jego ruchu... Osiągnęła szczyt nagle, fala uderzyła w nią z taką siłą, że niemal natychmiast ją zepchnęła w otchłań, i poczuła to wszystko tak bardzo i tak nagle, że zupełnie nie wiedziała, co dzieje się z Nim. Wykrzyczała swoją rozkosz w cichej, stłumionej parodii przeciągłego wrzasku, a gdy już była w stanie zwrócić na Niego całą uwagę, on właśnie pochylał się, by czule pocałować jej rozgrzany kark. Opadli na pościel, wycieńczeni.
- Aleś to sobie zaplanowała - mruknął, przeczesując włosy, podczas gdy ona przykleiła się do Jego ramienia i ułożyła się do snu. Dziabnęła Go figlarnie w jedno z niebolących żeber i tylko pół serio odparła:
- Wcale nie...