Szybki Newsletter

SZYBKI NEWSLETTER

- nowe tytuły postów! z tagiem z fandomem, żeby nie było niespodzianek, jako że mi się tych fandomów narobiło a narobiło
- na samym dole strony jest lista tagów, a nad nią dodałam wyjaśnienia do niektórych tagów, bo już mnie ludzie pytali

- jeśli ktoś chce, a np. nie może wykorzystać tego czegoś pod spodem, co się nazywa "Subskrybuj" (bo byli ludzie, co mieli z tym problemy), to zostało mi jeszcze 9 miejsc dla powiadomień na e-maila (czyli podajecie mi maila, ja go tu wpisuję, i każda opublikowana notka będzie wam wysyłana... no. Ma to sens?)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Stare ale jare #11: Anioł Stróż + Gdybyś tylko wiedział (mnóstwo)

Krótka notka tytułem wstępu, czyli dlaczego wybrałam te opowiadania.

Po pierwsze, razem, bo są ze sobą powiązane.
Po drugie, są prawdopodobnie najlepszymi moimi opowiadaniami z udziałem Shiro i bardzo je lubię.
Po trzecie, od kiedy mam zamiar wprowadzić zmiany w Shiro jako postaci od kiedy odnowiłam bloga, to chcę przynajmniej, żeby jej poprzednia kreacja była zachowana, cobyście mogli porównywać.


Anioł Stróż
(Kiba x Shiro + Shikamaru x Shiro + Sasuke x Karin + Juugo x Shiro x Suigetsu + Sasuke x Shiro)

Otworzyła oczy, kiedy pierwsze promienie słońca wpadły przez okno i wylądowały na jej twarzy. Ostrożnie, by nie zbudzić bruneta, śpiącego obok, zrzuciła kołdrę i wstała, opuszczając nagie stopy na ciemną, mahoniową podłogę. Podłoga złuszczyła się pod dotykiem jej palców. Spojrzała na białe zaschnięte plamy pokrywające niemal połowę jej powierzchni i zaklęła ohydnie, nagle przypominając sobie wydarzenia ostatniej nocy (a może poranka?).
Młody mężczyzna wciąż spał z lekko rozchylonymi ustami, które odsłaniały wydłużone kły. Znów mimowolnie przejechała językiem po swoich i znów z uśmiechem stwierdziła, że jego są zdecydowanie za małe, by kogoś zabić.
Jej wzrok ponownie napotkał białe plamy na podłodze. Nagle przed oczami zobaczyła siebie, nagą, siedzącą pod boczną ścianką biurka z szeroko rozłożonymi nogami, jęczącą, zagryzającą wargi... Z palcami błądzącymi między udami, drażniącymi wszystko, co było tam do drażnienia, z drugą ręką ściskającą mocno piersi i szczypiącą sutki... Siebie, patrzącą spod półprzymkniętych powiek na przystojnego bruneta, który stał na środku jedynego pokoju jej mieszkania na poddaszu, opierał się o lekką ściankę działową i chłonął wzrokiem jej poczynania, raz po raz przejeżdżając językiem po wargach i szarpiąc się za nabrzmiałą męskość.
Nie potrafił wytrzymać, jego palce zacisnęły się na tynku, ryjąc w nim głębokie bruzdy, a chwilę potem członek dostarczył jej roboty nad sprzątaniem podłogi na następny tydzień. Wstała i, próbując omijać co gorsze fragmenty, dotarła do ścianki, by zbadać to miejsce. Cztery białe dziury świeciły na czarnym tle. Znów zaklęła i wyprostowała się. Spojrzała na bruneta i pokręciła głową. To, co oni wyprawiają każdego dnia to już przesada. Nawet zwykły seks od tyłu w ich wykonaniu stawał się dzikim rżnięciem, gdzie nie było miejsca na żadne uczucia ani sentymenty. Rżnęli się po prostu jak zwierzęta, dla samego rżnięcia, bo tu już nie można nawet mówić o prokreacji. W sumie i tak oboje byli pół-zwierzętami, czemu mieliby sobie szczędzić? On zawsze dyszał ciężko, pchając ją mocno raz po raz, ręką mocno ściskając jej kark, a ona popiskiwała głośno z rozkoszy, szarpiąc palcami zmiętolone, pokryte plamami prześcieradło.
Właściwie sama nigdy nie wiedziała, dlaczego zawsze, dochodząc, popiskiwała jak wilczyca w cieczce. I było tak za każdym razem, od kiedy tylko zaczęła mieć orgazmy podczas seksu, od kiedy... Jęknęła boleśnie i pobiegła do niewielkiej łazienki. Miała tu specjalne miejsce, za prysznicem była luka i w tej luce właśnie zawsze się kuliła, uciekając przed wspomnieniami pod spódnicę ciemności. Bała się swych wspomnień, bała się wszystkiego, co działo się przez cały okres jej życia w Konoha-Gakure. A zaczęła się bać równo rok temu, kiedy Naruto został Szóstym Hokage. Nie, żeby był złym władcą czy coś... Poświęcał się dla wioski, opiekował się nią. Przecież sama przyczyniła się do tego, a mimo to w momencie, kiedy założył biało-czerwony kapelusz na swoją blondaśną głowę... Ona zaczęła uciekać. I po części udało jej się to. Przeprowadziła się na drugi koniec Konohy, daleko od miejsca, w którym wcześniej samotnie mieszkała, daleko od dzielnicy przesyconej zapachem krwi i śmierci. Uciekła z powodzeniem od wszystkich rzeczy, które mogły jej przypominać... ten okres w jej życiu. Naruto jej pomagał, z wdzięczności za pomoc w objęciu tytułu Rokudaime. Myślała, że teraz będzie miała spokój, że jakoś ułoży sobie życie od nowa, że z czasem zapomni...
Minęły już trzy lata, a ona nie zapomniała. Każda sytuacja, zaistniała w jej życiu, miała na sobie Jego piętno, jakby to On pociągał za sznurki, by uprzykrzyć jej życie. Nie mogła zapomnieć, więc nauczyła się Go nienawidzić. Tak długo wmawiała to sobie, aż uwierzyła, że wszystkie jej niepowodzenia to Jego wina, że to dlatego, że ją zdradził, że to dlatego, że odszedł, że to dlatego musiała zabić, musiała skąpać swoje dłonie we krwi. Musiała przestać ufać ludziom.
Nagle zdała sobie sprawę, jak beznadziejnie i żałośnie musi wyglądać, kuląc się w kącie za prysznicem ze strachu przed czymś tak niematerialnym, jak wspomnienia. Wyczołgała się stamtąd, wzięła pierwszy lepszy środek czyszczący, jakąś szmatę i wyszła z łazienki. Jej wzrok padł na drzwi wejściowe. Pchnięta nagłym impulsem, może nutą strachu, zrobiła coś, czego nigdy dotąd nie czyniła - zamknęła je na klucz. Chwilę stała, analizując swój gest ze zdziwieniem, potem zaś przystąpiła do czyszczenia podłogi.
- Przepraszam, Shiro... - usłyszała nagle.
- Kiba, Pysku, daj spokój. Tak bywa.
- Zdarzyło ci się już kiedyś?
- Nie. Ale na pewno tak bywa.
Westchnął boleśnie i usiadł, masując skronie.
- O kurwa, jak mi się nie chce...
- A co jest?
- Zaraz mamy misję.
- Jaką misję?
- Te informacje, które od ciebie dostaliśmy, o Orochimaru z obstawą...
- No?
- Naruto się ujebał, że mamy tam iść i...
- I?
- ...i go zabić.
- Co?
- Mamy zabić Orochimaru.
- ‘Wy’, czyli kto?
- Nie wiem, kto dokładnie idzie, ale ma nas być około dwudziestki.
- To czemu ja nic nie wiem?
- Nie miałem pojęcia, że nic nie wiesz. Widać ty nie idziesz. Może Naruto ma dla ciebie coś innego.
- Przecież doskonale wie, że jeżeli powinien kogoś wysłać, by zabić Orochimaru, to mnie. Pójdę z tobą, muszę się dowiedzieć, o co chodzi.
- Jak chcesz - Kiba przeciągnął się rozkosznie, a potem wstał i skierował swe kroki do łazienki. Shiro podążyła za nim w celu zostawienia detergentu i znalezienia swoich ubrań. Kiba właśnie pochylał się z wątpliwą ulgą nad muszlą, opierając się jedną ręką o ścianę, a drugą usiłując zmusić swój zesztywniały członek do posłuszeństwa. Obserwowała go w lustrze.
- Pomóc ci? - zapytała całkiem poważnie.
- Noż kurwa mać, mam tak codziennie od dziewiętnastu lat, umiem sobie z tym radzić. Potrzebuję tylko trochę czasu...
- Pysku, nie ma czasu. Poza tym bierz pod uwagę to, co robiliśmy w nocy... - zbliżyła się do niego z tyłu i oparła brodę na jego ramieniu. Jej ręka wystrzeliła do przodu i, nim zdążył się obejrzeć, zacisnęła na jego penisie. Chwilę potem warknął z bólu, a ona odeszła. Jego męskość zrobiła się miękka jak gąbka.
- Nie łatwiej? - zapytała z diabelskim uśmiechem, naciągając spodenki. - Pysk, nie widziałeś mojego gorsetu?
- Jest pod łóżkiem, z tego, co pamiętam.
Wyszła, pozostawiając go sam na sam z jego członkiem, i zajrzała pod łóżko. Gorset rzeczywiście tam był. Wyciągnęła go, strzepnęła i naciągnęła przez głowę. Kiba wrócił w momencie, gdy kończyła zawiązywać go na swoich piersiach. Siła wiązania wypchnęła je nieco do góry, co sprawiło, że mężczyzna momentalnie pchnął ją na łóżko i wsadził łeb w jej dekolt. Pozwoliła pobawić mu się kilka sekund, a potem zepchnęła go z siebie.
- Musimy iść - rzekła karcąco. Mruknął coś i ubrał się do końca, a potem gwizdnął na Akamaru. Gigantyczny pies, dotychczas wylegujący się w kącie kuchennym, wstał i ziewnął szeroko. Shiro uśmiechnęła się na ten widok, a potem otworzyła szerokie okno.
- Zwierzęta pierwsze - powiedziała z uśmiechem. Akamaru, niewiele myśląc wyskoczył przez okno i wylądował dwa piętra niżej. Shiro podążyła za nim, łapiąc jeszcze w międzyczasie maskę ANBU, która leżała na parapecie. Kiba, jako ostatni, przymknął za sobą okno.

Wyszli zza rogu i zastali kilkanaście osób zebranych przed Bramą Północną.
- Spóźniliśmy się? - rzucił Kiba w przestrzeń. Kilka osób odwróciło się na nich, Shikamaru nawet odpowiedział.
- Nie, jeszcze kilka minut, brakuje Ino, Hinaty i Nejiego - w tym momencie zauważył Shiro, która oparła się o ścianę i przeczesywała wzrokiem zbiorowisko. Podszedł do niej. Blisko. Nawet za blisko. - Co ty tu robisz?
- Idę z wami. Przecież wiesz, że jeśli chodzi o Orochimaru...
- Wiem - przerwał jej Nara. - Dyskutowałem o tym z Naruto, ale on kategorycznie odmówił wzięcia cię na tę misję.
- Czy on zgłupiał do cna?
- Nie mogę nic na to poradzić. Przykro mi, Shiro.
- Przecież... Kurwa mać, on was powyrzyna! Myślicie, że nie da rady? Dla niego to będzie pestka, poza tym ma ogromną obstawę. I wy go chcecie zabić w dwadzieścia osób? Cała wasza wioska by poszła i dalej nie gwarantowałoby to udanej misji.
- Wiem, Shiro - Shikamaru pochylił głowę i oparł ją na jej ramieniu.
- Zresztą... - rzekła mu do ucha, czując na nagiej skórze talii jego dłoń. - Naruto robi to i tak tylko dlatego, że wie, iż jest jedynym żywym dziewiętnastolatkiem w tej wiosce, który mnie nie przeleciał.
- To także wiem.
- No to dlaczego się nim przejmujesz?
- Nie mogę sprzeciwić się rozkazom.
- Kurwa mać, potrzebujecie zaplecza medycznego.
- Mamy Sakurę.
- Ona zginie jako pierwsza, mówię ci. Potrzebujecie kogoś, kto nie da się tak łatwo zabić, kogoś, kto będzie wiedział, co robić, żeby przygwoździć Orochimaru... Nie zabijecie go ani samą siłą woli, ani nawet jak rzucicie się na niego jednocześnie całą bandą. Nie chcę dać wam wszystkim umrzeć.
- Shiro... - jęknął Nara.
- Co, kłopotliwa jestem?
Zmarszczył brwi.
- Jesteś chyba jedyną osobą, o której bym tak nigdy nie powiedział, przecież wiesz.
- Wiem... A ty wiesz, że jak nie pójdę z wami, to pójdę za wami i ot mi różnica.
- Wiem. Ale różnica jest dosyć duża, mianowicie taka, że jeśli pójdziesz za nami, to ja nie dostanę za to opierdolu, bo w sumie co ja mogę na to poradzić?
Umilkła na chwilę.
- Dobrze, masz rację. Wyruszcie, ja pójdę tylko zostawić maskę w mieszkaniu i was wytropię. Nie było mnie tu.
- Kurwa mać, czemu ja opieram się o pustą ścianę? Zamroczyło mnie? - zapytał ostentacyjnie głośno, puszczając do niej oko. Potem pochylił się i dotknął wargami jej ucha. - No, zmykaj już.
Wyślizgnęła się spod jego ramion i zniknęła między budynkami.

Ukryta wśród gęstych gałęzi rozłożystej jodły obserwowała sytuację na polu bitwy. Tak jak przewidywała, Sakura została wyeliminowana z walki jako pierwsza. Już na początku siły Konohy zostały złamane przez trzydziestoosobowy oddział ANBU Oto, poruszający się w krwistoczerwonych maskach. Przynajmniej można ich było łatwo odróżnić.
Ino również dostała i odczołgała się pod drzewo, gdzie leżała Sakura. Nic poważnego, dosyć głębokie rozcięcie uda, powinno się normalnie zagoić, jeśli nie wda się infekcja, ale Ino na pewno nie będzie chodzić w najbliższym czasie. Zaraz potem nastąpiła kolej Hinaty, którą siła uderzenia wysłała w to samo drzewo, a gdy się po nim zsunęła, spoczęła nieprzytomna pomiędzy przyjaciółkami.
TenTen również nie utrzymała się długo, szybko bowiem straciła bronie ze swych zwojów i została znokautowana. Ale przynajmniej zabrała ze sobą trzech przeciwników. Skończyła pod jodłą, na której była Shiro, dzięki czemu białowłosa mogła jej się dokładnie przyjrzeć. Oddycha równo, choć nieprzytomna, krwotok też nie jest wielki, ale raczej już tego nie przyszyję. Będzie trzeba amputować całą pierś. Biedna TenTen.
Mężczyźni jeszcze na razie jakoś się trzymali, a przynajmniej żaden nie odniósł obrażeń na tyle poważnych, by musiał się poddać. Shiro obserwowała wszystko z bezpiecznej odległości, próbując powstrzymać swe ciało przed jakimkolwiek ruchem, mimo że wyrywało się ono, by skoczyć tam, gdzie jest krew i gdzie jest śmierć...
Wtem poczuła szorstkie łuski przejeżdżające jej po przedramieniu. To Aochi wspięła się z trudem na drzewo, by przynieść jej informacje. Shiro spojrzała w jej zielone oczy i jej tęczówki, dotychczas niewidoczne, rozbłysły błękitem. Nie posługiwały się słowami, nie było takiej potrzeby. Kobra przesłała jej obraz mężczyzny o długich, czarnych włosach, siedzącego pod drzewem nieopodal i przewracającego między palcami shuriken. Jego katana czekała cierpliwie przy pasku, a żółte oczy z rozbawieniem obserwowały walkę spomiędzy drzew. Warknęła i zerwała kontakt. Odczekała chwilę konieczną do odzyskania wzroku, a potem na kartce do sporządzania notek wybuchowych własną krwią wypisała: ‘Orochimaru czeka zaraz obok, aż będziecie zbyt zmęczeni, by mu się postawić’. Przytroczyła karteczkę do kółka kunaia. Aochi uważnie obserwowała każdy jej ruch, kiedy składała się do rzutu, a w sekundę potem kunai wbił się w drzewo tuż obok głowy Shikamaru. Ten kątem oka przeczytał tekst i zaklął siarczyście.
Shiro do tego czasu była już daleko, nie mogła pozwolić, aby ktoś zlokalizował jej poprzednie położenie, co było dziecinnie proste po tym, co zrobiła. Skryła się w krzakach po drugiej stronie obszernej polany, na której trwała bitwa. Aochi niepostrzeżenie ześlizgnęła się z jej ręki i zniknęła w zaroślach z brzuchem wypełnionym szczurem.
Dziewczyna obserwowała teraz najbliższego jej Shikamaru. Jeden z ANBU Oto wyłonił się spomiędzy drzew i zamachnął na Narę kataną, ale ten zdołał zablokować cios kunaiem. Zaczęli się szarpać, Shikamaru starał się odbić od przeciwnika, by móc wykorzystać jedną ze swoich technik, ale ten złapał go za nadgarstek, tym samym zmuszając do pozostania w nim w zwarciu. Shiro dziwiła się temu, tak bliski kontakt jemu także nie pomagał, nie miał jak ani gdzie zamachnąć się kataną, a i raczej żadna z jego technik nie dałaby rady na tak małej przestrzeni.
Potem nagle zrozumiała. Ten ninja nie miał zamiaru zabić Shikamaru. Unieruchamiał go, tyłem do pola walki, tym samym robiąc z niego śmiesznie prosty cel dla każdego innego ANBU Oto. Tylko dlaczego żaden nie reagował? [koniec części 1.]
Wtem z krzaków wystrzeliła czerwono-czarna smuga, coś, co Shiro dostrzegła tylko kątem oka, ale na szczęście jej ciało zareagowało samodzielnie. Skoczyło do przodu, wyciągając jednocześnie jeden z noży zdobionych, które miała na plecach, i zablokowało nim cios. Smuga nagle zamieniła się w wysokiego, czarnowłosego mężczyznę, który z nieludzką wręcz siłą napierał na nią kataną. Zaparła się stopami w ziemi i zablokowała stawy, z wielkim trudem przeciwstawiając mu swoje ciało. Nie zauważyła, że Shikamaru pokonał swego przeciwnika, przygważdżając go sztyletem za szyję do pobliskiego drzewa i nie zauważyła też, że się obrócił, szukając źródła przeraźliwego metalicznego chrzęstu broni o broń. Była skupiona na znajdowaniu oczu mężczyzny za czerwoną maską i przenikaniu do jego mózgu przy pomocy Shatongan.
Umysł mężczyzny wydał jej się znajomy, za znajomy, mimo że była w nim tylko przez ułamek sekundy. Jakaś mentalna siła szybko pozbyła się jej Genjutsu i zerwała kontakt. Tego także nie zdążyła zauważyć, bo przeciwnik zaraz potem kopnął ją mocno w podbrzusze, co spowodowało, że wrzasnęła i razem z Shikamaru odleciała kilka metrów, by za pośrednictwem jego ciała zatrzymać się na drzewie. Ból ją sparaliżował, trząsł jej ciałem i zaciskał powieki. Na ziemię opadła dopiero po chwili, kiedy Nara spokojnie ją na nią opuścił, zdezorientowany jej stanem. Z trudem łapała powietrze, ale po jakimś czasie zdołała wykonać kilka głębokich oddechów i opanować ból. Podniosła się na chwiejnych nogach.
- Ty... - warknęła do mężczyzny. Miała wrażenie, że czerwona maska śmieje się z niej. - Tylko ty wiedziałeś o tej bliźnie...
- O niej zapewne wiedziało wielu innych - odezwał się mężczyzna niskim, lekko mruczącym głosem. - Ale tylko ja, zaiste, wiem, jak ona działa.
Przymknęła oczy, czując gorąco rozlewające się po jej ciele. Shikamaru odepchnął się od drzewa i ruszył do przodu, ale dziewczyna powstrzymała go ręką.
- Nie - warknęła. - Ten skurwysyn jest mój.
Nara spojrzał na nią zdziwiony, jak postąpiła kilka kroków do przodu i spojrzała prosto w oczy maski.
- Znajdźmy jakieś spokojniejsze miejsce do „rozmowy”, hm? - powiedziała. Mężczyzna skinął głową, a potem obrócił się do niej plecami i ruszył w las. Shiro podążyła za nim, jednak nim zeszła z polany, jakaś ręka chwyciła jej nadgarstek.
- Gdzie ty idziesz, oszalałaś? - zapytał Kiba.
- Puść mnie - warknęła.
- Shiro, co z tobą? Przecież to jeden z tamtych.
- Puść mnie - jej głos był twardy, wrogi. - Nie zmuszaj mnie...
Brunet wciąż nie puszczał jej ręki, patrząc jej prosto w oczy. Zawarczała głęboko, a potem obróciła go i uderzyła nim o drzewo. Jej przedramię zablokowało mu drogi oddechowe, krztusząc go.
- Nie wtrącaj się - warknęła mu prosto w twarz. - To sprawa osobista.
I popchnęła go z powrotem na pole bitwy, by samej ruszyć za powoli znikającym jej z oczu mężczyzną.
- Zajebię cię, skurwielu! - krzyknęła, rzucając się na niego z kunaiami w dłoni. Stanął na środku polany, czekając na odpowiedni moment, a gdy ten nadszedł, chwycił ją i uderzył nią mocno o drzewo. Potem, za szyję, podniósł ją nieco nad ziemię.
- Ghh... - wyrwało jej się. Zacisnęła palce na jego dłoni. Patrzył na nią przez jakiś czas, a potem nagle rzucił ją za siebie. Uderzyła o ziemię, tłukąc sobie boleśnie lewy bark. Odczekała chwilę, ale nie słysząc żadnego jego kroku, uniosła się na kolana i spojrzała na niego nienawistnie.
- Zdejmij już tę głupią maskę - powiedziała. - I tak wiem, że to ty, Sasuke.
Maska nagle jakby uśmiechnęła się bardziej arogancko, by zaraz zostać zdjętą przy pomocy przeraźliwie długich palców. I odsłoniła twarz, której Shiro nigdy by się nie spodziewała i nie chciała zobaczyć.
Długa blizna przecinała całą twarz mężczyzny, na ukos, od prawego oka do lewej tętnicy, a zielone usta wykrzywiły się w perfidnym uśmiechu.
Sakon...? - przeleciało jej przez myśl, nim przypomniała sobie, że siwowłosy jest martwy od dłuższego czasu.
- Nie musisz tego robić - powiedziała cicho. - Sakon nie żyje, sam go zabiłeś.
Twarz mężczyzny zafalowała, aż w końcu spojrzały na nią znane jej już przeraźliwie czarne tęczówki.
- Skąd wiesz, że go zabiłem?
- Ja wiem wszystko. Myślisz, że dlaczego oddział ANBU Konohy tu jest? Pokrzyżowaliśmy wam plany?
- Wbrew temu, co ci się wydaje, nie jestem tu dla Orochimaru. To, że zapłacił mi za ochronę, jeszcze nie znaczy, że jestem po jego stronie.
Zmarszczyła brwi i wstała. Nie chciała pokazać, że przestała śledzić jego poczynania w momencie śmierci Czwórki Dźwięku, ale on najwyraźniej wiedział to i bez niej. Zaklęła, by zaraz potem ruszyć w jego stronę.
- Stój - warknął. - Jeszcze jeden krok i...
- I co? Naślesz na mnie tych dwóch, co stoją za mną? - postąpiła krok. - Hm, co jest?
Warknął ze wściekłością.
- Skoro tak się mnie boisz, czemu nie uciekasz, Sasuke?
- Nie boję się ciebie, suko.
- W takim razie dlaczego nie chcesz, żebym się do ciebie zbliżyła? Dlaczego sam nie podejdziesz?
Nie odpowiedział.
- Ale wiem, dlaczego nie uciekniesz. Nie uciekniesz, bo wiesz, że ucieczka w las przede mną nie ma sensu, wiesz, że w ciemności użyję Shatongan i dorwę cię nim zdążysz krzyknąć o pomoc. A potem cię zajebię, zabiję szaleńczo, na ślepo, będziesz umierał długo i boleśnie, a drzewa pochłoną twe krzyki...
Zacisnął pięści.
- Nie odważysz się zrobić tego kroku. A dlaczego? Bo wciąż mnie kochasz ślepą, szczenięcą miłością, i nie sprzeciwisz się memu słowu, jak na sukę przystało. Suczka zawsze będzie słuchać swojego pana, prawda? A ty jesteś właśnie taką suczką. I zawsze byłaś. Dlatego nie zrobisz tego kroku.
- Sasuke - powiedziała niemal z politowaniem. - Wiele się zmieniło od tamtego czasu.
I zrobiła krok.
W ułamku sekundy dwie pary silnych rąk złapały jej ramiona i trzymały tak, szeroko rozłożone. Warknęła cicho, podczas gdy Sasuke podszedł. Położył jej dłoń na policzku.
- Nic się nie zmieniłaś - rzekł, a potem uderzył ją otwartą dłonią. Przytrzymała głowę, nie pozwalając jej poddać się bezwładnie sile uderzenia.
- Czyżby?
Zmarszczył brwi.
- Suigetsu, uderz ją między łopatki. Mocno.
Cios wycisnął powietrze z jej ust i wypchnął jej pierś do przodu. Dotknęła Sasuke delikatnie, na tyle delikatnie, by nikt oprócz nich tego nie zauważył. Barki niemalże wypadły ze stawów, atakując bólem.
- Bawi cię to...? - wysapała.
- Być może - odparł, przykucając i bezceremonialnie rozpinając jej spodenki. - No, rozstaw nóżki... - siłą zmusił ją do uczynienia półrozkroku. - Grzeczna suczka.
Materiał, który zdjął z jej bioder, zatrzymał się tuż nad kolanami. Tak samo stało się z jej bielizną.
- Zobaczmy, czy ktoś w tobie był od wczoraj... - mruknął niby do siebie. - Suigetsu, uderz ją w krzyż. Równie mocno.
Siła ciosu popchnęła jej biodra, ale Sasuke przytrzymał je na miejscu. Jęknęła. Z jej wnętrza wypadło kilka prawie przezroczystych kropel. Uchiha uśmiechnął się triumfalnie.
- Tak myślałem - podniósł się i ubrał ją ostrożnie.
- Sasuke-kun? - usłyszała głos za sobą.
- Och, Karin! - Uchiha wyminął ją i ruszył w kierunku głosu. - Witaj, kotku.
Shiro odwróciła głowę i ujrzała, jak szatyn pochyla się ku nieznanej jej rudowłosej kobiecie i namiętnie ją całuje, wplatając palce w jej włosy. Spod półprzymkniętych powiek przesłał jej ogniste spojrzenie. Opuściła wzrok, zaciskając zęby. Sama nie wiedziała, dlaczego, ale dotychczas myślała, że Sasuke był sam, zupełnie tak, jak sama była ona.
- Co to za kobieta? - zapytała Karin.
- To, moja droga, nie jest kobieta, tylko zwykła suczka dla Juugo i Suigetsu, żeby dali ci wreszcie spokój - w miarę mówienia głos Sasuke się zbliżał, aż w końcu rozbrzmiał tuż przy jej uchu. - Zwiążcie ją. Ale zróbcie to tak, żeby wypchnięcie jej piersi do przodu skutkowało połamaniem ramion.
I odszedł. Mężczyźni obok niej natychmiast wzięli się do roboty. Złączyli jej ręce za plecami i związali je mocno kilkoma skórzanymi pasami - tak mocno, że musiała założyć jedną łopatkę na drugą, aby ich nie stracić. Potem pchnęli ją na ziemię i przywiązali jej łydki do ud, a do kostek przymocowali jej nadgarstki. Uwolnienie Ainokamiego nie wchodziło w grę.
Jeden z nich chwycił najwyżej, bo nad łokciami, umiejscowiony pas i zaczął ciągnąć ją po ziemi w ślad za Sasuke i Karin, idących w uścisku.

Tego wieczoru Sasuke zarządził pierwszy postój. Shiro została rzucona na ziemię i pozostawiona tak samej sobie.
- Jutro musimy narzucić szybsze tempo, jeżeli mamy pojutrze rano być w kryjówce - mówił Sasuke. - To oznacza, że któryś z was będzie musiał ją nieść.
- Na zmianę - powiedział brunet.
- Na zmianę - potwierdził niebieskowłosy.
Shiro jęknęła boleśnie.
- Vena’Sa, Gar’ Magheare...
Nie dokończyła. Znajoma dłoń zakryła jej usta.
- Nie próbuj mi uciekać... - usłyszała przy uchu mruczący głos. - Bo ja znajdę sposób, żeby ściągnąć cię z powrotem.
- Niby jaki? - odwarknęła. - Kiedy jestem w Wymiarach, nie czuję bólu, a mojego ciała nie zabijesz, bo jest ci potrzebne żywe...
- Nie muszę go zabijać, mogę je okaleczyć - poczuła jego uśmiech. - Jak myślisz, kto by cię chciał w Konosze, gdybyś straciła to wszystko... - przejechał ręką po całym jej ciele. - Przykładowo piersi, pośladki, a może nawet... - to mówiąc włożył jej dłoń między uda. - A co, gdybyś do tego straciła tę swoją śliczną twarzyczkę? Albo włosy, z których jesteś tak dumna?
Zacisnęła zęby.
- Nie zrobiłbyś tego...
- Jesteś pewna?
Zagryzła wargi, nie odpowiedziała.
- No właśnie - słyszała rozbawienie w jego głosie. - Więc nie wołaj już swojej żałosnej bogini. Ona ci nie pomoże.
Poczuła łzy, napływające jej do powiek, zacisnęła zęby.
- Vena’Sa, Gar Magheare N...
- Ty mała suko - warknął Sasuke, zamykając jej usta dłonią. - Mówiłem ci coś na ten temat. Juugo, Suigetsu! Zakneblujcie ją.
- Z dziką rozkoszą - usłyszała głos niebieskowłosego. Zaraz potem obaj mężczyźni zbliżyli się do niej. Jej głowa została siłą podniesiona za włosy. Zacisnęła usta, ale brunet chwycił ją mocno za dolną szczękę i pociągnął ją do dołu z ogromną siłą. Jej mięśnie nie wytrzymały, uległy. Suigetsu włożył jej w usta czerwoną kulkę i zacisnął pasek na jej potylicy. Potem odszedł, zostawiając ją w ten sposób.

Nazajutrz znów zrobili postój o tej godzinie. Znów wylądowała na ziemi, tym razem przodem do ogniska, dzięki czemu mogła obserwować, co się dzieje. Juugo i Suigetsu usnęli szybko, Karin i Sasuke zaś jeszcze długo siedzieli pod drzewami. Ruda w zamyśleniu wpatrywała się w ognisko, mężczyzna oparł głowę o pień i przymknął oczy, najwyraźniej zmęczony. Jego mięśnie były ciągle napięte. Shiro odwróciła wzrok. Gdyby to ona teraz tam siedziała, rozmasowałaby go, nie pozwoliłaby mu być tak spiętym.
W pewnym momencie Karin oderwała się od drzewa i podeszła do Shiro. Jej ręka chwyciła jej włosy i odchyliła głowę.
- Nienawidzę jej - powiedziała do Sasuke, patrząc w dwie bezdenne otchłanie jej oczu.
- Dlaczego? - głos szatyna był cichy, zmęczony.
- Bo te jej oczy... są takie dziwne. Nieludzkie.
- Nie przejmuj się tym, Karin. I tak są wypełnione głównie strachem w tej chwili.
- Ale skąd ty wiesz? Przecież tam nic nie widać! Nienawidzę jej!
Sasuke zmierzył ją wzrokiem, ale nie odpowiedział.
- I te jej włosy... Ona powinna wyglądać żałośnie, zalana śliną spod knebla i stargana, a jej włosy powinny być brudne i skołtunione...
- Przecież jest tak, jak mówisz.
- Nie, bo ona w ogóle się nie ślini, a jej włosy nawet brudne i skołtunione wyglądają prześlicznie...! Mogę jej je zabrać? - wyciągnęła kunai.
Sasuke westchnął.
- Przestań, Karin. To chore.
Ruda odrzuciła jej głowę, schowała kunai i odwróciła się. Potem zbliżyła się do Sasuke, uklękła między jego nogami i oparła się na rękach. Jej ramiona ścisnęły jej piersi, rozpięty sweterek odsłaniał sutki. Mężczyzna spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek, nie odrywając głowy od kory. Ona otarła się policzkiem o jego udo.
- Sasuke-kun, jesteśmy w drodze już czwarty dzień i jeszcze ani razu...
- Karin... - jęknął czarnowłosy. - Daj spokój, jutro z samego rana będziemy w kryjówce.
- Ale ja już nie mogę...! Proszę, Sasuke-kun...
Przyjrzał jej się uważnie, a potem bez słowa opuścił trochę spodnie, pozwalając stanąć swobodnie swej nabrzmiałej męskości. Karin sięgnęła ku niej dłonią, zacisnęła mocno palce i poczęła rytmicznie poruszać ręką w górę i w dół. Sasuke pozwolił jej pobawić się chwilę, a potem wplótł palce w jej włosy i opuścił jej głowę. Wzięła go do ust, lizała i ssała, Sasuke ręką naprowadzał ją na odpowiednie miejsca. Mimo to Shiro widziała, że sprawia mu to raczej względną przyjemność. Zacisnęła zęby na czerwonej kulce. Szatyn uśmiechnął się kątem ust i spojrzał na nią triumfalnie. Nagle zdała sobie sprawę, że mógłby odmówić rudej, ale chciał ją zmusić do oglądania tego.
- Karin, głębiej... - sapnął, naciskając lekko jej głowę, ale wyrwała się, uniosła i spojrzała na niego boleśnie, po czym pokręciła głową delikatnie, jakby ze strachem.
- Dobrze, nie - szepnął i przyciągnął ją do siebie. Przylgnęła ustami do jego warg, zaczęli się namiętnie całować, ręce Sasuke błądziły po jej piersiach, talii i biodrach. W końcu włożył palce w jej nogawkę, przesunął ją razem z bielizną i nakierował biodra Karin na swój członek. Kobieta opuściła biodra i jęknęła przeciągle, gdy wsuwał się w nią powoli. Potem poczęła poruszać biodrami, odchyliwszy głowę, jęcząc z rozkoszy. Shiro przyglądała się temu z niedowierzaniem, chciała zamknąć oczy, ale nie potrafiła. Dopiero kiedy Uchiha spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek i uśmiechnął się szerzej, zmusiła swe powieki do zamknięcia się. Potem ogromnym wysiłkiem i kilkoma wygięciami ciała przewróciła się na drugi bok, ignorując kamienie wbijające się jej w ręce i nogi.
Zatopiła twarz w kępie trawy i zaczęła cicho łkać.

Tak jak mówił Sasuke, dotarli do kryjówki następnego ranka. Shiro tego nie widziała, przed wyjściem z lasu zawiązano jej oczy, a zdjęto opaskę dopiero gdy wrzucano ją do ciasnej celi. Nie rozwiązano jej jednak, upadła boleśnie na twarz, zagryzając się w policzek. Krew pociekła z jej ust. Potem usłyszała brzęk czegoś metalowego uderzającego o kamienną posadzkę i chrzęst zamykanych drzwi. Odwróciła głowę. Na podłodze leżał kunai, jeden z tych, które odebrano jej wcześniej. Doczołgała się do niego, próbując nie podrapać się za bardzo o kamienie. Ujęła go w drżące palce, umieściła między stopami... i zaczęła szorować o ostrze pierwszym pasem.
Uwolnienie się całkowicie zajęło jej ponad pół godziny. Dopiero kiedy wyjęła z ust knebel, oparła się z ulgą o ścianę i odetchnęła głęboko. Potem ścisnęła w dłoni rękojeść noża i skuliła się pod ścianą, z palcami bielejącymi na taśmie. Zaczęła liczyć, sekunda po sekundzie. Gdy dosięgała trzech tysięcy sześciuset, rysowała na ścianie kreskę i liczyła dalej. To pozwalało jej nie myśleć o beznadziejnej sytuacji, w której się właśnie znajdowała.
W końcu chrzęst zamka odbił się echem w małej, pustej celi i drzwi otworzyły się. Shiro rzuciła okiem na ścianę, ściskając kunai w trzęsącej się dłoni. Minęło siedem godzin, zatem musi być już dobrze po południu. Dwaj mężczyźni weszli do pomieszczenia, wypełniając je całkowicie zapachem chorego pożądania, który uderzył w nozdrza Shiro, sprawiając, że skuliła się jeszcze bardziej.
- Patrz, Juugo, mała suczka ma nożyk i chyba chce się bronić... - zaśmiał się niebieskowłosy, podchodząc.
- Mógłbyś już przestać - odparł brunet, zbliżając się i podnosząc ją za ramiona. Chciała pchnąć go nożem, ale Suigetsu zauważył to i wykręcił jej rękę na plecach.
- Ghh...!
- Głupia suka - warknął. - Juugo, czyń honory.
Brunet rozwiązał jej gorset, co wystarczyło, żeby opadł na ziemię. Niedługo potem to samo stało się z jej spodenkami i bielizną. Odwróciła wzrok, stojąc tak całkiem naga i wystawiona na perwersyjne spojrzenia obu mężczyzn, zacisnęła zęby. Jej uda złączyły się mimowolnie. Suigetsu odwrócił ją twarzą do siebie i popatrzył przez chwilę w jej przestraszone oczy, a potem siłą zmusił do pochylenia się, wciąż trzymając jej ręce na plecach. Słyszała, jak Juugo rozpina rozporek. Pchnął ją, mocno. Krzyknęła z bólu, łzy pojawiły się w jej powiekach. Juugo nie przejął się, przyspieszył, rżnął ją bezlitośnie w przyspieszonym rytmie.
Suigetsu chwycił ją za włosy, a potem wsadził jej męskość w usta, aż przeszła przez gardło. Shiro zakrztusiła się, ale nie mogła nic zrobić, była skutecznie unieruchomiona. Łzy wypłynęły z jej oczu i zaczęły spadać na ziemię z kości policzkowych. Juugo nagle wyszedł i wepchnął męskość w jej odbyt. Wrzasnęła tak, że mimo członka Suigetsu, penetrującego jej gardło, wrzask był słyszalny w całej celi. Poczuła, jak nogi się pod nią uginają, ale Juugo trzymał jej biodra na odpowiedniej wysokości. Jej ciało nagle stało się wiotkie i słabe, a kiedy obaj mężczyźni doszli i rzucili ją pod ścianę, spoczęła tak, w nienaturalnie wygiętej pozycji i oddychała ciężko, pojękując z wciąż nieustającego bólu.

Huk zatrzaskiwanych z ogromną siłą drzwi od celi wyrwał ją z bolesnego odrętwienia, w którym znajdowała ostatnio pocieszenie i beztroskę. Podniosła głowę, niepewna własnych ruchów, i zauważyła Sasuke, stojącego przy wejściu z ręką wciąż zaciśniętą na klamce, wpatrującego się w nią z mieszanymi uczuciami. W lewej dłoni trzymał metalową miskę.
- Och, Sasuke, nawet nie wiesz, co oni...! - zdążyła wyjęczeć, nim zdała sobie sprawę, że na twarzy mężczyzny wykwitł pogardliwy uśmiech, i nim przypomniała sobie, że on przecież należy do grona jej oprawców.
Opuściła głowę, odwróciła wzrok i skuliła się jeszcze bardziej, zakrywając kolanami piersi. Słyszała, jak się zbliża, jego kroki odbijały się echem po pustych ścianach. Stanął nad nią.
- Sasuke, dlaczego? - wyszeptała, wciąż ze wzrokiem wbitym w ziemię.
- Co dlaczego?
- Dlaczego to wszystko robisz? Nienawidzisz mnie? I dlaczego ta... Karin? Dlaczego ona, a nie ja? Co ona ma takiego, czego nie mam ja? Przecież nawet nie sprawia ci przyjemności, Sasuke! - podniosła na niego pełne łez oczy. - Chodzi o to, że ona potrafi odmówić, że nie zgadza się robić jakichś rzeczy dla ciebie? Chodzi o to, że ja ci nigdy niczego nie odmówiłam, bo tak mnie nauczono? Tak, o to chodzi?
Nie odpowiedział, ale uśmiech z jego ust zniknął.
- Skoro tak, to teraz odmawiam! - krzyknęła. - Nie chcę już tu więcej być i nie chcę już więcej tego robić! Byłam tu trzy dni, w zamknięciu, bez jedzenia i bez picia, bez snu nawet, za to bojąc się każdej kolejnej godziny! To jest straszne i ja już nie chcę! Odmawiam, nie zgadzam się i chcę, żebyś mnie wypuścił!
Pojedyncza łza pociekła jej po policzku. Starła ją gniewnym ruchem i spojrzała ostro na Sasuke, ale on nawet nie mrugnął. Zacisnęła zęby, czując trudność z przełknięciem śliny.
- I co, urosłam w twoich oczach...? - powiedziała cicho, przez zaciśnięte gardło. Wyciągnął lewą rękę, podstawiając jej miskę pod nos.
- Wypij to - rzekł sucho.
- Co to jest?
- Woda.
Wzięła miskę z jego rąk i powąchała jej zawartość. Nie miała zapachu. Zatopiła w cieczy koniuszek języka, ale smaku owa ciecz również nie miała. Bez dalszych oporów przyłożyła brzeg do ust i zaczęła łapczywie pić.
Sasuke wziął z jej rąk pustą miskę, zaraz zanim zacisnęła obie dłonie na brzuchu. Ból rozszedł się po jej ciele razem z przejmującym gorącem.
- Co to było...? - wyrzuciła przez zaciśnięte zęby.
- Coś, co pozwoli ci nie zwracać uwagi na to, co robią ci Suigetsu i Juugo - ujął w palce jej dłoń i upuścił na nią jedną małą kuleczkę. - Jeszcze to.
Rozpoznała ją od razu.
- Napar z maku i kwiat driakwi - mruknęła. - Moje własne zioła, przeciwko mnie...?
- Przyda ci się - skierował się do drzwi, otworzył je. - A, i, Shiro...
Podniosła głowę.
- Urosłaś w moich oczach. Miałem zamiar kazać ci to chłeptać.
I wyszedł, a Shiro siedziała jeszcze długo, wpatrując się w maleńki żółty pączek.

Kiedy kolejny raz drzwi się otworzyły i dwóch znajomych jej aż za bardzo mężczyzn weszło do celi, jej wzrok był wbity w przeciwległą ścianę, ale uniósł się, gdy ruch pojawił się w kącikach jej oczu.
- No suczko, zaczynamy jak zawsze - odezwał się niebieskowłosy, ukazując trójkątne zęby w parszywym uśmiechu. Uniosła się posłusznie i opadła na kolana tyłem do nich, potem także na ręce. Ukradkiem połknęła kwiatek. Zdążyła poczuć pierwsze kilka pchnięć, kiedy jeden z nich wsunął się pod nią, a drugi stanął nad, a potem... w sumie czuła każde pchnięcie, ale szybko przestało ją to obchodzić. Nic nie bolało, nie było upokorzenia, nie było nic. Jej wzrok zaszedł mgłą, gdy jej myśli zaczęły błądzić w przestrzeni. Ciekawe, czy ci z Konohy jej szukają, czy w ogóle ktoś się przejął jej brakiem? Znając życie, to nie. A jeśli Kiba albo Shikamaru chcieli, to Naruto im zakazał. Akamaru już raczej nie leży w kuchni w jej kawalerce, tylko trenuje z Kibą. Właśnie, mieszkanie... Trzeba umyć tę podłogę do końca, bo do teraz to to musi być straszne. Zrobi to, jak tylko wróci. A potem pójdzie na zakupy, bo pewnie połowa jej lodówki już ożyła i uciekła. Uśmiechnęła się do tej myśli.
Jak przez mgłę usłyszała przed sobą krzyk i poczuła trzaśnięcie w twarz. Tym również się nie przejęła, jej głowa nieomal bezwładnie wróciła do poprzedniej pozycji i do rozmyślań. W łazience też trzeba będzie trochę ogarnąć. I zamalować te dziury w ścianie... albo nie, zostawi je sobie na pamiątkę. Tamten wieczór był w sumie w porządku.
Dwaj mężczyźni unieśli ją i jeden z nich oparł ją o siebie, a drugi stanął z tyłu. Nie zwróciła na to uwagi, pogrążona we własnych myślach. Jak wróci do domu, będzie musiała też pójść do Naruto i sobie poważnie z nim porozmawiać, bo to się zaczyna robić denerwujące. Taak, zrobi sobie krótki spacerek do budynku administracyjnego. A potem pójdzie do domu Sasuke i weźmie wreszcie stamtąd Yoarashi no Te, którą tam zostawiła. Wreszcie pozałatwia tyle spraw, bez strachu...
Obaj mężczyźni puścili ją, doprowadzili się do porządku i wyszli. Opadła na ziemię, przytuliła się do ściany i usnęła błogim snem.

Snop światła z korytarza, który uderzył o jej oczy, zerwał ją ze snu. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że jej cela ma przepływ jak Amazonka, jednocześnie próbując przedrzeć się przez zasypującą ją lawinę oślepiającej bieli, ale potem drzwi zamknęły się i wszystko się skończyło. Pod ścianą stał Sasuke, półnagi, w lewej dłoni znów trzymając metalową miskę, tym razem nieco większą.
- Trzymaj - wyciągnął ją ku niej. - Teraz to czysta woda, naprawdę.
Resztki cynizmu i olewczego nastawienia do życia, pozostałe po narkotyku, zmusiły ją do wzruszenia ramionami i wychylenia duszkiem całej miski. W sumie gówno ją to wszystko obchodziło.
Przestało, gdy Sasuke, wziąwszy od niej miskę, odrzucił ją gdzieś pod drzwi, a sam ukucnął przed nią i spojrzał prosto w jej źrenice. Dopiero teraz naprawdę zdała sobie sprawę, jaką sztuką to było i jak dobrze on ją znał, skoro potrafił tę sztukę wykonać bezbłędnie. Jednak zamiast dać się porwać jego przeraźliwie czarnym oczom, w które zawsze zatapiała się z taką rozkoszą, teraz zacisnęła zęby i odwróciła wzrok, jakby z trudem. Jego ręka wystrzeliła do przodu i chwyciła ją za szczękę, ale zamiast siłą skierować jej wzrok na siebie, jak spodziewała się, że zrobi, on tylko opuścił ją w dół i delikatnym dotykiem zjechał po jej szyi na dekolt i piersi. Zadrżała, przeklinając w myślach swoje ciało, które reagowało na niego tak naturalnie i tak bezwolnie...
Ujął w palce jej pierś i przyjrzał się kilku czerwonym zadrapaniom i fioletowiejącym sińcom, które na niej widniały. Polizał delikatnie każde z nich. Zacisnęła palce na kamieniu podłogi, powstrzymując się od westchnięcia. Sasuke począł z zapamiętaniem całować jej piersi, szczypać i ssać sutki, masować je palcami. Zacisnęła zęby z całej siły, bojąc się każdej kolejnej chwili, a właściwie - bojąc się niepewności, czy w tej kolejnej chwili wytrzyma.
Nie wytrzymała. Kiedy jedna z dłoni mężczyzny nagle opadła i poczuła dwa palce wsuwające się w jej ciało, krzyknęła zduszonym głosem, ale zaraz zacisnęła zęby na dłoni, aby powstrzymać się od kolejnych jęków, mimo że te brutalnie wyrywały się z jej gardła. Jej policzki pokrywały rumieńce, które przyzwyczaiła się dla niego wywoływać, bo tak bardzo je lubił. Zacisnęła zęby mocniej, krew pociekła po nadgarstku, podczas gdy Sasuke wpychał palce coraz głębiej. Wyjął jej dłoń z ust.
- Jęcz - szepnął jej do ucha, omiatając je gorącym oddechem. - Jęcz, przecież wiesz, jak to lubię...
Przeciągły jęk wyrwał się z jej gardła, kiedy przejechał palcami po jej przedniej ściance.
- Nienawidzę cię... - wysapała, resztkami sił próbując się jeszcze powstrzymać. Ale mężczyzna doskonale wiedział, gdzie się kierować i co czynić, żeby jej się to nie udało. Nie odpowiedział, uśmiechnął się. Poczuła na udzie jego wyprężony członek, wyrywający się, żeby się do niej dostać i już w tym momencie wiedziała, że Sasuke nie pozwoli mu długo czekać. Nie pozwolił. Chwilę potem, kiedy kolejny jęk podrażnił jej gardło, szatyn pociągnął ją w swoją stronę, sprawiając, że całym ciałem przylgnęła do zimnych kamieni posadzki. Uniósł lekko jej biodra, a potem wsunął się w nią na całą głębokość. Po trzech latach znów poczuła, jak idealnie dopasowuje się do jej naturalnych wymiarów, jak wypełnia ją całą, po brzegi i jak sam jego czubek przechodzi przez próg szyjki macicy. Nienawidziła go za ten krzyk, któremu przez niego była zmuszona pozwolić wydostać się na powietrze.
- Gh... Ghhh... Ghh...! - wyrywało się zza jej zaciśniętych zębów za każdym razem, gdy wykonywał kolejne pchnięcie. Mimo odwróconego wzroku i mocno zamkniętych powiek wiedziała, że on uśmiecha się do niej tym swoim typowym aroganckim uśmiechem.
- Gh... Sasuke, przestań... proszę... - czuła, jak łzy goryczy wypełniają jej oczy, a głos jej się załamuje. - Nie rób już tak wię... AAH!
- Czemu tak mówisz? - wyszeptał. - Przecież widzę i słyszę, że ci się to podoba...
Spojrzała na niego przelotnie, ale zaraz jej wzrok znów uciekł.
- A w Konosze to co było? - warknął, akcentując każde słowo kolejnym pchnięciem. - Ten twój Kiba i Shikamaru... Przecież każdemu z nich mówiłaś, jak dobrze ci było pode mną...
Zacisnęła zęby, ale mimo to jęki wciąż uciekały z jej ust.
- Odpowiedz! - podniósł głos, wbijając w nią swą męskość ze zdwojoną siłą. Łza stoczyła się po jej policzku i roztrzaskała o szorstkie kamienie. [koniec części 3.]
- Oni nie są moimi chłopakami! - krzyknęła mu prosto w twarz, dziwiąc tym i jego, i siebie. - Ani oni, ani nikt inny!
Nie ruszał się przez chwilę, trawiąc jej wywrzeszczane głośno słowa, a potem zacisnął palce na jej kostkach, uniósł je wysoko, ponad swoje ramiona i pchnął ją mocno. Wrzasnęła z bólu wymieszanego z rozkoszą, zarzuciła głową. Pojedynczy szloch wyrwał się z jej gardła.
- Skoro tak... - głos Sasuke znów stał się cichy, niski i mruczący. - ...dlaczego więc mówiłaś im takie rzeczy?
Otworzyła usta.
- Gh... Bo... - jej dłoń przetarła twarz szybkim ruchem. - Bo czułam taką potrzebę... Musiałam komuś powiedzieć... dlaczego... i... przestań, proszę... - jej płacz stawał się coraz bardziej regularny, zasłoniła dłońmi całą twarz.
- Chcę widzieć twój pyszczek, kiedy ci to robię - mruknął, strącając jej dłonie z powrotem na ziemię. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, pełnymi zdziwienia.
- Sa... suke... - poruszyła wargami, a potem zacisnęła pięści i zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając go do siebie i tym samym wyginając samą w siebie w nieludzką pozycję. Wbiła wzrok w jego usta. - Proszę, pocałuj mnie...
Pochylił się lekko, niemal dotykając wargami jej lekko rozwartych ust, ale w porę opamiętał się i zsunął jej ręce ze swojego karku, by zaraz potem przycisnąć je do ziemi. Przyspieszył. Jej jęki również, w dodatku stały się głośniejsze i bardziej desperackie. Łzy strumieniami płynęły jej po skroniach i topiły się w białych włosach.
- Gh...! - wyrwało się spomiędzy warg Uchihy, zaraz potem zesztywniał i wbił paznokcie w jej ręce, by po chwili oprzeć się na nich ciężko, dysząc ze zmęczenia. Pochylił głowę i z trudem wciągnął w nozdrza zapach jej włosów, pełen mięty i orchidei.
A ona popiskiwała jak wilczyca w cieczce, płacząc.
Zsunął się z niej i usiadł naprzeciwko, opierając czoło na ręce. Jego palce stargały mu włosy, a potem nagle zacisnęły się na nich. Trwał tak przez chwilę, przeklinając w niewybrednych słowach swoją słabość do tej dziewczyny, kobiety właściwie, słabość, której nigdy nie potrafił do końca powstrzymać i przez którą nie mógł znieść żadnego dnia bez jej dotyku i widoku. Warknął cicho i podniósł głowę. Shiro dalej leżała w pozycji, w której ją zostawił, już nie popiskując, tylko dysząc ciężko z przymkniętymi powiekami, spod których wciąż, nieprzerwanie, płynęły łzy. Obserwował ją przez chwilę, jej szybko unoszącą się pierś, lekko drgające palce i ciekłe perły, toczące się po jej policzkach. Omiatał wzrokiem całe jej ciało, mocno wciętą talię i krągłe biodra, nogi, ułożone w tak przedziwny, a jednak pociągający sposób, w sposób, w który układała je zawsze po czymś takim. Po raz kolejny przyznał w myślach, że nic się nie zmieniła.
Obserwował ją dalej, gdy uniosła się na drżących rękach i z trudem, bez użycia nóg, przesunęła się pod ścianę. Podciągnęła kolana pod brodę i wbiła wzrok w podłogę.
- Czy ty... - szepnęła, wycierając łzy wierzchem dłoni, co było bez sensu, bo te, nieprzejęte, płynęły dalej. - Czy ty wiesz... wszystko?
- Tak - odparł oschle. - Wiem wszystko.
- A co... jeszcze... wiesz? - jej głos był cichy i przestraszony.
- Wiem jeszcze, że zabiłaś Tsunade własnymi rękoma, kiedy byłyście razem na misji, i że potem powiedziałaś w wiosce, że zmarła z obrażeń, choć próbowałaś ją uratować, a wszystko tylko po to, by pomóc Naruto objąć tytuł Hokage.
Spojrzała na niego spode łba, zaciskając zęby. Minęła chwila ciszy.
- To nie było dlatego - warknęła w końcu. - To było dlatego, że po samobójstwie Shizune Tsunade odbiło i przestała przejmować się wioską, oddała się w całości hazardowi i alkoholowi. Przestała być doskonałym Hokage, na którego liczyła Rada Starszych. Pomyślałam, że tak będzie lepiej. Naruto również nic nie wie. Myśli, że okoliczności jego objęcia tytułu Rokudaime były całkowicie przypadkowe.
- A powiedz mi... - zastanowił się chwilę. - Wszystko, co stało się w twoim życiu, niby bez twojego udziału, było tak samo ‘przypadkowe’?
- Przestań! - krzyknęła, ale zaraz odwróciła wzrok, jakby zawstydzona. Nie zareagował nawet jednym ze swoich aroganckich uśmiechów. Tylko wpatrywał się w nią milcząco.
- Sasuke... - szepnęła, znowu cicho i bojaźliwie. - Dlaczego... wtedy... wiesz, kiedy odszedłeś... dlaczego zostawiłeś swoją katanę? Dlaczego zostawiłeś ją we mnie?
Jego wyraz twarzy zmienił się. Odrobinę.
- Wiedziałem, że... - zaciął się. - Że nie mógłbym jej już więcej użyć, że nie mógłbym na nią nawet spojrzeć. Stałaby się bezużyteczna. A bezużyteczna broń jest jedynie ciężarem.
- Dlaczego...?
Wstał gwałtownie, nie pozwalając jej skończyć i odwrócił się tyłem.
- Dlaczego nie mógłbym na nią patrzeć? - podniósł nieco głos. - Zabiłem nią własne dziecko, jedyną szansę na przetrwanie mojego klanu! Nie mogę nawet powiedzieć, że przez przypadek, bo zadałem ci ten cios z pełną premedytacją i z zamiarem zadania ci bólu właśnie w takie miejsce...! - jego pięści zacisnęły się. - Nie mógłbym dotknąć takiej broni.
Shiro zagryzła wargi.
- A... tak szczerze... Czy... kiedy ci to powiedziałam... Czy to cię zabolało?
Odwrócił się nagle i wyrżnął pięścią w jej szczękę. Odrzuciło ją, obiema rękami zamortyzowała uderzenie o podłogę. Krew zabarwiła jej wargi na szkarłatno. Poczuła, jak Sasuke opiera się o ścianę, pochylony nad nią.
- Oczywiście, że zabolało. Chciałem cię wtedy zabić, zmasakrować twoje ciało i zostawić je tak, na odsłoniętym urwisku, żeby ANBU Konohy je znaleźli, tylko za to, że nie powiedziałaś mi wcześniej i że przez to zrobiłem coś takiego. Ale...
Uniosła się nagle i spojrzała mu prosto w oczy. Strużka krwi popłynęła pojej podbródku.
- Sasuke, gdybym powiedziała ci wcześniej, nic by to nie zmieniło! Kompletnie nic! Pieczęć się uwolniła i...
- Zmieniłoby - przerwał jej. - Gdybym wiedział wcześniej, nie zgodziłbym się na walkę z tobą. Gdybym wiedział wcześniej, nie zgodziłbym się na odejście z Konohy. Zostałbym z tobą... i z dzieckiem.
Odwróciła wzrok, powstrzymując policzki od mimowolnego zarumienienia się, ale nagle zacisnęła pięści i spojrzała na niego wściekle.
- Więc, Sasuke, co do kurwy nędzy się stało takiego, że zacząłeś mnie nienawidzić i że przez ostatnie cztery dni robisz mi tak straszne rzeczy? Co cię zmieniło, co sprawiło, że w twoich oczach zasłużyłam na taką karę?!...
- Ty - warknął. - I moje chore rozmyślania.
Zamilkła. I patrzyła na niego tymi swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Zacisnął zęby, przymknął oczy i skierował się do drzwi. Otworzył je i z ręką na klamce, nie odwracając się, odezwał się bardzo cicho. Tak cicho, że musiała uspokoić swój rozszalały oddech, żeby go usłyszeć.
- Kiedy następnym razem przyjdą Juugo i Suigetsu... - rzekł Sasuke. - ...postaw im się.
Drzwi zatrzasnęły się za nim, chrzęst klucza w zamku odbił się echem od pustych ścian celi. A Shiro siedziała jeszcze długo, wpatrując się w drzwi szeroko otwartymi oczami, które błyszczały smutno wciąż nieustępującymi łzami.

Przyszli. I to całkiem niedługo po odejściu Sasuke. Drzwi trzasnęły o framugę, a każdy z nich miał na twarzy chory, perwersyjny uśmiech. Juugo dodatkowo miał połowę ciała okrytą czarnymi dziwacznymi znakami, które Shiro znała aż za dobrze.
- Znów zaczynamy jak zawsze, suczko - zaśmiał się Suigetsu na sam początek, spoglądając na nią z góry.
- Nie - odwarknęła, zakrywając się kolanami. - Nie ma mowy.
- Że co? - niebieskowłosy zbliżył się i podniósł ją siłą za szyję. - Że co ty powiedziałaś?
- Nie zga... dzam się... - wykrztusiła, próbując złapać oddech mimo jego mocno zaciśniętych palców. - Sasuke... powiedział... że mam wam odmówić...
- Dla ciebie to ‘pan’, suko! - wrzasnął Suigetsu i rzucił nią o przeciwległą ścianę. Krzyknęła, gdy krzyże zaprotestowały ostrym bólem. - I nie waż się więcej nim zasłaniać! - stanął nad nią i chwycił jej włosy, po czym uderzył jej głową o ścianę. Kilka razy. Krzyczała, próbując się uwolnić, ale miała za długie włosy i on za dobrze zaplątał w nie swe palce. Juugo oparł się o ścianę obok i szarpał się za męskość, patrząc, jak niebieskowłosy się nad nią znęca.
- Ty... mała... suko... - wydyszał Suigetsu, podkreślając każde słowo kolejnym uderzeniem. - On nawet... nie ma klucza... żeby tu wejść... - skierował na siebie jej twarz i przyjrzał się uważnie jej ranom na policzkach, krwawiącemu nosowi i ustom.
- Żeby on jeszcze potrzebował tego klucza... - mruknęła cicho.
- Zamknij pysk! - cisnął nią o ziemię i kopnął ją mocno w kręgosłup. Wrzasnęła i zaraz drzwi od celi otworzyły się szeroko.
- Dość - usłyszeli. W drzwiach stał Sasuke, w lewej ręce trzymał jakiś tobołek, prawą ostrzegawczo kołował w okolicach rękojeści katany. - Suigetsu, odsuń się od niej. Juugo, skończ sobie trzepać i oboje wypierdalajcie. Chcę z nią zostać sam.
- Ależ, Sasuke-sama... - Suigetsu zrobił wielkie oczka skrzywdzonego szczenięcia, choć jego trójkątny uśmiech kłócił się z nimi o miejsce na jego przebrzydłej twarzy. - A co z Karin?
Pięść Uchihy nagle wystrzeliła do przodu i zmusiła ciało niebieskowłosego do uderzenia o przeciwległą ścianę.
- Karin... - warknął. - Karin jest teraz wasza. A teraz spierdalać.
Suigetsu i Juugo czym prędzej wytoczyli się z pokoju. Sasuke zbliżył się do Shiro, ukucnął i położył tobołek obok. Spojrzała na niego krzywo, próbując ukryć krew sączącą się powoli z ust i z nosa, ale on ujął jej podbródek i obejrzał uważnie całą jej twarz.
- Zajebię skurwysyna... - mruknął pod nosem. - Poradzisz sobie z tym sama, prawda?
- Zaraz samo przejdzie - odparła spokojnie, choć wciąż drżącym głosem.
- Tu są twoje ubrania i ekwipunek, zbierz się i znajdź mnie na węch, a jeśli się zgubisz, to idź i poczekaj na zewnątrz. Ja tylko załatwię pewną sprawę i spierdalamy stąd z powrotem do Konohy.
- Naprawdę myślisz, że Naruto przyjmie cię z powrotem?
- Mam taką nadzieję.
- A jeśli nie?
- A jeśli nie... To wtedy będę się martwił. Teraz musimy się stąd wynieść. Znajdziesz mnie, wiem, że potrafisz.
A potem... Potem zrobił coś, czego by się po nim w takiej chwili nie spodziewała. Podniósł się, pochylił i całkowicie naturalnie musnął wargami jej pokrwawione czoło. A potem wyszedł.

Pędzili przez las na łeb, na szyję, żeby jeszcze rano zjawić się w Konosze. Ale Shiro nie wytrzymała takiego tempa. Kiedy minęli już połowę drogi, nagle po prostu zatrzymała się i usiadła skulona na gałęzi drzewa.
- Nie mogę już, Sasuke... - jęknęła boleśnie. - Mój żołądek zaraz zacznie zjadać sam siebie, poza tym te wszystkie rany i...
- To upoluj sobie coś - wrócił do niej.
- Jestem za głodna, rozumiesz?! - wybuchła, ale potem odwróciła wzrok, zawstydzona. - Przez cztery dni nie jadłam...
Ukucnął i zawinął sobie kosmyk jej włosów wokół palca.
- Przepraszam - szepnął. - To moja wina, ja to wszystko zacząłem. Wynagrodzę ci to, obiecuję.
Po czym wziął ją na ręce i skoczył do przodu. Zaczerwieniła się.
- Dasz radę, tak daleko?
- Dla ciebie dam.
Poczuła, jak jakaś kula unosi się jej do gardła, a oczy zaczynają wilgotnieć. Zacisnęła palce na jego koszuli i zatopiła w niej twarz, łkając. Nie minęło dziesięć minut, jak usnęła, wtulona w jego ciepłe ciało.

Obudziła się w swoim własnym łóżku, naga, opatrzona i opatulona kocem. Światło poranka tańczyło na ścianach i suficie. Wyplątała się, żeby wstać, ale gdy tylko usiadła, ohydnie zakręciło się jej w głowie, co zmusiło ją do położenia się z powrotem.
Kiedy tylko przestało, rozejrzała się. Podłoga - o dziwo - była umyta, co wprowadziło ją w stan szoku. Obok, na szafce nocnej, stał talerz z ciepłymi grzankami i kubek wciąż jeszcze gorącej herbaty, pod którą była kartka. Wyjęła ją ostrożnie, przeczytała i zakryła dłonią twarz. Zacisnęła zęby, powstrzymując płacz.

Naruto nie pozwolil mi zostac, zrobilem ci tylko sniadanie i ucieklem. Nie chce, zeby zlapali mnie twoi koledzy po fachu. Zobaczymy sie w nocy.
Twoj Aniol Stroz.

~~@~~

Epilog:
Białowłosa kobieta stała głęboko w nocy przy otwartym szeroko oknie, w całkowitej ciemności niewielkiego mieszkania, rozświetlonej blaskiem gwiazd. Była ubrana tylko w koronkowe szorty i obcisły gorset, teraz rozwiązany do połowy. Z wyczekiwaniem wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo i wielki księżyc, który igrał blaskiem na jej tęczówkach, jakoby niemo przekazując jej wiadomości. Zagryzła wargę. Od wielu miesięcy co noc trwała przy oknie, czekając Jego powrotu, ale jeszcze nigdy nie musiała czekać tak długo. Martwiło ją to i martwiła ją długa i niebezpieczna misja, którą dzisiaj jej przydzielono. Nie chciała zostawiać tego wszystkiego, nie chciała tego stracić. Nie chciała ginąć, nie zobaczywszy Go chociaż ten ostatni raz...
Nagle czarny cień przesłonił pół wielkiego księżyca, by chwilę potem wylądować na jej parapecie. Płaszcz załopotał, kiedy cień zeskakiwał na podłogę i zbliżał się do niej. Przygryzła wargę, potem okno zamknęło się, a jej światem stała się nieprzenikniona ciemność płaszcza, który omotał ją wraz z silnymi ramionami niczym czarne, wielkie skrzydła...
Uśmiechnęła się delikatnie, pozwalając się porwać i ucałować. On tu był i teraz już wszystko będzie dobrze. Misja, śmierć - wszystko odeszło w niepamięć, wypełniło ją ciepło i przytulna błogość Jego ciała. Wiedziała, że już wszystko będzie dobrze, że jest bezpieczna, bo... On czuwa.
Jej Anioł Stróż.




Gdybyś tylko wiedział...
(Madara x Shiro + Sasuke x Karin + nawiązania do Sasuke x Shiro)

Gdybyś tylko wiedział...
Zawsze cię obserwowałam. Zawsze mój wzrok spoczywał na tobie. Nie przejmowałam się innymi, którzy mnie zaczepiali, nikomu innemu nigdy nie pozwoliłabym się dotknąć. Ale ty zawsze byłeś tak oschły i zimny... Nigdy nie zwracałeś na mnie uwagi większej, niż wymagała tego nasza praca. Mówiłeś, że nie lubisz kobiet, a jedyne, co się dla ciebie liczy, to zemsta.
Ale wtedy pojawiła się ona i przestałam wierzyć twym słowom. Mówiłeś, że to twoja przyjaciółka z dawnych lat, lecz ja wciąż cię obserwowałam. I szybko już wiedziałam, że to ona wprowadziła cię w dorosłość, że to ona sprawiła, że po raz pierwszy się zaśmiałeś i że wciąż coś jeszcze do niej czułeś. A do mnie nic.
Zżerała mnie nienawiść do tej dziwnej kobiety o białych włosach, idealnie czarnych oczach, lekko spiczastych uszach i wydłużonych kłach. Przerażała mnie trochę, wyglądała jak demon, jak uosobienie bólu i śmierci. Ale tobie to nie przeszkadzało, chyba nawet to właśnie w niej lubiłeś.
A najdziwniejsze było to, że nigdy się nie odzywała, nawet słowem i do nikogo. Zawsze była cicha i wyalienowana, ograniczała kontakty z nami tylko do pracy. Rzadko siedziała z nami, gdy wyruszaliśmy na misje, które dawał nam Madara, spała bardzo daleko, tak, że z trudem ją dostrzegaliśmy. Jeśli już zdarzyło się, że była z nami – zwykle rozpalała własne ognisko nieco dalej, a ty często opuszczałeś nas, by pójść do niej – siedziała skulona, trzymając w obu dłoniach miskę jakiegoś gorącego płynu, zawsze obok ciebie, a jak najdalej od nas. Wszelkie próby nawiązania z nią rozmowy spełzały na niczym – nigdy nie odpowiadała, tylko wpatrywała się w ognisko tymi swoimi oczami bez wyrazu.
Często się nią zajmowałeś, zauważyłam. Od samego początku. Kiedy wyszła spomiędzy drzew z ustami pełnymi krwi i usiadła u twoich stóp, po raz pierwszy zobaczyłam w twoich oczach ślady zabitej już dawno miłości. Pytałeś ją, co tu robi i czego chce, ale ona klęczała cicho. Nagle wstała, chwyciła cię za rękę i pociągnęła dalej w las, tak, żebyśmy was nie widzieli. A kiedy wróciliście, byłeś już wobec niej czuły i opiekuńczy, taki, jaki zawsze chciałam, żebyś był wobec mnie...
Potem wróciliśmy do kryjówki, widziałam ciebie pochylającego się nad nią, kiedy stała oparta o ścianę, widziałam, jak całujesz jej czoło, oczy i policzki. Widziałam, jak na nią patrzysz, jak szepczesz jej coś do ucha i jak ona się czerwieni. Zawsze wtedy robiło mi się aż gorąco z zazdrości i znikałam.
Gdybyś tylko wiedział...

Od czasu jej przybycia mija już trzeci tydzień, a nic się nie zmieniło. Zrozumiałam, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, muszę sama pozbyć się niewygodnej rywalki.
Walka z ośmioogoniastym była dla nas wszystkich trudną przeprawą. Tylko ja nie otrzymałam obrażeń, które wymagałyby opieki medycznej. Suigetsu złamał rękę, walcząc, Juugo wyczerpał się, używając Pieczęci. Ciebie zaś skrzywdzono najbardziej. Byłeś nieprzytomny, ciężko oddychałeś i traciłeś dużo krwi, a ona nie kryła przed nikim, że możesz umrzeć. Sama też nie była bez ran. Ale mimo że kilka razy przebito ją na wylot, mimo że wyczerpała niemal całe pokłady Chakry na jutsu z tym jej przeklętym demonem, mimo że utykała ze skręconym kolanem, wciąż krzątała się przy was trzech. Dalej nie odzywała się ani słowem, a na jej twarzy nawet sekundy nie postał wyraz bólu.
Spoczęła dopiero wtedy, kiedy każdy z was oddychał spokojnie i spał. Na koniec zajęła się swoimi ranami, opatrzyła je i położyła się zaraz obok ciebie.
W nocy usłyszałam jęk. Przez chwilę myślałam, że mi się śni, ale jęk stawał się coraz głośniejszy, aż wreszcie przerodził się w krzyk. Otworzyłam oczy i spojrzałam w stronę, z której ten krzyk dochodził. W twoją stronę. Obudziłeś się z koszmaru, zerwałeś się i otworzyłeś swoje rany. Ale ona już przy tobie była, z jedną dłonią na twoim ramieniu, drugą badającą twoją pierś przez bandaże, jak zawsze milcząca. Zacisnęłam bezsilnie pięści i położyłam się, ale do rana nie zmrużyłam oka.

Tydzień później wciąż jeszcze byłeś zbyt słaby i ranny, by móc się swobodnie poruszać. Przeniosła twoje łóżko do łatwiej dostępnego pokoju, tak na wszelki wypadek. Chłopaki często tamtędy przechodzili, ja zaś siedziałam przy tobie i pilnowałam cię, ilekroć ona była nieobecna, a ostatnio zdarzało się to coraz częściej.
Tego razu byłeś przytomny, siedziałeś oparty o poduszki i rozmyślałeś. Ja spoczęłam na brzegu łóżka i wpatrywałam się z rozkoszą w twoją twarz.
- Muszę zapewnić przedłużenie klanowi – mówiłeś. – Madara tego nie zrobi, nie ma szans, Itachi też nie, bo jest chory. Zostałem tylko ja. Tylko ja mogę to zrobić i muszę to zrobić...
- Sasuke-kun... – szepnęłam, wyciągając dłoń i przejeżdżając palcami po twoim policzku. – Zawsze możesz na mnie liczyć, jeśli by...
- Nie – odepchnąłeś moją dłoń. – Nie, jesteś za brzydka.
Zsunęłam się z łóżka na podłogę, wpatrując się w ciebie szeroko rozwartymi oczami. A ty nie zwróciłeś na mnie najmniejszej uwagi...
- Oi, Juugo – zaczepiłeś przechodzącego bruneta. – Widziałeś może Shiro?

~~@~~

Ta białowłosa siksa nawet mi się podobała. Była cicha, spokojna, seksowna, miała intrygujące oczy i usta. Chciałem je całować i czuć, chciałem, żeby na mnie patrzyła, abym mógł zatopić się w obsydianowej otchłani jej czarnych białek.
Dlatego tego właśnie wieczoru szedłem do jej pokoju celem powiedzenia jej powyższego. A jeśli by się nie zgodziła... cóż. Tobi is a good boy.
But Tobi could be bad boy.
And Tobi will, if she won’t.
Otworzyłem lekko drzwi i zajrzałem do środka. Dziewczyna leżała na łóżku z zamkniętymi oczami, wydawała się drzemać. Jedyne, malutkie okno było uchylone. Wkroczyłem do wewnątrz, a ona się nie poruszyła, dlatego zbliżyłem się i stanąłem nad posłaniem. Poczułem wzrost ciśnienia, gdy przyglądałem się jej lekko rozwartym, zmysłowym ustom, mięśniom odcinającym się na jasnej skórze ramion, piersiom rozpychającym się ponętnie w mocno zawiązanym gorsecie, i płaskiemu brzuchowi, który...
Dziewczyna podniosła się bez słowa i zamknęła drzwi, likwidując lekki przeciąg, a potem wróciła do swojej pozycji na łóżku i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Podobasz mi się – rzekłem po chwili bezmyślnie. Podniosła brew, ale nie odpowiedziała. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, co powiedziałem, ale nie przejąłem się tym tak bardzo. W końcu mężczyzna, który nie miał żadnej od kilkudziesięciu lat, mężczyzna, który nagle, po takim czasie zaczął pożądać z takim bólem dawno ignorowanej cielesnej potrzeby, taki mężczyzna ma prawo pieprzyć głupoty.
Jednak ona wciąż nie odzywała się ani słowem, a pozycją sprawiała, że coraz bardziej pragnąłem ją mieć i móc jej raz po raz wpychać mojego dużego i twardego, a potem...
Moje myśli musiały odbić mi się na twarzy, bo dziewczyna spojrzała na mnie zaszczutym wzrokiem i zagryzła wargi. Zacisnąłem zęby i oparłem się ręką o ścianę. Krew odpłynęła mi z twarzy, zakręciło mi się w głowie. Palce u rąk zaczęły mrowić, nie mogłem już wytrzymać, nawet nie wyobrażałem sobie, że miałbym jej tego wieczoru nie posiąść. Chwyciłem ją za ramię i pociągnąłem do góry, aż usiadła – najpierw chciałem poczuć jej usta. Zachłysnęła się powietrzem, zaczęła walczyć.
Szczerze mówiąc, bardziej podniecało mnie, gdy bezskutecznie usiłowała odepchnąć moje dłonie, gdy musiałem włożyć nieco siły w obłapianie jej, w zmuszanie, aby była mi posłuszna. Jej wargi szeptały coś wciąż bezgłośnie, ruchy stały się bardziej desperackie, ale jednocześnie bardziej urywane i słabsze. Mimo to denerwowała mnie nimi, broniła się, jakby nie wiedziała, że już nie mogłem dłużej czekać – a wiedziała na pewno.
Ze złością uderzyłem ją w twarz. Upadła na pościel, ukryła rumieniec w poduszkach. Ja zaś kilkoma ruchami rozpiąłem spodnie i przygotowałem się do penetracji. Szarpałem się przez chwilę swą prawicą, lewicą podciągnąłem do góry biodra dziewczyny, klęknąłem na brzegu łóżka. Chwyciła mój przegub, ale jakby tylko dla zasady, uścisk ten był słaby, jakby już dawno się poddała.
Wbiłem się w nią gwałtownie, sapnąłem z rozkoszy. Byłem już wtedy mokry, ale mimo to miałem poważne trudności z wejściem i poruszaniem się w niej. Dopiero po dłuższej chwili poczułem lekkie szarpnięcie i większy luz na członku. Dziewczyna kurczowo zacisnęła palce na pościeli, ja przyspieszyłem.
Było mi rozkosznie, jej wąska piczka dokładnie mnie obejmowała, stawiała mi przyjemny opór, który sprawiał, że musiałem włożyć w to trochę siły. Dłoń, trzymająca mój nadgarstek, nagle zacisnęła się mocniej i próbowała go od siebie odciągnąć. W odpowiedzi wysmyknąłem go spomiędzy jej palców i sam chwyciłem jej rękę, by po chwili wykręcić jej ją na plecach. Przycisnąłem ją mocno do poduszek, jej kark na chwilę odgiął się nienaturalnie, potylica dotknęła karku, ale potem ułożyła się wygodniej, wciskając twarz między poduszki.
Przestała się wyrywać, przestała walczyć, leżała bez ruchu, płacząc. Widziałem, jak jej ciało drży w niepowstrzymanych spazmach. Widziałem, jak poduszka robi się mokra od łez. Widziałem jej nieszczęście, jej ból, jej cierpienie.
I nagle zrozumiałem. Świadomość istoty jej bólu i upokorzenia, świadomość tego, co przeżyła i czym mój czyn staje się w świetle tego wszystkiego, uderzyła mnie boleśnie w twarz, moje oczy rozwarły się szeroko, w i d z ą c i r o z u m i e j ą c to, co widzą.
Momentalnie obróciłem ją na plecy, nie przejmując się tym, że mój członek z niej wypadł, nie przejmując się, że patrzyła na mnie zdziwiona i przerażona, niepewna, co teraz nastąpi. A ja pochyliłem się, zbliżając do niej i delikatnie rozchyliłem językiem jej wargi. Wsunąłem go do wewnątrz, by po chwili zacząć masować jej podniebienie i dziąsła.
Wtem drzwi się otworzyły i stanął w nich Sasuke, jeszcze w płaszczu i z ekwipunkiem – pewnie dopiero co wrócił z misji, którą mu przydzieliłem, żeby nam nie przeszkadzał. Nie przewidziałem tylko, że dziewczyna będzie się bronić, a on tak szybko uwinie się ze zwiadem. Oderwałem się od niej niemal natychmiastowo, ale młody już zamknął za sobą drzwi.
Białowłosa leżała pode mną z dłonią na ustach, patrząc na mnie spod półprzymkniętych powiek. Mogła też równie dobrze patrzeć ze wstydem w bok, nie potrafiłem tego rozpoznać. Płakała. Pod jej biodrami powoli tworzyła się krwistoczerwona plama.
Patrzyłem na nią przez chwilę, doprowadzając się do porządku, nie wiedząc, co powinienem zrobić. Zostać z nią i próbować ją pocieszać, przepraszać? Powiedzieć o tym, że Sasuke nas widział? A może zachować to dla siebie i wyjść, zostawiając ją jej medycznym umiejętnościom?
Jeszcze zamykając za sobą drzwi, nie byłem pewien, czy dobrze czynię.

Nie minęło dużo czasu, gdy rudy łeb stanął w moim progu i cicho przymknął za sobą drzwi.
- I jak? - zapytał z niejakim podnieceniem. - Udało się?
- Poniekąd - odparłem, dając jej wyraźnie do zrozumienia, że nie podzielam jej entuzjazmu.
- Jak to „poniekąd”? - widać było, że się podenerwowała. - Nie ma „poniekąd”! Trzeba się jej pozbyć, przeszkadza!
- Nie do mnie takim tonem, młoda damo - powiedziałem ostro.
- Przepraszam, Madara-sama - momentalnie się uspokoiła.
- Za mało rozumiesz - rzekłem, odwracając się od niej do okna i wyglądając przez nie na pustynny krajobraz oraz brzeg lasu, majaczący na horyzoncie. - To nie w niej leży problem, a w Sasuke. Ona usilnie stara się unikać wszelkich rzeczy tego typu. On zaś stara się do niej zbliżyć. Powinnaś nim się zająć, nie nią.
- Czyli nie usunąłeś jej z areny tak, jak się umówiliśmy?
Znów spojrzałem na nią, a moje oczy napotkały drzwi lekko odchylone od framugi. Czarne półkole widniejące między nimi sprawiło, że uśmiechnąłem się kątem ust.
- Myślę, że teraz będzie bardziej ostrożna.
- Ale nie bardziej niedostępna.
- Nie wiem.
Karin zacisnęła pięści ze wściekłością.
- Ty obłudny...
- Pamiętaj - przerwałem jej. - Pamiętaj, że nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań. Ty podlegasz Sasuke, a on podlega mi. I choć wasal mojego wasala nie jest moim wasalem, to i tak szybciej ja ci będę rozkazywał, a nie ty mi. Zrozumiano?
- Hai, Madara-sama... - mruknęła, spuszczając wzrok. Znów spojrzałem za okno, zdając sobie sprawę, że młody już zniknął.
- A nie usunąłem jej z areny tak, jak się umówiliśmy, bo ona nigdy na niej nie była.
Dziewczyna otworzyła usta celem powiedzenia czegoś lub polemizowania, jak to ona, ale wykazała się rozwagą i szybko je zamknęła.
- W takim razie co właściwie zrobiłeś, Madara-sama? - zapytała pokornie po pewnym czasie.
- Porozmawiałem z nią - skłamałem bez mrugnięcia okiem. - I wszystkiego się dowiedziałem.
- Na przykład czego?
- Na przykład tego, że strasznie mało rozumiesz.
- To mi wytłumacz - warknęła.
- Nie, jesteś za głupia... - moją twarz rozjaśnił ohydny uśmiech. Widziałem, jak spogląda na mnie z nieopanowaną wściekłością. - Porozmawiaj z nią sama, skoro tak cię to interesuje.
- Nie zbliżam się do tej szmaty - wyszła, trzaskając drzwiami.

~~@~~

Mimo tego, co powiedział Madara, zauważyłam, że ta białowłosa sucz wyraźnie usunęła się w cień i nawet bardziej niż zwykle cię unikała. Kiedy wieczorem szykowałam się do snu, rozczesując włosy i rozbierając się, drzwi nagle się otworzyły, ukazując za sobą ciebie. Tylko ciebie.
Przez chwilę trwaliśmy tak bez ruchu i bez słowa - ja, siedząca na łóżku, przytrzymująca przy piersiach już rozpięty stanik, w zsuniętych nieco spodenkach, odsłaniających czarną bieliznę, z palącymi rumieńcami na zawstydzonej twarzy, których nie potrafiłam opanować, i ty, opierający się o framugę, z ramionami splecionymi na nagiej piersi, z uśmiechem czającym się w kącikach ust, pochłaniający mnie pożądliwym spojrzeniem. Skuliłam się pod tym wzrokiem, ścisnęłam uda i niemal natychmiast przeklęłam się w myślach - marzenie mojego życia właśnie stanęło w drzwiach mojego pokoju, a ja się przed nim bronię?
W tejże chwili do mojego umysłu z wielką siłą wpadło przypuszczenie, które mnie zmroziło. A może właśnie dlatego zawsze wolałeś ją? Może ona nie broniła się przed tobą, może ilekroć cię widziała, rozkładała nogi i przyjmowała cię w siebie z jękiem i śmiechem na ustach? Jestem lepsza od niej, dlaczego ja tak nie potrafię?
Zagryzłam wargi i, spoglądając na ciebie niewidzącymi oczami, zaczęłam powoli rozsuwać uda, mimo że wcale tego nie chciałam. Ale nie pozwoliłeś mi na to. Podszedłeś, uniosłeś za podbródek moją twarz i złożyłeś na mych ustach czuły pocałunek. Poczułam, jak coś wewnątrz mnie się unosi, jak twój wsuwający się pomiędzy moje wargi język rozprowadza przyjemne ciepło po całym moim ciele, a mnie ogarnia błogość i spokój. Wiedziałam, że teraz będzie już dobrze, że się mną zaopiekujesz, że nie pozwolisz, by już kiedykolwiek spotkała mnie jakakolwiek krzywda.
Delikatnie położyłeś mnie na pościeli, rozłożyłeś moje ręce i przez chwilę przyglądałeś się moim obnażonym piersiom. Potem począłeś powoli i delikatnie całować mnie po szyi, lizać i przygryzać koniuszki moich uszu. Schodziłeś coraz niżej, na moje ramiona, obojczyki, a w końcu piersi. Moje palce mimo mej woli wplotły się w twoje czarne włosy, odchyliłam głowę, rozkoszując się tym nowym dla mnie uczuciem.
Kiedy kładłeś mnie całą na łóżku i zdejmowałeś mi spodenki wraz z bielizną, zdałam sobie nagle sprawę, że wciąż jestem dziewicą i nikt mnie nigdy jeszcze tak nie dotykał, jak ty teraz. Chciałam tego z tobą, ale bałam się. Bałam się bólu, krwi, tego, co stanie się potem.
Całowałeś mnie dalej, po brzuchu, podbrzuszu, udach. Obróciłeś mnie na bok i obiegłeś mnie językiem od biodra do ramienia. Cały czas miałeś zamknięte oczy, widziałam, że sprawiało ci to przyjemność. Potem nagle uniosłeś się, usłyszałam szelest ubrań, a potem plastiku, gdy rozpakowywałeś prezerwatywę. Nie chciałam patrzeć, jak ją nakładasz,więc pozostałam skulona, ze wzrokiem wbitym w szafkę nocną, z przyspieszonym oddechem.
Opadłeś na mnie, zobaczyłam twoją rękę lądującą mi przed oczami, czułam twój gorący oddech przy uchu, a na udzie szorstki materiał. A więc nie zdjąłeś spodni. Zagryzłam wargi. Powinnam być podniecona - pomyślałam. - Wiem, że powinnam. Dlaczego więc nie jestem? Nie chciałam tego przed sobą przyznać, ale bałam się. Bałam się, że nie sprostam, że nie będę w stanie cię zaspokoić, że po wszystkim uznasz, że jestem za słaba i odrzucisz mnie, jak zużytą zabawkę.
Ale nie wziąłeś mnie od razu, mimo że czułam twoją gotowość na biodrach. Dłuższą chwilę całowałeś jeszcze mój policzek, szyję, ramię, ucho...
- I co, kurwo, chcesz się przekonać, jak to jest być gwałconą?
Targnęłam się, nagle przerażona, ale przycisnąłeś mnie do łóżka całym ciałem, a ja byłam za słaba, by cię unieść. Usiłowałam się uwolnić, szarpałam się, drapałam na oślep. Uniosłeś się nieco, targnęłam się ponownie, odepchnęłam cię rękami i, ku mojemu zdziwieniu, udało mi się to.
I wtedy uderzyłeś mnie w twarz. Przez moment nie wiedziałam, co się dzieje, czas jakby się zatrzymał. Ty mnie uderzyłeś... Długą chwilę nie potrafiłam tego zaakceptować, odpychałam to od siebie, ale policzek dawał o sobie boleśnie znać. Poczułam, jak zimne łzy ciekną mi z oczu.
Nie zwróciłeś na to najmniejszej uwagi, obróciłeś mnie na brzuch, pociągnąłeś moje biodra do góry. Jeszcze się uniosłam, jeszcze próbowałam wyrwać się z twojego żelaznego uścisku, ale chwyciłeś mnie za włosy i przycisnąłeś zalaną łzami twarz do pościeli. Całkiem naga, upokorzona, zapłakana mogłam jedynie ścisnąć uda, wiedząc, że to nic nie da, i czekać na przeszywający moje ciało ból.
Nie musiałam długo czekać, nie zamierzałeś się powstrzymywać teraz, kiedy miałeś pełną władzę. Przeraźliwy, desperacki krzyk wyrwał się siłą z mojego gardła i zatonął w poduszce, tak jak ty siłą rozerwałeś moje wargi i zatopiłeś się we mnie.
Krzyczałam z każdym pchnięciem, za każdym razem, gdy twój twardy i wielki wtaczał się we mnie, maltretując miejsca, o których istnieniu nawet ja nie miałam pojęcia. Ból, o tyle gorszy, że uderzający raz po raz od środka i rozchodzący się po całym moim ciele, całym moim jestestwie, sprawiał, że traciłam świadomość, że mdlałam z bezsilności, że mnie mdliło. Pragnęłam tylko, żebyś wreszcie wyszedł albo żebyś w końcu mnie zabił, nawlókł na pal mięśni i skóry i żebym już nie musiała przeżywać tego straszliwego, rozdzierającego bólu.
Wydaje mi się, że na pewien czas rzeczywiście straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, był już prawie koniec. Krew spływała mi strumieniami po udach, barwiąc na kolor bólu i miłości nieskazitelnie dotychczas białą pościel. Ty sapałeś, podniecony, powoli zbliżając się do szczytu. Ja już nie krzyczałam. Leżałam skulona, z zaczerwienionymi oczami, krztusząc się własnymi łzami przy każdym, pojedynczym pchnięciu. Nie przejmowałeś się mną w ogóle, myślałeś tylko o osiągnięciu własnej przyjemności. Dążyłeś do spełnienia bez względu na nic i na nikogo. Ostatnie kilka pchnięć było najsilniejsze, aż wreszcie wbiłeś się we mnie głęboko. Wszystko wewnątrz mnie rozkrzyczało się obezwładniającym bólem. Wrzasnęłam, zaciskając pięści na poduszce. Z twoich ust wyrwał się niepowstrzymany jęk. Czułam, jak gorąca ciecz wypełnia mnie całą. Chwilę jeszcze trwałeś tak z penisem wepchniętym we mnie aż po jądra, potem zaś wysunąłeś się i zszedłeś z łóżka. Opadłam na bok, dysząc ciężko. Ty bez słowa naciągnąłeś spodnie i wyszedłeś, trzaskając drzwiami.
Napięłam mięśnie. Zaszczypało lekko, znośnie. Chciałam podciągnąć pod siebie nogi, ale każdy ruch bioder sprawiał, że dziwnie otępiający ból przeszywał moje ciało, a mięśnie stawały się słabe i miękkie jak gąbka.
Chwyciłam dłońmi oparcie łóżka i wolno, bez użycia nóg, przesunęłam się w górę. Potem jeszcze wyżej. Dopóki nie usiadłam wtulona we własne kolana, nie zdawałam sobie sprawy z mokrego śladu, który ciągnął się za mną. Nie potrafiłam już nad sobą zapanować i wybuchłam płaczem.
Czułam się wręcz ohydnie. Czułam się upokorzona, skrzywdzona i naiwna. A co najgorsze, czułam się zeszmacona, potraktowana jak zwykła zabawka, jak przedmiot, jak... jak szmata. Spazmy wstrząsały mym ciałem, łzy pociekły mi po zimnych łydkach. Dlaczego? - pytałam sama siebie. - Dlaczego mi to zrobiłeś? Sasuke-kun? Ale znałam odpowiedź na to pytanie. Ty naprawdę kochałeś tę białowłosą sukę... Nie, tę dziewczynę. Naprawdę ją kochałeś. I nie mogłeś znieść, że ktoś ją skrzywdził. Tylko... skąd wiedziałeś, że to ja namówiłam Madarę, żeby...
Madara... Nagle mnie olśniło. To wszystko, wszystko, przez tego skurwiela. Zacisnęłam pięści, przysięgając sobie, że się na nim zemszczę za to, co przez niego przeżyłam, ale z drugiej strony wiedziałam, że... że zasłużyłam, a moje zaciśnięte pięści to tylko wyraz znienawidzonej przeze mnie bezsilności. Tak bardzo zawsze cię pragnęłam... A teraz nie będę mogła spojrzeć ci w twarz. Już w ogóle nie będę mogła na ciebie spojrzeć.
Po raz kolejny poczułam, jak ciepły, lepki płyn wypływa ze mnie cienką strużką. Pochyliłam głowę jeszcze bardziej, kryjąc twarz w kokonie swego ciała, który dawał mi chociaż pozory bezpieczeństwa. Czułam się tak okropnie, okropnie źle. Żałowałam, że nie umarłam, kiedy mnie krzywdziłeś, że obudziłam się z tej błogiej nieświadomości, gdzie nie było bólu, nie było łez, była tylko uspokajająca cisza i ciemność, otulająca mnie ciepło ze wszech stron. A potem wyrwałeś mnie z tego pięknego snu i nic już nigdy nie będzie takie samo.
Gdybyś tylko wiedział...

~~@~~

Epilog
Dopiero później dowiedziałam się, że Ona naprawdę była uosobieniem bólu i śmierci. I że naprawdę była demonem. Zagładę niosła w Sobie, jako Swe przeznaczenie, które kiedyś miało się wypełnić i przerodzić w Dar. Jaki Dar - o tym się już nigdy nie przekonamy.
Dopiero później dowiedziałam się, że Ona nigdy się nie odzywała, nawet słowem, bo tak naprawdę była niema. Że kiedy trzy lata temu Orochimaru po raz kolejny wysłał po ciebie Czwórkę - właściwie wtedy to już Dwójkę - Dźwięku, Ona nie była już w stanie cię powstrzymać. Że zostawiłeś Ją samą w wiosce. A potem ta sama wioska odepchnęła Ją, skrzywdziła na ciele i na umyśle, poprowadziła na egzekucję. Nikt nie wiedział, jak zdołała uciec. Ona sama nigdy nie mogłaby tego przekazać, w wiosce też nie wiedzieli, jak to się stało. Kiedy zbiegła, skryła się w lesie, a ty byłeś pierwszą osobą, która przyszła Jej, przerażonej i samotnej, do głowy. Byłeś pierwszą osobą, u której, mimo wszystkich krzywd, które Jej kiedyś, świadomie lub nieświadomie, wyrządziłeś, Ona szukała pomocy i zrozumienia.
Dopiero później dowiedziałam się, że Jej własnowolna alienacja od nas wynikała ze zwykłego, żałosnego strachu. Bała się obcych, a po tym, co Jej zrobiono, kiedy komuś zaufała, stała się jeszcze bardziej ostrożna. I że jakoś zawsze wolała towarzystwo niemych drzew i trzaskającego cicho ognia, niż głośnych, rozochoconych, brudnych mężczyzn i kobiety, przesyłającej Jej raz po raz nienawistne spojrzenia. Mimo że lasu także się bała.
Dopiero później dowiedziałam się, że zawsze lubiła widok tańczących płomieni, a wpatrywanie się w nie pozwalało Jej osiągnąć spokój ducha, wyciszenie, pozwalało o niczym nie myśleć, niczym się nie martwić, niczym nie przejmować. Pozwalało zapomnieć o gorączkowym poszukiwaniu w ustach najprostszych słów, zanim przypominała sobie boleśnie, że to nie ma sensu, a Ona nigdy nie wyda już żadnego dźwięku.
Dopiero później dowiedziałam się, że te drobne pocałunki na korytarzach nic nie znaczyły - tak naprawdę. Że kiedy pochylałeś się nad Nią i szeptałeś Jej coś do ucha, prosiłeś cicho, by zaczerwieniła policzki, tak jak zawsze to lubiłeś. Że poza tym i poza kilkoma nocami, które spędziłeś siedząc przy Jej łóżku i czuwając nad jej spokojnym snem niczym Anioł Stróż, którym przysięgłeś Jej kiedyś być - do niczego między wami nie doszło. Mimo że wyrażałeś swą chęć, Ona nigdy, od przybycia do Taka, ci się nie oddała. Nigdy nie uprawialiście seksu. A ja byłam twoją pierwszą kobietą od trzech długich lat.
Co ciekawe, wcale mnie to nie pocieszyło.
Dopiero później dowiedziałam się, że tym, co Ją najbardziej dręczyło i co właściwie było głównym powodem Jej odrzucania twoich potrzeb, była ta właśnie przeklęta niemożność wydania z siebie dźwięku. To, że - jak pisała - zdawała sobie sprawę, że już nigdy nie będzie w stanie dać ci tego, co najbardziej uwielbiałeś: jęków i namiętności. Kartka, na której to zapisała, była mokra od łez.
Ale tego wszystkiego dowiedziałam się dużo, dużo później, kiedy Ona już nie żyła. Kiedy zginęła od ostrza, które miało przeszyć moje serce, nie Jej. To moja krew miała splamić wzrastającą na wioscę świeżą trawę, moja żyła miała zostać otwarta i to moje łzy miały towarzyszyć milczącej śmierci ciała. Zawsze Jej nienawidziłam, zawsze drwiłam z Niej, zawsze starałam się krzywdzić jak najgorzej i jak najboleśniej. A Ona... osłoniła mnie własnym ciałem.
Mówiłeś, że przeżyłaby, gdyby nie została przerwana aorta. Że w takim wypadku nawet tkwiący w Niej demon nie mógł Jej pomóc.
Ty, Sasuke... Ty nie płakałeś, nie rozpaczałeś. Nie było nawet bólu w twoich źrenicach. Beznamiętnie patrzyłeś, jak krztusi się powoli własną krwią, jak traci siły, przymyka powieki. Jak w końcu wydaje ostatnie tchnienie. Pewną chwilę spoglądałeś jeszcze na Jej blednące oczy, na strużkę krwi, krzepnącą na policzku... potem zaś zawinąłeś ją dokładnie w swój płaszcz i poniosłeś na rękach w głąb lasu. Kiedy wróciłeś, blady i spięty, mogłam tylko domyślać się, co się wydarzyło.
Po Jej śmierci nic już nie było i nigdy nie będzie takie samo. Mimo że pozornie przeszliśmy nad tym do porządku dziennego z czasów przed jej przybyciem do Taka, to każdy z nas się zmienił. Tobie, choć na pewno potrafiłeś się z tym pogodzić, częściej niż zwykle zdarzało się siadywać i zamyślać, wspominać, marzyć... Częściej też rozmawiałeś z Madarą. Stawaliście wtedy na balkonie jego pokoju i wpatrywaliście się w bezbrzeżną pustynię. Nawiązała się między wami dziwna więź porozumienia. Nawet Juugo i Suigetsu się zmienili, stali spokojniejsi i cichsi.
A ja? Ja zdałam sobie sprawę ze wszystkich błędów, jakie popełniłam, nie tylko wobec Niej, ale także wobec ciebie, Madary, chłopaków, Orochimaru i moich rodziców... Nabrałam szacunku do życia. Przez długi czas nie mogłam wyjść ze zdumienia, że Ona nie wahała się nawet sekundy, choć także szczególnie za mną nie przepadała. Podziw dla jej odwagi szybko przerodził się w pokorny szacunek, wdzięczność i żal. Żal, że śmieszne milimetry zaważyły na jej życiu, że odeszła, mimo że mogła żyć. Że nie spełniło się jej przeznaczenie.
Często zastanawiałam się, co by było, gdyby jednak przeżyła. Czy wtedy także bym się zmieniła? Nie, raczej nie. Nie potrafiłabym przyznać się do winy. Czyli to właśnie Jej śmierć sprawiła, że spojrzałam na wszystko inaczej? Tak. To była świadomość tego, że umarła, bym ja mogła żyć, to było poczucie winy i to były także twoje szczere zwierzenia, gorycz, którą musiałeś wylać. To właśnie po usłyszeniu twoich słów o tym, co musiała przeżyć, o twoich wyrzutach sumienia, o twojej przysiędze chronienia jej, której nie potrafiłeś dotrzymać - to właśnie po tym zaczęłam zastanawiać się nad samą sobą. Teraz jestem spokojną, stroniącą od ludzi kobietą, która siedząc z przyjaciółmi nie odzywa się nawet słowem, wpatrzona w tańczące ognisko...

2 komentarze:

  1. Tu Neko:
    Bwahahaha~! Zastanawia mnie fakt, dlaczego wielcy i mądrzy Krytycy czepiają się krótkich i(jak to powiedziałaś)zrobionych na "odwal się",a nie komentują takich długich i ciekawych ;3?
    Anioła Stróża przysyłałaś mi na GG. Więc w sumie znasz moją ocenę... Mnie się podoba :]!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieło sztuki. Brakowało mi tego. Może to dziwne, ale dopiero, gdy skończyłam czytać, poczułam, że mam mokry policzek. To chyba oznaka wzruszenia? Zaiste, Twój tekst poruszył mnie do głębi.

    OdpowiedzUsuń