Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Stare ale jare #10: Pamiętać... (Kabuto x Shiro + Sasuke x Shiro)

Krótka notka tytułem wstępu, czyli dlaczego wybrałam to opowiadanie.

Opowiadanie samo w sobie nie jest czymś nadzwyczajnym - mam na myśli styl i ogólny sposób napisania. Jest tu tylko dla koncepcji, która jest genialna. Opowiadanie w drugiej osobie, podciągnięte pod Obławę IV autorstwa Jacka Kaczmarskiego, a w dodatku te powtarzające się pojedyncze zdania, jak to "Nie pamiętasz...?/Pamiętasz...?" I to jedyne zdanie napisane narracją bezpośrednią... *.*

Wiecie, czasem zdarza mi się napisać coś tak genialnego, że zadziwiam sama siebie.


Pamiętać...


Mdławy niewoli zapach nozdrza łechce...
Nie pamiętasz...?
Płakałaś. A ty podszedłeś do niej powoli. Położyłeś jej dłoń na ramieniu. Pocałowałeś w czoło. Powiedziałeś, że będzie dobrze.
Trzasnęłaś go w twarz. Krzyknęłaś, żeby się odsunął. Że nie chcesz go widzieć. Że on i ten wężowaty dupek mogliby wreszcie dać ci święty spokój.
Ciebie to wściekło. Bo niby jak inaczej? Zapytałeś z wrzaskiem, jakim prawem ona, zwykła dziwka, obraża lorda Orochimaru. Jak śmie?
Krzyknęłaś, żeby się zamknął. Nie chciałaś, żeby tak na ciebie mówił, zwłaszcza on. Dlaczego dla każdego byłaś dziwką? Suką? Kurwą?
Zauważyłeś, że ona znów się załamuje. I zdałeś sobie sprawę, że to twoja wina. Że to ty właśnie zdrapałeś strup na ranie jej duszy. Że to przez ciebie krew znów ją zalała. Że to przez ciebie cierpi. Przez chwilę chciałeś przeprosić. W końcu była z twojej wioski, była twoją towarzyszką, jakbyś nie patrzył. I wtedy coś do ciebie dotarło. Że mimo iż ona wciąż was zostawia, mimo iż nienawidzi ciebie i Orochimaru, mimo iż dopuściła się zdrady i teraz miała ponieść karę... To wciąż ma na dłoni opaskę Oto-Gakure. Nie zdjęła jej ani nie przekreśliła, a to oznacza, że wciąż jest z twojej wioski. I że należy się jej jakiś szacunek.
Zapytała, co ci odpieprza. Zdziwiłeś się, widząc jej błękitne tęczówki, zanim zamknęła oczy. Prychnęła. Zaczęła mówić, ale jej głos był przesycony takim jakby... żalem. Bólem. I goryczą.
Powiedziałaś, że oni nigdy tego nie zrozumieją. Że miałaś nadzieję, że chociaż on, ale też nie. Bo nawet jeśli tobie należy się szacunek, jak już on zdążył się domyśleć, to nigdy już go mieć nie będziesz. Zwłaszcza od kiedy wszyscy ninja Oto dowiedzieli się, co robił ci Orochimaru. I dlatego wiecznie będziesz już dziwką, przynajmniej dla tej wioski. Powiedziałaś, że żałujesz. Żałujesz, że całe Oto, które przecież było przez siedem lat twoim domem, tak cię potraktowało. A mogłaś zostać w lesie. Ale ty i twoja rodzina popełniliście niewybaczalny błąd. Ostatecznie mogłaś zamieszkać w Konoha-Gakure. Tam przynajmniej obdarzano cię tym szacunkiem, o którym on dopiero pomyślał. Tam zaakceptowano cię niemal od razu i mimo tego, co zrobiłaś, wciąż cię tam akceptują. Bo przecież każdy popełnia błędy. Ale musi ponieść ich konsekwencje.
Patrzyłeś na nią zdziwiony. Dlaczego nagle ci to mówi? Jaki ma cel? Chce się wydostać? Przecież wie, że to niemożliwe, sama kilka razy zamknęła kogoś w tej celi. Zmarszczyłeś brwi. Mimo wszystko nie powinieneś tracić czujności.
Ale ty się tym w ogóle nie przejęłaś. Mówiłaś dalej. Zapytałaś, czy wie, dlaczego odeszłaś od nich po tamtej zbrodni. Przecież – według nich – byli twoim jedynym ratunkiem, ostoją wręcz. Ale wiedziałaś, że cię wykorzystują. Gdyby chociaż Czwórka Dźwięku przez ten czas traktowała cię inaczej. Nie tak jak zawsze, nie tak jak dziwkę... Jak człowieka. Ale oni już chyba nie potrafili, przyzwyczaili się, że jesteś suką, zerżniętą przez Orochimaru. I że tak powinni cię traktować. A ty wiedziałaś, że jeśli wrócisz z nimi do Oto, nic się nie zmieni. Bo oni tylko nie chcieli mieć twojej siły przeciwko sobie. A i tak się nie udało. Gdy jeszcze do tego te dwa czy trzy miesiące później pokrzyżowałaś Orochimaru plany, musiał cię ukarać. Jakbyś była niegrzecznym dzieckiem.
Rozszerzyłeś bardziej powieki. Nie miałeś pojęcia, dlaczego ona się tu znalazła. Miałeś po prostu jej pilnować. Ale jeśli to jej wina... To wszystko jasne. Wiedziałeś już, dlaczego Orochimaru był tak wściekły ostatnimi czasy.
Powiedziałeś, że on i tak osiągnie swój cel.
Odparłaś, że nie, że to i tak się nie uda, choć plan był zaiste bardzo i owszem. Taki bardzo w stylu Oro. Tylko że zazwyczaj jego plany opierają się na manipulacji ludzkimi umysłami, a to nie za każdym razem może się udać. Zapytałaś go drwiąco, czy to prawda. Zwróciłaś się do niego po imieniu.
Krzyknąłeś, że jeśli tak ma zamiar się zachowywać, to rzeczywiście nie należy jej się w Oto żaden szacunek.
Powiedziałaś spokojnie, że zachowujesz się tak, bo tego szacunku nie masz. I koło się zamyka. Ale tobie to nie przeszkadza. Nie potrzebujesz już Oto.
Zerwałaś blaszkę Dźwięku z opaski na swojej dłoni i rzuciłaś o ścianę. Pękła. Dwie połówki opadły z brzękiem na ziemię.
Złapałeś ją za szczękę, podniosłeś i warknąłeś jej prosto w twarz, że w takim razie nie masz już żadnych oporów. Jęknęła. Rzuciłeś nią o ścianę, uderzyła w nią. Ostry kamień rozciął jej policzek. Przygwoździłeś jej nadgarstki do skalnej powierzchni, unosząc je w górę i łapiąc jedną ręką. Drugą przejechałeś po jej brzuchu, talii i krzyżu. Wsunąłeś ją za biały pasek.
Czułaś zimne palce na swojej skórze. Jego dłoń opadła na twoje pośladki, zaczęłaś się wić, próbując się uwolnić. Ale był za silny. Poprosiłaś płaczliwie, żeby przestał. Zignorował cię, skupiał się tylko na sobie. Szara powierzchnia kamienia majaczyła ci przed oczami, potem skąpała się w twoich łzach. On rozpiął twoje spodenki i zsunął je na uda. Zatrzymały się na nogawkach. Pociągnął do siebie twoje biodra, ułatwiając sobie dostęp. Rozszerzył nieco twoje nogi. I wepchnął w ciebie od razu dwa palce.
Słyszałeś swoje imię wykrzyczane jej ustami. Brzęczało ci w uszach, razem z podnieceniem powodując pulsowanie wewnątrz głowy. Jej wypięte w twoją stronę pośladki wydawały się zapraszające, choć wiedziałeś, że ona tego nie chce.
Kto by się tam nią przejmował. W końcu to dziwka.

Nie ufam wam, ale i nie chcę zaufania...
Nie pamiętasz...?
Czułaś jego parszywie zimne palce zatapiające się raz po raz w twoim wnętrzu. Czułaś ból. Znów. I znów upokorzenie. I płacz. I krzyk. Jęki.
Wspomnienia nagle zaczęły do ciebie powracać. Tak nagle. Tak brutalnie. Tak boleśnie.
Krzyknęłaś. I znów. Jego palce powodowały ból, ale to nie dlatego. To te wspomnienia. To one sprawiały, że krzyczałaś. Cierpiałaś.
A ty? Czułeś się coraz bardziej podniecony. Podobał ci się jej ból. Podobała ci się władza, jaką otrzymałeś. Dominacja. Jej krzyk. I błagania, byś przestał.
Nie przestałeś. Straciłeś nad sobą kontrolę. Wyjąłeś palce.
Odetchnęłaś, rozkoszując się tą chwilą spokoju. Wiedziałaś, że zaraz będzie gorzej. Oni wszyscy są tacy sami.
Pchnąłeś ją mocno. Brutalnie. Tak perfidnie brutalnie. I rozkoszowałeś się jej krzykiem. Jej bólem. I cierpieniem.
Nie jesteś człowiekiem.
Przytuliłaś policzek do kamiennej ściany. Próbowałaś znaleźć w jej szorstkiej powierzchni jakiekolwiek oparcie. Pocieszenie. Ale nie byłaś zdziwiona, gdy się nie udało. Pchnął drugi raz. I trzeci. Przyspieszył.
Twój krzyk, żeby przestał, przeciął desperacko powietrze. Ale on cię nie słuchał. Był zasłuchany tylko w podniecone i podniecające pulsowanie wewnątrz mózgu, rozchodzące się na całe ciało. Słyszałaś jego rozkoszne jęki. Wiedziałaś, co czuje. Tobie też czasem zdarzało się to czuć. Ale nie z nim. Nie teraz. Nie przez ten brutalny ból.
Wygiąłeś ciało w łuk, czując, jak coś wewnątrz ciebie się unosi. Chwila napięcia na szczycie. I już z górki. Puściłeś jej ręce i biodra. Zapinając rozporek patrzyłeś, jak opada na ziemię. Zwinęła się w kulkę z płaczliwym jęknięciem. Wyszedłeś. Skrzywdziłeś ją. Wiedziałeś o tym. I wyszedłeś bez słowa.
Nie jesteś człowiekiem.
Ból powoli słabł, ale nie chciałaś się ruszać. Leżąc, zaczęłaś budować wokół siebie mentalną skorupę. Żeby tylko się odgrodzić. Uciec stąd. Uciec od świata zewnętrznego. Jakby z daleka usłyszałaś odgłosy walki na korytarzu. Jakieś krzyki. Zacisnęłaś oczy. Skorupa już za chwilę się zamknie. Już za chwilę nie będziesz musiała nic słyszeć. Pójdziesz gdzieś i nie wrócisz. Nie chciałaś wracać. Chciałaś się zamknąć w sobie i nic już nie czuć. Nie czuć bólu. Nie czuć krwi. Nie czuć siebie.
Nie pamiętać.
Zapomnieć.
Ale skorupa nie zdołała się zamknąć. Jakby jakieś niewidzialne ręce ją powstrzymały. Inny umysł pojawił się w pokoju. Zbliżył się.
Znów jęknęłaś. Żeby cię zostawił. Żeby odszedł. Pozwolił odejść tobie.
Odparł, że nie pozwoli ci na to. Że nie może.
Czas jakby stanął. Jakby wszystko się zatrzymało. Zamilkło. Zniknęło. Łzy przestały płynąć. Jakby coś je zmroziło na twoich policzkach. Nie czułaś nic. Nie czułaś bólu. Nie czułaś krwi. Nie czułaś siebie. Tylko słyszałaś gdzieś głęboko odbijające się echem słowa, wypowiedziane ciepłym głosem tej osoby. Chłopaka.
Szepnęłaś cichutko jego imię.
Podniósł cię. Delikatnie. Tak znajomo delikatnie.
Powtórzyłaś jego imię. Poczułaś jego ciepło i ramiona obejmujące twoje zmarznięte ciało. Wargi na czole.
- Już będzie dobrze... - szepnął.

Las jest nasz i łąki też są nasze...
Pamiętasz...?

Stare ale jare #9: Niezaspokojone pragnienie (Kakashi x Anko)


Krótka notka tytułem wstępu, czyli dlaczego wybrałam to opowiadanie.

Bo jest rozkładające i całkiem nieźle napisane. Na tyle nieźle napisane, żebym mogła je swobodnie przeczytać XD I uśmiać się po drodze. To jest kompletnie pojebane, już nawet zapomniałam, jak bardzo... XDDD
Napisałabym więcej, ale jestem zbyt zmęczona. Nie spałam dzisiaj.



Niezaspokojone pragnienie


Ciemny korytarz ciągnął się długo. Zbyt długo. Czułem, jak moje podniecenie powoli opada. Jednak kobieta, która szła przede mną z opaską na oczach i przyspieszonym ze strachu oddechem na ustach i która mimo to kołysała ponętnie biodrami, a także jej nagie pośladki odsłonięte przez białe stringi, które odcinały się ostro na tle śniadej skóry, stanowiąc wraz z wysokimi obcasami jej jedyny ubiór... to wszystko sprawiało, że mój kutas sterczał twardo, nie opadając ani na moment.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Wiedziałem, gdzie prowadziły wielkie, niemal dwukrotnie wyższe od nas podwoje z dębowego drewna, z metalowymi okuciami i zbrojeniami. To był mój cel. Zbliżyłem się i pchnąłem je, a potem za ramię pociągnąłem kobietę do pomieszczenia. Przymknąłem drzwi, pozostawiając jedynie wąski promyk światła z korytarza. W panującym półmroku widać było tylko łóżko z metalową ramą, stojące u stóp wielkiego posągu Buddy, który trzymał w dłoniach poprawnych gabarytów okrągły szmaragd. Światło odbijało się w nim, tworząc na ścianach piękne zielone odblaski.
Kobieta ich jednak nie widziała – postarałem się, żeby nic nie widziała, dokładnie pokrywając jej oczy czarną opaską. Dzięki temu mogłem zdjąć swą maskę, rozrzucić szare włosy, zdjąć koszulę. Rozpiąć rozporek eksponując swą imponującą erekcję posągowi. Uśmiechnąłem się pod nosem na myśl o świętokradztwie, którego zamierzałem się dopuścić.
Kobieta nie widziała, ale wydawała się wyczuwać świętą aurę miejsca, w którym się znajdowała, bo obróciła się do mnie.
- Jak... – szepnęła. W jej cichym głosie dosłyszałem strach, zażenowanie i nutkę niedowierzania.
- Wiesz, gdzie jesteśmy, prawda? – byłem rozbawiony jej zagubieniem. Wziąłem ją w ramiona. Nie zorientowała się, że tuląc ją i kołysząc powoli zbliżałem nas ku metalowej pryczy. Uśmiechnąłem się szerzej, zauważając czysto białą pościel i wypolerowane ramy. Moi podwładni spisali się znakomicie. Pocałowałem ją mocno, namiętnie, wpiłem się agresywnie w jej usta. Broniła się przez chwilę, ale szybko wpuściła mnie do wewnątrz, pozwalając mi bawić się jej językiem i łaskotać podniebienie.
Cisnąłem jej wspaniale zbudowanym ciałem na pryczę, chwyciłem jej półdługie brązowe włosy i skierowałem na siebie jej twarz. Patrzyłem przez chwilę na jej lekko zaczerwienione policzki, na rozchylone, pełne usta, różowiące się wśród ciemnych, ledwo widocznych na śniadej skórze piegów. Była taka piękna... a ja? Ja miałem zamiar ją wykorzystać, jak wiele innych kobiet przed nią, a potem porzucić, zostawić, zerwać kontakt. Puściłem ją i usiadłem obok, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Jakiż ja byłem żałosny, by tak czynić... Jakiż ja byłem żałosny...
Wtem jej miękka dłoń zacisnęła się na moim obnażonym członku. Westchnąłem, czując, jak porusza się w górę i w dół, zaciskając i rozluźniając uchwyt palców. Odwróciłem się momentalnie i wpiłem w jej ciepłe wargi, mój język nawet nie czekał na pozwolenie. Nasz pocałunek był tak namiętny, że sam z siebie podniecał i mnie, i ją. Wiedziałem, że jest aż nadto gotowa i że zrobi teraz wszystko, co jej każę, ale mimo to nie potrafiłem się na cokolwiek zebrać. Całowałem ją tylko, bojąc się, że zrobię jej krzywdę, jeżeli posunę się dalej.
Ale ona nie mogła czekać. Chwyciła moją dłoń i przyłożyła ją sobie do piersi. Mimowolnie zacząłem ją masować, szczypać sutek, potem już zapomniałem się w tym, co robię, ścisnąłem je obie i wtuliłem w nie twarz. Czułem, jak się wygina, słyszałem, jak jęczy, wyobrażałem sobie jej przymknięte z rozkoszy oczy. Językiem mocno naciskałem jej sutek, zębami podgryzałem go leciutko i nieboleśnie. Drugą ręką rozłożyłem jej nogi, odsunąłem jej bieliznę i wepchnąłem w nią dwa palce.
Zachłysnęła się powietrzem, a potem chwyciła mój nadgarstek z siłą, której nie mogłem przemóc. Podniosłem się.
- Noo, maleńka - mruknąłem. - Tak to się nie będziemy bawić.
Pod poduszką znalazłem kajdanki. Pomyślałem, że moi podwładni spisali się znakomiciej. Nie zwracając uwagi na ciche krzyki i próby ucieczki kobiety, przykułem jej nadgarstki do metalowego zagłówka. Szarpnęła się raz i drugi, ale to tylko sprawiało jej ból, więc przestała. Uśmiechnąłem się wrednie i zsunąłem jej stringi, mimo że rzucała nogami, krzycząc na mnie, żebym się nie wygłupiał.
- No chyba po to tu przyszłaś, prawda, kochanie? - zapytałem, zawisając nad nią. Nie odpowiedziała, tylko zacisnęła te swoje śliczne, białe ząbki. Przejechałem po nich językiem, a potem od razu zsunąłem się w dół i skupiłem na jej nogach. Całowałem uda, łydki, masowałem je dłońmi i wargami, maltretowałem zagięcie kolana, wypychając z jej ust ciche jęki i przyspieszając jej oddech.
Ujrzałem dwie długie, zwinięte ściśle apaszki zwisające z dwóch stron ramy na końcu łóżka - pomyślałem, że moi podwładni spisali się nawet znakomiciej niż znakomiciej. Miałem ochotę wykorzystać je już teraz, ale to jeszcze nie była ta chwila.
Nagle zapragnąłem zobaczyć, co wyniknie z połączenia moich ust i jej stóp. Wynikło dużo coraz głośniejszych jęków - zwłaszcza kiedy ssałem jej palce i wpychałem język między nie. Zdziwiło mnie, że mnie także to podniecało. Ciekawe. A jeżeli znów włożę w nią palce? Ooooo! Zachłysnęła się powietrzem i krzyknęła przeciągle. Interesujące. No to zaczynamy.
Poruszyłem palcami, mocno przeciągając jej nimi po przedniej ściance. Głośny jęk rozkoszy przyjemnie zaatakował moje ucho. Kolejne kilka ruchów sprawiło, że zaczęła krzyczeć, wiercić się i rzucać nogami, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Uśmiechnąłem się i wyjąłem z niej palce. Począłem od podbrzusza i, całując, liżąc, pieszcząc, posuwałem się coraz wyżej, aż dotarłem do jej piersi. Tam się zatrzymałem. Bariera wysokościowa. Powoli wspinałem się po stromym, acz wraz z wysokością łagodniejącym zboczu, by w końcu - dotrzeć na szczyt, teraz już stwardniały i sterczący. Prześlizgnąłem się przełęczą mostkową i zrobiłem to samo z drugim szczytem. Rany, jak dobrze, że ona nie potrafi czytać w myślach. Jestem pewien, że jej na przykład kolano bez problemu potrafiłoby przejść przez portal moich zębów, prowadzący do cieplejszego i wilgotniejszego... świata? Wymiaru? No, nieważne. Ten świat lub wymiar na pewno byłby jednak pełen krwi i latających wszędzie białych odłamków.
Zszedłem z łóżka i rozebrałem się do naga. Mój penis wciąż nieskrępowanie sterczał gotowy na wszystko. Ale, ku mojemu i jego ubolewaniu, musiał jeszcze poczekać. Ponownie wsunąłem w kobietę dwa palce. Kiedy zacząłem nimi poruszać, wpychając je coraz głębiej i stymulując punkt G, ona zawyła, wygięła ciało w łuk, a potem zaczęła z taką siłą szarpać kajdanki, że myślałem, iż pękną. Anko z pewnością nie należała do płci słabej, ale kajdanki nie pękły. Ktoś musiał je bardzo dobrze dobrać. Kurwa mać. Moi podwładni są po prostu zajebiści - jeśli wszystko wykonują z taką precyzją i we wszystkim zwracają taką uwagę na szczegóły, to ja ich już nie wypuszczę, będę obwisły, siwy i zdychający, a oni dalej będą przy mnie, zmieniając mi pieluchy... Muahahaha.
Stanąłem obok jej głowy i pochyliłem się lekko, podstawiając jej żołądź pod nos. Przejechałem jej mokrym z podniecenia czubkiem po ustach - odwróciła gwałtownie twarz. Za włosy skierowałem ją z powrotem na siebie i powtórnie przysunąłem jej swą męskość. Tym razem grzecznie rozchyliła usta. Kiedy włożyłem go do środka, czułem, jak ociera się lekko o jej zęby i jak ona obiega go językiem. Pozwoliłem jej przez chwilę tylko bawić się z nim, ale potem gwałtownie wsunąłem go głębiej. I jeszcze raz, i jeszcze... W jej oczach pojawiły się łzy, szarpała rękami kajdanki. W końcu wyszedłem, Anko jeszcze dłuższy moment oddychała ciężko.
Teraz wiedziałem, że nadszedł odpowiedni czas. Przewróciłem ją na brzuch, pociągnąłem jej biodra do góry i tak wypiętą przywiązałem apaszkami do ramy łóżka, za kostki. Jęknęła i schowała czerwoną ze wstydu twarz w poduszce, zdając sobie sprawę, że staję za nią i pożeram wzrokiem to, co miała najpiękniejszego.
...Ale ja jestem bezczelny.
Wlazłem na łóżko i zacząłem całować jej pośladki. Jej jęki wtapiały się w poduszkę. Dłońmi głaskałem jej uda, najpierw na zewnątrz, potem wewnątrz, potem coraz wyżej, aż dotarłem do jej kobiecości. Delikatnie przejechałem po niej palcami, dwa razy - najpierw po jednej wardze, potem po drugiej. Anko westchnęła i poruszyła biodrami. Tropem palców podążyłem ustami, aż przylgnąłem mymi wargami do jej warg i wsunąłem język w jej wilgotne wnętrze. Westchnęła nieco głośniej, jej palce zacisnęły się kurczowo na materiale poduszki. Zacząłem poruszać językiem, z początku powoli i mocno, potem coraz intensywniej, aż w końcu zaangażowałem w to całą głowę. Jej jęki stawały się głośniejsze i bardziej desperackie. Ewidentnie było widać, a raczej słychać, że czerpała z tego nieopisaną przyjemność. Aby uczynić to uczucie silniejszym, podniosłem rękę i zacząłem delikatnie palcami masować jej łechtaczkę. Targnęła głową, pisnęła długo i przeciągle.
- Proszę, Kakashi... - miauknęła i poruszyła biodrami. Podniosłem się. Palcem przeciągnąłem wypływające z niej soki wyżej, w następne miejsce rozkoszy. Potem tam również wsunąłem język i począłem nim mocno poruszać. Jęczała i pokrzykiwała tak mocno, ale urywanie, i była tak czerwona na twarzy, aż bałem się, że mi tu zemdleje. Mój penis wciąż był wilgotny jej śliną, ale na wszelki wypadek okryłem go jeszcze wydzieliną z jej wnętrza. Tak dla pewności. Zdziwiłem się nieco, kiedy sprawiło mi to błogą przyjemność. Potem powoli zacząłem wsuwać się w jej odbyt.
Kiedy tylko poczuła koniuszek mojej męskości nie tam, gdzie trzeba, targnęła się i po raz kolejny próbowała uwolnić się z więzów. Apaszki okazały się przy tym równie mocne, co kajdanki - uśmiechnąłem się pod nosem. Kiedy jego główka wsuwała się w nią z pewnym trudem, Anko wydała z siebie głośny, przeciągły jęk, który w końcu zamienił się w przeraźliwy krzyk. Wsunąłem się w nią już na całą głębokość i zatrzymałem się, pozwalając jej się lekko przyzwyczaić. W tym momencie przypomniałem sobie, że, kurwa, zapomniałem rozszerzyć ją palcami...
Kiedy byłem już pewien, że jej ból minął, zacząłem się poruszać. Z początku delikatnie, powoli, z czasem przyspieszałem, a kiedy jej jęki bólu zmieniły się w jęki rozkoszy, wyszedłem nagle i z rozpędu wbiłem się w jej kobiecość. Krzyknęła tak, że bałem się, iż Budda zmierzy nas gromiącym spojrzeniem, a potem prawdziwym gromem. Ale budynek miał chyba piorunochron, bo nic się nie stało. Nie przejmując się dłużej, kontynuowałem.
Jęczała, dyszała, pokrzykiwała, wzdychała, sapała i wydawała wielki zróżnicowany bukiet innych erotycznie nastrajających dźwięków. Ja sam, podniecony przez nią, zacząłem dyszeć i pojękiwać.
- Och... och... och... ooooch, Kakashiii... och, o, kurwaa... o kurwaa... Ja... zaraz... Kakashi... KURWA MAAAAAAAAAAAAAAAHHH!
Finalny krzyk wyrwał się z jej rozwartych ust i uderzył echem o ściany wielkiego, niemal pustego pomieszczenia. Opadła na poduszki, oddychając ciężko i pojękując, dopóki podniecenie nie zmalało. Czekałem, obserwując zielone świetliki tańczące po ścianach. Pomyślałem, że chętnie bym coś teraz zapalił, jakiegoś papierosa albo babcię Gandzię... Orgazm musiałby być potem kosmiczny...
W końcu Anko uniosła się na łokciach i spojrzała na mnie przez ramię. Jej opaska wisiała na szyi. Cholera jasna. Będę musiał ją zabić.
- Doszedłeś?
- Nie - odparłem spokojnie. Wyobrażałem sobie, jak by to „nie” wyglądało, gdybym miał skręta przyklejonego do kącika warg. Spoglądałbym na nią zza chmury dymu, z jednym okiem przymkniętym i wyglądałbym jak pierdolony pirat, który właśnie przeżył ostry sztorm i musiał się rozluźnić przy czynności, która idzie mu w życiu najlepiej.
- ...chodź - dosłyszałem tylko, kończąc rozmyślania.
- Gdzie chcesz iść?
- Dojdź, do kurwy nędzy.
- ...a po co?
Opadła gwałtownie, wbijając twarz w poduszkę.
- Mógłbyś przestać? Bierz mnie, do cholery, bierz mnie mocno, aż ty dojdziesz albo ja zacznę błagać o litość!
- No, to rozumiem - mruknąłem (wypluwając skręta pod stopy Buddy). - Ale wiesz, że nie będzie litości? Nawet jak będziesz błagać, i krzyczeć, i zdychać, i w ogóle? Jak zdechniesz, to będę rżnął twojego trupa, aż będę miał dość. Gorzej, gdybyś po śmierci dostała skurczu mięśni pochwy i tak zastygła, wtedy musiałbym tkwić tak w tobie, zimnej, aż...
Anko patrzyła na mnie dziwnie. Ucichłem. Anko patrzyła na mnie coraz dziwniej. Zacząłem się czuć głupio. Chyba powiedziałem to na głos, pomyślałem. Cholera.
- No, nieważne - wybrnąłem i wbiłem się w nią ponownie. Zaczęła cichutko pojękiwać, ale z każdym moim pchnięciem jej jęki stawały się coraz to głośniejsze, coraz to bardziej chętne, orgazmowe, orgazmujące i orgazmistyczne. Chyba przeginam. Muszę przestać.
Jeszcze doprowadzając ją po raz czwarty zastanawiałem się, czy kiedy kazała mi dojść, to wiedziała, że moje pragnienie jest niezaspokojone...

Stare ale jare #8: Kwitnienie pustyni (Gaara x Aora)

Krótka notka tytułem wstępu, czyli dlaczego wybrałam to opowiadanie...
a raczej dlaczego wstawiłam je bez poprzedzającego go "Pustynnego deszczu".

Powód jest bardzo prosty: to jest zajebiste, tamto jest do dupy. Koniec.



Kwitnienie pustyni


- Tak bardzo cię kocham...
Te słowa dźwięczały w jej głowie, gdy przedzierała się przez pustynny piasek. Powiedział je wtedy. Wtedy, gdy otworzywszy oczy ujrzała Go, klęczącego tuż nad nią, z rękami obok jej głowy. Nie potrafiła odpowiedzieć, płacz rozdzierał jej gardło, ale nie mogła płakać, nie miała sił, pierś za bardzo ją bolała... Ale On wiedział. Wiedział, że łkała skulona gdzieś wewnątrz samej siebie. Pogłaskał ją, przytulił tak delikatnie, że nawet nie poczuła. Tylko ciepło biło od Niego, to rozkoszne ciepło, które rodziło się na pustyni, kwitnącej w Jego wnętrzu. Tak bardzo chciała, by był przy niej teraz... By sprawił, żeby pustynia, która otaczała ją w tej chwili, również zakwitła.
- Dałaś mi sen...
Łzy zaczęły samoistnie cieknąć z jej oczu. Wmawiała sobie, że to gorący, pustynny wiatr drażni tak jej powieki, ale serce podszeptywało jej, że nie, że to nieprawda. I miało rację. Ona tęskniła. Tęskniła za Jego ogniście rudymi włosami, tak miękkimi, że z zamkniętymi oczami mogła pomyśleć, iż dotyka przepłukanego piasku... Tęskniła za pastelowo zielonymi oczami, które – na ogół chłodne i drwiące – specjalnie dla niej przybierały cieplutki, czuły kolor... Tęskniła za Jego gładką skórą, gorącą piersią, która pochłonęła tyle jej łez; za wąskimi, bladymi ustami, jak u śmierci, choć potrafiły tak delikatnie obiegać jej skórę. Za Nim... Płacz powoli zaczynał wstrząsać jej ciałem.
- Nie ruszaj się...
Położyła dłoń na bandażu, który to przecież On założył na jej pierś. Jego dłonie delikatnie uniosły jej ciało, starły krew, opatrzyły… Jakże cudownie było patrzeć na Jego półprzymknięte powieki, gdy pracował w uroczym skupieniu. Sam Jego dotyk, zapach, smak... To wystarczyło, by ból odszedł gdzieś – nieważne gdzie, byleby go nie było. Ale teraz cierpiała, bo nie było przy niej jego rąk, skóry, ust... Opadła na kolana, na bliski bieli piasek, miękki, jasny... krwawy.
- Będę delikatny...
Te słowa od zawsze napełniały jej pierś ciepłem, ale teraz... Teraz tylko wzmagały ból. Bolały tak cholernie mocno, że miała ochotę krzyczeć, płakać... Zacisnęła palce na piasku. Dwa słowa piekły jej serce... Dwa słowa wtedy tak ciepłe i uspokajające, teraz rozrywały ją od środka, raniły, cięły... jak ostry nóż... kunai wbity prosto w serce. Shuriken celnie rzucony.
- Ból mnie nie opuści...
Jęknęła głośniej. On również cierpiał, a ona nie potrafiła mu pomóc. Nie mogła... Mówił, że nikt nie mógł, i że na jego serce jest już za późno... I że jedyne, co może zrobić, to zaopiekować się jej zagubionym serduszkiem. Tak mówił. I jeszcze obiecał. Obiecał, że nie zostawi. Więc dlaczego ona teraz pałętała się po pustyni, i dlaczego jej płacz nie był ukojony przez silne ramiona, dlaczego skazano ją na takie cierpienie?
- Nie zachowuj się jak dziecko...
- To... boli...!
- Jesteś twardym ninja czy słabym dzieckiem?
- Jestem twoją dziewczyną...
- Chodź tu.
Wtuliła się wtedy w Jego ramiona, łkając. Ból obezwładniał jej ciało. Ostatnim, co poczuła, nim otoczyła ją zupełna ciemność, był siarczyście słodki smak Jego ust...
- Pocałuj mnie...
Jęknęła. Wciąż jeszcze pamiętała dotyk Jego miękkiej skóry na swojej, rytm oddechu, który dźwięczał jej w uszach i delikatne wejście... Modliła się, by to powróciło, ale dane jej było przeżyć te chwile pełne rozkoszy tylko raz w życiu. Tak było ustalone z chwilą jej urodzenia – że nic, co dobre, nie spotka jej dwa razy.
- Życie to bitwa...
Miał rację, mówiąc to. Miał całkowitą, cholerną rację. Oboje walczą przeciw reszcie świata. Aliancki związek kontra projekt "Rest of the world"... Płacz powodował coraz większe spazmy, ból znów ogarniał jej ciało, rozchodząc się od głębokiej rany na brzuchu, jęczała, bo nic innego nie mogła już zrobić.
- Aora...
Jej głowa nagle została ujęta w dwie ręce i uniesiona lekko do góry, oczy zatopiły się w pastelowo zielonej toni Jego oczu. Uklęknął przed nią, zaplótł palce w jej włosy i przywarł wargami do jej własnych. Oddała Mu się z całkowitą ufnością, ich języki splotły się ze sobą, jej palce wypuściły spomiędzy siebie piasek i zacisnęły się na Jego koszulce. Dwoje kochanków klęczało wśród bezkresnej pustyni, zjednoczone w miłosnym uścisku, ze złączonymi wargami – sami pośród wiecznej samotności.
- ...kocham cię.
Pustynia zakwitła.

Stare ale jare #7: Krzyk (Juugo x Ino)

Miała być krótka notka z tłumaczeniem, ale obawiam się, że jest zbędna.



Krzyk

Krzyk, krzyk, krzyk… Ból, rozdzierający jej ciało. Złudzenia i iluzje, ogarniające jej umysł. Ogień. Ból. I krzyk.
Ciemność słaniająca się w powiekach. Złudny cień nadziei. Kropla potu spływająca po jej twarzy. Mordercze spojrzenie zwrócone w jej stronę. Sadystyczne ręce łapiące ją za piersi, przejeżdżające po nich niczym nóż połyskujący w świetle księżyca. Krwawe ślady, jakby farbą namalowane.
Płótno, blade jak śmierć. Gwiazda, jasna i błyszcząca, spada i rozbija się, powstaje czarna, pusta, zmienia się w kozła. Ryczy jak lew, wyje jak wilk, kracze jak kruk. Zimne i gorące krople zalewające powieki, oczy, usta. PAN. Przyszedł po nią.
Gorący oddech na karku. Przesycony sadystycznym wdziękiem. Za uchem słychać świst wiatru. Niczym uderzenie obucha w szybę. Kolejny krzyk przesycony błaganiem o litość. Ciernie róży oplatające jej ciało od wewnątrz. Potworny ból, nadający tło temu aktowi. Gorąca krew o smaku wina, rozlewająca się po obu stronach, z kącika oczu, docierająca aż do ust. Przyspieszony oddech, zwalniany co chwilę przez jadowity kwiat, tkwiący w młodym gardle. Cichy krzyk. Próba zabłagania o litość. Kaszlnięcie. A zaraz za nim echo obijające się o uszy.
Uderzenie. Jedno i drugie. Ból, przeszywający jej czaszkę ból. Ciepła ciecz, spływająca po karku, szyi, piersiach. I krzyk. Krzyk całego ciała, całej duszy, całego jestestwa. Wrzask, nieprzerwany i desperacki, przerywany duszącym kaszlem. A potem czarny jak noc kwiat wzrastający, wynurzający się z nagiej, jałowej ziemi i oplatający jej ciało, z rozkoszą. Dotyk miękkim płatków... I ostrych cierni nocy.
Mocny podmuch chłodnego wiatru, rozwiewający blond włosy. Odgłos tłuczonego szkła, namazany krwią na końcówkach ostrzy. Brutalny pocałunek w szyję, wargi odgryzające z sadystyczną żądzą mordu, ciało odpadające kawałek po kawałku, ból porównywalny do przecięcia wpół. Nabiegłe atramentową krwią oczy, usta, z trudem łykające powietrze zmieszane z gorącym powiewem osaczenia. Ścisk w gardle. Uderzenie nocy w plecy, niczym bicz zrobiony z pędów bambusowych. Krzyk, nagłym odgłosem równy tafli wody po uderzeniu kropli w błękitną toń.
Ino czuła swe głuche bicie serca. Czuła, jak jej wrażliwość jest brutalnie rwana na strzępy, palona w językach tańczącego ognia, wzniecanego krzykiem bólu... Czuła, jak agresywnie pulsujący pal w jej najwrażliwszym punkcie rozrywa jej wszystkie nerwy, a neurony eksplodują pod wpływem strachu, bólu i nieprzerwanego krzyku... Żałośnie próbowała płaczem przerwać tą gehennę... Na nic jednak były jej łzy, którymi dławiła się, połykając je w krzyku, na nic był sam ten krzyk... Ostatni cios zadany w jej ciało skruszył źródło życia. Zamknęła zmęczone powieki, ochlapane szkarłatną krwią... Nie czuła nic, oprócz przyjemnych dreszczy, obiegających tak kruchą skórę... Wydała ostatni pomruk zadowolenia, usypiając na wieczność...

Jeszcze tylko jeden krzyk...